source
stringlengths
6.68k
29.9k
target
stringlengths
287
6.76k
WOJNA KIBICÓW Policja zidentyfikowała siedmiu walczących Czy kibice obalą struktury państwa Po drobiazgowym przeanalizowaniu taśm z nagraną przez dwie policyjne kamery bitwą między kibicami w katowickim Spodku policji udało się zidentyfikować siedmiu młodych ludzi. Prokuratura postawi im konkretne zarzuty. Taśmy przesłano do komend rejonowych w kraju. Trwa ustalanie dalszych nazwisk. Policja, nie angażując się w walki w Spodku, wybrała mniejsze zło, tłumaczył katowicki komendant Jan Michna. Wypierając z trybun kibiców, można było doprowadzić do tragedii. Podczas regularnej bitwy, do jakiej doszło, przypomnijmy, w katowickim Spodku 17 stycznia podczas IV Halowego Turnieju PIłkarskiego, poturbowanych zostało około stu osób. Część opatrywano na miejscu, na płycie boiska, a ponad pięćdziesięciu kibiców odwieziono na pogotowie i do dyżurującego szpitala. W szpitalach pozostawiono sześciu kibiców z obrażeniami głowy i klatki piersiowej. Policja usiłuje obecnie ustalić prowodyrów bitwy i najbardziej aktywnych w walkach. Po żmudnym analizowaniu kolejnych klatek z taśm nagranych prze policję do tej pory udało się zidentyfikować siedmiu walczących osobników. Na piątkowej konferencji prasowej pokazano dziennikarzom fragmenty filmów. Nie pokazują one wprawdzie całości walk, lecz widać, że filmujący prowadzili kamery za bardziej aktywnymi kibicami. Filmowano na przykład kibica w czarnej kurtce, wyjątkowo zawzięcie atakującego kawałkiem drewna. Innego, który rzuca wyrwanym właśnie oparciem krzesła. W kadrach często powtarzają się młodzi ludzie wymierzający ciosy klamrami pasków od spodni. Często próbowali zasłonić część twarzy szalikami, lecz opadały im w ferworze walki, dlatego ich rozpoznanie nie sprawia trudności. Wśród walczących widać też kibiców wyraźnie przerażonych tym, co dzieje się wokół. Na pytanie "Rz", czy trudno będzie ustalić, kto broni się, a kto atakuje, prokurator wojewódzki Piotr Gojny powiedział, że w tego typu zbiorowych i anonimowych ze swej natury zdarzeniach zadaniem prokuratury jest właśnie ustalenie konkretnej winy i konkretnej osoby. "Wszystko to trzeba przełożyć na materiał procesowy, a ostatecznie oceni go sąd". Prokuratura powołała biegłego z laboratorium kryminalistyki, który wykonuje kopie taśm, robi powiększenia uczestników walk dla łatwiejszego ich identyfikowania. Prokurator przewiduje, że sprawcom, którzy zostaną zidentyfikowani, postawione zostaną zarzuty z art. 140 paragraf 1 p. 5, który mówi o przestępstwie spowodowanym w sposób umyślny, sprowadzającym powszechne niebezpieczeństwo dla zdrowia i życia. "To, co stało się w Spodku, wyczerpuje znamiona takiego czynu", powiedział prokurator. Czyn taki zagrożony jest stosunkowo wysoką karą - od dwóch do dziesięciu lat. Zastosowany może być także art. 155 kodeksu karnego o udziale w bójce lub pobiciu doprowadzającym do bezpośredniego zagrożenia życia (kara do trzech lat, a jeśli następstwem są ciężkie obrażenia - do ośmiu lat). Ponieważ kibice wyrywali krzesła, barierki i tłukli szyby, zastosowany także będzie art. 220 k.k. traktujący o przestępstwach przeciwko mieniu. Na pytania dziennikarzy, dlaczego policja nie wkroczyła bardziej zdecydowanie do walki, komendant Jan Michna odparł, że wybrała mniejsza zło. Gdyby policjanci starali się wyprzeć kibiców z walczących sektorów, istniała realna groźba, że doszłoby do tragedii, dowodził. Walki toczyły się m.in. w najwyższych sektorach, kibice spadaliby z wysokości 30 metrów, jaka dzieliła ich od płyty. W czasie walk wielu z nich usiłowało schodzić tą drogą. Policja zabezpieczała Spodek na zewnątrz, bo takie było jej zadanie. Do Spodka miała wejść na wyraźną prośbę organizatora, co też się stało. Dziennikarze nie uzyskali natomiast zdecydowanej odpowiedzi na pytanie, czy za sprowadzenie powszechnego niebezpieczeństwa odpowiadać także będą organizatorzy imprezy i firma ochroniarska. Prokurator nie wykluczył jednak takiej możliwości. Wydarzenia te dowodzą, że kibice wydali wojnę państwu, dlatego państwo powinno na to odpowiedzieć stanowczo i zdecydowanie, twierdził Marek Kempski, wojewoda katowicki. Wydarzenia w Spodku traktuje bardzo poważnie, a do rozwiązania problemu zamierza podejść "modelowo". Chodzi o szersze potraktowanie problemu, nie tylko jako zwykłego aktu przemocy, ale poważnego zjawiska socjologicznego. Winę za ten stan ponoszą, zdaniem Kempskiego, także rodzice dzieci pozostawianych bez opieki. Sposobów unikania wojen między kibicami i przemocy na stadionach uczyć się będziemy w Anglii, gdzie w najbliższym czasie wybiera się wojewoda wraz ze specjalistami. W tej dziedzinie "państwo jest w defensywie - powiedział Marek Kempski - powinniśmy wydać zdecydowaną wojnę przestępczości. Może się zdarzyć, że nie grupy społeczne, a kibice obalą struktury państwa". Problem jest tym bardziej istotny, że w tym roku w katowickim Spodku odbywać się będzie światowa liga siatkówki, chodzi więc o to, aby w świat nie poszedł obraz taki, jak po turnieju piłkarskim. Barbara Cieszewska Dialog z kibicami Jak walczyć z przestępczością Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za bezpieczeństwo, nie tylko policja - powiedział Janusz Tomaszewski, minister spraw wewnętrznych i administracji, na II Ogólnokrajowej Konferencji Bezpieczeństwa Publicznego, jaka odbyła się w piątek w podwarszawskim Wołominie. Komendant główny policji zapowiedział na niej utworzenie specjalnego zespołu do dialogu z kibicami. Zapytany, jak się czuje w miejscu kojarzonym przede wszystkim z przestępczością zorganizowaną, wicepremier Tomaszewski powiedział, że czasy rządów gangów na tym terenie należą już do przeszłości. Potwierdził to podinspektor Kazimierz Winiecki, szef miejscowej policji. Jak dowiedzieliśmy się od niego, w rejonie Wołomina notuje się największy spadek przestępczości i największy wzrost wykrywalności w województwie stołecznym. Zdaniem Winieckiego efekty te są skutkiem przede wszystkim współpracy z lokalną społecznością. - To dzięki informacjom od ludzi możemy być tam, gdzie naprawdę jesteśmy potrzebni - mówi wołomiński komendant. Jak uważa profesor Lech Falandysz, lepszy kontakt ze społeczeństwem mogą zapewnić policji dzielnicowi. - Muszą to być ludzie miejscowi, doskonale znający teren i jego mieszkańców - uważa Falandysz. Jego zdaniem powinno się ich odciążyć od czasochłonnej pracy papierkowej. Wołomińscy dzielnicowi mają ściśle sprecyzowany rozkład dnia: sześć godzin w terenie - między ludźmi, dwie godziny za biurkiem. Minister Tomaszewski zaznaczył, że tylko współpraca z obywatelami może zagwarantować bezpieczeństwo. Namawiał, by ludzie, którzy widzą, że ktoś łamie prawo, powiadamiali o tym policję. Wicepremier zapowiedział zmiany kadrowe w policji. Jak dowiedzieliśmy się od nadinspektora Marka Papały, komendanta głównego, rozpocznie je nowy system naboru i szkolenia. Poseł Jan Maria Rokita (AWS), ustosunkowując się do planowanych zmian administracyjnych, powiedział, iż policja powinna być w znacznej mierze podporządkowana wojewodom. Sytuacja, w której policja sama wyznacza sobie zadania, realizuje je i sama się z nich rozlicza, jest zła - mówił. Zdaniem Rokity powinien zostać utworzony nowy pion, który zająłby się sprawami lokalnymi. Zapytany o ostatnie burdy w Słupsku i Katowicach, komendant główny policji zapowiedział utworzenie zespołu do dialogu z kibicami. W połowie lutego ma się odbyć pierwsze spotkanie funkcjonariuszy z liderami szalikowców. Chcemy w ten sposób wprowadzić w życie starą zasadę: poznam cię, to polubię - powiedział Papała. wik
Po przeanalizowaniu taśm z nagraną bitwą między kibicami w katowickim Spodku policji udało się zidentyfikować siedmiu młodych ludzi. 17 stycznia podczas IV Halowego Turnieju PIłkarskiego poturbowanych zostało około stu osób. sprawcom postawione zostaną zarzuty o przestępstwie spowodowanym w sposób umyślny, sprowadzającym powszechne niebezpieczeństwo dla zdrowia i życia. Czyn taki zagrożony jest karą od dwóch do dziesięciu lat.
STRATFORD Urodziny Człowieka Tysiąclecia - W sobotę wielka parada Zarabianie na Szekspirze Shakespeare Morris Men, czyli przybrani w kolorowe wstążki i dzwoneczki tancerze ludowi podczas ubiegłorocznej parady. FOT. EWA TURSKA EWA TURSKA ze Stratfordu Co roku, pod koniec kwietnia, mieszkańcy Stratford-upon-Avon, przebrani w stroje z epoki elżbietańskiej, wylegają na ulice tego uroczego miasteczka. Podczas barwnej i głośnej parady wspólnie świętują urodziny swojego najsłynniejszego obywatela - poety i dramaturga Williama Szekspira, który przyszedł na świat w Dzień św. Grzegorza - 23 kwietnia 1564 roku. Stratfordczycy są dość elastyczni - główne uroczystości organizują zwykle w sobotę najbliższą daty urodzin. Tradycja ta wywodzi się z drugiej połowy XVIII stulecia, kiedy to w 1769 r. słynny wówczas aktor szekspirowski, David Garrick zorganizował w Stratfordzie pierwszy Festiwal Szekspira. Korowód z ojcem Hamleta Tym razem, z okazji milenijnych obchodów - a także z powodu wybrania przez Brytyjczyków Szekspira na Człowieka Tysiąclecia - uroczystości te mają szczególny charakter. Będą trwały cały tydzień, od 22 do 30 kwietnia, a główna parada uliczna odbędzie się w sobotę, 29 bm. Tego dnia, jak co roku, odświętnie udekorowane stare uliczki Stratfordu zostaną zamknięte dla ruchu samochodowego, by zrobić miejsce dla rozbawionych tłumów. Tańcząc i śpiewając przejdą oni główną handlową ulicą miasta, Bridge Street do Henley Street, przy której do dziś stoi dom, gdzie William Szekspir się urodził. Potem mijając Karczmę Garricka przy High Street i New Place przy Chapel Street, gdzie spędził ostatnie lata swojego życia oraz Liceum Króla Edwarda VI, w którym najprawdopodobniej pobierał nauki, procesja uda się do położonego nad rzeką kościoła Holy Trinity. Tutaj w krypcie pochodzącej z XII wieku złożone zostaną wieńce i kwiaty na grobowcach Szekspira i członków jego dość zamożnej mieszczańskiej rodziny. Pochowano tu także jego żonę Annę, najstarszą córkę Susannę, jej męża dr. Johna Halla oraz Thomasa Nasha, który ożenił się z wnuczką Szekspira, Anną Hall. Barwny korowód przebierańców - wśród których znajduje się sam Szekspir i postacie z jego sztuk, a także Królowa Elżbieta I w towarzystwie Sir Waltera Releigha, dam dworu i królewskich błaznów, poprowadzą miejscowa orkiestra dęta i zespół Shakespeare Morris Men, czyli przybrani w kolorowe wstążki i dzwoneczki tancerze ludowi z piszczałkami i pałkami. Potem oficjalni goście udadzą się na uroczysty lunch, podczas którego wręczana jest doroczna nagroda Shakespeare Birthday Award, przyznawana za zasługi w promocji jego twórczości. Jej laureatami są m.in. aktorzy Dame Peggy Ascroft i Sir Ian McKellen. Wieczorem zaś ci, którym na czas udało się zdobyć bilety, pójdą na "Sen nocy letniej" do Royal Shakespeare Theatre nad rzeką Avon, inni szczęśliwcy wybiorą się na charytatywny bal kostiumowy, reszta bawić się będzie pod gołym niebem na różnych imprezach ulicznych. Obchody urodzin Williama Szekspira ściągają oczywiście dziesiątki tysięcy przybyszów z całego świata, nawet z Japonii. W ub. roku, na przykład, przyjechała tu grupa z Ueno - miasta, skąd pochodzi najsłynniejszy japoński poeta Mastuo Basho (1644-94). Jeśli ktokolwiek sądziłby, że po wyjeździe kwietniowych gości miasteczko pustoszeje, jest w błędzie. Stratford, który nie ma nawet 30 tys. stałych mieszkańców, żyje z przyjezdnych przez okrągły rok. Większość domów na obrzeżach miasta to prywatne pensjonaty typu B&B, oferujące pokój ze śniadaniem. Ich właściciele życzą sobie średnio po 45 funtów (70 dolarów) za noc, czyli dwukrotnie więcej niż w innych angielskich miasteczkach. I wcale nie narzekają na brak klientów. Rzeka obcokrajowców i Brytyjczyków przelewa się uliczkami Stratfordu od rana do wieczora. Jeśli więc chce się w ciszy i skupieniu popatrzeć na dom, w którym urodził się Szekspir, albo posiedzieć przy słynnej fontannie z łabędziami na skwerze przed Royal Shakespeare Theatre, trzeba to zrobić wcześnie rano, najlepiej przed godz. 8.00. W kilka minut później w miasteczku zaczyna się robić zbyt tłoczno. Kołyska Williama Rzeczywiście, jest tu co podziwiać. Stratford nad rzeką Avon położony jest w środku rolniczej Anglii. Już w czasach podboju przez Rzymian, a potem Saksonów istniała tu osada przy ruchliwym brodzie. W 1196 r. otrzymała ona pozwolenie na organizowanie jarmarków, rozwijając się stopniowo w zasobną wieś, która w 1553 r. otrzymała prawa samodzielnej gminy. Nazwy ulic nie zmieniły się od XIV w., a kamienny most, po którym dziś odbywa się główny ruch samochodowy przez rzekę Avon, zbudowano niemal pięć wieków temu. Doskonale zachowała się zarówno większość budynków związanych z Szekspirem i jego rodziną, jak i szereg innych zabytkowych budowli z czasów elżbietańskich i jakobińskich, wokół których wyrosły później domy z cegły. Shakespeare Birthplace - czyli dom przy Henley Street, w którym urodził się William - pochodzi albo z końca XV, albo z początku XVI wieku i pozostawał własnością rodziny Szekspirów aż do 1806 r. Niestety, nie przetrwał żaden dokument, stwierdzający datę jego zbudowania. Jest to typowy, bardzo piękny dom z epoki Tudorów, jakich sporo zachowało się w całej Anglii. Drewno bukowe pochodziło z pobliskiego Lasu Arden, a niebiesko-szary kamień z sąsiedniego Wilmcote. Posiadłość składa się z dwóch części - dwupiętrowego domu rodzinnego i sklepu, który należał do ojca Williama. W pierwszej, wyposażonej w meble z epoki, można oglądać m.in. niski pokój z drewnianymi belkami na bielonych ścianach i nierównym suficie, w którym poeta przyszedł na świat. Obok łóżka stoi urocza drewniana kołyska z pomysłowym daszkiem na zawiasach, ze skromnymi rzeźbieniami po bokach. Kiedy zapomni się na chwilę o drepczących wokół ludziach i uruchomi wyobraźnię, można zobaczyć Mary i Johna Szekspirów i bawiące się wokół ośmioro dziatek. William był ich trzecim dzieckiem i najstarszym synem. W drugiej części tego kompleksu znajduje się muzeum pamiątek po pisarzu - m.in. pierwsze wydania drukiem jego sztuk z 1623 r., jego wczesne portrety i ławka szkolną z King Edward VI Grammar School. Sielankowego obrazu tego miejsca dopełnia piękny elżbietański ogród z tyłu domu i mnóstwo kwietników od frontu. Tuż obok mieści się - dość brzydkie, niestety, ale funkcjonalne - Centrum Szekspirowskie z zasobną biblioteką, zbudowane w 1964 r. z okazji 400. rocznicy jego urodzin. Po drugiej zaś stronie uwagę przykuwa zgrabna rzeźba "szlachetnego głupca" - błazna z Szekspirowskich sztuk. Po przeciwnej stronie Henley Street są już tylko kawiarenki, antykwariaty i sklepy z pamiątkami. I tak jest przy każdym zabytku. Bez względu na to, czy będzie to ostatni dom Szekspira przy Chapel Street (tzw. New Place), gdzie mieszkał od 1579 r. aż do śmierci w 1616 r., czy sąsiedni Nash's House, który należał do wnuczki poety Elizabeth Hall, czy wreszcie nowa siedziba Royal Shakespeare Theatre, którą zbudowano w 1932 r. po pożarze poprzedniej stałej sceny (1879 r.) sześć lat wcześniej. Choć we wszystkich sklepach - z wyjątkiem może ciekawych i zasobnych w szekspiriana księgarni przy High Street - dominują atrakcyjnie wyeksponowane, ale tandetne pamiątki, w miasteczku widać ogromną dbałość o estetykę. Przyciąga też na tej uliczce autentycznie stara Karczma Garricka i sąsiedni Harvard House, który należał do Katherine Harvard z domu Rogers, matki Johna Harvarda, założyciela słynnego amerykańskiego uniwersytetu. Dom, na którym zwykle wisi flaga amerykańska, został odbudowany w 1596 r. po pożarze i do dziś ma najbardziej ozdobną fasadę w całym mieście. Chichot pisarza W Stratfordzie pełno jest skwerów, ogrodów, eleganckich restauracji, kawiarenek i hoteli w stylu Tudorów, jak na przykład słynny Shakespeare Hotel na Chapel Street, w którym korytarze wyglądają co prawda dość banalnie, za to pokoje mają piękne stare wnętrza z epoki elżbietańskiej. Goście są zachwyceni, bo czują się, jakby ich nagle przeniesiono w przeszłość. Jednak prawdziwą perłą Stratfordu jest położony jedną milę od ruchliwego centrum domek żony Szekspira, Anny Hathaway w malowniczej wiosce Shottery. Rzecz w tym, że owa bajkowa długa chata kryta strzechą, o nieregularnych liniach z maleńkimi witrażowymi oknami, która wygląda jak na starej pocztówce, jest prawdziwa. Stoi na dodatek w pięknym ogrodzie, w którym niemal przez cały rok jest zielono i kolorowo. Rodzina zamożnych chłopów Hathawayów mieszkała tu od końca XIV w. W skromnie, ale ze smakiem urządzonych pokojach na dole z kamiennymi podłogami i w sześciu maleńkich sypialniach na górze panuje atmosfera jak w czasach, kiedy 18-letni William zalecał się do znacznie starszej od siebie 26-letniej Anny. Pobrali się w 1582 r. Mieli trójkę dzieci - Susannę i bliźniaki Hamnet i Judith. Anna Hathaway przeżyła poetę o 7 lat. Pobyt w tym zaiste urzekającym miasteczku psuje banalna konieczność wydawania pieniędzy. Stratfordczycy każą sobie za wszystkie atrakcje słono płacić i dobrze wiedzą, jak wyciągnąć ostatni grosz. Ani się obejrzysz, jak każdego dnia znika kolejne 100 funtów. Jeszcze w latach 30. było to ciche, senne miasteczko, a miejscowa ludność wcale nie była zadowolona, że wybudowano tu nowy, jak na owe czasy bardzo awangardowy, gmach Teatru Szekspirowskiego. Dziś skomercjalizowany Stratford przypomina fabrykę pieniędzy. Dlatego zgadzam się z Sir Peterem Hallem - jednym z pierwszych dyrektorów Royal Shakespeare Company, że wygląda trochę jak "filia Disneylandu". Samemu Szekspirowi to prawdopodobnie nie zaszkodzi. Jego duch tam pozostanie i zawsze będzie się z nas wszystkich życzliwie naśmiewał.
Co roku, pod koniec kwietnia, mieszkańcy Stratford-upon-Avon, przebrani w stroje z epoki elżbietańskiej, wylegają na ulice miasteczka. Podczas parady świętują urodziny Williama Szekspira, który przyszedł na świat 23 kwietnia 1564 roku. Tradycja ta wywodzi się z drugiej połowy XVIII stulecia, kiedy to w 1769 r. słynny aktor szekspirowski, David Garrick zorganizował w Stratfordzie pierwszy Festiwal Szekspira. Tym razem, z okazji milenijnych obchodów - a także z powodu wybrania przez Brytyjczyków Szekspira na Człowieka Tysiąclecia - uroczystości Będą trwały cały tydzień, od 22 do 30 kwietnia, a główna parada uliczna odbędzie się w sobotę, 29 bm. procesja uda się do kościoła Holy Trinity. Tutaj złożone zostaną wieńce na grobowcach Szekspira i członków jego rodziny. Barwny korowód przebierańców poprowadzą miejscowa orkiestra dęta i zespół Shakespeare Morris Men. Potem oficjalni goście udadzą się na uroczysty lunch, podczas którego wręczana jest doroczna nagroda Shakespeare Birthday Award. Wieczorem pójdą na "Sen nocy letniej" do Royal Shakespeare Theatre. Obchody urodzin Williama Szekspira ściągają dziesiątki tysięcy przybyszów z całego świata. Stratford nad rzeką Avon położony jest w środku rolniczej Anglii. wieś w 1553 r. otrzymała prawa samodzielnej gminy. Nazwy ulic nie zmieniły się od XIV w. Doskonale zachowała się zarówno większość budynków związanych z Szekspirem i jego rodziną, jak i szereg innych zabytkowych budowli z czasów elżbietańskich i jakobińskich. dom przy Henley Street, w którym urodził się William to typowy dom z epoki Tudorów. Tuż obok mieści się Centrum Szekspirowskie z biblioteką. Po drugiej stronie uwagę przykuwa rzeźba "szlachetnego głupca" - błazna z Szekspirowskich sztuk. W Stratfordzie pełno jest skwerów, ogrodów, eleganckich restauracji, kawiarenek i hoteli w stylu Tudorów. prawdziwą perłą Stratfordu jest domek żony Szekspira, Anny Hathaway. w latach 30. było to senne miasteczko, Dziś skomercjalizowany Stratford przypomina fabrykę pieniędzy.
KONFLIKT Spór o koncepcję prywatyzacji Gorzki cukier ministra skarbu RAFAŁ KASPRÓW Minister Emil Wąsacz może zostać jutro odwołany między innymi z powodu konfliktu wokół koncepcji prywatyzacji cukrowni. Spór o Polski Cukier będzie jednak trwał dalej i nie zakończy się wraz z ewentualnym odejściem ministra. Koncepcja Polskiego Cukru, czyli powołania superfirmy mającej monopol w cukrownictwie, stała się główną przyczyną wystąpienia części posłów AWS z wnioskiem o odwołanie Emila Wąsacza. Zarówno zwolennicy tego pomysłu, jak i przeciwnicy wysuwają wiele merytorycznych argumentów związanych z rozwojem tego rynku w Polsce i na świecie. Obie strony sporu zarzucają sobie przedkładanie interesów własnych nad interes państwa. Wśród zwolenników Polskiego Cukru są rolnicy produkujący buraki, związki ich reprezentujące ("Solidarność" Rolników Indywidualnych Romana Wierzbickiego i "Samoobrona" Andrzeja Leppera), niewielka grupa ludzi, którzy zarobili na przekształceniach w tym przemyśle oraz posłowie PSL, części AWS i Naszego Koła. Lobby to reprezentują w Sejmie posłowie, za których sprawą w Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi powstał projekt ustawy o Polskim Cukrze - Zdzisław Pupa, Elżbieta Barys, Gabriel Janowski, Tomasz Wójcik, Adam Biela, Maciej Jankowski. Przeciwko występują członkowie kierownictw dużych holdingów cukrowych, wpływowe firmy, które zajmują się doradzaniem zachodnim koncernom w sprawie przekształceń w polskim cukrownictwie, większość liberalnie nastawionych ekonomistów, Cukrownicza Izba Gospodarcza, Związek Plantatorów Roślin Okopowych. Lobby to w Sejmie reprezentują głównie posłowie Unii Wolności i SLD. Polski rynek cukru to ponad 2 mln ton rocznie wartych miliard dolarów. Większość ekspertów przyznaje, że nawet odwołanie ministra Wąsacza nie gwarantuje, że Polski Cukier powstanie. Bez pomysłu na cukier Przekształcenia własnościowe w przemyśle cukrowym przebiegały w bardzo różny sposób. Dotychczas brak było jednej spójnej polityki prywatyzacyjnej oraz koncepcji przekształceń w cukrownictwie. W Polsce jest 76 cukrowni. Większość z nich jest zrzeszona w 4 holdingach cukrowych. 15 cukrowni działa w ramach 13 prywatnych spółek (w części z udziałem zagranicznych inwestorów). 56 cukrowni to jednoosobowe spółki skarbu państwa, które wniosły większość swoich akcji do holdingów cukrowych zrzeszających po 14 - 17 zakładów. Po 1989 roku pierwsza w Polsce została sprywatyzowana niewielka cukrownia Guzów w dawnym województwie skierniewickim. W opinii przeciwników Polskiego Cukru właśnie historia przekształceń w tej cukrowni może służyć za przykład tego, kto w istocie zarobi na projektowanym powołaniu Polskiego Cukru. Wśród organizatorów dzisiejszego lobby sejmowego broniącego koncepcji jednej superfirmy wymieniany jest bowiem Maciej Janiszewski, szef reprezentujący od lat osiemdziesiątych interesy Centrali Handlu Zagranicznego Rolimpex na giełdach w Wielkiej Brytanii. Janiszewski jest również doradcą Romana Wierzbickiego, szefa "Solidarności" Rolników Indywidualnych, najgorętszego zwolennika Polskiego Cukru. Maciej Janiszewski uważany jest za głównego pomysłodawcę koncepcji utworzenia jednej dużej firmy. Cukrownia Guzów W 1991 roku powstała w Skierniewicach spółka Cukrownia Guzów SA. Założyło ją kilku członków kierownictwa cukrowni oraz ponad 180 pracowników i plantatorów. Przeprowadzona wkrótce po założeniu spółki kontrola Urzędu Kontroli Skarbowej wykazała znaczne różnice między liczbą akcji mających przypadać członkom kierownictwa według aktu notarialnego a liczbą akcji zapisanych w książce akcjonariuszy. Okazało się, że część plantatorów, która podpisała akt założenia spółki, nie miała później pieniędzy, aby objąć akcje. Większość akcji przejęły więc osoby z kierownictwa firmy. Kapitał spółki wynosił 10,8 mld zł (10 tys. akcji po 80 zł), ale jego opłacenie zostało rozłożone na kilka lat. Członkowie kierownictwa otrzymali raty na zakup akcji w Banku Rozwoju Cukrownictwa w Poznaniu. Jednym z udziałowców został również Maciej Janiszewski związany z Rolimpeksem. Spółka wzięła cukrownię w leasing od wojewody skierniewickiego. Jerzy Koźlicki, były dyrektor państwowej cukrowni, zarazem założyciel spółki pracowniczej i prezes cukrowni, już dziś nie pamięta, za ile wydzierżawiono cukrownię od wojewody. Po dwóch latach działalności cukrownia została od wojewody odkupiona w całości przez spółkę Cukrownia Guzów. Prezes Koźlicki nie pamięta również, za ile kupiono zakład. - Guzów był jedną z najmniejszych cukrowni. Był na liście 200 trucicieli i miał już decyzję ówczesnych władz o likwidacji. Dwie firmy robiły wycenę. Dzisiaj nie pamiętam, ile zapłaciliśmy za cukrownię. Zmieniliśmy jednak 70 procent urządzeń i unowocześniliśmy cukrownię. Przyjechało do nas z częściami 98 tirów z Niemiec - mówi prezes Jerzy Koźlicki. Guzów skorzystał na tym, że likwidowano cukrownie w Niemczech, co umożliwiło kupno zachodniego sprzętu po niewysokich cenach. Jednak w ubiegłym roku, 8 lat po założeniu spółki "pracowniczej", większość udziałowców Cukrowni Guzów sprzedała swoje akcje firmie Rolimpex. Akcje obejmowane po 80 zł w 1991 roku sprzedano, jak ustaliliśmy nieoficjalnie, po około 1100 zł. Udziałowcy zarobili więc kilkunastokrotnie. Prezes Jerzy Koźlicki posiadał ponad 1800 akcji (około 14 procent kapitału). Kilkaset akcji sprzedał również doradca Romana Wierzbickiego, Maciej Janiszewski. - Rzeczywiście, dobrze zarobiliśmy na akcjach Guzowa, ale i tak Rolimpex zapłacił nam mniej, niż dzisiaj ministerstwo wycenia wartość cukrowni - mówi Janiszewski. Jego zdaniem to, że był udziałowcem Guzowa, jest argumentem na korzyść ludzi, którzy są zwolennikami Polskiego Cukru, gdyż pokazuje, że mają doświadczenia w tej branży i potrafili na przemyśle cukrowym zarobić. Będący obecnie właścicielem Guzowa Rolimpex przeżywa poważne kłopoty ekonomiczne. Wyprzedawane są różne części majątku spółki (w najbliższym czasie prawdopodobnie również cukrownie). Kogo krzepi cukier - Z Polskim Cukrem będzie podobnie jak z Guzowem. Będzie dużo szumu wokół polskiego kapitału i zabezpieczania interesów plantatorów buraków, żeby ostatecznie zarobiła na tym niewielka grupa osób związana np. z Maciejem Janiszewskim, dziś doradcą Romana Wierzbickiego zainteresowanego utworzeniem Polskiego Cukru - mówi biznesmen związany z tym rynkiem. Obawy przeciwników Polskiego Cukru dotyczą głównie tego, że powstająca w ten sposób firma będzie pozbawiona dopływu kapitału na unowocześnienie cukrowni. Plantatorzy nie będą mieli pieniędzy na inwestycje w przeciwieństwie do zagranicznych koncernów. W skrajnym przypadku plantatorzy mogą, tak jak w wypadku Cukrowni Guzów, nie mieć pieniędzy na objęcie udziałów w Polskim Cukrze. Z dużą łatwością monopolista mógłby wtedy zostać przejęty przez zainteresowaną powstaniem Polskiego Cukru grupę osób. - Bez inwestorów z zewnątrz przyszłość tego przemysłu może stanąć pod znakiem zapytania. Szczególnie że w polskiej rzeczywistości wpływ polityków na duże firmy jest olbrzymi, co w przyszłości może utrudnić utworzenie sprawnego przemysłu cukrowego - mówi biznesem zajmujący się cukrownictwem. Zwolennicy wprowadzenia monopolu odrzucają takie argumenty. Ich zdaniem to właśnie monopol i odpowiednie regulacje celne mogą uratować polskie cukrownictwo. Regulacja cen cukru i bariery celne dają politykom dużą możliwość manipulowania tym rynkiem (np. we wrześniu 1999 r. Rada Ministrów jednorazowo podwyższyła cło na cukier ze 170 do 450 euro za tonę). Ich zdaniem specyfika branży cukrowniczej wymaga tworzenia dużych firm mających monopol produkcji na znacznych obszarach. Firmy, aby się utrzymać na rynku, muszą produkować ponad 1,5 mln ton cukru. Szanse dla Polski widzą więc w utworzeniu jednej dużej firmy, zrzeszającej wszystkie podlegające Ministerstwu Skarbu cukrownie. Spółka ma finansować inwestycje z zysku i pożyczek. Jej powołanie zablokuje przejmowanie polskiego cukrownictwa przez zachodnie, głównie niemieckie, koncerny. - Jeżeli większość cukrowni znajdzie się w jednej firmie, umożliwi to zamknięcie produkcji w niektórych i przeniesienie jej tam, gdzie jest to bardziej opłacalne. Kiedy cukrownie będą należały do różnych właścicieli, trudno będzie je restrukturyzować - twierdzą zwolennicy Polskiego Cukru. Strony w tym sporze różnią się nawet co do podstawowych danych. Zwolennicy powołania Polskiego Cukru informują, że w ośmiu krajach Unii Europejskiej jest monopol jednej firmy (w Anglii, Finlandii, Portugalii, Szwecji, Austrii, Danii, Grecji, Irlandii), w trzech krajach dominacja jednej firmy (w Hiszpanii, Belgii, Holandii), a najpotężniejszy niemiecki Südzucker monopolizuje 40 procent rynku i ma cukrownie w kilku krajach (produkuje 3,5 mln ton, co daje mu pierwszą pozycję na świecie). Inaczej sprawę interpretują przeciwnicy powołania jednej firmy. Ich zdaniem hasło, że w krajach Unii Europejskiej duże firmy mają monopol, jest nadużyciem. W Niemczech jest siedmiu producentów cukru, we Francji sześciu, w Anglii dwóch, we Włoszech pięciu, w Hiszpanii trzech, w Belgii dwóch, a jedynie w małej Danii jest jedna firma z monopolem. Łącznie w krajach UE funkcjonuje ponad 30 firm produkujących cukier. Zwolennicy i przeciwnicy Polskiego Cukru różnią się w wielu sprawach. Jedni twierdzą, że polskie cukrownie znajdują się w czołówce światowej, a więcej cukru z buraków produkują tylko Francuzi i Niemcy, drudzy, że są zapuszczone technologicznie. Różnice zdań dotyczą też wielkości zakładów, kosztów wytwarzania cukru itd. Obie strony sporu uważają, że ich koncepcja jest lepsza dla 150 tys. plantatorów buraków.
Minister Emil Wąsacz może zostać jutro odwołany między innymi z powodu konfliktu wokół koncepcji prywatyzacji cukrowni. Spór o Polski Cukier będzie jednak trwał dalej i nie zakończy się wraz z ewentualnym odejściem ministra. Przekształcenia własnościowe w przemyśle cukrowym przebiegały w bardzo różny sposób. brak było spójnej polityki prywatyzacyjnej oraz koncepcji przekształceń. Maciej Janiszewski uważany jest za głównego pomysłodawcę utworzenia jednej dużej firmy. Będzie dużo szumu wokół polskiego kapitału i zabezpieczania interesów plantatorów buraków, żeby ostatecznie zarobiła na tym niewielka grupa osób związana np. z Janiszewskim, doradcą Romana Wierzbickiego zainteresowanego utworzeniem Polskiego Cukru - mówi biznesmen związany z tym rynkiem. Zwolennicy wprowadzenia monopolu odrzucają takie argumenty. Ich zdaniem to właśnie monopol i odpowiednie regulacje celne mogą uratować polskie cukrownictwo. specyfika branży cukrowniczej wymaga tworzenia dużych firm mających monopol produkcji na znacznych obszarach.
NAUKA Skąd pieniądze na naukę Za dużo badaczy, za mało sukcesów KRZYSZTOF PAWŁOWSKI Niedawno otrzymałem opracowanie Komitetu Badań Naukowych "Stan nauki i techniki w Polsce" wydane w 1999 r. Zawiera ono na 60 stronach ponad 50 świetnie przedstawionych zestawień, diagramów, tabel. Autorzy próbują pokazać całościowy stan nauki i techniki polskiej. Przypomniały mi się przy tej lekturze trzy głośne teksty, opublikowane w trzech ostatnich latach - apel Komitetu Ratowania Nauki Polskiej kojarzony z powszechnie szanowaną osobą profesora Andrzeja Kajetana Wróblewskiego, artykuł z "Rzeczpospolitej" prof. Jana Winieckiego pokazujący ograniczenia efektywnej absorpcji środków przez instytucje naukowe w zależności od stopnia rozwoju danej gospodarki i państwa, wreszcie wypowiedź prof. Łukasza Turskiego z felietonu we "Wprost", że zaledwie 1/3 osób pracujących w instytucjach naukowych zasługuje na to, aby w nich pozostać i pracować. Który z autorów miał rację, a może wszyscy? Czekanie na dofinansowanie Jednym z powszechnych oczekiwań środowisk akademickich związanych z samodzielnymi państwowymi instytucjami naukowymi oraz państwowymi szkołami wyższymi jest szybki i wyraźny wzrost dotacji z budżetu państwa na finansowanie nauki i szkolnictwa wyższego. Czy te oczekiwania są uzasadnione? Otóż analiza danych przytaczanych przez KBN wcale nie skłania do takich oczekiwań, przynajmniej obecnie, przy poziomie produktu narodowego liczonego na głowę mieszkańca niewiele przekraczającym 6 tys. USD. KBN przytacza dane dotyczące różnych krajów, przeliczane na głowę ludności przy uwzględnieniu tzw. parytetu siły nabywczej waluty krajowej (PPP). Źródłowe dane GUS, Organizacji Współpracy i Rozwoju (OECD) czy Science and Technology Indicators wydają się niekwestionowane. Z danych przedstawionych w opracowaniu KBN określiłem zależność pomiędzy nakładami na badania i rozwój a średnim produktem krajowym brutto (oba wskaźniki podane na głowę mieszkańca przy uwzględnieniu parytetów siły nabywczej waluty krajowej). Wniosek z tej zależności jest jednoznaczny i niezbyt przyjemny dla środowisk akademickich - nakłady na B+R będą rosły, ale stopniowo ze wzrostem produktu krajowego brutto. Dla przykładu, dopiero dwukrotny wzrost produktu krajowego uczyni uzasadnionym trzykrotny wzrost nakładów na badania i rozwój. Jeszcze bardziej interesujące są diagramy, na których przedstawiono strukturę nakładów na B+R, tzn. proporcje pomiędzy finansowaniem z budżetu państwa a nakładami ze strony przedsiębiorstw. Najciekawsze dane zestawiono w tabeli. Mało spektakularnych osiągnięć Jak widać, dane umieszczone w tabeli 1 odkrywają podstawową polską słabość - bardzo niskie finansowanie badań i rozwoju ze strony polskiej gospodarki i jej przedsiębiorstw. I tak, nakłady na badania i rozwój z budżetu państwa są "tylko" 4,2 razy mniejsze niż średnia dla wszystkich państw OECD i średnia dla Unii Europejskiej oraz kilkanaście razy mniejsza (10 do 13,7) w przypadku nakładów ze strony przedsiębiorstw. Czy więc cała wina za niedofinansowanie polskiej nauki leży po stronie polskich przedsiębiorstw? By nie być oskarżonym o stronniczość, przytoczę jako odpowiedź jeden z wniosków (nr 6) przedstawiony przez KBN: "Mała liczba spektakularnych osiągnięć naukowych, a także niedostateczny związek pomiędzy nauką i gospodarką wywołane są także tym, że polską naukę cechuje rozproszenie badań oraz przyczynkowość ich wyników. Stosunkowo niewiele jest dzieł naukowych o fundamentalnym znaczeniu, jak i kompletnych opracowań techniczno-technologicznych nadających się do natychmiastowego zastosowania w praktyce". Trudno o bardziej jednoznaczną ocenę. Trudno też oczekiwać, że polskie przedsiębiorstwa (te działające na realnym rynku, sprywatyzowane oraz drenowane z pieniędzy przez chory polski system podatkowy) będą wspaniałomyślnie i jednostronnie finansować działalność naukową instytutów oraz uczelni, nie mając szans na zwrot zainwestowanych środków poprzez otrzymanie od nich gotowych do zastosowania nowych technologii, innowacji czy rozwiązań organizacyjnych. Przedsiębiorstwa zapewne chętnie kupiłyby takie rezultaty badań, gdyby one istniały. Kapitał intelektualny coraz cenniejszy Udział procentowy w budżecie państwa nakładów na B+R (0,47proc.) jest porównywalny z odpowiednimi udziałami dla państw wyżej rozwiniętych - Hiszpanii 0,52 proc. i Włoch tylko 0,53 proc. Te wszystkie dane, niestety, wskazują, że trudno w najbliższych latach oczekiwać wyraźnego wzrostu nakładów na badania i rozwój ze strony budżetu państwa, oraz pokazują, że podstawowym zadaniem środowisk naukowych jest taka restrukturyzacja instytucji i wzrost efektywności badań, aby stały się one atrakcyjnym partnerem dla przedsiębiorstw. Jak u Pana Boga za piecem Spośród wielu interesujących informacji i wniosków zwróciłem jeszcze uwagę na strukturę sektora badań i rozwoju. Aż 41,3 proc. ogółu nakładów na B+R jest przekazywane "sławnym" JBR, czyli jednostkom badawczo-rozwojowym - żywej pozostałości po okresie realnego socjalizmu. Udział środków z budżetu państwa przekazywanych na sfinansowanie JBR w całości kosztów ich działalności wzrósł od 1994 r. do 1997 r. z 54,1 proc. do 63,5 proc. (przy spadku udziału środków własnych JBR z 23,3 proc. do 16,1 proc.). A to oznacza, że część JBR żyje "jak u Pana Boga za piecem" opierając się na środkach budżetowych, wcale nie będąc zmuszona do efektywnych badań i starania się o środki (na przykład z przedsiębiorstw). Oczywiście, ta grupa jest bardzo niejednorodna i obok jednostek prowadzących badania podstawowe (jak Instytut Fizyki Jądrowej) oraz instytutów niezbędnych dla funkcjonowania państwa (jak Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej czy Instytut Geologiczny) znajdują się w tej grupie głównie instytuty działające na rzecz przemysłu, rolnictwa. Duża część z nich w nowych warunkach gospodarczych powinna być sprywatyzowana bądź zlikwidowana. Taki jest zresztą jeden z wniosków KBN (tylko łagodnie sformułowany). Z tego, co wieść gminna niesie, część z tych instytutów żyje wręcz luksusowo z wynajmu czy dzierżawy pomieszczeń, budynków (zresztą państwowych), a działalność "badawcza" jest tylko swoistą wizytówką (by nie powiedzieć przykrywką). Sprywatyzować instytuty Uważam, że okres dziesięciu lat na dostosowanie się do nowych warunków funkcjonowania w połączeniu z prywatyzacją wielu sektorów gospodarki, dla których JBR pracowały, jest wystarczający i zadaniem rządu jest przegląd, stanowcza restrukturyzacja i prywatyzacja tych instytutów. Uwolnione w ten sposób środki publiczne powinno się przeznaczyć na znaczne zwiększenie funduszu projektów badawczych, na który idzie obecnie tylko 15,5 proc. ogółu środków, jakimi dysponuje KBN. Przy okazji restrukturyzacji i prywatyzacji poprawiłby się jeszcze jeden istotny wskaźnik - nakłady na B+R przypadające na jednego badacza. Polska pod tym względem rzeczywiście odstaje od świata, wydając na jednego badacza 39 tys. USD (w Czechach - 126 tys. USD). Przyczyna jest jednak zaskakująca (i znowu piszą o tym autorzy wniosków z opracowania KBN, tylko nie wprost) - mamy za dużo badaczy na 1000 zatrudnionych. Taki wskaźnik jest typowy dla państw rozwiniętych, np. Włoch i Hiszpanii, a nie dla państw podobnych do Polski. Prywatyzacja JBR "załatwi" ten problem - pozostaną w nich tylko pracownicy niezbędni dla funkcjonowania firmy. Muszą być ruchliwi Oczywiście, w opracowaniu KBN pojawia się kolejny raz stwierdzenie dotyczące niskich płac w sektorze B+R i narzekanie na szkodliwą (zdaniem autorów) wieloetatowość pracowników naukowych, którzy w ten sposób podnoszą swoje zarobki. Za daleko idąca wieloetatowość jest na pewno szkodliwa dla pracownika nauki, ale autorzy opracowania chyba nie zauważyli światowej tendencji ogromnego wzrostu ruchliwości naukowców. Prof. Stefan Kwiatkowski nazywa ich "dywanojeźdźcami", nie mogą być oni przywiązani na długo do jednej instytucji, gdyż ruchliwość jest atrybutem ich działalności, a wymiana idei, tworzenie wciąż nowych zespołów badawczych przyspiesza i zwiększa efektywność ich pracy. Trzeba wreszcie powiedzieć wprost: w Polsce przy obecnych tak ograniczonych możliwościach wzrostu nakładów budżetu na B+R, nie istnieje możliwość istotnego wzrostu płac w instytucjach państwowych. Zatrudnienie najlepszych pracowników nauki w ich macierzystych uczelniach czy instytutach badawczych będzie możliwe tylko wtedy, gdy będą mogli znacząco podnieść swoje dochody przez pracę w uczelniach niepaństwowych czy też prywatnych instytutach badawczych. Zaczarowywanie rzeczywistości Czasami mam wrażenie, że część środowisk akademickich próbuje zmienić rzeczywistość poprzez jej "zaczarowanie" czy też nie przyjmując do wiadomości obecnych uwarunkowań systemowych. Tak było, niestety, po mądrym tekście prof. Winieckiego - zamiast podjąć dyskusję, część środowiska postanowiła się na profesora Winieckiego obrazić. Można też zrzucić wszystko na okrutnego ministra finansów, zresztą "odszczepieńca" środowiska akademickiego. Tylko czy to coś zmieni? Jestem głęboko przekonany, że zasadnicze zmiany muszą zajść i zostać przeprowadzone wewnątrz sektora B+R i bez tego rzeczywiście grozi nam upadek polskiej nauki. Podstawowym zadaniem państwa na najbliższe lata jest zapewnienie wzrostu średniego poziomu wykształcenia społeczeństwa. Z tego względu konieczny jest więc wzrost poziomu finansowania badań w szkołach wyższych, gdyż umożliwi to zatrzymanie w uczelniach najzdolniejszych naukowców, gwarantujących odpowiednio wysoki poziom wiedzy przekazywanej studentom. Autor jest rektorem WSB w Nowym Sączu i Tarnowie.
Niedawno otrzymałem opracowanie "Stan nauki i techniki w Polsce". Zawiera ono ponad 50 świetnie przedstawionych zestawień, diagramów, tabel. Autorzy próbują pokazać całościowy stan nauki i techniki polskiej. Jednym z powszechnych oczekiwań środowisk akademickich związanych z samodzielnymi państwowymi instytucjami naukowymi oraz państwowymi szkołami wyższymi jest szybki i wyraźny wzrost dotacji z budżetu państwa na finansowanie nauki i szkolnictwa wyższego. Czy te oczekiwania są uzasadnione? Otóż analiza danych wcale nie skłania do takich oczekiwań, przynajmniej obecnie. Czy cała wina za niedofinansowanie polskiej nauki leży po stronie polskich przedsiębiorstw? Udział procentowy w budżecie państwa nakładów na B+R jest porównywalny z odpowiednimi udziałami dla państw wyżej rozwiniętych. Te wszystkie dane wskazują, że trudno w najbliższych latach oczekiwać wyraźnego wzrostu nakładów na badania i rozwój ze strony państwa, oraz pokazują, że podstawowym zadaniem środowisk naukowych jest taka restrukturyzacja instytucji i wzrost efektywności badań. okres dziesięciu lat na dostosowanie się do nowych warunków funkcjonowania w połączeniu z prywatyzacją wielu sektorów gospodarki jest wystarczający i zadaniem rządu jest przegląd, stanowcza restrukturyzacja i prywatyzacja tych instytutów. Uwolnione w ten sposób środki publiczne powinno się przeznaczyć na znaczne zwiększenie funduszu projektów badawczych. Przy okazji restrukturyzacji i prywatyzacji poprawiłby się jeszcze jeden istotny wskaźnik - nakłady na B+R przypadające na jednego badacza. mamy za dużo badaczy na 1000 zatrudnionych. Czasami mam wrażenie, że część środowisk akademickich próbuje zmienić rzeczywistość poprzez jej "zaczarowanie" czy też nie przyjmując do wiadomości obecnych uwarunkowań systemowych. Można też zrzucić wszystko na okrutnego ministra finansów. Tylko czy to coś zmieni? Podstawowym zadaniem państwa na najbliższe lata jest zapewnienie wzrostu średniego poziomu wykształcenia społeczeństwa.
ANALIZA Im bliżej wyborów parlamentarnych, tym SLD mniej obiecuje Krytycy szykują się do władzy ELIZA OLCZYK Im bliżej wyborów parlamentarnych, tym Sojusz Lewicy Demokratycznej bardziej wstrzemięźliwie wypowiada się w sprawie propozycji programowych, które w przyszłości zamierza realizować. Jeszcze półtora roku temu politycy SLD hojnie szafowali obietnicami, dziś odmawiają odpowiedzi na pytania o przyszłą politykę finansową czy zdrowotną Od trzech lat czołowi politycy SLD nie szczędzą krytyki rządowi Jerzego Buzka. Od dłuższego czasu zapowiadają też, że będą poprawiali reformy przez ten rząd podjęte - administracyjną, oświatową, zdrowotną. Od blisko roku trwają w SLD prace programowe. Już na pierwszym posiedzeniu Rady Naczelnej nowo utworzonej partii SLD powołano 40 zespołów programowych, odpowiadających działom administracji. Ich celem było zdiagnozowanie sytuacji w określonej części gospodarki oraz przedstawienie propozycji działania. Lider SLD Leszek Miller obwieścił, że zespoły przygotują nie tylko program wyborczy, ale i szczegółowy plan działania na pierwsze sto dni nowego rządu, wraz z propozycjami projektów ustaw. Pierwszy etap ma się już ku końcowi, jednak część osób kierujących pracami zespołów przejawia dziwną niechęć do prezentacji owoców tej pracy. Wymawiają się stwierdzeniem, że na konkrety jest za wcześnie, że nie ma co wychodzić przed szereg, że jeszcze wiele może się zmienić. Edukacja Z prac zespołu edukacyjnego wynika, że Sojusz po ewentualnym przejęciu władzy nie zamierza zmieniać zasadniczej struktury systemu edukacyjnego ani wprowadzać zmian do Karty Nauczyciela. Tak zapewniała nas Krystyna Łybacka, wiceprzewodnicząca partii, która jest odpowiedzialna m.in. za prace zespołu edukacyjnego. Zasadniczą zmianą w systemie oświaty, którą Sojusz chciałby wprowadzić, jest objęcie obowiązkiem nauki sześciolatków. Wydłużanie obowiązkowego okresu nauczania o rok byłoby wdrażane przez cztery lata. Każdego roku obowiązkiem szkolnym byłyby obejmowane sześciolatki urodzone w kolejnych kwartałach, (dodatkowe 18 tys. dzieci w systemie szkolnym, przede wszystkim z terenów wiejskich). Zmiany wymagają też - zdaniem Krystyny Łybackiej - programy szkolne. - Musimy położyć nacisk na języki obce i informatykę, czyli na przedmioty, które będą determinowały nasze partnerstwo w Unii Europejskiej - mówi. Jej zdaniem nauczanie języka angielskiego czy informatyki można rozpowszechnić dzięki nakłanianiu studentów do robienia dodatkowo licencjatów z języka obcego i informatyki. Sojusz przymierza się też do przywrócenia socjalnej funkcji szkoły, czyli reaktywowania świetlic przyszkolnych lub tworzenia centrów edukacyjnych, prowadzących np. zajęcia wyrównawcze. - Edukacja ma być głównym priorytetem w naszym programie, mam więc nadzieję, że na nasze postulaty znajdą się pieniądze - mówi Krystyna Łybacka. Administracja Sojusz chciałby o połowę zredukować liczbę radnych, ograniczyć budżety wojewodów oraz wyeliminować przypadki dublowania się kompetencji. Mówił o tym Leszek Miller podczas konferencji poświęconej racjonalizacji wydatków państwa. W czasie reformy samorządowej politycy SLD nieraz krytykowali tworzenie zbyt wielkiej liczby powiatów. Leszek Miller przyznał, że Sojusz zamierza zachęcać powiaty, aby łączyły się w większe, silniejsze jednostki, ale nic ponadto. Nic również nie wiadomo o działaniach osłonowych dla miast, które przestały być ośrodkami wojewódzkimi, choć Sojusz wytykał brak takich programów rządowi Jerzego Buzka. Pomoc społeczna Polityka społeczna AWS nieraz była przedmiotem krytyki SLD, oba ugrupowania wyznają bowiem zupełnie różną filozofię w tej dziedzinie (wystarczy przypomnieć coroczne batalie o ulgi podatkowe na dzieci oraz dyskusje o zasiłkach rodzinnych). Zespół ds. polityki społecznej zamierza przede wszystkim zabezpieczyć pomoc społeczną przed obniżaniem nakładów budżetowych. Jak powiedziała nam Jolanta Banach, kierująca pracą zespołu, można to zrobić na kilka sposobów, na przykład ustawowo zagwarantować określoną wysokość środków na pomoc społeczną lub znacznie podwyższyć minimalną kwotę zasiłku (obecnie wynosi ona 15 zł, a w jednym z wariantów proponuje się jej podwyższenie do 200 - 300 zł). Zespół ds. pomocy społecznej rozważa też możliwość zrezygnowania z podziału na zasiłki fakultatywne i obligatoryjne. Czy jednak w pomocy społecznej coś się rzeczywiście zmieni? Trudno powiedzieć, bo wszelkie zmiany w tej dziedzinie wymagają pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy, a - jak powiedziała Jolanta Banach - Marek Borowski odpowiedzialny za finanse publiczne zgodziłby się na wiele zmian pod warunkiem, że zostałyby one przeprowadzone bezkosztowo. Jakiś czas temu, jeszcze przed utworzeniem partii SLD, Marek Borowski obiecywał na konferencji prasowej, że po przejęciu władzy Sojusz stworzy 500 tys. nowych stanowisk pracy, głównie dla młodzieży (w usługach, policji, urzędach skarbowych i ośrodkach pomocy społecznej), stworzy system zachęt dla osób inwestujących w regionach dotkniętych bezrobociem (ulgi inwestycyjne, podwyższona stopa amortyzacji, zmniejszenie obciążeń przedsiębiorstw szkolących pracowników), zwiększy nakłady na szkolenia młodzieży. Czyżby to również miało być zrealizowane bezkosztowo? Aborcja W tej sytuacji można więc przypuszczać, że największe szanse na realizację mają propozycje zespołu ds. równego statusu kobiet i mężczyzn. Tam większość proponowanych zmian nie będzie wymagała dodatkowych kosztów, na przykład przywrócenie stanowiska pełnomocnika ds. kobiet (rząd Jerzego Buzka zlikwidował urząd pełnomocnika ds. rodziny i kobiet, tworząc urząd pełnomocnika ds. rodziny) czy powołanie sejmowej komisji ds. równego statusu. Zapewne też Sojusz podejmie próbę zmiany ustawy o planowaniu rodziny i ochronie płodu ludzkiego, dążąc do legalizacji przerywania ciąży z tzw. względów społecznych. Największą trudnością, z którą boryka się zespół, jest opracowanie kryteriów uprawniających do tego. Niezależnie, jakie kryteria zostaną przyjęte, liberalizacja tzw. ustawy antyaborcyjnej wywoła burzliwą dyskusję (jak zawsze w ciągu ostatnich 10 lat, gdy przewidywane są zmiany przepisów w tym zakresie) i być może kolejną skargę do Trybunału Konstytucyjnego. Mimo to SLD przypuszczalnie będzie eksponował ten pomysł w kampanii wyborczej. Nieco trudniejsze do przeprowadzenia może być przywrócenie w szkołach obowiązkowego przedmiotu wychowanie seksualne człowieka oraz włączenie antykoncepcyjnych pigułek hormonalnych na listę leków refundowanych z budżetu państwa (Sojusz nieraz krytykował rząd Jerzego Buzka za likwidację przedmiotu i za rezygnację z dotowania pięciu hormonalnych środków antykoncepcyjnych). Tego nie da się zrobić bezkosztowo i Jolanta Banach uważa, że Marek Borowski będzie się bronił przed dotowaniem środków antykoncepcyjnych. Bezpieczeństwo i służby specjalne Działalność MSWiA była najbardziej krytykowana przez SLD, gdy szefem tego resortu był Janusz Tomaszewski. Leszek Miller na konferencji prasowej obiecywał wówczas, że po przejęciu władzy SLD zwiększy nakłady na policję do wysokości 5 procent wszystkich wydatków państwa, zainicjuje utworzenie szczególnie ciężkiego więzienia o ostrym reżimie dla sprawców najcięższych przestępstw, zaostrzy kary dla recydywistów (m.in. wyeliminuje w ich przypadku możliwość zawieszenia kar). Ponadto opracuje pięcioletni program finansowania organów porządku publicznego oraz doprowadzi do uchwalenia tzw. paktu antykorupcyjnego (chodzi o przyznanie specjalnych funduszy na walkę z zorganizowaną przestępczością). Dziś Leszek Miller mówi mniej o bezpieczeństwie, za to bardzo dużo o służbach specjalnych, ich rzekomej wrogiej postawie wobec Sojuszu. Nic dziwnego, że jedną ze zmian, które Sojusz zamierza przeprowadzić, o czym Leszek Miller powiadomił podczas niedawnej konferencji prasowej, jest likwidacja stanowiska koordynatora ds. służb specjalnych i podporządkowanie poszczególnych pionów służb bezpośrednio premierowi. Warto przypomnieć, iż stanowisko koordynatora zostało utworzone właśnie przez SLD, w ramach reformy centrum administracyjnego, a pierwszym ministrem koordynatorem był Zbigniew Siemiątkowski z SLD. Integracja Józef Oleksy odpowiedzialny za prace zespołu ds. integracji uważa, że przygotowanie do referendum w sprawie przystąpienia Polski do Unii Europejskiej będzie jednym z najważniejszych działań przyszłego rządu w zakresie polityki zagranicznej. Sojusz po ewentualnym przejęciu władzy zamierza zachować ciągłość negocjacyjną oraz - jak twierdzi Józef Oleksy - w dużej mierze również ciągłość personalną w zespole negocjacyjnym. W negocjacjach brany będzie pod uwagę interes naszego kraju. - Nie można skupiać się przede wszystkim na dacie naszego przystąpienia do Unii - mówi Oleksy. - Oczywiście rezygnacja z niej byłaby demobilizująca, jednak należy sobie zadać pytanie, czy data przestąpienia do Unii Europejskiej w każdej sytuacji ma charakter nadrzędny, czy też są sprawy ważniejsze - na przykład swobodny przepływ pracowników lub okres przejściowy na zakup ziemi. SLD zamierza otworzyć wschodnią granicę na wymianę handlową i młodzieżową, przy zachowaniu rygorów bezpieczeństwa, które nakłada na nas traktat z Schengen. Zdrowie Chyba najwięcej negatywnych recenzji ze strony SLD zebrała reforma zdrowia. Politycy Sojuszu nieraz mówili, że trzeba ją będzie poprawiać. Liderzy SLD dziś nie chcą jednak odpowiadać na pytanie, w jakim kierunku pójdą zapowiadane zmiany i czy po ewentualnym przejęciu władzy podwyższą składkę na ubezpieczenia zdrowotne. A nie ulega wątpliwości, że sytuacja w służbie zdrowia jest dziś jedną z kluczowych spraw. Nasilające się protesty pielęgniarek mogą rozszerzyć się, brakuje pieniędzy na utrzymanie szpitali, rośnie zadłużenie. Politycy Sojuszu dają do zrozumienia, że być może zdecydują się na głęboką przebudowę systemu ochrony zdrowia z likwidacją kas chorych włącznie. Andrzej Celiński, który kierował zespołem ds. zdrowia, nie chciał ujawnić, jakie rozwiązania zostały w nim przyjęte. Powiedział tylko, że rewolucyjne. Finanse państwa Jeszcze większą tajemnicą otoczone są prace nad finansami państwa. Powszechnie wiadomo jedynie, że SLD jest przeciwny reprywatyzacji i gotów jest przystać na zwrot majątków jedynie w ograniczonym zakresie. Z całą pewnością kontynuowana będzie natomiast prywatyzacja, jest bowiem źródłem dochodów dla budżetu państwa, z których SLD nie będzie mógł zrezygnować. Marek Borowski poza ogólną deklaracją, że SLD nie zamierza podwyższać stawek podatków dochodowych od osób fizycznych, nie chce powiedzieć niczego więcej. Zapewne można się spodziewać, że w obliczu kiepskiej sytuacji finansowej państwa SLD zdecyduje się na podwyższanie podatków pośrednich i likwidację ulg. Takie ogólne sugestie również można usłyszeć od polityków Sojuszu. Jest jednak prawdopodobne, że przed wyborami żadne konkrety nie zostaną ujawnione, gdyż zapowiedź podwyższenia podatków nie jest dobrym sposobem na prowadzenie kampanii wyborczej.
Już na pierwszym posiedzeniu Rady Naczelnej nowo utworzonej partii SLD powołano 40 zespołów programowych, odpowiadających działom administracji. Ich celem było zdiagnozowanie sytuacji w określonej części gospodarki oraz przedstawienie propozycji działania.Z prac zespołu edukacyjnego wynika, że Sojusz po ewentualnym przejęciu władzy nie zamierza zmieniać zasadniczej struktury systemu edukacyjnego ani wprowadzać zmian do Karty Nauczyciela.Zasadniczą zmianą w systemie oświaty jest objęcie obowiązkiem nauki sześciolatków.Zespół ds. polityki społecznej zamierza przede wszystkim zabezpieczyć pomoc społeczną przed obniżaniem nakładów budżetowych. największe szanse na realizację mają propozycje zespołu ds. równego statusu kobiet i mężczyzn. Tam większość proponowanych zmian nie będzie wymagała dodatkowych kosztów, na przykład przywrócenie stanowiska pełnomocnika ds. kobiet czy powołanie sejmowej komisji ds. równego statusu.Marek Borowski poza ogólną deklaracją, że SLD nie zamierza podwyższać stawek podatków dochodowych od osób fizycznych, nie chce powiedzieć niczego więcej.Jest jednak prawdopodobne, że przed wyborami żadne konkrety nie zostaną ujawnione, gdyż zapowiedź podwyższenia podatków nie jest dobrym sposobem na prowadzenie kampanii wyborczej.
Polakom zaoferowano role, których grać ich nikt nie uczył, dlatego wielu skłonnych jest je odrzucać Widmo rewolucji JANUSZ A. MAJCHEREK III Rzeczpospolita powstała w wyniku ewolucji i kompromisu, a więc wbrew tradycyjnym normom i formom działania Polaków, przejawiającym się w buntach, rewoltach i powstaniach. Ta rozbieżność z narodową tradycją jest jednym z powodów, dla których tak znaczna część społeczeństwa czuje się nieswojo w obecnych realiach i daje temu głośno wyraz. W 1989 r. w Polsce nie miało miejsca żadne spektakularne wydarzenie, porównywalne z ogłoszeniem deklaracji niepodległości, zburzeniem muru, masowym buntem czy tym bardziej zbrojną rebelią zakończoną rozstrzelaniem przywódcy dotychczasowego reżimu - jak to się zdarzyło w sąsiednich krajach komunistycznych. Polacy wyszli z komunizmu w sposób nie tylko nietypowy na tle większości państw bloku i byłych republik sowieckich, ale zupełnie niezgodny ze swoją własną tradycją, a jeszcze bardziej z wyobrażeniem o niej, kształtowanym przez etos powstańczy. Z początku nawet usiłowano z tego uczynić przedmiot dumy i powód do chwały, lecz rychło odezwały się głosy, że brak heroicznego, a najlepiej martyrologicznego momentu w okresie inauguracji nowej Polski uniemożliwił uczynienie jej odpowiednio atrakcyjną, na pewno zaś pozbawił uświęcenia, które związałoby z nią jej obywateli silnymi emocjami patriotycznymi. Odzwierciedliło się to bodaj w postawie znacznej części Polaków, zdezorientowanych w nowej rzeczywistości i nie umiejących się z nią utożsamić. Zamiast rewolucji nastąpiła bowiem transformacja, a czy można się poświęcać dla transformacji? Kulturowa dezorientacja Polska transformacja zawierała wprawdzie pewien element rewolucyjny, odzwierciedlony w strategii i metodzie terapii szokowej zaaplikowanej gospodarce, faktycznie była to jednak raczej kontrrewolucja, w swoich dążeniach nakierowana na restytucję (prywatnej własności) czy wręcz restaurację (kapitalizmu, wolnego rynku). Od uczestników nie wymagała bynajmniej szalonych porywów i bohaterskich uniesień, lecz inicjatywy i umiejętności o charakterze gospodarczym. Większość Polaków miała prawo czuć się podwójnie zdezorientowana: nie tylko nie wzywano ich na żadną ruchawkę, lecz na dodatek skłaniano ich, by okazali cnoty mieszczańskie, do których nie tylko nie byli przysposobieni, ale którymi dawniej sugerowano im raczej gardzić. Zamiast powstańca burżuj - to dla Polaka oferta trudno zrozumiała i mało inspirująca, raczej drażniąca niż zachęcająca. Nastroje buntu i rewolty nie mogły zaś znaleźć ujścia poza sferą materialną, a więc w warstwie duchowej, kulturowej, bo społeczny ogół był i pozostaje pod tym względem zbyt ograniczony, by taką kompensatę i zaspokojenie sobie stworzyć, a kulturalne i artystyczne elity również nie wykreowały nowych form ekspresji dla tych zbiorowych nastrojów. Ponadto czas, czyli ostatnia dekada stulecia, nie sprzyjał tendencjom kontestatorskim i kontrkulturowym, nieobecnym także w napływającej do Polski kulturze masowej. Z tych dwóch powodów zamiast ożywczych ruchów kontrkulturowych rozwinęły się jedynie destrukcyjne ruchy subkulturowe, a zamiast twórczej kontestacji rozlała się masowa agresja. Symbolem tego rodzaju "rebelii" stał się kij bejsbolowy, a formą ekspresji prostacka siła i przemoc oraz wulgaryzacja obyczajowa i językowa. Wolta w rewolcie Wśród zdezorientowanych i nie znajdujących w nowej rzeczywistości miejsca dla siebie wezwania do buntu i insurekcji padały i wciąż padają jednak na podatny grunt, jeśli tylko są sformułowane z odpowiednią dozą demagogii i populizmu przez samozwańczych przywódców i domorosłych watażków, umiejących skrzyknąć zdesperowanych straceńców. Paradoks, a nawet swoisty absurd polega na tym, że o ile w początkowym okresie ten nieco bezładny bunt kierowany był przez radykalnych antykomunistów pod hasłami stanowczego i definitywnego rozliczenia z dawnymi lub niezbyt dawnymi władcami, o tyle potem został przejęty i wykorzystany przez niegdysiejszych działaczy PZPR i aktywistów okresu PRL oraz poprowadzony przeciw zupełnie nowemu establishmentowi. Początkowo najbardziej kontestatorski trzon społecznej rewolty stanowili nieprzejednani zwolennicy rozliczeń z komuną i nomenklaturą, reprezentowani przez radykałów związkowych w rodzaju Zygmunta Wrzodaka, łączących werbalny antykomunizm z demagogicznymi rewindykacjami socjalnymi. W wyniku przemian w samej "Solidarności", a zwłaszcza odzyskania przez nią znaczącego statusu politycznego i miejsca w legalnych instytucjach władzy, przestała być ona wyrazicielką tej politycznej i socjalnej rewolty. Do roli tej zgłosiło się natychmiast wielu samozwańczych wodzów, wśród których najsilniejszą, a w każdym razie najbardziej eksponowaną pozycję zajął Andrzej Lepper. Nie bez powodu w swojej propagandowej kampanii tak często odwoływał się do skojarzeń insurekcyjnych, zapowiadając chłopskie powstanie i poprowadzenie zbrojnej rebelii przeciw rządowi. Usiłował więc nawiązać do tradycji, która w 1989 r. została w zasadzie zaniechana. Czy jest on prawdziwym powstańcem albo rewolucjonistą? Oczywiście nie, jest karykaturą rewolucjonisty i powstańca. W jego osobie i działalności polskie tradycje insurekcyjne zamieniły się w farsę i parodię. Ostatnio nawet Lepper usiłuje przedzierzgnąć się w polityka. W tej kategorii nie ma jednak szans, bo konkurencja zbyt silna, a demonstrowane dotychczas talenty niekoniecznie przydatne. Misja niemożliwa Nie oznacza to, że w sferze stricte politycznej nie było i nie ma rewolucyjnego zapału. Idzie o to, że nie przynosi on politycznych sukcesów. Wezwania do użycia rewolucyjnych metod w procesie przezwyciężania komunizmu rozlegały się niemal od samego początku tego procesu. Wzmogły się zwłaszcza w okresie kampanii prezydenckiej 1990 roku, kiedy wznieśli je niektórzy równie entuzjastyczni jak naiwni (tak to z rewolucjonistami bywa) zwolennicy Lecha Wałęsy, widzący w nim lub pragnący zeń uczynić przywódcę rewolty przeciw umiarkowanej "polityce grubej kreski". Kiedy poczuli się przez niego zdradzeni, w typowy dla wszelkich zawiedzionych rewolucjonistów sposób przeszli do formowania wąskiej, kadrowej grupy, złożonej z najbardziej zaufanych osób i skoncentrowanej na walce z wszystkimi podejrzanymi o kontakty z wrogami oraz demaskowaniu ich zakamuflowanych dawnych współpracowników lub obecnych sprzymierzeńców. Kulminacją działalności tej grupy było przejęcie steru rządu przez reprezentującą ją ekipę Jana Olszewskiego i rozpoczęcie demaskatorskiej akcji lustracyjnej pod kierunkiem Antoniego Macierewicza, któremu złośliwi krytycy do dziś wypominają młodzieńcze fascynacje postacią latynoamerykańskiego rewolucjonisty, Ernesta Guevary zwanego Che. Akcja ta skończyła się kompletnym fiaskiem i choć mnożyły się oskarżenia o zamach stanu, w istocie w jej wyniku żadna rewolucja się nie dokonała. A przegrani rewolucjoniści zawsze źle kończą. Nie zniechęciło to innych zwolenników działań radykalnych i rozstrzygnięć równie jednoznacznych jak definitywnych. Ich wyrazicielem w obecnej ekipie został Janusz Pałubicki, całą swoją postacią uosabiający typowego rewolucjonistę: strój niedbały, swobodny zarost, ponury wyraz twarzy, zaciśnięte usta, dosadne epitety ciskane pod adresem przeciwników, głęboka nieufność i podejrzliwość, nie skrywane poczucie misji. Nie wiadomo jednak, czy zdoła ją wypełnić,wszystko wskazuje bowiem na to, że zostanie ona przerwana przez wyborczą porażkę obozu, który Pałubicki reprezentuje, i zwycięstwo sił przez niego znienawidzonych. Taki to dziwny i paradoksalny jest los rewolucjonistów w demokratycznym państwie. Można się zastanawiać, w jakim stopniu sami go kształtują własnymi poczynaniami, czy nie przyczyniają się aby swą działalnością do klęski tej sprawy, o którą walczą. Na pocieszenie mogą wziąć pod uwagę i rozwagę, że w państwie niedemokratycznym przegrani rewolucjoniści kończą o wiele gorzej. Jednak urok burżuazji Misją każdego rewolucjonisty jest radykalnie zmienić świat i skierować bieg jego spraw na zupełnie inne tory. Jeśli popatrzeć z tego punktu widzenia, to największe pod tym względem sukcesy w Polsce ostatniego dziesięciolecia osiągnęli nie bojówkarze, jak Andrzej Lepper, związkowi radykałowie spod znaku "Solidarności", nieprzejednani antykomuniści z Ligi Republikańskiej czy owładnięci poczuciem misji koordynatorzy tajnych służb, lecz dynamiczni, energiczni, niezmordowani i niepowstrzymani pionierzy kapitalizmu. Najbardziej rewolucyjne zmiany są dziełem polskich przedsiębiorców, to są dzisiejsi ludzie czynu. Ta rewolucja miała już swoją fazę masową i uliczną - gdy zaroiło się od polowych łóżek i prowizorycznych straganów, zwiastujących całkowitą zmianę stosunków ekonomiczno-społecznych w kraju. Ten rewolucyjny proces został następnie zinstytucjonalizowany i przeniesiony do specjalnie temu służących miejsc, od hal fabrycznych, przez banki i supermarkety, do budynku giełdy. Kiedy dawna siedziba KC PZPR została zajęta na siedzibę Giełdy Papierów Wartościowych, można było uznać komunistyczną Bastylię za zdobytą. Mieszczaństwo było w historii siłą sprawczą rewolucji. Dziś już w Polsce nie ma jednak żadnej Bastylii ani barykad do zdobycia, jest sporo wyzwań i przedsięwzięć do wykonania. Przemiany dokonują się już nie na ulicach, choć zmiany ich wyglądu świadczą o ciągłym tych przemian trwaniu. Nie mają one jednak charakteru masowego, bo z natury swojej opierają się na indywidualnym wysiłku i prywatnej inicjatywie, każdy więc musi w nich szukać swojego własnego miejsca osobiście. Nie wszyscy potrafią je znaleźć, okazują więc swoje niezadowolenie, z rewolucją ma to jednak niewiele wspólnego.
W 1989 r. w Polsce nie miało miejsca żadne spektakularne wydarzenie. Polacy wyszli z komunizmu w sposób zupełnie niezgodny ze swoją własną tradycją. Zamiast powstańca burżuj - to dla Polaka oferta trudno zrozumiała i mało inspirująca. Wśród zdezorientowanych i nie znajdujących w nowej rzeczywistości miejsca dla siebie wezwania do buntu i insurekcji padały i wciąż padają. największe sukcesy w Polsce ostatniego dziesięciolecia osiągnęli pionierzy kapitalizmu.
WIELKA BRYTANIA Przedwyborcze ożywienie na scenie politycznej Dwa oblicza thatcheryzmu EWA TURSKA z Londynu Przed wyborami parlamentarnymi w każdym kraju ożywia się scena polityczna, często rośnie też liczba partii. W Wielkiej Brytanii, gdzie pod koniec marca zakończyła się formalnie czwarta kadencja rządów konserwatystów - a nowe wybory wyznaczono na 1 maja - istnieje ich dziś co najmniej 21. W każdym razie tyle ma już swoje oficjalne strony w Internecie. Są wśród nich partie znaczące, takie jak Liberalni Demokraci - uchodzący za trzecią siłę polityczną w kraju, czy Szkocka Partia Narodowa, ale także antyeuropejska UK Independence Party i Partia Referendum, domagająca się plebiscytu nad przystąpieniem Wielkiej Brytanii do europejskiej unii walutowej. Tak naprawdę w majowych wyborach liczą się jednak tylko dwie - rywalizujące ze sobą o władzę od początku tego stulecia - Partia Konserwatywna obecnego premiera Johna Majora i znajdująca się od 18 lat w opozycji Partia Pracy, której liderem jest dziś Tony Blair. Ostatnie sondaże potwierdzają utrzymującą się od miesięcy znaczną przewagę laburzystów - popiera ich 44 proc. wyborców, torysów tylko 28 proc. Jak na ironię, ich obecne programy wyborcze są do siebie bardzo podobne. Dziś mówi się, że propozycje Tony Blaira i nowej, zreformowanej pod jego przywództwem Partii Pracy to tylko nieco łagodniejsza forma... thatcheryzmu. Podatkowe straszaki Jeszcze na wiele tygodni przed wyznaczeniem przez rząd daty wyborów premier John Major - przerażony rosnącą popularnością laburzystów - rozesłał do przyszłych wyborców list o dość przewrotnej treści. Ostrzegał w nim, że opozycja - programowo przeciwna jakiejkolwiek prywatyzacji - chce po ewentualnym przejęciu władzy w kraju "ukarać" dobrze prosperujące sprywatyzowane instytucje użyteczności publicznej, nakładając na nie podatek od nadmiernych zysków, by w ten sposób znaleźć środki na sfinansowanie swojego programu wydatków publicznych. Sens owego listu wydaje się oczywisty. Skoro Partia Pracy nie będzie już w stanie renacjonalizować dobrze prosperującej - dzięki 18-letnim rządom torysów - gospodarki, zapłaci za swoje "nierealistyczne" obietnice wyborcze z kieszeni akcjonariuszy, czyli znacznej części wyborców posiadających udziały w sprywatyzowanych firmach. Ucierpią na tym wszyscy - nie tylko sami udziałowcy, lecz także konsumenci oferowanych przez te firmy usług i setki tysięcy właścicieli prywatnych funduszy emerytalnych. Podatki stały się jednym z haseł wyborczych, które od miesięcy jest wykorzystywane przez konserwatystów, a także laburzystów, do tego, by manipulować tą częścią elektoratu, która nie zdecydowała się jeszcze, na kogo głosować 1 maja. Tony Blair nie pozostał premierowi dłużny. Na argumenty, przedstawiające Labour Party jako "partię wysokich podatków", odpowiedział podobnym hasłem - torysi to "partia złamanych obietnic". W swoich biuletynach i listach do wyborców Partia Pracy stale eksponuje fakt, że przed wyborami powszechnymi w 1992 r. konserwatyści przyrzekali stopniowe redukcje podatków, w tym także VAT-u. Tymczasem - jak twierdzą laburzyści - od ostatniej elekcji torysi doprowadzili do najwyższego wzrostu podatków w powojennej historii Wielkiej Brytanii, nakładając również 8-procentowy VAT na rachunki za paliwa wykorzystywane do ogrzewania i energię. Drugim podstawowym hasłem wyborczym opozycji jest prosty i, jak się okazuje, chwytliwy slogan: po 18 latach rządów konserwatystów nadszedł czas zmiany u steru rządu. Plakat na cenzurowanym Oba te wątki od wielu miesięcy przewijają się też w negatywnej kampanii plakatowej obu stron. Rozpoczęła się ona już latem ub. r., kiedy to torysi opublikowali dość niesmaczny wizerunek Tony Blaira. Przywódcę Partii Pracy przedstawiono na plakacie jako "demona" z czerwonymi oczami, którego program wyborczy zagraża pomyślności Brytyjczyków. Sprawą zajął się wówczas Zarząd ds. Reklamy, gdyż ów demoniczny wizerunek lidera laburzystów został potępiony przez przywódców Kościoła anglikańskiego i inne partie polityczne znajdujące się w opozycji do rządu. Chociaż sam plakat był tylko graficznym wyobrażeniem kluczowego hasła torysów: "Nowa Partia Pracy, Nowe Niebezpieczeństwo", Kościół zaprotestował ostro przeciwko "nieodpowiedzialnemu wykorzystaniu wyobrażeń satanicznych", politycy zaś przeciwko "potencjalnie obraźliwej" reklamie politycznej. Do złożenia wyjaśnień zaproszono Centralne Biuro Konserwatystów i agencję reklamową, która plakat wyprodukowała - słynną firmę M &C Saatchi. W kilka dni później nie zrażony krytyką premier Major nadał tytuły dożywotnich lordów Maurice'owi Saatchi i Peterowi Gummerowi - dwóm specjalistom od public relations, odpowiedzialnym za negatywną kampanię torysów przeciwko Partii Pracy. Wywołało to oburzenie opozycji. Obaj uhonorowani panowie nigdy nie ukrywali swoich sympatii politycznych, otwarcie opowiadając się po stronie rządzących konserwatystów. Pierwszy był założycielem i od 20 lat dyrektorem wykonawczym jednej z największych na świecie firm reklamowych Saatchi & Saatchi, a od ub. roku prowadzi nową agencję M&C Saatchi. Drugi zaś jest nie tylko rodzonym bratem jednego z urzędujących ministrów, lecz także prezesem gigantycznej grupy Shanwick zajmującej się public relations, również od lat powiązanej z torysami. Partia Pracy określiła jako skandal fakt przyznania im tytułów lordowskich za "brudną kampanię oszczerstw" przeciwko opozycji. Oburzeniu temu trudno się dziwić, skoro to właśnie Maurice wspólnie z bratem Charlesem, jako szefowie Saatchi & Saatchi, dopomogli torysom w wygraniu w czterech kolejnych wyborach powszechnych. Okazało się jednak, że podjęta przez konserwatystów próba przeniesienia na brytyjski grunt brutalnych, amerykańskich metod negatywnej przedwyborczej walki politycznej nie przyniosła spodziewanych rezultatów. Po kilku miesiącach plakatowej wojny - i kolejnej spektakularnej porażce rządzących konserwatystów w wyborach uzupełniających (27 lutego w okręgu Wirral South) - laburzyści wciąż prowadzą w sondażach opinii publicznej. Ich przewaga nad torysami zmniejszyła się od ubiegłego lata praktycznie tylko o 4 punkty procentowe, spadając z 20 do 16 procent. Major i Blair zdejmują rękawice Gdy okazało się, że do "krnąbrnego" - a może raczej zniechęconego - elektoratu nie bardzo przemawiają argumenty konserwatystów ani ich ostrzeżenia przed groźbą powrotu laburzystowskich rządów, 9 kwietnia - dokładnie w piątą rocznicę ostatniego zwycięstwa wyborczego Majora - kierownictwo jego kampanii wyborczej uznało, iż przyszedł czas na jeszcze jedną zmianę taktyki. Postanowiono przypuścić bezpośredni atak już nie na manifest wyborczy laburzystów, lecz na ich przywódcę. Tego dnia na konferencji prasowej premier i jego główny współpracownik, wicepremier Michael Heseltine, nazwali Blaira człowiekiem "nieuczciwym i niekompetentnym", gdyż żongluje on programem wyborczym swojej partii w zależności od tego, do jakiego audytorium przemawia. Nie jest bowiem tajemnicą, że lider Partii Pracy od dawna dystansuje się od związków zawodowych - które nadal w znacznym stopniu finansują kampanię laburzystów na szczeblu lokalnym - odcinając się od robotniczych korzeni swojego ugrupowania. Jednocześnie kokietuje wyborców z klas średnich i kręgi biznesu - tradycyjnie związane z konserwatystami, starając się ich przekonać, że nowa Labour Party jest teraz zdecydowanie centrowa. Jak można zaufać człowiekowi, który nigdy jeszcze nie ponosił odpowiedzialności za kierowanie państwem - wołają torysi, próbując przekonać wyborców, że tylko Major jest w stanie dalej dźwigać ciężar rządów. Blair odpiera jednak zarzuty rywali zgrabnym, nieco demagogicznym argumentem o "zdradzie obietnic wyborczych obozu torysów". Ostatnio oświadczył na przykład, że gdyby zawiódł brytyjskie społeczeństwo tyle razy, ile udało się to uczynić Majorowi - w sprawach podatków, Europy, oświaty, służby zdrowia, kierowania państwem i własną partią - to nie miałby już tyle tupetu, by prosić wyborców o obdarzenie go jeszcze raz zaufaniem. Liderzy czy programy Brytyjczycy nie są przyzwyczajeni do tego, by rywalizujący o władzę politycy obrzucali się publicznie inwektywami i stosowali chwyty poniżej pasa. Wiele wskazuje jednak na to, że w tych wyborach o zwycięstwie jednej z dwóch stron zadecydują raczej talent oratorski i zdolności przywódcze samych liderów, a nie bardzo podobne do siebie programy polityczne - twierdzi profesor John Adair z Centre for Leadership Studies na uniwersytecie w Exeter. Niestety, jego zdaniem ani John Major, ani Tony Blair nie posiadają szczególnych zdolności przywódczych. Pierwszy z ogromnym trudem godzi sprzeczne interesy eurofilów i eurosceptyków we własnej partii. Nie posiada też umiejętności przekazania wyborcom swojej wizji politycznej na przyszłość. Drugi natomiast, choć wydaje się naturalnym liderem ze znacznie większą charyzmą niż jego poprzednicy Neil Kinnock i John Smith, zupełnie nie potrafi "zarazić" tymi umiejętnościami członków swojego niedoświadczonego w rządzeniu "gabinetu cieni". Być może więc o ostatecznym zwycięstwie Majora lub Blaira przesądzą po prostu mass media i bardziej spektakularna kampania zaklinaczy opinii publicznej. Nadszedł czas zmiany Młody i energiczny lider Partii Pracy ma oczywiście znacznie mniej do stracenia niż premier John Major, chociażby z tego powodu, że nigdy nie zakosztował jeszcze prawdziwej władzy. Lęk o jej utratę z pewnością spędza sen z powiek torysom, którzy po porażce w Wirral South utracili ostatecznie mandatową większość w parlamencie. Zapewne wielu z nich już dziś obawia się, że dużej części wyborców trafiło jednak do przekonania hasło Partii Pracy, iż rzeczywiście nadszedł czas zmiany. Niewykluczone też, że mimo wysiłków konserwatywnego rządu dali się już oni przekonać, iż Wielka Brytania będzie całkiem bezpieczna w rękach laburzystów. Niedawno opinię taką wyraziła prywatnie sama... Lady Thatcher. Wydaje się, że jej sympatia dla poczynań Tony Blaira rośnie. On sam zaś nigdy nie ukrywał swojego autentycznego podziwu dla osiągnięć byłej pani premier. Zresztą komentatorzy coraz częściej podkreślają, że po radykalnej reformie, jaką w ciągu ostatnich dwóch lat Tony Blair przeprowadził w łonie Partii Pracy, brytyjskie społeczeństwo ma w rzeczywistości do wyboru nie jedną, ale dwie partie polityczne wywodzące się ze spuścizny pani Thatcher. Mówi się, że konserwatyści premiera Majora reprezentują dziś drapieżny thatcheryzm w starym stylu - wedle którego trzeba sprywatyzować wszystko, co pozostało jeszcze w rękach państwa, i nie ma miejsca na żadne reformy konstytucyjne (np. usunięcie parów dziedzicznych z Izby Lordów, wprowadzenie reprezentacji proporcjonalnej w parlamencie czy przyznanie większej autonomii Szkotom i Walijczykom). Natomiast laburzystowscy reformatorzy - ku przerażeniu Tony Benna i skupionych wokół niego tradycjonalistów z lewicy partyjnej - upatrują szansę wyborczą dla nowej Labour Party w "zapożyczeniu" niektórych nieco łagodniejszych form thatcheryzmu. Blair i jego zwolennicy nie boją się zminimalizowania wpływów związków zawodowych (m. in. zlikwidowania głosowania blokowego przy selekcji kandydatów na posłów), odejścia od postulatu renacjonalizacji, zapowiedzi kontynuowania reform liberalnych, które zapoczątkowała "żelazna dama", a także zawarcia paktu przyjaźni ze światem wielkiego biznesu. Socjalista Tony Blair - wiedziony instynktem samozachowawczym - oferuje więc leseferyzm gospodarczy, zdaje sobie bowiem doskonale sprawę, że silna dziś pozycja gospodarcza Wielkiej Brytanii w Europie to zasługa jego adwersarzy, czyli dotychczasowych rządów torysów. W sytuacji, kiedy po prawie 20 latach bolesnych reform Brytania znów jest krajem dość zamożnym, wzrost jej PKB kształtuje się na poziomie 3 procent, a inflacja wynosi tylko 2,5 procent rocznie, spada bezrobocie i rosną inwestycje - lider Partii Pracy zapowiada, iż zamierza raczej budować nową jakość wykorzystując osiągnięcia poprzedników, niż demontować to, co otrzyma w spadku po konserwatystach. Obiecuje też poprawić oświatę i państwową służbę zdrowia, a z pieniędzy uzyskanych z opodatkowania zysków sprywatyzowanych firm sfinansować program zatrudnienia dla co najmniej 250 tys. ludzi przebywających obecnie na zasiłkach. Tony Blair ma jeszcze kilka dni, by przekonać wyborców do swoich zamierzeń. Tyle samo czasu pozostało premierowi Majorowi, by odwieść elektorat od przegłosowania "ryzykownej" zmiany ekipy na górze.
W Wielkiej Brytanii nowe wybory wyznaczono na 1 maja. liczą się tylko dwie - Partia Konserwatywna obecnego premiera Johna Majora i znajdująca się w opozycji Partia Pracy, której liderem jest Tony Blair. wiele tygodni przed wyznaczeniem daty wyborów premier Major Ostrzegał, że opozycja chce po przejęciu władzy "ukarać" dobrze prosperujące sprywatyzowane instytucje, nakładając na nie podatek od nadmiernych zysków.Tony Blair nie pozostał dłużny, odpowiedział podobnym hasłem - torysi to "partia złamanych obietnic". przed wyborami w 1992 r. konserwatyści przyrzekali redukcje podatków. Tymczasem doprowadzili do najwyższego wzrostu podatków w powojennej historii Wielkiej Brytanii. Drugim hasłem wyborczym opozycji jest slogan: nadszedł czas zmiany.Oba wątki przewijają się w negatywnej kampanii plakatowej. torysi opublikowali niesmaczny wizerunek Tony Blaira jako demona, którego program wyborczy zagraża pomyślności Brytyjczyków. Kościół zaprotestował przeciwko wykorzystaniu wyobrażeń satanicznych, politycy zaś przeciwko obraźliwej reklamie politycznej. kilka dni później premier nadał tytuły lordów dwóm specjalistom odpowiedzialnym za negatywną kampanię torysów przeciwko Partii Pracy. w piątą rocznicę zwycięstwa wyborczego Majora kierownictwo jego kampanii uznało, iż przyszedł czas na zmianę taktyki. Postanowiono przypuścić bezpośredni atak nie na laburzystów, lecz na ich przywódcę. premier i jego współpracownik nazwali Blaira człowiekiem "nieuczciwym i niekompetentnym", gdyż żongluje on programem wyborczym w zależności od audytorium. lider Partii Pracy dystansuje się od związków zawodowych. Jednocześnie kokietuje wyborców z klas średnich i kręgi biznesu. Blair odpiera zarzuty rywali. Brytyjczycy nie są przyzwyczajeni do tego, by rywalizujący o władzę politycy obrzucali się inwektywami i stosowali chwyty poniżej pasa. w tych wyborach o zwycięstwie jednej z dwóch stron zadecydują raczej talent oratorski i zdolności przywódcze samych liderów, a nie programy polityczne.ani John Major, ani Tony Blair nie posiadają szczególnych zdolności przywódczych. Być może o ostatecznym zwycięstwie przesądzą mass media i bardziej spektakularna kampania.komentatorzy podkreślają, że po reformie w Partii Pracy brytyjskie społeczeństwo ma do wyboru dwie partie wywodzące się ze spuścizny Thatcher. konserwatyści premiera Majora reprezentują drapieżny thatcheryzm w starym stylu.Natomiast laburzystowscy reformatorzy upatrują szansę w zapożyczeniu nieco łagodniejszych form thatcheryzmu. Tony Blair zdaje sobie sprawę, że silna pozycja gospodarcza Wielkiej Brytanii to zasługa dotychczasowych rządów torysów.
Niektórzy idą na łatwiznę i przywożą ze Wschodu tytuły, których nikt u nas nie weryfikuje Habilitacja bez polskiego sita FOT. PIOTR KOWALCZYK JERZY SADECKI Czy można mieć trzy odrzucone habilitacje i mimo to zostać w Polsce doktorem habilitowanym? Można. Trzeba tylko wybrać się za wschodnią granicę i całkiem legalnie przeprowadzić tam przewód habilitacyjny. A potem śmiać się w nos rodzimej komisji centralnej, która ma stać na straży przyzwoitego poziomu polskiej nauki. Taką drogę znalazł Kazimierz M. Czarnecki. Nie tylko znalazł, ale wskazał ją publicznie innym - w swojej książce, która ukazała się na zlecenie Górnośląskiej Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Mysłowicach, gdzie autor jest profesorem i prorektorem. Z zamieszczonej tam notatki każdy może się dowiedzieć, że Kazimierz M. Czarnecki trzy razy obronił pozytywnie prace habilitacyjne: z psychologii na Akademii Nauk Społecznych (przy KC PZPR) w 1975 roku, z socjologii na tej samej uczelni w 1988 roku i z pedagogiki (dydaktyki) na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu w 1997 roku. Jednak za każdym razem uchwały rad wydziałów o nadaniu stopnia doktora habilitowanego nie były zatwierdzane przez Centralną Komisję do spraw Tytułu Naukowego i Stopni Naukowych (wcześniej: Centralną Komisję Kwalifikacyjną), która sprawuje kontrolę nad prawidłowością uzyskiwania oraz jakością stopni i tytułów naukowych. Nie pomogło odwoływanie się od decyzji komisji i skarga do Naczelnego Sądu Administracyjnego. "W tej sytuacji Kazimierz M. Czarnecki został zmuszony przez naiwnych uczonych polskich, głównie psychologów i pedagogów, do habilitowania się za granicą ojczystego kraju"- czytamy w książce prorektora górnośląskiej uczelni. Stopień doktora habilitowanego nauk psychologicznych Kazimierz M. Czarnecki uzyskał dopiero w 1999 roku na Akademii Pedagogicznych Nauk Ukrainy w Kijowie, za akceptacją ukraińskiej Wyższej Atestacyjnej Komisji. - Musiałem mieć tylko skierowanie od mojej uczelni, a w kijowskiej akademii nie wzięli ode mnie ani grosika. Pracę napisałem po polsku, jednak autoreferat musiał być po ukraińsku. Kosztowało mnie to sporo wysiłku, bo do Kijowa jedzie się 24 godziny. A i procedura uzyskiwania stopnia naukowego jest tam bardzo ostra - wyjaśnia dr hab. Kazimierz M. Czarnecki, i nie szczędzi krytyki pod adresem polskiej komisji centralnej, która utrąciła jego trzy habilitacje. - Komisja powinna zniknąć i zatrzeć po sobie haniebne ślady! Powtórka po dziesięciu latach Dr Jacek Przybylski, pracownik naukowy na Wydziale Budownictwa Politechniki Zielonogórskiej, w 1989 roku obronił pracę habilitacyjną na Politechnice Wrocławskiej. - Ale w ówczesnej Centralnej Komisji Kwalifikacyjnej w Warszawie dostałem, jako superrecenzenta, człowieka zupełnie spoza branży, bo elektryka. A elektryk ocenia budowlańca tak, jak astronom weterynarza; opinia była więc negatywna - wspomina Jacek Przybylski. Mówi, że pisał odwołania, popierała go rada wydziału, dziekan, rektor. CKK nie zatwierdziła jednak habilitacji. Nie mogąc sforsować formalnej przeszkody (i, jak podejrzewa, ludzkiej niechęci), Przybylski szukał możliwości habilitowania się za granicą. W Niemczech procedura okazała się zbyt długotrwała i uciążliwa. Próbował także w Koszycach, ale po kilku wyjazdach zrezygnował. - Najbardziej naukowo podeszli do tego w Mińsku, w Białoruskiej Państwowej Akademii Politechnicznej - mówi Jacek Przybylski. - Mają tam doskonałych matematyków, a moja praca, choć z budownictwa, była ściśle matematyczna. Recenzowało ją trzech profesorów, z Moskwy, Sankt Petersburga i Mińska. - Chociaż języka rosyjskiego nie znam rewelacyjnie, przeszedłem jednogłośnie - wspomina Przybylski. Cały proces nie trwał krótko, bo trzy i pół roku. W marcu 2000 roku Politechnika Zielonogórska otrzymała oficjalne potwierdzenie obrony z Państwowego Najwyższego Komitetu Atestacyjnego Republiki Białorusi. Problem małych uczelni - Zagranicznych habilitacji próżno szukać na dużych, porządnych uczelniach jak Akademia Górniczo-Hutnicza czy Uniwersytet Jagielloński. To problem, nie jedyny zresztą, małych i młodych uczelni, które mają deficyt kadrowy - uważa prof. Mirosław Handke, były minister edukacji narodowej. Człowiek z habilitacją, czyli samodzielny pracownik naukowy, to dzisiaj skarb. O niego zabiegają zarówno publiczne nieduże szkoły wyższe, jak i prywatne uczelnie. Liczba samodzielnych pracowników jest m.in. jednym ze składników algorytmu, według którego przyznaje się dotacje, wpływa też na wydawanie zezwoleń do prowadzenia studiów zaocznych. - Zdarzają się przypadki, że za granicą pisane są prace z pogranicza różnych dyscyplin naukowych, które trudne są do zaakceptowania przez polskie uczelnie i Centralną Komisję. Na ogół nie robi się u nas habilitacji z dydaktyki poszczególnych nauk, tymczasem za wschodnią granicą nie ma z tym problemu. Szczególne zainteresowanie takimi "dydaktycznymi" doktoratami i habilitacjami wykazują niektóre polskie akademie pedagogiczne i akademie wychowania fizycznego - zauważa wiceminister edukacji prof. Jerzy Zdrada. Nielicznych naukowców wysyła na wschód samo Ministerstwo Edukacji Narodowej, ale mocno przy tym kręci nosem. W ostatnich pięciu latach zgodę na odbycie stażu habilitacyjnego na Ukrainie resort wydał tylko 17 osobom, wyposażając je w niewielkie stypendia. - Uważamy, że polscy naukowcy mają możliwości habilitowania się w kraju. Pozytywnie rozpatrujemy tylko te wnioski, w których dołączone są opinie dwóch samodzielnych pracowników naukowych, potwierdzające, że przeprowadzenie przewodu habilitacyjnego w Polsce może być trudne lub wręcz niemożliwe - informuje dr Bogusław Szymański, dyrektor Biura Uznawalności Wykształcenia i Wymiany Międzynarodowej w Ministerstwie Edukacji Narodowej. Ile osób wysyłają po habilitacje same uczelnie, tego nikt nie wie.Dyrektor Szymański sądzi, że takich habilitacji zagranicznych może być robionych rocznie kilkanaście. Od Rzeszowa po Szczecin W Wyższej Szkole Pedagogicznej w Rzeszowie pracuje co najmniej dziesięciu naukowców, którzy w ostatnich latach habilitowali się za granicą, głównie na uczelniach Ukrainy i Rosji. Jednym z nich jest dr hab. Jerzy Potoczny. Mówi, że wybrał Uniwersytet Narodowy im. Tarasa Szewczenki w Kijowie z uwagi na temat swojej pracy: "Rozwój oświaty dorosłych w Galicji doby autonomii galicyjskiej wśród narodowości polskiej i ukraińskiej". Za jego przewód habilitacyjny uczelnia macierzysta zapłaciła ok. ośmiu tysięcy złotych. Na Politechnice Rzeszowskiej w ostatnich dziesięciu latach jedenaście osób zrobiło habilitację na wschodzie, głównie w Politechnice Lwowskiej i Kijowskiej. Stanowią one ok. dziesięciu procent samodzielnych pracowników tej uczelni. - Te habilitacje są w dużym stopniu wynikiem prowadzonej od lat współpracy z uczelniami ukraińskimi - mówi prof. dr hab. Leonard Ziemiański, prorektor ds. naukowych Politechniki Rzeszowskiej. Naukowcy z białostockich uczelni habilitują się i doktoryzują we Lwowie, w Kijowie, Mińsku i Sankt Petersburgu. Najczęściej z ekonomii, pedagogiki, psychologii. - Jeden z naszych doktorów robi pracę habilitacyjną o gospodarce białoruskiej. Zna dobrze rosyjski, do uczelni w Mińsku dojeżdża raz w miesiącu - mówi Józef Szabłowski, rektor Wyższej Szkoły Finansów i Zarządzania w Białymstoku. Ale na wschodzie zdobywają habilitacje nie tylko naukowcy z przygranicznych województw: podkarpackiego, lubelskiego i podlaskiego. Jak udało nam się ustalić, jeździ się po nie na wschód także ze Śląska, Opola, Częstochowy, Piotrkowa Trybunalskiego, Zielonej Góry. Sześciu doktorów z Uniwersytetu Szczecińskiego bądź już uzyskało stopień, bądź jest w trakcie przewodu habilitacyjnego w Kijowie, Mińsku i Sankt Petersburgu. Niektórzy jeżdżą też do Słowacji, ale z tym jest pewien kłopot, bo tamtejszy stopień docenta niedokładnie odpowiada naszemu doktorowi habilitowanemu. W tej sprawie toczą się negocjacje między resortami edukacji obu krajów, ale do ich finału jeszcze nie doszło. W 1997 roku Polska zawarła umowę o uznawaniu stopni i tytułów naukowych z Niemcami, lecz nasi uczeni specjalnie nie są tą ofertą zainteresowani. - Na Białorusi uzyskanie doktoratu czy habilitacji kosztuje od 1,5 do 2 tysięcy dolarów. Połowę tej kwoty biorą recenzenci, reszta to różne opłaty administracyjne. Za samą obronę trzeba zapłacić 350 dolarów - informuje szef jednej z białoruskich organizacji, która pomaga polskim naukowcom w zorientowaniu się w tutejszym rynku nauki. - Płaci pani 10 tysięcy dolarów, a my już zajmiemy się napisaniem pracy i jej obroną. To nie żart, dwóch naukowców zagranicznych już tak się u nas habilitowało. Ale na razie nie byli to Polacy - taką konkretną ofertę otrzymała w Mińsku reporterka "Rzeczpospolitej". Solidny poziom czy łatwizna W środowisku naukowym opinie o stopniach zdobytych za wschodnią granicą są niejednoznaczne. - Na uczelni dobrze się znamy i wiemy, na co każdego stać, jaki ma dorobek. To prawda, że niektórzy idą na łatwiznę i przywożą ze wschodu tytuły, których nikt u nas nie weryfikuje - mówi jeden z naukowców z Rzeszowa. Inni przestrzegają przed rozdzielaniem pochopnych i niesprawiedliwych etykietek. Podawane są przykłady ludzi o znacznym dorobku, którzy habilitowali się na wschodzie. - Nie można generalizować, że stopień naukowy uzyskany na Ukrainie jest czymś gorszym. Ja nie spotkałem się z jakąś szemraną habilitacją zrobioną z kapelusza - twierdzi prof. Leonard Ziemiański, prorektor Politechniki Rzeszowskiej. - W mojej specjalności, matematyce, nie zetknąłem się z przypadkami, które budzą zastrzeżenia. Ale są dziedziny nauki, w których pojawiają się poważne wątpliwości, czy uzyskany za granicą stopień lub tytuł odpowiada naszym standardom. Problem uważamy za ważny, ale mamy za mało danych, żeby zająć jakieś stanowisko w tej kwestii - mówi prof. Andrzej Pelczar, przewodniczący Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego. - Nie są to tylko nasze wątpliwości. Także strona ukraińska zaproponowała pewne posunięcia, które mają zapobiec bronieniu prac wątpliwej jakości czy też wcześniej odrzuconych w Polsce - podkreśla dyrektor Szymański. Sprawa dotyczy jednak umów międzynarodowych, które pozwalają automatycznie uznawać w Polsce stopnie nukowe. Przepisy te pochodzą z czasów, gdy Polska należała do obozu komunistycznego i nadal obowiązują zarówno u nas, jak i w większości dawnych "demoludów". Wypowiedzenie np. konwencji praskiej z 1972 roku może spowodować liczne komplikacje. Na przykład uderzyć w grupę naukowców polskiego pochodzenia, którzy zdobywają tytuły i stopnie w Polsce, a na zasadzie wzajemności mogą posługiwać się nimi w swoich krajach. W ministerstwie twierdzą, że lepiej byłoby podpisać z sąsiadami nowe umowy dwustronne, w których bardziej precyzyjnie określi się wymagania i zasady zdobywania stopni. Kiedy to nastąpi, nie wiadomo, bo rozmowy toczą się niemrawo lub wcale. - Jeśli nowa ustawa o szkolnictwie wyższym wprowadzi akredytacje uczelni, nie będzie już takiego pędu do liczenia na sztuki samodzielnych pracowników naukowych. Zniknie więc presja na szybkie habilitacje - taką nadzieję ma prof. Mirosław Handke, który odchodząc z MEN zostawił gotowy projekt ustawy. współpraca: Elżbieta Południk, Józef Matusz, Jacek Patalas, mst.
Czy można mieć trzy odrzucone habilitacje i mimo to zostać w Polsce doktorem habilitowanym? Można. Trzeba tylko wybrać się za wschodnią granicę i całkiem legalnie przeprowadzić tam przewód habilitacyjny.Taką drogę znalazł Kazimierz M. Czarnecki.trzy razy obronił pozytywnie prace habilitacyjne. Jednak za każdym razem uchwały rad wydziałów o nadaniu stopnia doktora habilitowanego nie były zatwierdzane przez Centralną Komisję do spraw Tytułu Naukowego i Stopni Naukowych. Kazimierz M. Czarnecki uzyskał dopiero w 1999 roku na Akademii Pedagogicznych Nauk Ukrainy w Kijowie, za akceptacją ukraińskiej Wyższej Atestacyjnej Komisji.
REPORTAŻ Krakowski Kazimierz - żydowska dzielnica bez Żydów, przywrócona do życia przez Polaków - stał się miejscem modnym, odwiedzanym licznie przez turystów Otwarły się niewidzialne bramy W mieście Kazimierzu, który z czasem stał się dzielnicą Krakowa, od XV wieku niezmiennie mieszkali Żydzi. Tu tworzyli swoją bogatą kulturę, sztukę i naukę. FOT. JACEK WRZESIŃSKI JERZY SADECKI Niepostrzeżenie, bez odgórnych nakazów i wspomagań, zatętniło życie na krakowskim Kazimierzu. Po półwiecznej hibernacji otworzył się tajemniczy świat żydowskiej dzielnicy. Fascynuje, przyciąga turystów, dla których powstaje coraz więcej nastrojowych knajpek, niedużych hotelików. Jeszcze nie tak dawno zapomniany, staje się obecnie Kazimierz drugim - obok Rynku Głównego - centralnym i modnym miejscem Krakowa. Gdy pytać, co tak naprawdę ożywiło na wpół umarłą dzielnicę Kazimierz, najczęściej wymieniany jest Festiwal Kultury Żydowskiej. - Z Kazimierzem jest tak jak z kulturą żydowską, która przez prawie pół wieku była u nas tabu, czymś zupełnie niedostępnym, zamkniętym i tajemniczym. A nagle ożyła i fascynuje - mówi Krzysztof Gierat, który wraz z Januszem Makuchem wymyślił i prowadzi Festiwal Kultury Żydowskiej. Pierwsza, jeszcze bardzo skromna jego edycja z udziałem tylko miejscowych wykonawców, odbyła się w 1988 roku. Po dwunastu latach festiwal jest imprezą potężną, niebywale popularną. Przyjeżdżają na nią chętnie najlepsi na świecie muzycy żydowscy. Co roku Żydzi z wielu krajów ramię przy ramieniu z Polakami tańczą i śpiewają na ulicy Szerokiej w rytm klezmerskich kapeli. Krzysztof Gierat wspomina, że jako student mieszkał na stancji na Kazimierzu. W dzielnicy ruder, spisanej na straty, z oknami obitymi dechami. Niedostępnej. - Trudno dziś w to uwierzyć, ale przez te wszystkie lata nigdy nie wszedłem do synagogi. Pierwszy raz znalazłem się w niej dopiero podczas naszego festiwalu - wyznaje Krzysztof Gierat. Bo najważniejszą siłą Festiwalu Kultury Żydowskiej jest chyba to, że nie tylko wyciągnął na wierzch zapomniane zwyczaje i sztukę żydowską oraz stworzył na nie modę i swego rodzaju snobizm, ale także otworzył niewidzialne bramy tej zamkniętej przez prawie pół wieku dzielnicy. Zapomniany, bez Żydów W mieście Kazimierzu, który z czasem stał się dzielnicą Krakowa, od XV wieku niezmiennie mieszkali Żydzi. Tu tworzyli swoją bogatą kulturę, sztukę i naukę. Mieli liczne bożnice i domy modlitwy, mieszkali tu wielcy i mądrzy rabini. Kazimierz przez całe wieki był jednym z najważniejszych centrów żydowskiego świata. Wszystko to przerwała druga wojna światowa. W jesieni 1939 roku w Krakowie żyło 68 tysięcy Żydów. Gdy w 1945 roku zrobiono ich spis, znalazło się w nim trzy tysiące nazwisk. Dziś gmina wyznaniowa żydowska w Krakowie zrzesza zaledwie 176 współwyznawców. Na palcach jednej ręki można policzyć rodziny żydowskie mieszkające dziś na stałe w żydowskiej dzielnicy Kazimierz. Za sprawą zbrodniczego holokaustu zniknęli stąd Żydzi. Po wojnie Kazimierz pozostał pustynią, martwym miastem skazanym na zapomnienie. Mógł być co najwyżej egzotycznym plenerem dla fotografików i filmowców. Gdy kręcono tu efektowną scenę pożaru do filmu "Noce i dnie", poszło z dymem kilka zabytkowych budowli. Popadły w ruinę nieremontowane kamienice, dewastowane także przez ludzi marginesu społecznego, dla których Kazimierz miał być odpowiednim miejscem zamieszkania. Pokazany światu przez Spielberga Do ożywienia Kazimierza rękę przyłożył też Steven Spielberg. W 1993 roku kręcił tu sceny z getta do swego głośnego filmu "Lista Schindlera". Fascynacją klimatami Kazimierza zaraził wielu krakowian, ale przede wszystkim pokazał tę dzielnicę całemu światu. - Nagle pojawiło się mnóstwo turystów, którzy chcieli oglądać miejsca z "Listy Schindlera" - opowiada Zdzisław Leś, który z końcem 1992 roku założył na Kazimierzu księgarnię specjalizującą się w tematyce żydowskiej. Aby sprostać wymaganiom zagranicznych turystów, Leś wydał specjalny przewodnik po schindlerowskich miejscach, przeszkolił przewodników, uruchomił mikrobusy do obwożenia po całej trasie: od Kazimierza przez dawny zakład emalierski Schindlera, po obóz w Płaszowie i wzgórze Lasoty, z którego - według Spielberga - Schindler oglądał scenę likwidacji krakowskiego getta, co spowodowało jego wewnętrzną przemianę i postanowienie uratowania przed zagładą jak największej grupy Żydów. W listopadzie 1993 za pieniądze Kongresu USA w zdewastowanym domu modlitwy B'nei Emuna na rogu ul. Rabina Meiselsa i placu Nowego, otwarte zostało starannie urządzone Centrum Kultury Żydowskiej, prowadzone przez Polaków. Od razu bardzo silnie wpisało się w życie kulturalne i artystyczne Krakowa. Stało się placówką, do której trzeba i warto zaglądać. Jak obliczono, do maja tego roku miało tu już miejsce dwa tysiące różnorakich "zdarzeń programowych"- wykładów, wystaw, spotkań, promocji książek, koncertów itp. - Naszym głównym zadaniem jest demitologizowanie obrazu Żyda w oczach społeczeństwa polskiego oraz zdemitologizowanie obrazu Polaka w oczach Żydów - tak w największym skrócie mówi o misji CKŻ Joachim Russek, dyrektor Fundacji Judaica. - Najbardziej fascynujące w historii rozbudzenia Kazimierza jest to, że stało się tak za sprawą inicjatywy obywatelskiej. Złudzeniem wszak okazały się oczekiwania z początku lat dziewięćdziesiątych, że przyjadą tu z pieniędzmi bogaci Żydzi i odbudują, ożywią Kazimierz. Gospodarzami żydowskiego Kazimierza bez Żydów stali się przede wszystkim Polacy. To ich pomysłowość, zapał, fascynacja żydowską kulturą sprawiły, że dzielnica na nowo pulsuje życiem, dostarcza tylu przeżyć i emocji turystom - twierdzi Joachim Russek. - Wprawdzie wraz z Edynburgiem Kraków przygotował kilka lat temu program rewitalizacji Kazimierza, to jednak nigdy nie był on kompleksowo realizowany. Ale muszę przyznać, że te wszystkie prywatne inicjatywy i indywidualne inwestycje na Kazimierzu w gruncie rzeczy nie odbiegają w intencjach od tego planu. On gdzieś unosi się w tle tych wszystkich działań - mówi Małgorzata Walczak z Biura Lokalnego Kazimierz. Inwazja knajpek - Ta wieloletnia hibernacja, zatrzymanie w miejscu Kazimierza, pracuje dziś na jego korzyść. Wielu Żydów, którzy tu mieszkali przed wojną, ze zdumieniem stwierdza: jest jak dawniej. Te same stare kąty, zaułki, których nikt nie ruszył przez lata. Mając to wszystko, łatwiej odtworzyć nastrój starej dzielnicy, bez sztuczności - opowiada Wojciech Ornat. On pierwszy na Kazimierzu zaczął myśleć o turystach. Przed nim, od 1990 roku była na ul. Szerokiej tylko galeria Władysława Godynia. Nie wytrzymała finansowo. W 1992 roku Ornat wynajął ją i urządził kawiarnię Ariel. Zaczęły powstawać następne knajpki w podobnym stylu, lokując się niemal we wszystkich kamieniczkach po jednej stronie ulicy Szerokiej. Szeroka nazywana jest dziś salonem Kazimierza. Trudno ją nazwać ulicą. Właściwie jest bardziej podłużnym i rozległym placem. Z trzema synagogami: Starą, gdzie mieści się judaistyczne muzeum, Remu wraz z zabytkowym cmentarzem oraz Poppera. Oprócz nowoczesnej restauracji Nissenbaumów wszystkie knajpki i lokaliki, które w ostatnich latach na - dotąd pustej i znanej tylko z siedziby komendy policji - ulicy Szerokiej rosną jak grzyby po deszczu, stylem i wystrojem wpisują się w klimat żydowskiej dzielnicy. Oferują zwykle przysmaki żydowskiej kuchni, ale nie koszerne. Pobrzmiewają muzyką żydowską, cygańską, ukraińską. Gęsi pipek i żydowski cymes Niepostrzeżenie, bez odgórnych nakazów i wspomagań, zatętniło życie na krakowskim Kazimierzu. Po półwiecznej hibernacji otworzył się tajemniczy świat żydowskiej dzielnicy FOT. JACEK WRZESIŃSKI - Trzeba pamiętać, że Kazimierz zamieszkiwali przed wojną Żydzi najbardziej ubodzy i najbardziej religijni - podkreśla żydowski historyk Henryk Halkowski. Nie ma więc mowy, aby dziś urządzać bogate, wystawne lokale. - Pomysł jest prosty i dotychczas niemal wszyscy go respektują. Zachowując dawne wnętrza, wstawiamy do nich przedwojenne, proste meble i sprzęty, często podniszczone, ale z duszą i charakterem. Zachowało się ich w Krakowie mnóstwo, są dość tanie. Dają naprawdę poczucie autentycznego powrotu w nastrój przedwojennych wnętrz - wyjaśnia Wojciech Ornat. Rozmawiam z nim przy ul. Szerokiej w budynku dawnej mykwy, czyli żydowskiej łaźni. Po podziałach własnościowych Ornat prowadzi utrzymaną w dobrym, przedwojennym, żydowskim stylu restaurację i hotelik Klezmer-Hois, gdzie gra grupa klezmerska znakomitego Leopolda Kozłowskiego, gdzie podają takie przysmaki, jak: gęsi pipek (żołądek), kiszkę żydowską czy cymes żydowski (marchew z miodem i rodzynkami). Pojawiają się tam Żydzi z różnych stron świata i podpowiadają, co zmienić, co wprowadzić do menu. Turyści, którzy teraz odwiedzają Kazimierz, mają wrażenie, że oto są w autentycznym, żywym miasteczku żydowskim, z hebrajskimi szyldami na sklepach i knajpkach, z nastrojem żydowskiego sztetłu. Gdzie po ulicach kręcą się autentyczni Żydzi w jarmułkach, a również chasydzi w chałatach i lisicach. - Ale my nikogo nie przebieramy za Żydów, nie doprawiamy kelnerom pejsów - zapewnia Wojciech Ornat. Ci Żydzi na ulicach Kazimierza to goście coraz liczniej przyjeżdżający z pielgrzymką do grobu sławnego Mojżesza Isserlesa na cmentarzu Remu lub zjawiający się tu przy okazji odwiedzin Oświęcimia, Treblinki. I wpisujący się w wykreowany, przypomniany przez autentyczne wnętrza, meble i sprzęty żydowski dawny świat. - Ta ulica Szeroka to trochę taki "Żydoland", ale ja się bardzo cieszę, że powstał i istnieje. Przyciąga wielu ludzi, zwłaszcza młodych, którzy mogą się dowiedzieć wiele o przeszłości i naszej kulturze, skorzystać z tego, co pozostało po naszych przodkach - zapewnia Tadeusz Jakubowicz, przewodniczący gminy wyznaniowej żydowskiej w Krakowie. Na Ciemnej jest Eden Nie od razu Żydzi spoza Polski zaakceptowali tę nową funkcję Kazimierza. Dla wielu ta dzielnica splamiona krwią przodków miała być cmentarzem, rumowiskiem gruzów. - Na początku, gdy uruchomiliśmy Centrum Kultury Żydowskiej, spotykałem się z głosami pełnymi wyrzutu: czemu tu tak pięknie? - wspomina Joachim Russek. Teraz Żydzi coraz częściej przyjeżdżają i chwalą Kazimierz. - Mój mąż przyjechał tu ze względów sentymentalnych, bo jego dziadkowie mieszkali nieopodal, przy ul. Dietla. Ale także, żeby robić tu biznes. Przez pięć lat chodził z tym pomysłem - mówi o Allenie Haberbergu, jego żona Jolanta Skrzyniarz-Haberberg. Ten amerykański Żyd wykupił trzy potwornie zdewastowane kamienice na Kazimierzu, przy ul. Ciemnej. Rudery zamienił w wygodny i elegancki hotel Eden, wyposażony nawet w rytualną mykwę - otwarty pół roku temu. Znacznie wcześniej zainwestowała na Kazimierzu Fundacja Nissenbaumów, która nieopodal synagogi Remu urządziła duży kompleks restauracyjny, ale bardziej w stylu McDonaldsa niż żydowskiego Kazimierza. Nissenbaumowie nie mają teraz dobrej passy ani prasy. Krytykowani są z różnych stron za zburzenie trzech starych kamienic przy ul. Miodowej i za brak aktywności w remontowaniu najstarszego budynku przy ul. Szerokiej, pod nr 12, kupionego od miasta. Nissenbaumowie nie wywiązali się wszak z umowy, że w ciągu czterech lat wyremontują kamienicę. Teraz uzyskali prolongatę na następne dwa lata. Innych, prywatnych inwestorów żydowskich jakoś nie widać. Jedynie gmina żydowska stopniowo odzyskuje i zagospodarowuje kolejne z ok. 40 obiektów, jakie w Krakowie należały do niej przed wojną. - Cieszę się, że mamy wreszcie dobrze utrzymane dwa cmentarze: Remu i przy ul. Miodowej, odnawiane są kolejne z siedmiu istniejących tu synagog - wylicza Tadeusz Jakubowicz. W remontowanej obecnie bożnicy Kupa, obok sal modlitewnych Jakubowicz zamierza urządzić piętnaście pokoi dla Żydów "zaawansowanych wiekiem". W odnowionej - z pomocą państwowych funduszy - synagodze Izaaka gmina żydowska urządziła wystawę o Żydach polskich i pokazy filmów dokumentalnych o krakowskim Kazimierzu i likwidacji getta. W gąszczu praw własności Niedawno zakończyła się konserwacja okazałej synagogi Tempel przy ul. Miodowej. - Finansowaliśmy te prace wraz amerykańską Getty Foundation - mówi prof. Tadeusz Chrzanowski, przewodniczący Społecznego Komitetu Odnowy Zabytków Krakowa i przypomina, że obok żydowskiej części Kazimierza jest też katolicka, ze wspaniałymi tradycjami i zabytkami, np. z kościołami: Na Skałce, św. Katarzyny, Bonifratrów. Jak przed wiekami te dwie części płynnie się przenikają. Nikogo tu nie dziwi, że ulica Rabina Meiselsa krzyżuje się z ulicą Bożego Ciała. Profesor Chrzanowski dodaje, że SKOZK chętnie dofinansowywałby również odnowę niektórych świeckich, zabytkowych budynków żydowskiego Kazimierza, ale niejasny jest ich stan własnościowy. - Spośród 108 prywatnych kamienic, których administrację prowadzimy, w przypadku 95 procent nie znamy miejsca pobytu właścicieli - podaje Ryszard Lepiarz, kierownik działu eksploatacji w Zarządzie Budynków Komunalnych. Jak w takie kamienice inwestować, jak je odnawiać? Władze miasta stać tylko na zabezpieczenie ruder, aby nie groziły ludziom. - Jak tak dalej pójdzie, za kilkanaście lat nie będzie już co remontować - mówią na Kazimierzu, pokazując wybite okna, przeciekające dachy. To prawda, że co najmniej 30 procent żydowskich kamienic już zostało zwróconych potomkom ich dawnych właścicieli. Zazwyczaj szybko je sprzedają i wracają do Izraela, do USA. Ale co zrobić z resztą, może przejęłaby je jakaś żydowska fundacja, wchodząc w prawa osób nieznanych z miejsca pobytu - zastanawia się Tadeusz Jakubowicz, przewodniczący krakowskiej gminy żydowskiej. Ale zaraz zaznacza, że gmina by się takiej roli nie podjęła, to za wiele kłopotu. Własność to sprawa delikatna i drażliwa, pojawiają się też oszuści, którzy próbują podszywać się pod ofiary holokaustu. Wszyscy czekają więc na jakąś centralną regulację prawną. Kultowy "Singer" i "Alchemia" - Tymczasem Kazimierz staje się coraz bardziej miejscem modnym i wygodnym, bez tego gwaru i przypadkowych ludzi, którzy tabunami przewalają się przez krakowski Rynek Główny. Od nas blisko do centrum, jest ciekawie, nastrojowo - tak zapewnia Karol Kuberski, właściciel galerii sztuki Szalom przy ul. Józefa, i wymienia wielu artystów, którzy przeprowadzili się ostatnio na Kazimierz. Sam też od czerwca stał się mieszkańcem tej dzielnicy. - Wraz z tą modą podskoczyły ceny nieruchomości na Kazimierzu. Już nie kupi się kamienicy za mniej niż milion dolarów. Ceny mieszkań przekroczyły już 4 tys. zł za metr kwadratowy - wylicza Wojciech Ornat. Na Kazimierzu pojawiły się banki, firmy elektroniczne, a krążą też opowieści, że i cudzoziemcy zaczynają kupować tu dla siebie nieduże apartamenty. Przybywa niewielkich hoteli i pensjonatów. Niedawno w odnowionej kamienicy przy Miodowej otwarty został hotelik Franciszek wraz z kawiarnią artystyczną, Sceną Eljot i galerią Stawskiego. Obok sławnego pubu Singer, tajemniczej i ciemnej nory w dobrym egzystencjalnym stylu Paryża lat 60., gdzie siedzi się przy świecach i stolikach z maszynami marki Singer, obok lokalu Propaganda, z rekwizytami epoki komunizmu - na rogu ul. Estery i placu Nowego od grudnia ubiegłego roku istnieje kolejna kultowa knajpka Alchemia. Przeniosła się do niej z centrum Krakowa duża część artystycznego towarzystwa. Stylizowana na graciarnię Alchemia, urządzona w dawnym warsztacie tapicera, ma swój niepowtarzalny klimat. - Gramy dużo dobrego jazzu, puszczamy świetną muzykę Astora Piazzolli grającego na bandeonie - wyjaśnia współwłaściciel Jacek Żakowski. Na Kazimierzu jest jeszcze sporo wolnej przestrzeni. Do wzięcia. Byle tego nie popsuć i utrzymać styl. O tym mówią teraz wszyscy, którzy związali się z krakowską dzielnicą żydowską.
Niepostrzeżenie, bez odgórnych nakazów i wspomagań, zatętniło życie na krakowskim Kazimierzu. Po półwiecznej hibernacji otworzył się tajemniczy świat żydowskiej dzielnicy. Fascynuje, przyciąga turystów, dla których powstaje coraz więcej nastrojowych knajpek, niedużych hotelików. Jeszcze nie tak dawno zapomniany, staje się obecnie Kazimierz drugim - obok Rynku Głównego - centralnym i modnym miejscem Krakowa.Gdy pytać, co tak naprawdę ożywiło na wpół umarłą dzielnicę Kazimierz, najczęściej wymieniany jest Festiwal Kultury Żydowskiej.Do ożywienia Kazimierza rękę przyłożył też Steven Spielberg. W 1993 roku kręcił tu sceny z getta do swego głośnego filmu "Lista Schindlera". Fascynacją klimatami Kazimierza zaraził wielu krakowian, ale przede wszystkim pokazał tę dzielnicę całemu światu.W listopadzie 1993 za pieniądze Kongresu USA w zdewastowanym domu modlitwy B'nei Emuna na rogu ul. Rabina Meiselsa i placu Nowego, otwarte zostało starannie urządzone Centrum Kultury Żydowskiej, prowadzone przez Polaków. Od razu bardzo silnie wpisało się w życie kulturalne i artystyczne Krakowa.Szeroka nazywana jest dziś salonem Kazimierza. Nie od razu Żydzi spoza Polski zaakceptowali tę nową funkcję Kazimierza. Dla wielu ta dzielnica splamiona krwią przodków miała być cmentarzem, rumowiskiem gruzów. Teraz Żydzi coraz częściej przyjeżdżają i chwalą Kazimierz. Na Kazimierzu pojawiły się banki, firmy elektroniczne, a krążą też opowieści, że i cudzoziemcy zaczynają kupować tu dla siebie nieduże apartamenty. Przybywa niewielkich hoteli i pensjonatów.Na Kazimierzu jest jeszcze sporo wolnej przestrzeni. Do wzięcia. Byle tego nie popsuć i utrzymać styl.
Polemiki Artystyczny eksperyment stał się dla wielu kozłem ofiarnym, tematem zastępczym, pozwalającym wyładować napięcia i frustracje W obronie wartości czy interesów RYS. MICHAŁ KORSUN MONIKA MAŁKOWSKA Pewnie jestem w mniejszości, ale cieszę się ze "skandali" w Zachęcie. Społeczeństwo wreszcie zajęło stanowisko wobec sztuki współczesnej. Przedtem też było wiadomo, że to, co w plastyce zdarzyło się po impresjonizmie, dla większości jest niezrozumiałe, czyli obojętne. Jednak niedawne zajścia wyzwoliły u wielu niegdyś obojętnych agresję. Dla wielu artystyczny eksperyment stał się kozłem ofiarnym, tematem zastępczym, pozwalającym wyładować napięcia i frustracje spowodowane zupełnie innymi czynnikami, najogólniej zwanymi trudem życia. Ale od ludzi świadomych, kontrolujących własne emocje można się było spodziewać reakcji bardziej wyważonych, większego otwarcia na dyskusję. Co najdziwniejsze, do napastników dołączyli ludzie z pozoru światli, w dodatku niekiedy profesjonalnie związani ze sztuką. Wywołane przez wydarzenia w Zachęcie, pojawiły się też tematy oboczne. Na przykład, czy państwo powinno dotować twórczość, której nie aprobuje społeczeństwo. Do tego problemu, zasygnalizowanego tekstem Macieja Rybińskiego "Sztuka nie za własne pieniądze" ("Rz" z 23 lutego 2001), ostatnioodniósł się Jan Michalski ("Rz" z 4 kwietnia 2001), krytyk sztuki związany z krakowską Galerią Zderzak. Niestety, autor nie jest obiektywny. Duch Żdanowa Tam, gdzie czytelnik oczekiwałby precyzyjnego wyłożenia racji, Michalski wykpiwa się ogólnikami, brzmiącymi wielce niepokojąco. "Państwo nie powinno produkować dzieł sztuki oprócz tych, które dobrze służą jego propagandzie"; "Jednostki państwowe: galerie, muzea, instytuty, uczelnie, muszą być wzorem komunikatywności i lojalności w stosunku do obywateli, powinny budować więź społeczną wbrew woli wyalienowanych jednostek" - to nie cytaty z przemówienia Żdanowa czy wystąpień ideologów nazistowskiego "Kampfbundu", to słowa Jana Michalskiego. Krytyk nie życzy sobie w państwowych galeriach żadnych kontrowersji, a szefom narodowych placówek zaleca, aby "troszczyli się o ład społeczny i w żadnym razie nie wywoływali zgorszenia wspólnot religijnych, mniejszości i większości". A wydawało się, że jedynie słuszna doktryna artystyczna, służąca totalitarnym systemom, należy do strachów przeszłości. Mówiąc serio - Michalski chyba zapomniał, że gdy jakaś władza usiłuje odgórnie sterować sztuką - ta wówczas trupieszeje. W tym samym czasie twórczość żywa, nie poddająca się nakazom i zakazom, chroni się w podziemiach lub szufladach. "Kiedy sztuka podporządkowana jest państwu, wtedy także życie jest przytłumione. Bardziej niż w jakiejkolwiek innej epoce żywa sztuka stanowi dziś wyraz wolności, a wolność przejaw życia" - zauważył pół wieku temu Michel Seuphor, belgijski malarz i teoretyk. Kontrowersji wokół sztuki nie da się uniknąć, jeśli artyści chcą powiedzieć (czyli pokazać) coś o otaczającym ich świecie, używając nowego języka; kiedy chcą zwrócić uwagę na sprawy eliminowane z nurtu oficjalnego, popieranego przez państwo. Często łączy się to z przełamywaniem stereotypów estetycznych, odejściem od popularnego "dobrego smaku". Tak było zawsze, nie tylko dziś. Inna sprawa, czy w ogóle może istnieć na świecie muzeum bądź galeria sztuki współczesnej, gdzie każda wystawa satysfakcjonowałaby wszystkich obywateli? Michalski ma wizję wzorcowej państwowej instytucji sztuki. Jego zdaniem "w państwowych jednostkach kultury i pod opieką wykwalifikowanych urzędników obywatel ma prawo czuć się jak nigdzie indziej - jak w raju przed upadkiem pierwszych rodziców". Michalski podaje dwa nazwiska, które ten luksus mogłyby widzom zapewnić i które uważa za godne narodowej galerii: Cybisa i Gierowskiego. Przypomnę, że przeglądy dorobku tych malarzy miały miejsce w ostatnich latach w Zachęcie - czyżby więc ta galeria choćby w niewielkiej części programu zbliżała się do ideału? Warto też dodać, że gdy Zachętą kierowała "kontrowersyjna" Anda Rottenberg, odbyły się tam jeszcze retrospektywy Nowosielskiego, Cieślewicza, Tarasina, Wróblewskiego, Szapocznikow, Nachta-Samborskiego i innych mistrzów. Ale monografie, nawet najciekawiej zrobione, wcale nie cieszą się powodzeniem! Jeśli za podstawę przy wartościowaniu wystaw uznać frekwencję, to najlepsze są pokazy fotografii prasowej (World Press Photo, zdjęcia zdjęte przez peerelowską cenzurę) lub ekspozycje ciekawostkowe, jak "Szare w kolorze". Chyba nie są to zalecane przez Michalskiego "wartości, co do których wśród wszystkich obywateli panuje zgoda, niezależnie od poglądów politycznych"? Według niego takie wartości to niepodległość, wolność, prawo własności. O te właśnie zabiegali swoimi pracami niektórzy artyści, najczęściej ci, którym zarzuca się "kontrowersyjność". Natomiast obecnie, w dobie demokracji i urynkowienia, twórcy zwracają uwagę na różnego typu zło tym wartościom zagrażające. Ale że swoim poglądom dają wyraz językiem metaforycznym, większość (w tym Michalski) ocenia ich jako "bluźnierców, obrazoburców, świętokradców, szyderców i »jajarzy«". Bez kontrowersji Może warto zastanowić się, dlaczego słusznie wyróżniona przez Michalskiego, wyjątkowej urody retrospektywa Stefana Gierowskiego straszyła pustymi salami? Bo choć należy do klasyki, to malarstwo jest elitarne - wymaga nie tylko wyrobionego smaku, również innych zalet umysłu i charakteru, o których trudno mówić z kimś, kto jest ich pozbawiony. "Trzeba być zżytym z językiem współczesnego malarstwa, by móc dostrzec jego prawdziwe piękno", pisał pół wieku temu Robert Motherwell, jeden z najwybitniejszych amerykańskich abstrakcjonistów. "Jeszcze trudniejszą rzeczą jest dotarcie do jego postaw etycznych. To sprawa sumienia. Bez świadomości moralnej malarz jest tylko dekoratorem". Ta prawda dotyczy całej sztuki - ale nie sposób jej udowodnić. To trzeba odczuwać. Publiczność ma prawo nie umieć odróżniać prac dekoracyjnych, efektownych, acz pustych, od wartościowych - lecz powinna wiedzieć, że w prestiżowych galeriach spotka się z tym drugim gatunkiem. Czy tak się stanie, także zależy od postawy etycznej - w tym przypadku osób kształtujących program. Może się zdarzyć, że szeroka widownia odbierze niektóre pokazy jako kontrowersyjne czy niezrozumiałe. Jednak zanim posądzi autorów o szyderstwo czy "jajcarstwo", powinna dowiedzieć się, czym motywowali się w pracy. I tu jest jedyny punkt, w którym mogę się z Michalskim zgodzić: "Opinia publiczna powinna być wcześniej uprzedzona i dokładnie poinformowana o rodzaju kontrowersji, która mogłaby wystąpić, oraz o tym, w jakim celu wystawa lub dzieło są prezentowane, aby obywatel nie stracił zaufania do instytucji wyższej użyteczności publicznej, która decyduje się na tak ryzykowny krok, a ponadto był pewny, iż podejmuje się go dla jego dobra". Mówiąc mniej urzędowym językiem, krakowski krytyk zaleca edukowanie społeczeństwa w zakresie nowoczesnej sztuki. Pytanie tylko, jak to zrobić? Przy CSW działają różne pracownie rozwijające wrażliwość i wyobraźnię, przy Zachęcie i Zamku Ujazdowskim prowadzone są kursy i wykłady, udostępniane są biblioteki, wideoteki, filmoteki. Jeśli ktoś ma ochotę, może z nich korzystać, na ogół są gratisowe lub za niewielką opłatą. Tymczasem większość sądzi, iż dobra sztuka to ta, której odbiór nie wymaga żadnego wysiłku, i nawet nie dopuszcza myśli, że sztuki trzeba się uczyć. Przeciwnie - ludzie przyznają się do ignoracji w dziedzinie plastyki z dumą. Jakby to była zaleta. Krakowski Kali Poglądy krakowskiego autora na temat sztuki współczesnej, jego własne wybory są wyrażone dziwnie nieostro. W kilku miejscach Michalski wysuwa sprzeczne argumenty, jakby polemizował sam ze sobą. Najpierw prezentuje się jako pracownik galerii, "która w latach 90. była największym prywatnym producentem ambitnej młodej sztuki". Zaraz obok pisze, że w tym samym czasie w państwowych muzeach "popierano nonkonformizm i tworzono specyficzną cieplarnię dla młodych artystów". Oto przykład dialektyki Kalego: jeśli coś prezentowane było w Zderzaku, to dobrze, jeśli to samo wystawiano w CSW czy Zachęcie - to źle. Michalski wskazuje na monopolistów na polskim plastycznym rynku, Zachętę i Centrum Sztuki Współczesnej-Zamek Ujazdowski, jako na źródło degrengolady współczesnej sztuki. Wokół tych instytucji "tworzą się żerowiska miernot, które łączą się w grupy nacisku i ustanawiają własne, zaniżone kryteria ( ) Młodzi artyści produkują pod CSW - zalew gadżeciarstwa to obfity plon działalności kuratorów CSW". Z gustami się nie dyskutuje, ale ta wypowiedź dowodzi, że autor ma poważne problemy z tożsamością lub początki schizofrenii: w wielu przypadkach twórcy, którzy "zalewają gadżetami" CSW, należą też do "stajni" Zderzaka. Wymienię kilku młodych, a już znanych i wywołujących kontrowersje: Piotr Jaros, Marta Deskur, Robert Rumas, Grzegorz Sztwiertnia, Wilhelm Sasnal. Ze starszych można wspomnieć Edwarda Dwurnika, Jarosława Modelewskiego, Marka Sobczyka - to wszystko artyści obecni wystawami w Zderzaku. Kolejny zarzut stawiany stołecznym placówkom jest jeszcze bardziej kuriozalny. "Warszawskie instytucje centralne wysysają rynek. Czy ktoś słyszał o środowisku poznańskim albo wrocławskim? Od dawna nikt o nim nie słyszał - artyści z tych środowisk nie mają szans na zdobycie środków produkcji" - peroruje krakowski autor. W Zachęcie i CSW wystawiają twórcy z całej Polski, kuratorzy tych galerii zadają sobie trud penetrowania wszystkich środowisk pozawarszawskich, wyławiają młode talenty, dają szanse zarówno mistrzom z prowincji, jak debiutantom. Nie miejsce tu na wyliczankę, ale zainteresowanym służę dokładnymi danymi. Na koniec Jan Michalski zarzuca jednemu z polskich muzeów narodowych manipulacje przy zakupach dzieł do zbiorów. Przemilcza, o jaką instytucję chodzi - rodzaj dyskrecji, która podstępnie psuje powietrze. Wyjaśniam więc: chodzi o stołeczne Muzeum Narodowe. Krakowskiego krytyka oburza, że kurator placówki nie chciał kupić od Zderzaka dzieła za proponowaną przez galerię cenę. Znów uściślam: Dorota Monkiewicz, kuratorka wystawy "Na wolności/w końcu. Sztuka polska po 1989 roku", prezentowanej obecnie w Muzeum im. Dunikowskiego, a mająca premierę w grudniu ubiegłego roku w Baden-Baden, odmówiła zakupu instalacji Piotra Jarosa za sto tysięcy złotych. Była to kwota nierealna - budżet muzealny na zakupy nie istnieje, za każdym razem trzeba zdobywać pieniądze od sponsorów, co nie jest chyba dla Michalskiego, człowieka z branży, żadnym sekretem. Chyba oczywiste, że kuratorzy poszukują jak najkorzystniejszych transakcji. W dodatku inni znani autorzy (m.in. Kozyra i Althamer), nie związani ze Zderzakiem, oferowali muzeum prace za kwoty dziesięciokrotnie niższe. Jak zawsze, gdy nie wiadomo, o co chodzi - chodzi o pieniądze.
Jan Michalski krytyk sztuki związany z krakowską Galerią Zderzak nie życzy sobie w państwowych galeriach kontrowersji, a szefom narodowych placówek zaleca, aby "troszczyli się o ład społeczny". Michalski zapomniał, że gdy władza usiłuje sterować sztuką - ta trupieszeje. W tym czasie twórczość żywa chroni się w szufladach. Kontrowersji wokół sztuki nie da się uniknąć, jeśli artyści chcą pokazać coś używając nowego języka. łączy się to z przełamywaniem stereotypów, odejściem od "dobrego smaku".
OCHRONA ZDROWIA Od 2000 roku kontrakty z kasami zawrą te placówki, które zwyciężą w konkursie ofert Teraz pacjent, czyli elementarz dyrektora Wynik leczenia nie przesądza, czy pacjent jest zadowolony z usług placówki. Pacjenci najczęściej biorą pod uwagę, jak ich traktowano, oceniają warunki pobytu, wyżywienie. FOT. ANDZREJ WIKTOR MAŁGORZATA SOLECKA Czym są usługi oferowane przez szpital: biznesem czy też działalnością społeczną, świadczoną bez oglądania się na rachunek ekonomiczny? Odpowiedź na to pytanie - według autorów reformy ochrony zdrowia - jest jednoznaczna: wszystkie placówki służby zdrowia muszą zacząć działać według praw rynku. Jednak dyrektorzy wielu zakładów opieki zdrowotnej narzekają na rozdźwięk między deklaracjami a praktyką: lukami prawnymi, monopolem kas chorych i przede wszystkim chronicznym niedofinansowaniem ochrony zdrowia. W tym roku kasy chorych musiały - z mocy prawa - podpisać kontrakty ze wszystkimi samodzielnymi publicznymi ZOZ. Rynek usług zdrowotnych jest więc w dalszym ciągu silnie regulowany - niepubliczne, prywatne przychodnie czy specjalistyczne gabinety miały ograniczone możliwości zawarcia kontraktu. Jednak ustawa o powszechnym ubezpieczeniu zdrowotnym przewiduje, że od 2000 roku publiczna służba zdrowia nie będzie miała żadnych przywilejów: kontrakty dostaną te placówki, które zwyciężą w konkursie ofert. Prywatyzacja znaczy rozwój Czy utrata przywilejów przez publiczną służbę zdrowia będzie dla niej trzęsieniem ziemi? Na pewno nie od razu. Najostrzejszą konkurencję między publicznym a niepublicznym sektorem można zaobserwować w podstawowej opiece zdrowotnej. Wielkopolska Kasa Chorych np. podaje, że z usług niepublicznych placówek korzysta (w zakresie podstawowej opieki zdrowotnej, finansowanej przez kasę) niemal dwie trzecie mieszkańców regionu. Można się spodziewać, że w ciągu najbliższych miesięcy prywatyzacja placówek podstawowej opieki zdrowotnej przebiegać będzie szybciej. Za jeden z priorytetów uznała ją minister zdrowia Franciszka Cegielska, wiele samorządów chętnie zrzecze się obowiązków właściciela. Część samorządowców uważa, że majątek przychodni powinno się przekazywać ich pracownikom za symboliczną złotówkę. Inni - np. Jacek Marciniak, starosta gnieźnieński (i były lekarz wojewódzki Poznańskiego) - twierdzą, iż należy sprzedawać je za "przyzwoite pieniądze". Prywatyzacji chcą również pracownicy przychodni - przede wszystkim lekarze, dla których jest to szansa na rozpoczęcie działalności na własny rachunek. Zupełnie inaczej sytuacja przedstawia się w lecznictwie zamkniętym. Dane z tej samej, Wielkopolskiej Kasy Chorych wskazują, że ponad 90 procent usług wykonują szpitale publicznej służby zdrowia. Prywatnych klinik jest niewiele, zaś prywatyzacja szpitali jest przedsięwzięciem kosztownym. Dyrektorzy szpitali, zebrani niedawno na konferencji w Błażejówku k. Poznania, mówili również o innych przeszkodach na drodze do prywatyzacji ich placówek. Ich zdaniem samorządom dużo trudniej przyjdzie "oddać" szpitale, bo ich prywatyzacja może wzbudzić polityczne kontrowersje wokół gwarancji równego dostępu do świadczeń zdrowotnych. Jednak sami dyrektorzy, a także osoby zajmujące się na co dzień doradztwem gospodarczym nie mają wątpliwości: szpitale powinny tak szybko, jak to jest możliwe zostać sprywatyzowane. Bez tego ich rozwój - a więc warunek przetrwania w grze rynkowej - będzie niemożliwy. Wstępem do zmian własnościowych ma być restrukturyzacja szpitali. - Pracownicy często postrzegają ją jako zagrożenie. Utożsamia się nawet restrukturyzację z grupowymi zwolnieniami w ochronie zdrowia - ubolewa Anna Szymańska, wiceprezes Doradztwa Gospodarczego DGA, jednej z poznańskich firm konsultingowych. Tymczasem restrukturyzacji nie można sprowadzać do ograniczenia zatrudnienia. Jak cię widzą, tak cię piszą Eksperci zajmujący się przekształceniami własnościowymi - w tym przede wszystkim prywatyzacją - w wielu branżach gospodarki podkreślają, że dyrektorzy powinni mniej zajmować się wielką polityką, a więcej czasu poświęcać zmienianiu swojego szpitala. - Mówienie o niedofinansowaniu służby zdrowia, o zbyt niskiej składce, o błędach kas chorych, o lukach prawnych nie rozwiąże podstawowych problemów waszych placówek - przekonują. Jacek Profaska, dyrektor poznańskiego Zakładu Opieki nad Matką i Dzieckiem, uważa, że choć nowy system ma wiele niedoskonałości, nie można powiedzieć, iż jest zły. - System ochrony zdrowia cały czas się tworzy i doskonali - tłumaczy. Kierujący szpitalami powinni - zdaniem ekspertów, a także tych dyrektorów, którzy połknęli menedżerskiego bakcyla - skupić się na podstawowym zadaniu: zarządzaniu. Tymczasem w wielu miejscach w Polsce dyrektorzy ciągle pozostają czynnymi zawodowo lekarzami, zaś wśród zarządzających szpitalami ekonomistów czy prawników jest na razie niewielu. - Ale to się będzie zmieniać - prorokują eksperci. Profesjonalne zarządzanie szpitalem stanie się oczywistością, gdy urzeczywistni się jedno z głównych założeń reformy - że pieniądze idą za pacjentem. Dzieje się to zresztą już teraz, na co zwracają uwagę eksperci od zarządzania, radząc dyrektorom, by zwracali baczniejszą uwagę na to, jak w ich placówce czuje się pacjent. - Badania pokazują, że pacjenci oceniając dany szpital czy przychodnię rzadko stwierdzają, czy byli dobrze leczeni - mówi Anna Szymańska. Wynika to zapewne z faktu, że nie znającemu się na medycynie pacjentowi trudno orzec, czy był leczony prawidłowo. Jeżeli wyzdrowiał, przyjmuje, że tak było. Jednak wynik leczenia nie przesądza, czy pacjent jest zadowolony z usług placówki. - Pacjenci najczęściej biorą pod uwagę, jak ich traktowano, oceniają warunki pobytu, wyżywienie etc. - wymienia Szymańska. Ważne są zarówno takie szczegóły jak ciepły kolor ścian, jak i bardziej znaczące udogodnienia - np. wydzielony na każdym piętrze pokój do spotkań z odwiedzającymi. Przede wszystkim jednak liczy się pierwsze wrażenie. Potrzebujący pomocy lekarskiej od samego początku - czyli od momentu, gdy zgłoszą się do rejestracji - muszą czuć, że będą sprawnie i fachowo obsłużeni. Tymczasem to właśnie rejestracja jest piętą achillesową wielu placówek publicznej służby zdrowia. - Zdarza się, że chorzy nie mogą zarejestrować się telefonicznie. Niekiedy rejestracja czynna jest tylko przez godzinę lub dwie. Pracujące w niej kobiety nie pamiętają, iż mają pomóc pacjentowi, a nie blokować dostęp do lekarza - wyliczają grzechy główne eksperci, którzy obserwowali pracę rejestratorek w wybranych placówkach medycznych. Tymczasem w zakładzie opieki zdrowotnej rejestracja jest tym samym, co w innym przedsiębiorstwie recepcja - wizytówką firmy. Informacja i reklama pantoflowa Szpitale będą musiały również postawić na marketing. Nie oznacza to oczywiście, że muszą prowadzić kampanie reklamowe, jednak z całą pewnością muszą wszechstronnie i rzetelnie informować o swojej działalności, o usługach, które świadczą i jakie - za odpowiednią opłatą - mogą świadczyć. Eksperci zalecają, by dyrektorzy pamiętali zarówno o pacjentach masowych - za których leczenie zapłaci kasa chorych, jak i o bardziej zamożnych, których stać na skorzystanie z dodatkowej oferty. Może to być zarówno pojedynczy, lepiej wyposażony - np. w telewizor i telefon pokój - jak i odpłatnie wykonywane operacje, których nie obejmuje powszechne ubezpieczenie. Problem w tym, że już obecnie wielu takich pacjentów trafia do publicznych szpitali - jednak często nie płacą oni szpitalowi według cennika (którego często zresztą nie ma), ale prowadzącym zabieg lekarzom do kieszeni. Wydaje się, że - przynajmniej pod tym względem - uzdrowienie finansów szpitali zależy w dużym stopniu od ograniczenia szarej strefy i zwykłego łapówkarstwa. Jak trafić do masowego pacjenta, za którym idą pieniądze z kasy chorych? Można - tak jak robi to wiele szpitali, np. położniczych - ogłaszać się w prasie. Można rozsyłać ulotki do domów. Można urządzać dni otwarte - kiedy to wszyscy zainteresowani mogą np. obejrzeć część oddziału. Jednak najbardziej skuteczną metodą wydaje się współpraca z lekarzami pierwszego kontaktu. Powinni oni dokładnie znać zakres usług, jaki szpital oferuje w ramach ubezpieczenia, powinni wiedzieć, jakie są warunki pobytu pacjentów. - 90 procentom z tych, którzy trafiają do szpitala na planowe zabiegi, wybór placówki zasugerował właśnie lekarz pierwszego kontaktu - podkreśla Anna Szymańska. Dbając o przyciąganie nowych pacjentów, dyrektor i jego pracownicy powinni przede wszystkim dbać o to, by nie zrazić tych, którzy już korzystają z usług placówki. - Niezadowolony pacjent, jeżeli będzie miał jakikolwiek wybór, na pewno powtórnie nie wybierze waszego szpitala. O swoich przykrych doświadczeniach opowie rodzinie i znajomym. A taka pantoflowa antyreklama jest bardzo skuteczna - przestrzegają doradcy.
Rynek usług zdrowotnych jest silnie regulowany. Jednak od 2000 roku publiczna służba zdrowia nie będzie miała żadnych przywilejów: kontrakty dostaną placówki, które zwyciężą w konkursie ofert. Najostrzejszą konkurencję między publicznym a niepublicznym sektorem można zaobserwować w podstawowej opiece zdrowotnej. Wielkopolska Kasa Chorych podaje, że z usług niepublicznych placówek korzysta dwie trzecie mieszkańców. inaczej sytuacja przedstawia się w lecznictwie zamkniętym. 90 procent usług wykonują szpitale publicznej służby zdrowia. szpitale powinny tak szybko, jak to jest możliwe zostać sprywatyzowane. Bez tego ich rozwój będzie niemożliwy.dyrektorzy powinni skupić się na zarządzaniu. Profesjonalne zarządzanie szpitalem stanie się oczywistością, gdy urzeczywistni się jedno z założeń reformy - pieniądze idą za pacjentem. Badania pokazują, że wynik leczenia nie przesądza, czy pacjent jest zadowolony z usług. Pacjenci biorą pod uwagę, jak ich traktowano.
USA stają wobec zupełnie nowych wyzwań, polegających na znalezieniu skutecznej formuły międzynarodowej współpracy Ameryka potrzebuje sojuszników KRZYSZTOF DAREWICZ Z WASZYNGTONU Od wtorku Ameryka jest w stanie wojny. Z pewnością bardzo trudno to sobie tak od razu uzmysłowić, ale fakt jest faktem. Od wtorku Ameryka jest innym krajem, a co za tym idzie, świat też będzie odtąd inny. Przynajmniej w tym sensie, że oto nastąpił kres postzimnowojennej dekady nacechowanej naiwną wiarą, iż demokracja zwyciężyła i nie ma już wroga, z którym musi walczyć. Teraz można, a nawet trzeba zadawać sobie pytanie: jaki będzie jego kolejny ruch? Przemycona w bagażniku samochodu miniaturowa bomba atomowa? Śmiercionośne wirusy wysypane z ampułki do miejskiego wodociągu albo rzeki? Właśnie dlatego świat musi być odtąd inny, żeby odpowiedź na to pytanie mogła być negatywna. A więc wojna. Najpierw jednak trzeba szybko, jak najszybciej ustalić to co najważniejsze - z kim i jak? Na razie owym "kimś" jest zachowujący anonimowość "terroryzm". Ale tylko na razie, bo, jak wiadomo, organizacji terrorystycznych, które są w stanie przeprowadzić tak świetnie zaplanowany, skoordynowany i zmasowany atak na Amerykę, nie jest na świecie aż tak wiele. Nietrudno też domyślić się, że organizacje te nie byłyby w stanie działać bez poparcia rządów, które programowo nienawidzą Ameryki i demokracji. Jakich rządów? Ich lista nie jest zbyt długa. To im od wtorku Ameryka wypowiedziała wojnę. Grzech zaniechania Długo będzie się toczyła dyskusja, jakie błędy popełniły Stany Zjednoczone i inne światowe demokracje, iż terroryści oraz ich mocodawcy odważyli się na aż tak brutalny atak. Bo że błędy zostały popełnione, to nie ulega wątpliwości. Przede wszystkim błędne okazuje się założenie, iż ekstremalne działania można rozgrzeszać okolicznościami społecznymi i je traktować jako wykroczenia kwalifikujące się li tylko do sądowych rozpraw. Terroryści i dyktatorzy właśnie tym umacniają swe poczucie bezkarności. Obłaskawiani przez polityków, rozgrzeszani przez socjologów, rozpieszczani przez wielki biznes. W rezultacie wychodzi na to, że tylko oni potrafią wyciągać lekcje z historii. Mogą mordować narody, mogą niszczyć całe kraje. Hitler, Pol Pot, Stalin, Miloszević, Kim Ir Sen, Husajn. Wszyscy byli lub są tak pewni siebie, gdyż wiedzieli i wiedzą, że demokracja ma jedną genetyczną wadę - nazywaną potocznie "grzechem zaniechania". Zaniechania wojny, o której tutaj mowa. To zaniechanie krwawo zemściło się we wtorek na Ameryce. Ameryce, która, wiedząc, że w Afganistanie chroni się pod skrzydłami fanatycznych Talibów główny podejrzany, Osama bin Laden, wypłacała Afganistanowi 40 mln dol. rocznie tylko po to, żeby w państwie tym nie hodowano marihuany. Ameryce, która przeznaczyła setki miliardów dolarów na uzbrojenie po zęby Pakistanu i Arabii Saudyjskiej, skąd Osama bin Laden i Talibowie czerpią nie tylko broń i pieniądze. Ameryce, która wydała kolejne setki miliardów dolarów na bezproduktywną wojenkę z Saddamem Husajnem, który teraz pewnie śmieje się do rozpuku i, co nie ulega najmniejszej wątpliwości, stanowi nie lada inspirację dla wszelkich terrorystów. Ameryce, która wyobrażała sobie dotąd, że w odwecie za zorganizowane trzy lata temu przez bin Ladena zamachy bombowe na ambasady USA w Kenii i Tanzanii wystarczy odpalić parę rakiet na obozowisko Talibów w Afganistanie. We wtorek okazało się, że Ameryka najzwyczajniej nie jest przygotowana ani politycznie, ani psychicznie na inną walkę z terrorystami i dyktatorami. Walkę, która musi być wojną. Szok bezbronności Właśnie świadomość tego, że ta wszechpotężna, zdawałoby się, Ameryka jest de facto aż tak bezbronna czy też nieprzygotowana do wojny w erze postzimnowojennej, jest dla Amerykanów największym szokiem. 30 miliardów dolarów rocznie pochłania utrzymanie CIA, FBI i Agencji Bezpieczeństwa Narodowego, na zapobieganie atakom terrorystycznym. I oto okazuje się, że ani te agencje, ani dysponujące globalnym systemem rozpoznania amerykańskie siły zbrojne nie były w stanie wyłowić ani jednego, dosłownie ani jednego sygnału, który pozwoliłby zapobiec atakowi. Sprawcy tego ataku uderzyli w to, co chcieli - gdyby zechcieli, z równym powodzeniem mogliby uderzyć w elektrownie atomowe, szpitale, szkoły, wielkie zakłady chemiczne, muzea, dosłownie cokolwiek. Ich atak nareszcie obalił mit, że terroryści to tylko desperaci. O nie, to nie byli i nie są desperaci, lecz świetnie wyszkoleni i zdyscyplinowani żołnierze. Toteż, w jakimś sensie, można ich wręcz podziwiać za to, że z taką precyzją i perfekcją potrafili wykonać wydane im rozkazy. A skoro wiadomo, iż przeprowadzenie ataku wymagającego jednoczesnego porwania aż czterech samolotów, nauki pilotażu i rozpracowania systemów ochrony na lotniskach musiały poprzedzić lata przygotowań oraz wesprzeć gigantyczne nakłady finansowe, to ktoś, kto wydał te rozkazy, też musi być dobrym żołnierzem. Osama bin Laden? Saddam Husajn? Jaser Arafat? A może Iran? Arabia Saudyjska? Izrael? Korea Północna? Czeczeni? Potrzebni sojusznicy Ameryka musi ustalić dokładnie, gdzie kryje się jej największy wróg, i zapewne jej się to uda. Musi też zmienić się, w sensie gruntownej reorganizacji wywiadu i kontrwywiadu, wprowadzenia nowych zabezpieczeń na lotniskach, dokładniejszej kontroli imigrantów, zabezpieczenia się w nowe systemy obronne itp. To też, z czasem, zapewne jej się uda. Ale po to, żeby przystąpić do nowej wojny z wrogiem, który ją tak bezlitośnie zaatakował i poniżył, a już szczególnie po to, żeby tę wojnę wygrać, Ameryka nie może działać sama. Musi bardzo skrupulatnie zrewidować swą dotychczasową politykę zagraniczną. Bo będzie potrzebowała sojuszników. To właśnie dlatego świat od wtorku będzie i powinien być inny. Jakie tego będą globalne, regionalne i wszelkie inne implikacje, trudno jeszcze przewidzieć. Wiadomo jednak, że - potrzebując sojuszników - Stany Zjednoczone muszą wyzbyć się wszelkich pokus dryfowania w stronę unilateralizmu, które ostatnio zaczęły dawać o sobie znaki. Amerykańska i światowa dyplomacja stają teraz wobec zupełnie nowych wyzwań, polegających na znalezieniu znacznie skuteczniejszej formuły międzynarodowej współpracy i koordynacji działań politycznych, ekonomicznych oraz militarnych. Zwłaszcza postępowe państwa muzułmańskie powinny jak najszybciej przewartościować swą "braterską solidarność" i wesprzeć zachodnie demokracje w wysiłkach na rzecz zapobiegania i zwalczania międzynarodowego terroryzmu. Niejednego przewartościowania powinna też dokonać Europa, której terroryzm wprawdzie nie zagroził aż tak dotkliwie jak Ameryce, ale która równie niespodziewanie może stać się obiektem następnego ataku, gdyż wyznaje te same co Ameryka wartości. I wreszcie, nie do pomyślenia jest, by wojna z terroryzmem i jego mocodawcami mogła toczyć się bez współudziału Rosji oraz Chin, z którymi Stany Zjednoczone także muszą wypracować formuły produktywnej współpracy. To wszystko razem powinno oznaczać powrót do realizmu i rozsądku, którego najwyraźniej zaczynało brakować w zadowolonym z kresu zimnej wojny świecie. -
Od wtorku Ameryka jest w stanie wojny. nastąpił kres postzimnowojennej dekady nacechowanej naiwną wiarą, iż demokracja zwyciężyła i nie ma już wroga, z którym musi walczyć. organizacji terrorystycznych, które są w stanie przeprowadzić tak świetnie zaplanowany, skoordynowany i zmasowany atak na Amerykę, nie jest na świecie aż tak wiele. Nietrudno też domyślić się, że organizacje te nie byłyby w stanie działać bez poparcia rządów, które programowo nienawidzą Ameryki i demokracji. Jakich rządów? Ich lista nie jest zbyt długa. To im od wtorku Ameryka wypowiedziała wojnę. Przede wszystkim błędne okazuje się założenie, iż ekstremalne działania można rozgrzeszać okolicznościami społecznymi i je traktować jako wykroczenia kwalifikujące się li tylko do sądowych rozpraw. Terroryści i dyktatorzy właśnie tym umacniają swe poczucie bezkarności. Obłaskawiani przez polityków, rozgrzeszani przez socjologów, rozpieszczani przez wielki biznes. świadomość tego, że ta wszechpotężna, zdawałoby się, Ameryka jest de facto aż tak bezbronna czy też nieprzygotowana do wojny w erze postzimnowojennej, jest dla Amerykanów największym szokiem. terroryści to nie są desperaci, lecz świetnie wyszkoleni i zdyscyplinowani żołnierze. Ameryka musi ustalić dokładnie, gdzie kryje się jej największy wróg. będzie potrzebowała sojuszników. To powinno oznaczać powrót do realizmu i rozsądku, którego najwyraźniej zaczynało brakować w zadowolonym z kresu zimnej wojny świecie.
Po telewizji publicznej przyszedł czas na upolitycznienie stacji komercyjnych Dajecie to, czy nie dajecie? LUIZA ZALEWSKA Czy gdyby, nie daj Boże, dziś przytrafiły się prezydentowi kłopoty z golenią prawą, moglibyśmy dowiedzieć się o tym z telewizji? Z TVP, która nie dała nam szansy przyjrzeć się nawet ubiegłorocznemu incydentowi z Charkowa? Z Polsatu, gdzie nad treścią serwisów informacyjnych czuwa były rzecznik komitetu Aleksandra Kwaśniewskiego? Czy może z TVN, której prezes w dniu wyborów świętował wygraną razem ze zwycięzcą? Pogłoski o planach mianowania Dariusza Szymczychy szefem agencji, która będzie produkować informacje aż dla trzech kanałów - Polsatu, Polsatu Info i ponadregionalnej stacji TV 4, krążyły po Warszawie od wielu tygodni. Jednak mało kto w nie wierzył. Właściciel Polsatu Zygmunt Solorz słynął przecież z tego, że umie świetnie ustawić się w każdej politycznej konstelacji i z każdej partii może w razie potrzeby liczyć na poparcie. Wiele można było o nim powiedzieć, ale nigdy, że jest związany z jedną opcją polityczną. Nikt nie miał wątpliwości, iż właściciel Polsatu czyni to świadomie. Nikogo nie dziwił więc dobór jego najbliższych doradców: jeden dbał o to, by Polsat miał dobre stosunki z lewicą, drugi zabiegał o poparcie prawicy. Równowaga, jaką udawało się Solorzowi zachować przez lata rozmaitych politycznych koalicji, świadczyła o jego sile. Mówiono, że to politycy są zależni od właściciela Polsatu, a nie, że on zależy od polityków. Tak silna pozycja stwarzała Solorzowi komfortową sytuację i pozwalała zachować spory dystans do bieżących rozgrywek. Dzięki temu właściciel Polsatu politycznie się nie afiszował, nikogo publicznie nie musiał wspierać. Zdarzały się co prawda incydenty, na przykład "policyjny" film o Lidze Republikańskiej w trakcie kampanii prezydenckiej w 1995 r., ale można je policzyć na palcach. Także na antenie Polsatu polityka nigdy nie była priorytetem i jeśli już politycy pojawiali się w programach, to zgodnie z parytetem (np. program "Bumerang"). Ale ostatnie miesiące dla dziennikarzy tej stacji nie były tak beztroskie - dziennikarka, która w grudniowym "Politycznym Graffiti" zbyt dociekliwie przepytywała gen. Jaruzelskiego, została odsunięta od tego programu. Nominacja Dariusza Szymczychy potwierdza, że w Polsacie nadeszły nowe czasy. Trudno jednak uwierzyć, iż zabiegający dotychczas o niezależność Solorz z radością zdecydował się na tak oczywistą politycznie decyzję, jak mianowanie na kluczowe stanowisko w stacji byłego redaktora naczelnego "Trybuny" z rekomendacji SdRP, a potem rzecznika komitetu wyborczego Kwaśniewskiego. Co mogło Solorza - choć bardziej właściwe wydaje się słowo: musiało - do tego skłonić? Najpewniej układ sił w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji, w której już dziś obóz prezydenta i SLD ma mocną pozycję, a jeśli dać wiarę sondażom wkrótce może mieć na Radę jeszcze większy wpływ. Nie dość więc, że organ ten - w założeniu apolityczny - jest całkowicie upolityczniony, to istnieje obawa, że zostanie całkowicie zdominowany przez jedną tylko opcję polityczną. Rada zamiast stać na straży pluralizmu mediów i niezależności (także od polityki), tę niezależność ogranicza. Widz był ważniejszy Jeszcze do niedawna mieliśmy w Polsce gwarancję, że informacja, jaką oferują nam stacje telewizyjne, może być odporna na polityczne naciski. Prywatne stacje dawały tego dowody. Kiedy podczas kampanii samorządowej w 1997 r. publiczna stacja arbitralnie wstrzymała emisję reklamówki wyborczej, ostro atakującej prominentnych działaczy lewicy, znalazła się stacja komercyjna, która nie bała się tej samej reklamówki wyemitować. Była to decyzja odważna, bo TVN naraziła się z tego powodu na proces (właśnie wygrany). Ale dzięki temu opinia publiczna mogła żyć w przeświadczeniu, że stacje czymś się od siebie różnią, że walka o widza, polegająca na dostarczaniu mu wszystkich, nie tylko wybranych informacji, jest ważniejsza od politycznych znajomości, a manipulacje, które przytrafiają się TVP, ujawniane będą przez konkurencję. Potwierdził to incydent z Charkowa, który - mimo telefonów prezydenckich ministrów - upubliczniły i Polsat i TVN, choć wielu narzekało, że zbyt późno. Rzeczywiście, musieliśmy czekać na to pięć dni, ale czy dziś stacje telewizyjne w ogóle pokazałyby taki film? Czy bliski współpracownik Kwaśniewskiego może uznać, iż jest to temat, którym podlegające mu serwisy informacyjne powinny się zająć? Czy podobną decyzję podjąłby prezes TVN Mariusz Walter? "Coraz częściej w polskich mediach pada pytanie: dajecie to, czy nie dajecie? Jest wydarzenie, którego nie sposób ignorować, a ludzie dzwonią do siebie i pytają: dajecie to? A jak dajecie? Dajecie teraz, czy dopiero w wieczornym wydaniu? Okrojone, czy nie? Czyli przeszliśmy już na poziom, na którym wszyscy się w jakimś stopniu przyzwyczaili do ograniczania wolności słowa" - mówił niedawno podczas dyskusji o wolności prasy Tomasz Lis z TVN. Niedawna kampania wyborcza ujawniła, z jak wielkim trudem dziennikarzom udaje się przekonać swoich szefów do wyrwania się ze świata politycznych wpływów. Co prawda TVN informowała o mieszkaniu prezydenckiej pary wykupionym za niewielkie pieniądze czy niefortunnym zachowaniu prezydenckiego ministra na lotnisku pod Kaliszem, ale już po wyborach nie odważyła się na emisję pełnego filmu z lotniska, kompromitującego Pałac Prezydencki. Było to kilka dni po tym, jak prezes TVN Mariusz Walter świętował w sztabie Kwaśniewskiego wygrane wybory. Musimy być wiarygodni Trudno uwierzyć, by Walter nie zdawał sobie sprawy z rangi tego gestu. Na wieczory wyborcze nie przychodzą przecież przypadkowi ludzie, lecz ci, którzy kampanię wspierali, albo chociaż życzyli kandydatowi zwycięstwa. Tymczasem Walter, jeśli popierał kandydata lewicy, nigdy przedtem nie robił tego tak ostentacyjnie. Zaledwie cztery lata wcześniej w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" zapewniał: "Musimy być maksymalnie wiarygodni. Nie myślimy, jak politycy, od wyborów do wyborów, ale w dłuższej perspektywie. Uleganie żadnym politykom nam się nie opłaca". Wygląda jednak na to, że Walter musi rezygnować nie tylko z marzeń o prowadzeniu telewizji ambitnej, ale też niezależnej. "Nie ma powodów bać się polityków. Co złego mogą nam zrobić? Odebrać koncesję? Z nami to nie jest takie proste" - mówił wówczas. I chociaż istotnie trudno spodziewać się nawet po tak upolitycznionej KRRiTV, by podczas procesu rekoncesjonowania zaczęła niepokornym stacjom odbierać częstotliwości, przez minione lata prezesi komercyjnych telewizji z pewnością dobrze zrozumieli, że aby ich interes mógł się rozwijać potrzebują nie tylko pieniędzy, ale też dobrych układów w coraz bardziej jednostronnej Radzie Rada mogłaby na przykład nieoczekiwanie zapałać chęcią zwalczania w TVN programów, które mogą niekorzystnie wpływać na dzieci, a mimo to emitowane są tam od rana. I nagle nakładać dotkliwe kary finansowe, co mogłoby popsuć opinię stacji wśród reklamodawców. Rada mogłaby zastanowić się, czy przygotowywany właśnie "Big Brother" jest naprawdę niewinnym programem. Ale co gorsza, mogłaby poważnie ograniczyć rozwój stacji i uznać, że TVN nie zasługuje na nowe częstotliwości, które właśnie są do rozdania. Byłaby to kara wyjątkowo dotkliwa, bo poszerzenie zasięgu jest priorytetem dla każdego właściciela stacji, której nie może odbierać 40 proc. mieszkańców kraju. Sporo do stracenia mógłby mieć też Polsat. Teoretycznie Krajowej Radzie mogłoby przecież przyjść do głowy, że co najmniej dziwny na słabym i koncesjonowanym rynku telewizyjnym jest fakt, iż z trzech dużych stacji aż dwie są związane z Solorzem. Politycy zawsze gotowi pomóc Skoro szefowie stacji telewizyjnych w coraz większym stopniu zależni są od świata polityki, powoli przestaje dziwić coś, co tuż po 1989 r. było nie do pomyślenia - że po prezesach przyjdzie czas na dziennikarzy i oni szukać będą poparcia u polityków. Tymczasem dziesięć lat po odzyskaniu wolności na sejmowym korytarzu usłyszeć można dziennikarkę, która prosi lidera ludowców, by załatwił jej i grupie jej znajomych wyrzuconych właśnie z pewnej medialnej instytucji, pracę w telewizji publicznej. Kiedy wydawca zdejmuje materiał z konferencji na temat sytuacji kobiet, dziennikarz, który ten materiał przygotowywał (ale na nim nie zarobił), odwołuje się do posłanki, która na tej konferencji występowała. I namawia ją do złożenia oficjalnej skargi. Dyrektora, który nie może pogodzić się z tym, że stracił pracę w TVP, spotkać można pod drzwiami lidera SLD. Nawet dziennikarz komercyjnej stacji, który przegrał walkę o pozycję w swojej firmie, idzie do prezydenta, który co prawda miał okazję dobrze poznać ten zawód, ale dziś ma z dziennikarstwem niewiele wspólnego. Niezwykle trudno w takiej sytuacji wyobrazić sobie rzetelną relację z konferencji z udziałem tych polityków. Tak samo trudno, jak to, że ktoś, kto wcześniej prosił prezydenta o poparcie, zdobędzie się na przygotowanie rzetelnej relacji, gdyby głowie państwa zdarzyły się inne przykre incydenty. Laureatka prestiżowej nagrody Grand Press Monika Olejnik radziła przed kilkoma laty, by dziennikarz nie zaprzyjaźniał się z politykami. Dziś takie rady wydają się mocno nieaktualne. Teraz już nie ma mowy o przyjaźni. Dziennikarze, którzy z założenia powinni kontrolować polityków, nawet nie tyle im ulegają, ile podlegają. Jeśli komuś się wydaje, że zależność od polityków powinna być dla dziennikarza równoznaczna z końcem kariery, winien przyjrzeć się zwolnieniom grupowym w TVP. Kryteria zwolnień są tak niejasne, iż zwolnić można każdego. Jednak nie przypadkiem tracą pracę akurat ci, którzy ze światem polityki nie mają nic wspólnego. Niebezpieczne dotychczas związki są teraz jawnie premiowane. Trudno usprawiedliwić dziennikarzy, którzy szukają poparcia u polityków. Ale warto pamiętać, że takie sytuacje nie miałyby miejsca, gdyby telewizyjni prezesi mogliby zdobyć się na absolutną niezależność. Prezesi tymczasem może i o takiej niezależności marzą, ale przede wszystkim muszą liczyć się z realiami. Nie znajdą przecież wsparcia w Krajowej Radzie, bo jej członkowie nie są zainteresowani udzielaniem takiej pomocy. Skoro sami są w większości politykami, nie można od nich wymagać, by w związkach mediów z polityką widzieli coś niewłaściwego. Za żadną ze swych błędnych decyzji (od przyznania koncesji kodowanej stacji, która przez kilka lat blokowała cenne częstotliwości, a teraz uznała, że ich nie potrzebuje, po nierówne - jak uważa NIK - traktowanie ogólnopolskich nadawców radiowych) Krajowa Rada nie została rozliczona, trudno więc oczekiwać, że będzie można wyciągnąć konsekwencje za to, czego nie robi.-
Czy gdyby, nie daj Boże, dziś przytrafiły się prezydentowi kłopoty z golenią prawą, moglibyśmy dowiedzieć się o tym z telewizji? Z TVP, która nie dała nam szansy przyjrzeć się nawet ubiegłorocznemu incydentowi z Charkowa? Z Polsatu, gdzie nad treścią serwisów informacyjnych czuwa były rzecznik komitetu Aleksandra Kwaśniewskiego? Czy może z TVN, której prezes w dniu wyborów świętował wygraną razem ze zwycięzcą? w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji już dziś obóz prezydenta i SLD ma mocną pozycję, a jeśli dać wiarę sondażom wkrótce może mieć na Radę jeszcze większy wpływ. Nie dość więc, że organ ten - w założeniu apolityczny - jest całkowicie upolityczniony, to istnieje obawa, że zostanie całkowicie zdominowany przez jedną tylko opcję polityczną. Rada zamiast stać na straży pluralizmu mediów i niezależności, tę niezależność ogranicza. Jeszcze do niedawna mieliśmy w Polsce gwarancję, że informacja, jaką oferują nam stacje telewizyjne, może być odporna na polityczne naciski. Prywatne stacje dawały tego dowody. Skoro szefowie stacji telewizyjnych w coraz większym stopniu zależni są od świata polityki, powoli przestaje dziwić, że po prezesach przyjdzie czas na dziennikarzy i oni szukać będą poparcia u polityków. Laureatka prestiżowej nagrody Grand Press Monika Olejnik radziła przed kilkoma laty, by dziennikarz nie zaprzyjaźniał się z politykami. Teraz już nie ma mowy o przyjaźni. Dziennikarze, którzy z założenia powinni kontrolować polityków, nawet nie tyle im ulegają, ile podlegają. Trudno usprawiedliwić dziennikarzy, którzy szukają poparcia u polityków. Ale warto pamiętać, że takie sytuacje nie miałyby miejsca, gdyby telewizyjni prezesi mogliby zdobyć się na absolutną niezależność. Prezesi tymczasem może i o takiej niezależności marzą, ale przede wszystkim muszą liczyć się z realiami. Nie znajdą przecież wsparcia w Krajowej Radzie, bo jej członkowie nie są zainteresowani udzielaniem takiej pomocy. Skoro sami są w większości politykami, nie można od nich wymagać, by w związkach mediów z polityką widzieli coś niewłaściwego.
Badaczom nie udało się ani potwierdzić, ani wykluczyć możliwości wywoływania nowotworów przez promieniowanie elektromagnetyczne Spór o szkodliwość "komórek" PIOTR KOŚCIELNIAK Odpowiedź na pytanie, czy długotrwałe używanie telefonów komórkowych powoduje powstawanie choroby nowotworowej, mają wkrótce dać badania prowadzone przez australijskich naukowców. To pierwsze eksperymenty, w których wykorzystywane są komórki ludzkiego mózgu. Niepewność co do problemu szkodliwości - bądź nieszkodliwości - używania aparatów komórkowych to dziś jeden z najpoważniejszych problemów dla naukowców, całego rynku telefonii komórkowej i samych użytkowników "komórek". Dotąd badaczom nie udało się ani potwierdzić, ani wykluczyć możliwości wywoływania nowotworów przez promieniowanie elektromagnetyczne aparatów. Eksperyment prowadzony w St.Vincent Hospital w Sydney ma przynieść wreszcie rozwiązanie. "Uzyskiwane rezultaty nie są spójne i wobec tego myślę, że już najwyższy czas na definitywną odpowiedź", powiedział gazecie "Sydney Morning Herald" prowadzący badania dr Peter French. Szok dla komórek Naukowcy wykorzystają komórki ludzkiego mózgu oraz urządzenie wytwarzające promieniowanie elektromagnetyczne. Zbadają, czy na skutek takiego oddziaływania powstają tzw. białka wstrząsu termicznego. "Jeżeli takie białka będą pojawiać się w dłuższym okresie, będzie to oznaczało, że komórki mogą przestać działać normalnie. A to oznacza, że istnieje zagrożenie, iż dadzą początek guzom nowotworowym", powiedział dr Peter French. Białka te są obecne w komórkach ciała zawsze, lecz w niewielkim stężeniu. Ich produkcja wzrasta, gdy komórki poddawane są intensywnemu działaniu czynników zewnętrznych, np. wysokiej temperatury. Białka wstrząsu termicznego odpowiedzialne są za naprawianie innych protein i ich działanie jest jednym z elementów normalnego funkcjonowania komórki. Nadmierna produkcja tego rodzaju białek sprawia jednak, że komórki są bardziej podatne na zmiany nowotworowe i odporniejsze na działanie leków przeciwrakowych - twierdzą australijscy badacze. To właśnie dr French pierwszy zidentyfikował mechanizm wytwarzania białek wstrząsu termicznego na skutek oddziaływania promieniowania elektromagnetycznego. Może się jednak okazać, że efekt taki nie następuje w komórkach mózgu, jak również, że po pewnym czasie komórki "uodporniają się" na promieniowanie elektromagnetyczne. Jak podkreślają australijscy badacze, zjawisko takie może występować przy długotrwałym narażeniu komórek na promieniowanie. Pierwsze rezultaty badań w St. Vincent Hospital spodziewane są dopiero za 3 - 6 miesięcy. Opracowane i opublikowane zostaną dopiero pod koniec roku. Sprzeczne sygnały Zdaniem większości badaczy promieniowanie działających i komunikujących się ze stacjami bazowymi telefonów podnosi temperaturę ciała i wyzwala procesy chemiczne, które mogą mieć negatywny wpływ na zdrowie. Podniesienie temperatury ciała powoduje również nieznaczne przyspieszenie reakcji. "Chyba powinniśmy przyznać, że wpływ telefonów na mózg rzeczywiście istnieje. Czas reakcji poprawia się ze względu na produkcję białek wstrząsu termicznego. To wymaga jednak dalszych badań. Długotrwała ekspozycja na promieniowanie może mieć negatywne skutki dla naszego zdrowia", powiedział agencji Reuters dr Alan Preece z bristolskiego Centrum Onkologicznego. Uważa on nawet, że do nadprodukcji tych białek nie jest potrzebna podwyższona temperatura, wystarczy promieniowanie - takie, jakie emitowane jest przez telefony komórkowe. Niepokojące są również wyniki badań przeprowadzonych przez szwedzki zespół prof. Lennarta Hardella i Kjell Hansson Mild z Uniwersytetu Orebro. Ich zdaniem osoby, które posługiwały się intensywnie telefonami analogowymi, są o 26 proc. bardziej narażone na nowotwory mózgu niż osoby z grupy kontrolnej. Jednak nie wszystkie badania wskazują, że telefony komórkowe mogą przyczyniać się do powstawania nowotworów. Wyniki uzyskane przez American Health Foundation i opublikowane w "Journal of American Medical Association" świadczą, że używanie "komórek" nie niesie zagrożenia. Podczas zbierania danych przebadano 469 pacjentów ze zdiagnozowanymi guzami mózgu oraz porównano wyniki z grupą kontrolną. Wszystkich pytano o stopień intensywności używania telefonów komórkowych. Wyniki badań pokrywają się z podobnymi, przedstawionymi przez "The New England Journal od Medicine". Po przebadaniu 782 pacjentów okazało się, że "komórki" nie mają wpływu na powstawanie lub rozwój nowotworów mózgu. Uzyskane dotąd wyniki mają jednak istotną wadę - dotyczą telefonów analogowych. Dzieje się tak, ponieważ konieczne jest śledzenie zdrowia użytkowników aparatów w jak najdłuższym okresie, a tylko analogowe "komórki" są wystarczająco długo obecne na rynku. Najpopularniejszym obecnie standardem jest cyfrowy GSM, a nowe aparaty pracują z niższą mocą i emitują znacznie mniej promieniowania. Dane na pudełku Niepewność co do wpływu telefonów na zdrowie użytkowników niepokoi również producentów sprzętu i operatorów sieci komórkowych, którzy sami finansują kolejne badania. Największe firmy oferujące telefony komórkowe zobowiązały się do oznaczania swoich produktów tzw. SAR (Specific Absorption Rate), którego wartość ma odpowiadać promieniowaniu emitowanemu przez dany model aparatu. Większość obecnie dostępnych na rynku telefonów "osiąga" wartość SAR od 2 do 4 razy niższą niż dopuszczalna norma. Podawane w specyfikacji technicznej aparatów wartości SAR odnosić się będą do maksymalnej dawki, a nie średniej emitowanej przez telefon. Największe wartości mierzone są podczas nawiązywania połączenia, w czasie rozmowy powinny być wielokrotnie niższe, niż przewiduje norma. Konieczność przeprowadzenia dalszych badań mających wyjaśnić problem wpływu telefonów na zdrowie podkreślają również przedstawiciele Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). "Opierając się na obecnie dostępnych badaniach epidemiologicznych, nie dysponujemy niedającymi się podważyć dowodami na związek między rakiem a ekspozycją na promieniowanie o częstotliwościach radiowych", uważa Elisabeth Cardis z Międzynarodowej Agencji Badań nad Rakiem. "Nie można oczywiście wykluczyć ryzyka, jednak jeżeli jest takowe, to bardzo małe". - Opinia Światowej Organizacji Zdrowia W związku z pojawiającymi się w mediach informacjami, iż WHO "twierdzi, że promieniowanie telefonów komórkowych jest bezpieczne dla ludzi", WHO wydało specjalne oświadczenie. Można w nim przeczytać, iż "żadne ostatnio przeprowadzone badania nie dały podstaw do jednoznacznych wniosków, że promieniowanie telefonów komórkowych lub stacji bazowych sieci ma jakikolwiek negatywny wpływ na ludzkie zdrowie. Zidentyfikowane zostały jednak luki w naszej wiedzy, które muszą zostać uzupełnione, aby lepiej ocenić potencjalne zagrożenia. Dokończenie badań i przedstawienie ostatecznych rezultatów zajmie około trzech, czterech lat". Obawy użytkowników Grzegorz Możdżyński, dyrektor marketingu w sp. z o.o. Nokia Poland Aktualny stan wiedzy naukowej w tej dziedzinie pozwala naukowcom stwierdzić, że dotąd nie zidentyfikowano zagrożenia zdrowia człowieka przez normalnie funkcjonujące aparaty komórkowe. Telefon komórkowy wysyła sygnały radiowe o częstotliwości i energii nieuznanej za szkodliwą dla ludzi. O wiele bardziej intensywne pole elektromagnetyczne generuje np. suszarka do włosów lub świetlówka, z których na co dzień korzystamy bez żadnych obaw. Niemniej Nokia rozumie obawy użytkowników co do bezpieczeństwa telefonów komórkowych. Dlatego też, wspierając i finansując projekty badawcze na całym świecie, popieramy rozwój naukowego i społecznego zrozumienia tematyki promieniowania elektromagnetycznego. Margines bezpieczeństwa Piotr Kwiecień dyrektor generalny Sony Ericsson Mobile Communications w Polsce Wszystkie telefony produkowane przez firmy Ericsson i Sony są szczegółowo badane, tak aby spełniały wszelkie standardy bezpieczeństwa oraz krajowe normy emisji fal radiowych. Dodatkowo w trakcie prac projektowych nad nowymi modelami zawsze zostawia się duży margines bezpieczeństwa w stosunku do obowiązujących norm. Intensywne badania prowadzone od kilku lat przez wszystkich producentów telefonów komórkowych nie dały żadnych przekonywających dowodów na jakikolwiek szkodliwy wpływ używania telefonów komórkowych na ludzkie zdrowie. Dodam jeszcze, że nasze zdrowie lubi, by wszystko było używane z właściwym umiarem. Sprawa nie jest rozstrzygnięta Profesor Henryk Kirschner Instytut Medycyny Społecznej AM w Warszawie: Ta sprawa nie jest rozstrzygnięta. Ryzyko uznano za dopuszczalne społecznie - podobnie jak w wielu innych wypadkach, jak choćby stężenie substancji chemicznych w powietrzu. Żadne groźne następstwa korzystania z telefonów komórkowych jak dotąd nie ujawniły się, ale nie znaczy to, że możemy być zupełnie spokojni. Jesteśmy świadkami wielkiego eksperymentu w skali społecznej - wszyscy w tym eksperymencie uczestniczymy. Coś może być na rzeczy Profesor Krzysztof Kwarecki, patofizjolog: Wobec problemu szkodliwości telefonów komórkowych próbuję zachować postawę racjonalną. Jak pisał "New England Journal of Medicine", nie ma żadnych dowodów na to, że telefony komórkowe powodować mogą nowotwory centralnego układu nerwowego. Jednak szum informacyjny wobec sprawy wskazuje, że rzeczywiście coś może być na rzeczy. Kwestia efektu termicznego nie została w wystarczającym stopniu wyjaśniona. Oczywiście sam używam komórki - trudno obecnie bez niej żyć. Ale jestem ostrożny. Zresztą na długie rozmowy, WAP i inne komórkowe szaleństwa i tak nie byłoby mnie stać.
Odpowiedź na pytanie, czy długotrwałe używanie telefonów komórkowych powoduje powstawanie choroby nowotworowej, mają wkrótce dać badania prowadzone przez australijskich naukowców. Zdaniem większości badaczy promieniowanie telefonów podnosi temperaturę ciała i wyzwala procesy chemiczne, które mogą mieć negatywny wpływ na zdrowie.Jednak nie wszystkie badania wskazują, że telefony komórkowe mogą przyczyniać się do powstawania nowotworów. Konieczność przeprowadzenia dalszych badań podkreślają przedstawiciele Światowej Organizacji Zdrowia.
ŚWIĘTY WOJCIECH Pod koniec życia został misjonarzem, ale nikogo nie nawrócił. Jego misja w Prusach trwała tydzień. Zginął 23 kwietnia 997 roku. Ogłoszono go świętym. Po tysiącu lat kreowany jest na patrona jednoczącej się Europy. Stary patron nowej Europy Relikwiarz świętego Wojciecha w Gnieźnie FOT. STANISŁAW CIOK EWA K. CZACZKOWSKA Życie św. Wojciecha znaczyły kryzysy i katastrofy. Niektórzy złośliwi są skłonni nawet powiedzieć, że jego życie było totalnym bankructwem - trafnie zauważył ksiądz Henryk Żochowski na spotkaniu Akcji Katolickiej. Miał być rycerzem, a został biskupem. Dwukrotnie opuszczał biskupstwo szukając azylu w Rzymie, lecz go stamtąd wyrywano pod groźbą ekskomuniki. Pod koniec życia został misjonarzem, ale nikogo nie nawrócił. Ten z pozoru "bankrut" w półtora roku po śmierci został kanonizowany. W roku 1000 u jego grobu w Gnieźnie spotkali się wojciechowy przyjaciel - cesarz niemiecki Otton III, legat papieża Sylwestra II i książę Bolesław Chrobry, z którego dworu wyruszył nawracać pogan. To właśnie podówczas postanowiono utworzyć w Gnieźnie arcybiskupstwo, kładąc podwaliny pod samodzielną organizację kościelną w Polsce, cesarz zaś uznał suwerenność naszego kraju, dzięki czemu Polska mogła czuć się partnerem w europejskiej rodzinie krajów chrześcijańskich. I oto niebawem, 3 czerwca, podczas papieskiej pielgrzymki u grobu św. Wojciecha odbędzie się kolejny zjazd. Tym razem najwyższy hierarcha Kościoła katolickiego spotka się z prezydentami kilku tzw. świętowojciechowych państw: Niemiec, Słowacji, Węgier, Litwy i Polski (z powodów zdrowotnych zabraknie prezydenta Czech) oraz z przedstawicielem prezydenta Rosji. Zjazd gnieźnieński w roku 1000 był jednym z elementów wcielania w życie ottonowskiej koncepcji cesarstwa opartego na federacji równouprawnionych ludów. Ten obecny - jak można przypuszczać - będzie głównie przypomnieniem wspólnych chrześcijańskich korzeni Europy Zachodniej i Wschodniej oraz postaci Wojciecha, który podróżując między jej częściami przenosił idee, przerzucał mosty. Szukanie tamtych korzeni Profesor Henryk Samsonowicz w wywiadzie dla "GW" powiedział, że przed tysiącem lat Wojciech nadawał się na świętego "jednoczącej się wówczas Europy" lepiej niż ktokolwiek inny. Czech z pochodzenia, wykształcony w Niemczech, był biskupem Pragi i mnichem benedyktyńskim, przyjacielem cesarza i znajomym papieża; przebywał w Italii, odwiedził Francję, Węgry, Polskę; zginął nawracając Prusów. Ale okazuje się, że i teraz, w XX wieku, gdy Europa po rozpadzie dwóch wrogich obozów ponownie się jednoczy i szuka wspólnych korzeni, można sięgnąć do św. Wojciecha i kreować go na patrona wspólnej Europy. Z jednej strony wydawać się to może nadużyciem, naciąganiem historii do współczesnych potrzeb. Bo tamta, wojciechowa Europa była przecież inna: nie podzielona jeszcze wiarą (ale i nie we wszystkich jej zakątkach przyjęto już chrześcijaństwo), z elitą intelektualną tożsamą z elitą kościelną, w której duchowny, wszak wykształcony w łacinie, mógł poruszać się po niej bez przeszkód, będąc wszędzie jakby u siebie. Ale z drugiej strony - jak słusznie zauważył Andrzej Drzycimski, prezes Fundacji św. Wojciecha, podczas inauguracji jej działalności - obie Europy: tamta, z końca X wieku i dzisiejsza, z końca XX wieku, szukające swego wyrazu, mają wiele wspólnego. Gdy X-wieczną Europę jednoczyła wspólna wiara, wchodząca dopiero do krajów Europy Środkowej i Wschodniej, tak współczesna Europa, szukając wspólnych korzeni, spoiwa łączącego jej skomplikowane dzieje, musi sięgnąć do chrześcijaństwa. I do św. Wojciecha, którego działanie - jak zauważył w "Słowie" bp Stanisław Gądecki, sekretarz Międzynarodowego Komitetu Organizacyjnego obchodów 1000. rocznicy śmierci św. Wojciecha - "wyraźnie związane było z przekraczaniem granic i z tworzeniem - wspólnie z ówczesnymi władcami - wizji jednej, zewangelizowanej Europy". - Święty Wojciech żył w czasach przełomu, kiedy część Europy leżącej na Wschodzie chciała się włączyć do krajów cywilizacji chrześcijańskiej zachodniej. On nie działał na marginesie tych wydarzeń, ale w samym centrum; sugerował Ottonowi III jedność duchową i pokojową - mówi biskup Gądecki. - I z tego tytułu był pomostem między częścią środkowowschodnią a zachodnią. Dzisiaj, gdy po tysiącu lat wraca myśl jednoczenia się Europy w znaczeniu czysto politycznym, w takim samym stopniu konieczne jest jednoczenie się w znaczeniu czysto chrześcijańskim. Stąd istotą Kościoła jest wspomnieć człowieka wskazującego na wartości, które się ostały i stanowiły o zasadniczej sile Europy, która z chrześcijaństwa wyrastała i na nim się oparła. To rodzi pragnienie europejskiego patronatu Wojciecha, który mógłby stanąć obok św. Benedykta, świętych Cyryla i Metodego, jako człowiek, który łączy wiele narodów. Ale aby św. Wojciech stał się oficjalnym patronem Europy musiałyby wystąpić o to ze specjalną petycją do Watykanu episkopaty tzw. świętowojciechowych państw (najbardziej zaangażowane są w to episkopaty Czech i Polski). Na razie, i to całkiem niedawno, na ich wniosek św. Wojciech został wpisany do kalendarza Kościoła powszechnego. Jeszcze bowiem niedawno był czczony tylko lokalnie w kościołach Słowiańszczyzny pod swojsko brzmiącym imieniem Wojciech, na Zachodzie jako Adalbert (to imię przyjął przy bierzmowaniu, którego udzielił mu arcybiskup magdeburski tym samym zwany imieniem). Święty Wojciech od dawna czczony jest w Polsce, jako jej główny patron, w Czechach, na Węgrzech, w Słowacji, Niemczech, Dalmacji i Italii. Wojciech, kanonizowany jeszcze przed rozłamem w Kościele, jak się okazuje, może jednoczyć także na gruncie religijnym. Kościół prawosławny zastanawia się, czy nie przywrócić jego imienia, jako świętego sprzed rozłamu, do grona czczonych obecnie. Nie jest też wykluczone, że Kościoły protestanckie przywrócą św. Wojciecha do katalogu świętych sprzed reformacji, traktując go nie jako pośrednika między ludźmi a Bogiem, co jest sprzeczne z zasadami protestantyzmu, ale jako świadka wiary. Biskup mnichem Życie św. Wojciecha, niedługie, acz bogate w wydarzenia, opisane zostało w licznych żywotach, pasjach i legendach tworzonych przez wieki. Wartość historyczną mają jednak głównie dwa najstarsze żywoty spisane tuż po jego śmierci. Wojciech urodził się około 956 roku w Libicach. Pochodził z książęcego rodu Sławnikowiców konkurującego z Przemyślidami. Wykształcenie, także w zakresie teologii i filozofii, zdobył w Magdeburgu. Po powrocie do Pragi był świadkiem jak tuż przed śmiercią biskup praski Dytmar rozpaczliwie kajał się za uleganie czczym zaszczytom i bogactwu, a przede wszystkim za duszpasterskie zaniedbania i brak efektów pracy wśród tylko pozornie nawróconego ludu, który "nic nie zna i nie czyni prócz tego, co palec szatana w sercach jego zapisał". To przeżycie, zdaniem historyków, spowodowało przełom w życiu Wojciecha. Zerwał on ze zbyt świeckim, jak na duchownego, stylem życia i przyjął - jak napisał ks. Kazimierz Śmigiel, w książce "Święty Wojciech Sławnikowic" - "ideał ascezy zakonnej jako model realizacji życia chrześcijańskiego". Wojciech, jako jedyny tak dobrze urodzony i wykształcony Czech, był oczywistym kandydatem na następcę Dytmara (Niemca z pochodzenia). Inwestyturę otrzymał w 983 roku w Weronie z rąk cesarza niemieckiego Ottona II, a konsekracji dokonał arcybiskup Moguncji Willigis. Gdy jako nowo wyświęcony biskup przyjechał do Pragi - wszedł do miasta boso. To była zapowiedź realizacji jego duszpasterskiego programu. Biskup Wojciech - jak opisują autorzy żywotów - wiódł życie ascetyczne: umartwiał ciało, nie dojadał, nie dosypiał, spał na podłodze z kamieniem pod głową. Okazywał miłosierdzie ubogim i słabym, dawał jałmużnę, odwiedzał chorych i więźniów, ciążył mu na sercu handel niewolnikami. Długie godziny spędzał na modlitwie i kontemplacji. Walczył z łamaniem celibatu wśród kleru, próbował wcielić wśród ludu zasady życia chrześcijańskiego: występował przeciw wielożeństwu, cudzołóstwu, wymagał przestrzegania dni świątecznych i postów. Ucieczki i powroty Nie mogąc poradzić występkom wiernych, zaradzić złu, po sześciu latach wyjechał z Pragi szukając wsparcia najpierw u papieża. Na krótko zatrzymał się w opactwie Monte Cassino, a potem wstąpił do klasztoru św. Bonifacego i Aleksego na Awentynie, gdzie przyjął benedyktyński habit. Po trzech latach pobytu w Italii najpierw Czesi, a potem arcybiskup Moguncji zażądali powrotu Wojciecha. Papież Jan XV zgodził się pod jednym wszakże warunkiem: "jeśli będą mu posłuszni, niech go zatrzymają. Jeśli zaś nie zechcą zaniechać zwykłej swej nieprawości, niech ten nasz przyjaciel unika obcowania ze złymi". Okres posłuszeństwa biskupowi nie trwał długo. Po dwóch latach od powrotu doszło do incydentu, który - jak opisują żywoty - bezpośrednio zadecydował o powtórnym opuszczeniu Pragi. Otóż biskup udzielił w kościele schronienia żonie pewnego wielmoży, która popełniła cudzołóstwo. Gdy krewni zdradzonego męża zażądali wydania kobiety - odmówił. Niepomni na azyl kościelny, wywlekli ją ze świątyni i zamordowali. Wojciech, tym razem przez Węgry, ponownie udał się do klasztoru na Awentynie, którego został przeorem. W 996 roku na synodzie znów nakazano Wojciechowi, pod karą klątwy, wrócić do Pragi. Papież ulegając prośbie Wojciecha zgodził się jedynie, aby ewentualnie zamienił powrót na pracę misyjną wśród pogan. Ale Wojciecha do Pragi już ani nie wzywano, ani nie mógł tam powrócić po wymordowaniu przez Przemyślidów rodu Sławnikowiców. Raz jeszcze spotkał się z Ottonem III, którego program federacji Niemiec, Galii i Słowiańszczyzny, popierał. Zanim dotarł na dwór Bolesława Chrobrego, odwiedził jeszcze groby św. Benedykta i św. Dionizego we Francji. Głowę wbito na pal W Gnieźnie pojawił się na początku 997 roku i niemal zaraz wybrał się na misję do Prus. Wziął ze sobą tylko dwóch towarzyszy: brata Radzima -Gaudentego i prezbitera Benedykta-Bogusza. Pod ochroną 30 wojów przybyli najpierw Wisłą do Gdańska, gdzie Wojciech nauczał i udzielał chrztu. W połowie kwietnia po odprawieniu wojów, już tylko we trójkę, pokojowo ruszyli nawracać Prusów. Pierwsze spotkanie 17 kwietnia, zapowiadało nieszczęście: przyjęto ich wrogo, ktoś krzyczał, ktoś uderzył Wojciecha wiosłem. Podobnie było podczas drugiego tego dnia spotkania na placu targowym w jakiejś osadzie. Przez pięć dni misjonarze odpoczywali blisko miejsca pierwszego postoju. "O świcie, w piątek 23 kwietnia, zawrócili od brzegu w głąb lądu. Śpiewając psalmy przeszli przez pasmo lasów i około południa wyszli na pola. Tam Gaudenty odprawił mszę. Wojciech przyjął Komunię św. Posilili się i znów ruszyli w drogę, ale wnet opanowało ich takie znużenie, że usiedli i nawet posnęli. Zerwał ich napad zbrojny, niewątpliwie specjalnie zorganizowany, gdyż był wśród napastników kapłan pogański. Związano wszystkich trzech, ale tylko ku Wojciechowi zwrócono ciosy. Osłabłego zawleczono na wzgórek. Kapłan uderzył pierwszy, potem jeszcze 6 włóczni utkwiło w ciele. Odciętą głowę wbito na żerdź, nad zwłokami postawiono straż" - tak prof. Jadwiga Karwasińska opierając się na najstarszych żywotach opisała śmierć Wojciecha. Miejsce męczeństwa nie jest dokładnie znane: najprawdopodobniej było to w Świętym Gaju w okolicach Pasłęka; inni wskazują na okolice dzisiejszego Kaliningradu. Bolesław Chrobry wykupił z rąk Prusów ciało Wojciecha, które złożono w w ołtarzu głównym katedry gnieźnieńskiej. Siedemnaście legend, wiele cudów Męczeńska śmierć biskupa i fakt, że - jak pisze ks. Śmigiel - już za życia, w klasztorze, osiągnął wysoki stopień świętości, tak iż uważany był za symbol odnowy Kościoła w duchu kluniackim, sprawiły, że właściwie od razu, najpierw w gronie ludzi go znających, a potem coraz bardziej powszechnie uważany był za świętego. Proces kanonizacyjny, zainicjowany przez Ottona III, zakończył się w 999 roku. Kult św. Wojciecha od początku był bardzo żywy zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie. Z czasem obok żywotów i pasji zaczęto spisywać legendy. Jak podaje ks. Śmigiel znanych jest 17 legend z XIV i XV wieku, które przedstawiają życie, zasługi, śmierć i cuda dokonane przez świętego Wojciecha (np. uleczenie chorej Rzymianki; strącona, a nie naruszona konwia z winem) oraz cuda, które dokonały się za jego pośrednictwem. Wiele legend miało wartość ahistoryczną (jak chociażby ta, która mówi, że Wojciech wstał z grobu w Prusach i z głową pod pachą przeszedł przez morze, dotarł do Gdańska i położył się w kaplicy na wzgórzu, albo o wdowim groszu, który miał przeważyć szalę złota przy wykupie zwłok Wojciecha). Kult Wojciecha w Polsce właściwie od początku miał charakter religijno-państwowy. Bo w istocie za "cud" wojciechowy można uznać tak szybkie utworzenie w Polsce niezależnej metropolii kościelnej, przyspieszonej niewątpliwie przez śmierć i kanonizację Wojciecha, a która to metropolia w różnych okresach historii była elementem spajającym państwo polskie. Grób św. Wojciecha w Gnieźnie pełnił rolę integracyjną, stał się symbolem religijno-politycznym Polaków. Do niego pielgrzymowali kolejni władcy, tu do końca XIII wieku koronowano królów i książąt Polski. Do św. Wojciecha, zwanego przez Kadłubka "Najświętszym Patronem Polaków", odwoływano się w trudnych dla państwa i Kościoła chwilach. Jemu przypisywano autorstwo "Bogurodzicy", a Zygmunt Stary miał stwierdzić, że wobec zagrożenia kraju woli liczyć na orędownictwo Wojciecha niż na pomoc sąsiadów i szczęście wojenne. Ale św. Wojciech położył także zasługi dla innych środkowoeuropejskich państw, gdzie jego kult ożywiał religijność. Przypisuje mu się pośredni wpływ na powstanie samodzielnych organizacji kościelnych w Czechach i na Węgrzech i uzyskanie przez te kraje autonomii. "Z punktu widzenia historycznego oddziaływanie św. Wojciecha niepomiernie przerosło jego współczesny wpływ, który wcale nie był skromny, zważywszy na obszar Europy zachodniej i środkowowschodniej. (...) Ukształtowany model osobowości św. Wojciecha był jego własnym dziełem, natomiast popularyzowanie wzięli w swoje ręce ludzie mu życzliwi, którzy się nim zafascynowali lub dopatrzyli się korzyści kościelnych lub politycznych" - napisał ks. Kazimierz Śmigiel. Jest to kolejne potwierdzenie, że był to tylko pozorny "bankrut".
3 czerwca, podczas papieskiej pielgrzymki u grobu św. Wojciecha odbędzie się zjazd. najwyższy hierarcha Kościoła katolickiego spotka się z prezydentami świętowojciechowych państw: Niemiec, Słowacji, Węgier, Litwy i Polski (z powodów zdrowotnych zabraknie prezydenta Czech) oraz z przedstawicielem prezydenta Rosji. Zjazd będzie głównie przypomnieniem wspólnych chrześcijańskich korzeni Europy Zachodniej i Wschodniej oraz postaci Wojciechaśw. Wojciecha działanie związane było z przekraczaniem granic i tworzeniem - wspólnie z ówczesnymi władcami - wizji jednej, zewangelizowanej Europy. aby św. Wojciech stał się oficjalnym patronem Europy musiałyby wystąpić o to ze specjalną petycją do Watykanu episkopaty świętowojciechowych państw (najbardziej zaangażowane są episkopaty Czech i Polski).
EKONOMIA Radzie Polityki Pieniężnej, jak żadnej innej instytucji, pozwolono na nadzwyczaj długi okres próbny Słabo umotywowane decyzje MIROSŁAW GRONICKI RAFAŁ ANTCZAK W Polsce wraz ze wzrostem złożoności ekonomicznych problemów i koniecznością przeprowadzenia reformy sektora publicznego każdy błąd w koordynacji polityki pieniężnej i budżetowej podważa wiarygodność całej polityki gospodarczej. Przyznanie się rządu do błędów w polityce budżetowej w 1999 r. pozwala żywić nadzieję na poprawę w roku przyszłym. Natomiast wnikliwszej analizy wymaga zbadanie skuteczności wypełniania statutowego celu NBP, jakim jest walka z inflacją i zapewnienie stabilności cen. Narodowy Bank Polski i Radę Polityki Pieniężnej charakteryzuje wypełnianie celu inflacyjnego w górnych granicach zakładanej normy. Nie musimy sięgać pamięcią zbyt daleko, by przypomnieć sobie, jak w 1997 r. NBP, finansując rząd i udzielając kredytu dla powodzian na łączną sumę ponad 3 proc. podaży pieniądza krajowego, przekroczył założenia wzrostu podaży szerokiego pieniądza. W rezultacie roczna inflacja choć minimalnie, ale przekroczyła zakładane 13 proc. Rok 1998 był bardzo łaskawy pod względem czynników wewnętrznych i zewnętrznych. Lepszy niż w poprzednich latach urodzaj w rolnictwie w połączeniu z kryzysem rosyjskim i wzrostem podaży żywności na rynku krajowym oraz niskimi cenami transakcyjnymi w imporcie wynikającymi ze wzmocnienia złotego i deflacji światowych cen surowców dał efekt w postaci obniżenia inflacji w drugiej połowie roku i na koniec roku poniżej założeń NBP (8,6 proc. wobec 9,5 proc). Zachęciło to RPP do przyjęcia inflacji jako nadrzędnego celu NBP w 1999 r., ale bez precyzyjnego określenia pojęcia inflacji. Jaki cel inflacyjny ma taka inflacja Cel inflacyjny ma sens wtedy, kiedy zaczyna się stosować inflację bazową. Jest to miara, na którą nie mają wpływu czynniki sezonowe oraz niezależne od polityki pieniężnej szoki podażowe (np. wahania cen surowców energetycznych). Nikt jednak w Polsce nie publikuje regularnie inflacji bazowej. NBP wybrał więc indeks cen towarów i usług ogłaszany przez GUS, nie biorąc pod uwagę jego ograniczeń jako ogólnej miary inflacji. Sporą wagę w indeksie stanowią towary i usługi o różnej sezonowości zakupu. Przykładowo - więcej spożywa się piwa, warzyw i owoców, benzyny w miesiącach letnich niż w pozostałych, a z kolei zużycie energii elektrycznej i gazu jest największe w miesiącach zimowych. Jeśli w pierwszej połowie 1999 r. ceny żywności były w miarę stabilne, to przy słabej elastyczności cenowej podstawowych artykułów rolno-spożywczych ich rzeczywisty udział w wydatkach gospodarstw domowych był znacznie niższy. Poziom inflacji był więc nie doszacowany. Osiągnięcie rekordowo niskiego wzrostu cen towarów i usług konsumpcyjnych w lutym br. (5,6 proc.) mogłoby z jednej strony sugerować znaczne zmniejszenie presji inflacyjnej, albo być to jedynie odchylenie w dół od inflacji bazowej. W takiej sytuacji zmiana celu inflacyjnego przez RPP w marcu br. (z 8 - 8,5 proc. na 6,6 - 7,8 proc.), zaraz po obniżce stóp procentowych w styczniu br. była wyrazem co najmniej nadmiernego optymizmu. Brak instrumentarium analitycznego, czyli indeksu inflacji bazowej oraz różnych modeli inflacji i popytu na pieniądz jest zapewne przyczyną zbyt gwałtownych reakcji Rady. Zamiast szokować rynki finansowe różnymi wypowiedziami, Rada mogłaby spokojnie używać instrumentów polityki pieniężnej dopasowując je do wymogów bieżącej sytuacji. Styczniowa pomyłka Obniżanie stóp procentowych - forsowane przez ciągle tę samą grupę wśród członków Rady Polityki Pieniężnej - dało rezultat w postaci bardzo silnej obniżki stóp procentowych w styczniu 1999 r. Skala obniżki nie miała najmniejszego sensu. Była ona niepotrzebna. Po pierwsze - miała pobudzić akcję kredytową banków i nadmiernie wzmocnić popyt krajowy, gdy już wtedy wiadomo było o możliwości znacznego poluzowania polityki budżetowej. Jeśli RPP twierdzi, że o tym nie wiedziała, sugerowałoby to bardzo słaby przepływ informacji z Ministerstwa Finansów, czyli brak koordynacji polityki pieniężnej i budżetowej. Po drugie, RPP już wówczas wiedziała, że zmniejszone zostaną stopy rezerw obowiązkowych, co dodatkowo mogło pobudzić akcję kredytową. Po trzecie, strukturalna i operacyjna nadpłynność systemu bankowego od 1995 r. wynikająca z przyrostu rezerw oficjalnych banku centralnego powinna skłaniać do zapewnienia sobie przez NBP choć niewielkiego marginesu błędu. Po czwarte, obniżka stóp procentowych zmniejszała skłonność do oszczędzania w gospodarstwach domowych. Po piąte, taka decyzja wobec możliwości osłabienia popytu zewnętrznego mogłaby także zwiększyć presję inflacyjną. Z jednej więc strony rząd ze swoimi grupami interesów i nieprzejrzystą oraz mało efektywną strukturą podejmowania decyzji doprowadził do poluzowania polityki budżetowej w tym roku i do powiększenia deficytu skonsolidowanego budżetu o ponad 1 proc. PKB. Z drugiej strony, polityka pieniężna, poprzez obniżenie skłonności do oszczędzania w gospodarstwach domowych, spowodowała zmniejszenie oszczędności krajowych o ponad 3,5 proc. PKB w II i III kwartale tego roku. Nawet, gdyby założyć, że część utraconych oszczędności w gospodarstwach domowych, to skutek osłabienia gospodarki - pobudzanie popytu krajowego zawsze prowadzi do presji inflacyjnej. Objawi się ona albo bezpośrednio poprzez wzrost cen, albo pośrednio poprzez pogorszenie salda na rachunku obrotów bieżących, co nieco później prowadzić może do osłabienia krajowej waluty, podrożenia importu i w konsekwencji do szybszego wzrostu cen. Niechęć do aprecjacji złotego Problem w tym, że wśród tej samej części członków RPP niechęć do szybkiego obniżenia inflacji jest równie silna jak niechęć do aprecjacji złotego. NBP pragnąłby utrzymania średniookresowego kursu złotego wokół comiesięcznie dewaluowanego parytetu, czemu przeszkadzali tzw. spekulanci i rozwój rynku walutowego. Ustalając zasady fixingu, czyli odkupu walut przez NBP na poziomie zamknięcia rynku międzybankowego, bank centralny określił w maju 1995 r. minimalną kwotę 5 mln USD, a w grudniu 1998 r. marżę, która okazała się barierą dla wielu drobniejszych inwestorów. Nie stanowiło to oczywiście bariery dla poważniejszych, zagranicznych inwestorów, którzy zaczęli skupować waluty obce na rynku międzybankowym, zawyżając ich kurs w stosunku do złotego, a następnie odsprzedawać je na fixingu w NBP. Skala 100 - 200 mln USD dziennie, generowana głównie przez jeden bank zagraniczny, przy obrotach na poziomie 1 - 2 mld USD była w stanie wywierać wpływ na kurs złotego. W celu ukrócenia spekulacji NBP podjął decyzję o zaprzestaniu w czerwcu handlu z bankami komercyjnymi w ramach fixingu. Ograniczył się do enuncjacji prasowych w celu oddziaływania na oczekiwania rynkowe co do kursu złotego; większość tych enuncjacji wpływała na osłabienie kursu złotego. Niskie obroty na bardzo spłyconym rynku walutowym były w takiej sytuacji bardzo pomocne. Niestety w III i IV kwartale tego roku okazało się, że reszta spekulantów zagranicznych woli opuścić nasz rynek, pogarszając saldo rachunku kapitałowego w bilansie płatniczym, a słaby złoty będzie jednym z czynników inflacjogennych. W założeniach polityki pieniężnej na rok 2000 r. możemy już znaleźć zapowiedź interwencji na rynku walutowym z uwagi na jego niski stopień rozwoju. Jest to dość zasadnicza zmiana - w ciągu zaledwie jednego roku - stanowiska Rady. Niestety nie tylko sama zapowiedź, ale i potencjalne interwencje mogą wpłynąć negatywnie na rynek. Chyba że inwestorzy ocenią negatywnie wiarygodność parytetu i korytarza walutowego, ale wtedy będziemy mieli do czynienia z kryzysem finansowym drugiej generacji. Ostatnia podwyżka - też pomyłka Podwyżka stóp procentowych w listopadzie 1999 r. do poziomu z grudnia 1998 r. wydaje się zbyt radykalna z kilku powodów. Po pierwsze sytuacja makroekonomiczna nie jest na tyle trudna, żeby ratować gospodarkę przez gwałtowne hamowanie popytu krajowego. Po drugie, mechanizmy pieniężne powoli zaczęły zmieniać tendencje: dynamika akcji kredytowej osiągnęła swoje apogeum we wrześniu, zwiększyły się przyrosty depozytów. Po trzecie, cel inflacyjny NBP w 2000 r. (5,4 - 6,8 proc.) byłby osiągalny nawet przy poprzednim poziomie stóp procentowych. Po czwarte, paradoksalnie wzrost inflacji w tym roku może spowodować zmniejszenie dochodów realnych w krótkim okresie oraz osłabienie popytu krajowego. Po piąte, RPP ma możliwość częstszego zmieniania parametrów polityki pieniężnej (przynajmniej raz w miesiącu). Ale podobnie jak w styczniu tego roku poprzez tak duże zmiany stóp procentowych Rada ponownie pozbawi się możliwości wpływania na rynek pieniężny w krótkim okresie. Politykę pieniężną zaostrzono w czasie, gdy według prognoz CASE spodziewać się można było zmniejszenia deficytu skonsolidowanego budżetu z 3,5 proc. PKB w tym roku do 3 proc. PKB w roku 2000. Oznacza to, że polityka gospodarcza może być w roku przyszłym bardziej restrykcyjna niż w roku bieżącym. Może to zahamować rozpoczynające się ożywienie gospodarcze. Innym efektem nieprzewidywalności działań Rady Polityki Pieniężnej i zwiększenia ryzyka stóp procentowych może być w roku przyszłym ekspansja obligacji - przedsiębiorstw i komunalnych. Radzie Polityki Pieniężnej, jak żadnej innej instytucji, pozwolono na nadzwyczaj długi okres próbny. Niestety okazało się, że braki w instrumentarium, w konsekwencji działań i w koordynacji z polityką budżetową doprowadzają ją do podejmowania słabo umotywowanych decyzji. Autorzy są ekspertami fundacji CASE
Radę Polityki Pieniężnej charakteryzuje wypełnianie celu inflacyjnego. Brak instrumentarium analitycznego, czyli indeksu inflacji bazowej oraz różnych modeli inflacji i popytu na pieniądz jest zapewne przyczyną zbyt gwałtownych reakcji Rady. Radzie Polityki Pieniężnej, jak żadnej innej instytucji, pozwolono na nadzwyczaj długi okres próbny. Niestety okazało się, że braki w instrumentarium, w konsekwencji działań i w koordynacji z polityką budżetową doprowadzają ją do podejmowania słabo umotywowanych decyzji.
Marek Citko: "Najważniejszy jest Chrystus. On jest naszym Panem i Mistrzem. Pokazuje nam, jak żyć." Człowiek niezależny FOT. JACEK DOMIŃSKI Co to jest citkomania? Moje nazwisko ukazuje się prawie codziennie w jakiejś gazecie albo słychać je w sportowych dziennikach telewizyjnych. Znają mnie nie tylko ludzie, którzy interesują się sportem, lecz także zwykli zjadacze chleba, starsze kobiety i mężczyźni. Niektórzy ludzie chcieli wykorzystać ten chwilowy szum wokół mojej osoby, bo w tym czasie Citko był modny, ludzie chcieli się o nim czegoś dowiedzieć i jeśli w gazetach było coś o Citce, to one szły jak woda. Skąd się wzięło to zainteresowanie? Trudno mi powiedzieć. Chciałem tylko uczciwie trenować i pracować. Tak się ułożyło, że miałem bardzo dobre występy w Lidze Mistrzów, strzeliłem dwie bramki, w tym jedną bardzo ładną w meczu z Atletico Madryt. Później było Wembley. Media tak podsycały atmosferę, że każdy czekał na ten mecz. Wszyscy przypominali, że od wielu lat żaden Polak nie strzelił tam bramki. Ja zdobyłem gola w siódmej minucie i ukazały się tytuły w stylu: "Citko odczarował bramkę". Później był plebiscyt telewizyjny na najlepszego sportowca roku, który wygrałem, mimo obecności na liście siedmiu mistrzów olimpijskich. Styczeń to wyjazd do Blackburn. Gazety prześcigały się w podawaniu o mnie informacji, że interesują się mną Milan, Inter, i zwykły człowiek, który nie interesuje się sportem, musiał o mnie usłyszeć. Ludzie dowiedzieli się również o mojej stronie duchowej, przeżyciach wewnętrznych i nawróceniu. To też było coś innego: młody piłkarz, już gwiazda - jak niektórzy twierdzą - mówi coś innego, zachowuje się inaczej, inaczej spędza dzień. Do tego doszły niekonwencjonalne akcje, bramki strzelane piętą. Na moje wystąpienia w Radiu Maryja czy prasie katolickiej zwróciły uwagę osoby starsze. Czy dużo ludzi zna numer pańskiego telefonu? Za dużo. Jakoś to zwalczam, ale do moich rodziców do Białegostoku ciągle dzwonią ludzie z całej Polski. Większość tych rozmów jest miła, są podziękowania i życzenia od fanów, prośby, żeby wysłać zdjęcia czy autografy. Gdy mieszkałem w Łodzi w innym mieszkaniu, w ogóle nie podnosiłem słuchawki. Telefon dzwonił dosłownie co minutę. Gdy kładłem się spać, to wyłączałem telefon i domofon, bo budzono mnie już o siódmej rano. Czy otrzymywał pan oferty małżeńskie? Troszeczkę, głównie listownie. Teraz tych listów nie otwieram w ogóle, bo jest ich taki stos, że do końca sezonu bym ich nie przeczytał. Jest pan zmęczony swoją popularnością? Na pewno. Chciałbym spokojnie przejść przez ulicę, pójść na spacer, usiąść, zjeść obiad w restauracji. Gdyby zachowanie kibiców było kulturalne, to nie byłoby sprawy, ale oni są często natarczywi. Przeszkadza mi dużo telefonów z różnymi prośbami i zaproszeń, bo nie mam chwili odpoczynku. Do klubu oraz do domu przyjeżdżają ludzie, którzy czegoś chcą. Coraz częściej zdarza mi się im odmawiać. Nie odrzuca pan jednak zaproszeń ze szkół na spotkania z dziećmi? Staram się nie odmawiać osobom, które kiedyś mi pomogły, i rewanżuję się, jeśli chcą, żebym spotkał się z dziećmi. Rodzina też nie daje panu schronienia? Cała rodzina przeżywa moje mecze. Mama na bieżąco śledzi wyniki. Najstarszy brat nagrywa na wideo wszystkie spotkania, w których gram. Także siostra, bratowe, szwagier, ciotki i synowie ciotek, którzy do tej pory nie oglądali meczów, teraz patrzą i przeżywają. Poszła rodzinna fala i każdy mi kibicuje. Jak przyjeżdżam do domu, do Białegostoku, to widzę tę skalę zainteresowania po liczbie zdjęć, które mama u mnie zamawia. W Łodzi staram się nigdzie nie chodzić, jest tylko trening i dom. W Białymstoku gdzieś jednak wychodzę, najczęściej z kolegą. Ludzie też mnie rozpoznają. Mama bardzo tęskni za najmłodszym synem? Chętnie wraca pan do domu? Zawsze. Jestem wdzięczny swoim rodzicom za wszystko, co dla mnie zrobili. Swoim postępowaniem dawali pięciorgu dzieciom dobry przykład, dbali o nasze wychowanie duchowe. Tato był zapracowany. Był mistrzem tkactwa, teraz jest na rencie. Mama pracowała w "Społem", była kierowniczką. Żeby nas utrzymać, rodzice wyjeżdżali za granicę, na handel na Węgry i do Czech. W domu zawsze była dyscyplina. Tato się nie wtrącał, zabierał głos tylko wtedy, gdy naprawdę coś przeskrobaliśmy. Wtedy było lanie, takie solidne. Dostałem od taty tylko raz, gdy wróciłem do domu o drugiej w nocy i rodzice musieli mnie szukać. W naszej rodzinie wszyscy byli uczciwi, wszystkie święta były przeżywane w atmosferze uduchowienia, spowiedź, modlitwa, to miało na nas duży wpływ. A jak było w szkole? W podstawówce był taki okres, że miałem same piątki i czwórki, potem, w liceum, kiedy więcej grałem w piłkę, już tylko zdawałem z klasy do klasy. Wtedy już było bardzo mało czasu na chodzenie do szkoły, nie mówiąc o nauce. Ale nie miałem większych problemów. Dobrych ocen było mało, ale nigdy nie byłem zagrożony z żadnego przedmiotu. Na maturze zdawałem polski, matematykę i geografię, bo była najłatwiejsza. Nie byłem zbyt dobrze przygotowany, dużo pomogli mi nauczyciele. Jak trafił pan do katolickiego Ruchu Światło i Życie? Szukałem sensu i celu w życiu. Błądziłem, różne myśli chodziły mi po głowie, raz byłem optymistycznie nastawiony do życia, innym razem wszystko mnie denerwowało. Nie miałem planu. Kierowałem się emocjami lub urokami życia. Nie miałem żelaznych zasad i celu, do którego bym podążał. Jacek Chańko, mój przyjaciel, był na spotkaniu wspólnoty Ruchu Światło i Życie, opowiedział mi o nim i wybraliśmy się razem. Przedtem na swój sposób też byłem człowiekiem wierzącym, bo chodziłem do kościoła. Poszedłem na to spotkanie z ciekawości, zobaczyć, jak tam jest, i to mnie zafascynowało, nadało cel mojemu życiu. Dało mi wolność duchową. Jestem człowiekiem niezależnym. Nikt nie może mi narzucić stylu bycia, zachowywania się. To mi daje spokój, swobodę. Dzięki Chrystusowi poradziłem sobie ze zniewoleniami i wszystkimi problemami. Byłem niewolnikiem pewnych zachowań. Dzięki Chrystusowi poprzez wspólnotę mogłem sobie z tym lepiej poradzić. Zmieniły się moje pragnienia, myślenie o świecie, podejście do ludzi. Jestem wolny, spokojny i zbyt wiele do szczęścia nie potrzebuję. Co było pańskim głównym celem w życiu do chwili wstąpienia do Ruchu? Postawa egoistyczna: wszystko dla siebie, jak najwięcej zarobić, jak najlepiej się ustawić, być sławnym, podziwianym, kochanym, mieć dużo pieniędzy. Byłem chłopakiem, który nie ma innych wartości, tylko stawia sobie modne cele, które proponuje prasa i telewizja, i nazywa to sukcesem. Z doświadczenia wiem, że to jest błędne i nie warto się uganiać za sławą, bo wtedy człowiek staje się niewolnikiem środowiska, układów i ludzi. Kiedy pan się nawrócił? Trzy lata temu. Miałem wtedy 20 lat. Czy Ruch nakłada na pana jakieś obowiązki? To nie jest żadna instytucja. Tam spotyka się młodzież i nikt od nikogo niczego nie wymaga. Mamy wolność i wolny wybór. Sami decydujemy o sobie. Jeśli sam poczuję się wobec kogoś zobowiązany, to w ten czy inny sposób mu pomagam. To nie jest tak jak w sektach, w których człowiek powiązany jest zobowiązaniami i nie może się wyrwać z kręgu. W Ruchu nikt nikogo na siłę nie trzyma. Są tam ludzie o głębokiej wierze i otwartym sercu, którzy po prostu chcą pomóc sobie nawzajem. Najważniejszy jest Chrystus. On jest naszym Panem i Mistrzem. Pokazuje nam, jak żyć, żeby osiągnąć spokój ducha, szczęście i otrzymać nagrodę na końcu życia. Najważniejsza jest Ewangelia i dziesięć przykazań. Udziela pan pomocy finansowej potrzebującym? Jestem daleki od tego, żeby mówić, czy pomagam i komu pomagam. Nawet jeśli pomagam, to staram się, żeby nie wiedzieli o tym inni członkowie wspólnoty, tylko ta jedna osoba. Nie robię tego na pokaz, ale z potrzeby serca i dzielenia się z bliźnimi, jeśli mam wystarczające środki. Mówi się, że pomoc finansowa z pańskiej strony jest ogromna. Naprawdę nie chciałbym o tym opowiadać. Na czym polegają spotkania we wspólnocie? Ksiądz jest przewodnikiem duchowym, ale spotkania prowadzi młodzież. Są to ludzie odpowiedzialni, którzy założyli tę wspólnotę, są w niej od jakiegoś czasu. Jest modlitwa, jest śpiew przy gitarze. Na każdym spotkaniu jest katecheza, czytanie Pisma Świętego, jego interpretacja. Często są Świadectwa. Różni ludzie opowiadają o swoim nawróceniu, o tym, jak Pan Bóg ich doświadczył w życiu, jak przemienił ich postępowanie. Ale na pierwszym miejscu jest modlitwa. Jest też modlitwa za osoby, które jej potrzebują, bo mają jakieś problemy. Ja takiej modlitwy doświadczyłem przychodząc na spotkanie pierwszy raz. Pan Bóg mnie uzdrowił z moich grzechów, obmył ze wszystkich moich win, jakbym narodził się na nowo. Poczuł pan to przy pierwszym spotkaniu? Oczywiście. To podkreślam często w moim Świadectwie. Co to jest Świadectwo? Przyznanie się do Chrystusa, opowiadanie o tym, jak on zmienił moje życie. Miałem osobisty kontakt z Jezusem. Tego nie da się opisać słowami. To jest takie doświadczenie, że człowiek czuje wielkie oczyszczenie i powstaje do nowego życia. Nie mogłem powstrzymać łez. Jak często odbywają się spotkania wspólnoty? Raz w tygodniu. Osoby, które zaczynają, spotykają się dwa razy w tygodniu, żeby się poznać, nie czuć się wyobcowanym. Grupy liczą 20 - 30 osób. Kto stoi na czele Ruchu? Kto był jego założycielem? Nigdy nie interesowały mnie dokładne struktury, po prostu przychodziłem na spotkania. Ksiądz lub inne odpowiedzialne osoby modlą się za wspólnotę i starają się swoim życiem dawać dobry przykład. Opiekują się osobami, które przychodzą, żeby nie czuły się samotne. To jest oparte na prawdzie i miłości. Człowiek już za pierwszym razem czuje się jak w rodzinie. Często chodzi pan do kościoła? Teraz w ogóle nie mam czasu na spotkania we wspólnocie Jeśli nie mam wyjazdu na mecz, to w kościele jestem codziennie. Jakim jest pan piłkarzem? Staram się nigdy nie oceniać innych ani siebie. Nie mogę siebie dobrze ocenić - ocena będzie albo za wysoka, albo za niska. Jestem taki, jaki jestem. Niech inni mnie oceniają. Staram się słuchać tylko swoich przyjaciół. Jeśli źle mnie oceniają, to przyjmuję ich krytykę. Nie ze złością, bo wiem, że chcą mojego dobra. Staram się zmienić w miarę swoich sił. Czy na boisku pokazał pan już wszystkie swoje możliwości? Trudno mi powiedzieć. Chciałbym wyjechać do jakiegoś dobrego klubu i tam sprawdzić, czy naprawdę jestem dobrym piłkarzem. Czuję wewnętrznie, że wszystkiego jeszcze nie pokazałem. Mówiło się, że kilka znanych klubów europejskich chciało pana kupić. Wokół tych niedoszłych transferów narosło sporo legend. Jak było naprawdę? Do mnie osobiście do tej pory żaden klub się nie zgłosił. Wszystkie propozycje szły do prezesów Widzewa lub dzwonili do mnie menedżerowie. Ci ostatni nie chcieli jednak podawać konkretnie klubów, tylko prosili, żeby dać im pozwolenie na załatwienie transferu. Nie zgadzałem się, bo nie uznaję załatwiania czegoś w ciemno. Bardzo spokojnie podchodziłem do tych spraw, bo nie chciałem wyjeżdżać z kraju. Teraz jest kilka konkretnych propozycji, które otrzymali moi doradcy. Kto panu doradza? Panowie Andrzej Kulikowski i Tomasz Zimoch. Podpisaliście kontrakty? Nie, oni po prostu chcą mi pomóc bez żadnej korzyści dla siebie. Sam pan nie potrafi zadbać o siebie? Już tyle nieprawdziwych rzeczy napisano o mnie w prasie, że poprosiłem pana Zimocha, żeby wziął na siebie kontakt z mediami. Niebawem te rozmowy z zagranicznymi kontrahentami dojdą do skutku. Odczuwam potrzebę, żeby w czerwcu wyjechać do klubu zagranicznego, taką potrzebę ma, zdaje się, także Widzew. W Polsce gra mi się coraz ciężej, bo jestem pilnowany ciągle przez jednego lub dwóch obrońców. Wszyscy się starają, żeby Citko nie pograł i nic nie pokazał. Ale w ten sposób też pomagam drużynie. Ściągam dwóch, trzech obrońców i koledzy mają więcej miejsca na boisku. Nie jestem załamany swoją słabszą grą. Jeśli drużyna wygrywa, to mi wystarcza. Dalej pracuję nad sobą, to jest dla mnie nowe doświadczenie, żeby sobie poradzić, kiedy mam na plecach dwóch - trzech obrońców. Nie tragizuję, nie chodzę smutny i przygotowuję się do wyjazdu. Uczę się języka angielskiego, staram się poukładać sprawy osobiste, żebym w czerwcu był gotowy do wyjazdu. Zanim wyjadę, podpiszę nowy kontrakt z Widzewem. Wiem, że ta umowa nie zostanie spełniona, ale chcę odwdzięczyć się Widzewowi za wszystko, co dla mnie zrobił. Gdybym nie podpisał nowej umowy, to zgodnie z przepisami międzynarodowymi wszystkie pieniądze z tytułu transferu mógłbym wziąć do kieszeni. Namawiał mnie zresztą do tego jeden z menedżerów. Proponował 2 miliony dolarów. Ja jednak jestem innym człowiekiem. Zawsze pamiętam o ludziach, którzy mi pomogli. Czy jest pan bogatym człowiekiem? Zależy, jak na to spojrzeć. Mogę powiedzieć, że stać mnie na wszystko. Kupiłem sobie toyotę celikę, mieszkanie w Białymstoku. Może jestem bogaty, ale to się szybko może rozpłynąć, bo nie jestem taki, żeby gromadzić pieniądze na koncie i patrzeć, jak kupka rośnie. Nie interesuje mnie żadne bogactwo. Dużo ludzi jest niby bogatych, ale oni zdobyli bogactwo na kredytach i przekrętach. Dla mnie biedniejszy człowiek, jeśli postępuje zgodnie z Ewangelią i przykazaniami, jest bardziej wartościowy niż bogaty. Jak pogodzić pańskie zasady życiowe z brudem, który panuje w polskiej piłce nożnej? Spotykałem się z okropnym sędziowaniem. Sędziowie śmiali mi się w oczy i prowadzili mecze tak, jak chcieli. Powiedziałem kiedyś prezesowi Jagiellonii Białystok, że gra w drugiej lidze już mnie nie interesuje, bo boiskowe oszustwo zabiera ambicję i chęć do gry. W pierwszej lidze oszustw jest może mniej. Daleki jestem od tego, żeby kogoś potępiać. Każdy powinien spojrzeć na swoje sumienie. Są jednak sędziowie, którzy odnoszą się do piłkarzy bez szacunku, z wyższością i z pobłażliwym uśmiechem na twarzy. Oni uważają, że są najważniejsi. Jeśli któraś drużyna lub piłkarz będą głośno o tym mówić, to sędziowie się zbiorą i mogą taką drużynę lub piłkarza skasować. Który sędzia najbardziej panu dokuczył? Nie chciałbym wymieniać nazwisk, ale często słyszałem: "Gnoju, nie odzywaj się". Kiedyś sędzia zamiast podyktować karnego, bo obrońca mnie faulował, pokazał mi żółtą kartkę i jeszcze śmiał się w twarz. Nie ma pan oporów przed wykonywaniem rzutów karnych po faulach, których nie było? Na kasecie wideo z ostatniego meczu w Pucharze Polski z Petrochemią widać było, że obrońca Petrochemii nie sfaulował Mirka Szymkowiaka. Jednak na boisku cała drużyna Widzewa widziała tego karnego. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że nie było to tak ewidentne, że karny nie powinien być podyktowany. Wydawało mi się, że obrońca się spóźnił i podciął Szymkowiaka. Ja wykonywałem tego karnego z czystym sumieniem. Ma pan przyjaciół w Widzewie? Przyjaźnię się z Danielem Boguszem i Mirkiem Szymkowiakiem. Jesteśmy najmłodsi w drużynie, blisko siebie mieszkamy i wspólnie spędzamy dużo czasu. Czy w Widzewie jest podział na starych i młodych? Nie ma żadnego podziału. Jest superatmosfera. Wspólnie siadamy, wspólnie żartujemy. Jeśli ktoś próbuje wywyższać się, to od razu cała drużyna reaguje negatywnie i on musi się pogodzić z zasadami, które tu panują. Do zagranicznego klubu wyjedzie pan z dziewczyną? Mam wiele koleżanek, ale dziewczyny nie mam. Czasopisma brukowe szukają sensacji. "Super Express" zrobił fotomontaż, że niby ojciec mojej dziewczyny ma masarnię, a ja stoję przed tą masarnią z kiełbasą i reklamuję wyroby teścia. Do Blackburn nie wyjechałem niby dlatego, że teść dużo zarabia. "Super Express", mimo że ma tak duży nakład, publikuje dużo nierzetelnych informacji. Dziewczyną mojego życia będzie ta, która kieruje się wartościami podobnymi do moich i nie może tego robić na siłę. Rozmawiał Krzysztof Guzowski
Co to jest citkomania? Moje nazwisko ukazuje się prawie codziennie w jakiejś gazecie albo słychać je w sportowych dziennikach telewizyjnych. Znają mnie nie tylko ludzie, którzy interesują się sportem. Skąd się wzięło to zainteresowanie? Trudno mi powiedzieć. miałem bardzo dobre występy w Lidze Mistrzów. był plebiscyt telewizyjny na najlepszego sportowca roku, który wygrałem. Ludzie dowiedzieli się również o mojej stronie duchowej, przeżyciach wewnętrznych i nawróceniu. Czy dużo ludzi zna numer pańskiego telefonu? Za dużo. Czy otrzymywał pan oferty małżeńskie? Troszeczkę. Jest pan zmęczony swoją popularnością? Na pewno. Nie odrzuca pan zaproszeń ze szkół na spotkania z dziećmi? Staram się nie odmawiać osobom, które kiedyś mi pomogły. Rodzina nie daje panu schronienia? Cała rodzina przeżywa moje mecze. Mama tęskni za najmłodszym synem? Zawsze. Jestem wdzięczny swoim rodzicom za wszystko, co dla mnie zrobili. jak było w szkole? W podstawówce był taki okres, że miałem same piątki i czwórki, potem, w liceum już tylko zdawałem z klasy do klasy. nie miałem większych problemów. Jak trafił pan do katolickiego Ruchu Światło i Życie? Szukałem sensu i celu w życiu. mój przyjaciel opowiedział mi o nim i wybraliśmy się razem. Co było pańskim głównym celem w życiu do chwili wstąpienia do Ruchu? wszystko dla siebie. Kiedy pan się nawrócił? Trzy lata temu. Czy Ruch nakłada na pana jakieś obowiązki? Mamy wolność i wolny wybór. Udziela pan pomocy finansowej potrzebującym? Nie robię tego na pokaz, ale z potrzeby serca i dzielenia się z bliźnimi, jeśli mam wystarczające środki. Na czym polegają spotkania we wspólnocie? jest katecheza, czytanie Pisma Świętego, jego interpretacja. Często są Świadectwa. na pierwszym miejscu jest modlitwa. Co to jest Świadectwo? Przyznanie się do Chrystusa, opowiadanie o tym, jak on zmienił moje życie. Jak często odbywają się spotkania wspólnoty? Raz w tygodniu. Kto stoi na czele Ruchu? Nigdy nie interesowały mnie dokładne struktury, po prostu przychodziłem na spotkania. Często chodzi pan do kościoła? Teraz w ogóle nie mam czasu na spotkania we wspólnocie. Jakim jest pan piłkarzem?Niech inni mnie oceniają. Czy na boisku pokazał pan już wszystkie swoje możliwości? wszystkiego jeszcze nie pokazałem. kilka znanych klubów europejskich chciało pana kupić. propozycje szły do prezesów Widzewa lub dzwonili do mnie menedżerowie. Kto panu doradza? Kulikowski i Zimoch. Podpisaliście kontrakty? Nie. Sam pan nie potrafi zadbać o siebie? tyle nieprawdziwych rzeczy napisano o mnie w prasie, że poprosiłem Zimocha, żeby wziął na siebie kontakt z mediami. Odczuwam potrzebę, żeby w czerwcu wyjechać do klubu zagranicznego. Czy jest pan bogatym człowiekiem? stać mnie na wszystko. biedniejszy człowiek, jeśli postępuje zgodnie z Ewangelią i przykazaniami, jest bardziej wartościowy niż bogaty. Jak pogodzić pańskie zasady życiowe z brudem, który panuje w polskiej piłce nożnej? Spotykałem się z okropnym sędziowaniem. Nie ma pan oporów przed wykonywaniem rzutów karnych po faulach, których nie było? Na kasecie z ostatniego meczu w Pucharze Polski widać było, że obrońca nie sfaulował . na boisku cała drużyna Widzewa widziała tego karnego. Ja wykonywałem karnego z czystym sumieniem. Ma pan przyjaciół w Widzewie?Przyjaźnię się z Boguszem i Szymkowiakiem. Czy w Widzewie jest podział na starych i młodych? Nie ma żadnego podziału. Do zagranicznego klubu wyjedzie pan z dziewczyną? dziewczyny nie mam.
RYNEK PRACY Doświadczenia, nie tylko koszalińskie, pokazują, że metody przeciwdziałania bezrobociu na terenach popegeerowskich nie są skuteczne Dożywocie z bezrobociem ALEKSANDRA FANDREJEWSKA Rozmowy z byłymi pracownikami pegeerów bywają podobne. - Mogę wszystko robić - zapewnia bezrobotny. - Prowadzi pan samochód? - Nie. - Jaki ma pan wyuczony zawód? - Nie mam. - To co pan umie robić? - Wszystko - odpowiada niewzruszenie i jest tego pewien, w pegeerze był od wszystkiego, bo tak się pracowało: w polu, w oborze i dookoła obejścia. W niektórych gminach województwa koszalińskiego bez pracy jest oficjalnie co trzeci mieszkaniec. "Oficjalnie" dlatego, że specjaliści szacują, iż w wielu indywidualnych gospodarstwach rolnych istnieje utajone bezrobocie. Pracą na roli zajmuje się cała rodzina, choć nie jest to potrzebne. Dorosłe dzieci nie wyjeżdżają z domu, bo nie znajdują zatrudnienia. Chyba że za zachodnią granicą. W Niemczech pracują w gospodarstwach rolnych jako sezonowi robotnicy. Jedni jadą dzięki informacjom uzyskanym "pocztą pantoflową" - tych jest więcej. Inni korzystają z legalnego zatrudnienia, w którym pośredniczy Wojewódzki Urząd Pracy. Są wsie (szczególnie na południu i w środku Koszalińskiego), w których na kilkadziesiąt, kilkaset dorosłych mieszkańców stałą pracę ma kilkanaście osób. "Bezrobotni na wsi to ludzie o zawodach rolniczych (dojarz, traktorzysta), których charakteryzuje bardzo niski poziom wykształcenia i kwalifikacji zawodowych - około 80 procent bezrobotnych ma wykształcenie zawodowe lub podstawowe, nawet niepełne podstawowe. Charakteryzuje ich bardzo niski poziom aktywności zawodowej, brak chęci do zmiany kwalifikacji, niechęć do szkoleń i przekwalifikowania" - napisali koszalińscy eksperci. Przygotowali wnioski dotyczące bezrobocia na wsiach w województwie. Na początku kwietnia przy "koszalińskim okrągłym stole" po raz drugi spotkali się przedstawiciele administracji samorządowej, służb wojewody, pracodawcy, związkowcy oraz kilkudziesięciu ekspertów. Dyskutowali "w sprawie ograniczenia i łagodzenia skutków bezrobocia". - Oczekuję odpowiedzi na trzy pytania: w jakim kierunku iść, z kim współpracować oraz kogo uznać za mało angażującego się, a kto jest lokomotywą w przeciwdziałaniu bezrobociu - rozpoczął Jerzy Mokrzycki, wojewoda koszaliński. Zapisano 59 wniosków, przez pięć miesięcy (od listopada) formułowano je w grupach roboczych. Koszalińskie jest na jedenastym, dwunastym miejscu pod względem liczby bezrobotnych. Znacznie wyżej usytuowało się w rankingu stopy bezrobocia - na trzecim miejscu ze stopą bezrobocia ponad 24 procent. Zarejestrowanych jest około 54 tysięcy bezrobotnych. Pięćdziesiąt dwa tysiące ma etaty w różnych przedsiębiorstwach, a ponad 90 tysięcy mieszkańców pobiera emerytury i renty. Średnie zarobki są o około 18 procent niższe od przeciętnych w kraju. Kilkanaście tysięcy mieszkańców nadmorskich miejscowości "zarabia na turystach". Dochód, jaki uzyskują w czerwcu - sierpniu, musi im wystarczyć na cały rok. Co trzeci bezrobotny nie pracuje dłużej niż rok. - Cztery lata temu co drugi bezrobotny nie był zatrudniony przez ponad 12 miesięcy - tłumaczy Bronisław Janik, dyrektor Wojewódzkiego Urzędu Pracy. Rynek pracy w rejonach, w których przez czterdzieści, trzydzieści lat państwowe gospodarstwa rolne były jedynymi przedsiębiorstwami, jest podobny w całym kraju. Większość byłych pracowników ma niskie kwalifikacje, przyzwyczajona jest do pracy nakładczej. We wsiach nie ma rozwiniętych usług, zamiera handel i działalność gospodarcza. Część ziemi leży odłogiem. Niewielu byłych pracowników PGR dzierżawi gospodarstwa rolne. W Koszalińskiem jest ich dosłownie kilkoro. W Wojewódzkim Urzędzie Pracy wymieniają bezbłędnie z pamięci nazwiska i adresy dwóch rodzin. W województwie ponad 30 procent gruntów ornych to odłogi i ugory. Mieszkańcy wsi stanowią ponad 45 procent wszystkich bezrobotnych. Od czterech lat rejony Koszalińskiego zaliczane są do szczególnie zagrożonych wysokim bezrobociem strukturalnym. Doświadczenia, nie tylko koszalińskie, pokazują, że metody przeciwdziałania bezrobociu na terenach popegeerowskich nie są skuteczne. Pełnią bardziej funkcję socjalną, niż pomagają znaleźć stałe miejsce pracy: - Są niewystarczające - poprawia Anna Truszkowska z Ministerstwa Pracy i Polityki Socjalnej. Koszalińskie zaliczone jest do regionów zagrożonych szczególnie wysokim bezrobociem strukturalnym od czasu skonstruowania listy: - Wszędzie tam, gdzie była wysoka stopa bezrobocia, ale istniał przemysł, spadło ono wyraźnie - tłumaczy Anna Truszkowska. - Nie dzieje się tak w regionach, w których do początku lat dziewięćdziesiątych jedynymi przedsiębiorstwami były pegeery i spółdzielnie kółek rolniczych. Tam, tak jest w Koszalińskiem, bezrobocie zahamowano. W ciągu czterech lat liczba ludzi bez pracy zmalała o blisko 18 tysięcy. Mimo to województwo nadal znajduje się na czele rankingu stopy bezrobocia. Na rynku pracy operuje się pojęciem "stopa bezrobocia": stosunku osób zarejestrowanych w pośredniakach do wszystkich aktywnych zawodowo. Nie w pełni odzwierciedla to faktyczną liczbę bezrobotnych: - Potocznie mówimy, że najwięcej bezrobotnych jest w Koszalińskiem, Słupskiem, Suwalskiem i Wałbrzyskiem. Tam jest najwyższa stopa bezrobocia. Najwięcej jednak bezrobotnych jest gdzie indziej, na południu kraju, na przykład w Katowickiem - powiedział Marek Góra, ekspert współpracujący z Instytutem Spraw Publicznych, wicedyrektor biura pełnomocnika rządu do sprawy reformy zabezpieczenia społecznego. Wiceminister Maciej Manicki przyznał, że korzystanie z pojęcia "stopa bezrobocia" nie odpowiada rzeczywistej liczbie ludzi bez pracy. Odzwierciedla natomiast faktyczne problemy zatrudnieniowe: - Jeśli w Warszawie bez pracy jest około 5 procent mieszkańców, to jest ich prawie tyle samo co w Koszalińskiem. Ale za to jakże więcej mają możliwości znalezienia pracy, ilu w mieście istnieje pracodawców, a ilu na terenach po pegeerach? Nie można tych liczb i zjawisk ze sobą porównywać. Większość uczestników "koszalińskiego okrągłego stołu" utwierdzała Jerzego Mokrzyckiego w przekonaniu, że w województwie powinno się rozwijać rolnictwo, przetwórstwo rolno-spożywcze, turystyka i usługi. Innego zdania był tylko Waldemar Łukiewski, wójt Tychowa: - Przemysł, przemysł i jeszcze raz przemysł może postawić województwo na nogi. Tylko on może stworzyć szybko stałe miejsca pracy. Rolnictwo i turystyka nam tego nie zapewnią. Potrzebujemy specjalnego programu rządowego, takiego jak w latach 1950 - 1980. Ówczesny rozwój zawdzięczaliśmy jedynie odpowiedniej polityce państwa, któremu zależało na zagospodarowaniu ziem odzyskanych. Naszych problemów nie rozwiążemy środkami lokalnymi - motywował wójt, prawnik, niegdyś naczelnik gminy. Jego gmina wytypowana została (zabiegali o to) do specjalnego pilotażowego (w każdym województwie jedna "rolnicza gmina") programu przeciwdziałania bezrobociu na wsi, który działa pod auspicjami Ministerstwa Rolnictwa: - Rada Ministrów nie zdecydowała się, by programowi nadać rządową rangę - żałuje Waldemar Łukiewski. W gminie bez pracy jest co trzeci dorosły mieszkaniec. Waldemar Łukiewski jest nie tylko szefem gminnego samorządu, jest menedżerem na miarę potrzeb gminy. Dąży do stworzenia trzystu stałych miejsc pracy. Obecnie zatrudnienie znalazło już 230 osób. W Tychowie istnieje nowoczesna przetwórnia mleka, wytwórnia serów oraz zainwestowała firma przetwórstwa ryb. Trzecie nowe przedsiębiorstwo istnieje w miejscowości Doble - "Polfish" z niemieckim inwestorem. Wójt prowadzi bogatą korespondencję z różnymi pracodawcami. Zachęca do inwestowania. Gmina zapewnia odpowiednią infrastrukturę komunalną - w tym roku chcą zbudować nową oczyszczalnię ścieków i wspólnie z Telekomunikacją rozbudować linię telefoniczną. Skorzysta z tego trzystu nowych abonentów w gminie. Gotowa jest kanalizacja sanitarna, muszą jeszcze w całej gminie zainstalować gaz. Korzystają przede wszystkim ze wsparcia z wojewódzkiej Agencji Restrukturyzacji. W innych gminach (Borne Sulimowo, Białogard, Kołobrzeg, Świdwin, Szczecinek, Drawsko Pomorskie) rejonowe urzędy pracy stworzyły i realizują programy specjalne przeciwdziałania bezrobociu. Rada Gminy Świdwin postulowała na spotkaniu "okrągłego stołu" zrezygnowanie z wymagania od bezrobotnych, by pracowali co najmniej 365 dni w ciągu 18 miesięcy, zanim uzyskają zasiłek. W ubiegłym roku w Koszalińskiem zaproponowano około 24 tysięcy miejsc pracy. Dziesięć tysięcy propozycji dotyczyło zatrudnienia tymczasowego, interwencyjnego (wspomaganego z pieniędzy publicznych, z Funduszu Pracy). Przy pracach interwencyjnych zatrudniono 6700 osób, przy robotach publicznych pracowało 3370 osób. Ponad 450 bezrobotnym udzielono pożyczek z Funduszu Pracy, by mogli rozpocząć działalność gospodarczą. W Koszalińskiem przeszkolono 2800 bezrobotnych. Tej wiosny około dwóch tysięcy bezrobotnych z Koszalińskiego i sąsiedniego Słupskiego będzie sadziło lasy. - Jeśli nie ma inwestorów, nowych pracodawców, to organizujemy prace interwencyjne i roboty publiczne - tłumaczy Bronisław Janik. Zwykle po ich zakończeniu zaledwie kilka procent zatrudnionych uzyskuje stałe zatrudnienie, jednak te formy "wspierania bezrobotnych" są ważne też z innych powodów. W gminach powoli powstaje infrastruktura: - Potencjalnego pracodawcę interesuje przede wszystkim, czy jest oczyszczalnia ścieków, kanalizacja i jakie jest połączenie ze światem - twierdzi Waldemar Łukiewski. Przedsiębiorcy z lekkim uśmiechem słuchają o ulgach podatkowych, jakie mogą zaproponować samorządy gminne. Rozpatrują je przy lokalizacji inwestycji w dalekiej kolejności. Na kwietniowym spotkaniu w sprawie bezrobocia w Koszalinie zastanawiano się nad stworzeniem wokół miasta specjalnej strefy ekonomicznej, tak jak w Łodzi czy Wałbrzychu. Uważają, że zwolnienia i ulgi z podatku dochodowego, jakie rząd zaproponował dla specjalnych stref, są zachętą dla przedsiębiorców. Byli także zgodni co do tego, że słusznie koszaliński kurator Stanisław Polańczyk dba o rozwój szkół ogólnokształcących. - Coraz więcej młodzieży powinno się uczyć w liceach, jak najmniej w szkołach zawodowych. Ludzie po ogólniakach są bardziej podatni na przekwalifikowanie - potwierdzali mówcy. Narzekali na stopień zagmatwania przepisów. Postulowali poprawę "niezrozumiałego, nieczytelnego, nierzadko zbyt rygorystycznego" prawa. Proponowali, by całe województwo objąć siecią ośrodków informacji biznesowej, a w każdym urzędzie gminy zatrudnić specjalistę do spraw przedsiębiorczości, który początkującym przedsiębiorcom powie, gdzie i co mają załatwić, pomoże w sporządzeniu biznesplanów, wypełni wniosek do agend Unii Europejskiej. Radzili tworzyć instytucje poręczeń kredytowych, które pozwolą przedsiębiorcom i rolnikom zaciągać pożyczki na rozwój firm i gospodarstw rolnych. Wicewojewoda koszaliński Bolesław Kilian podpowiadał szefowi: - Za dużo kopania rowów i układania chodników. Inwestujmy. A niektóre zakłady adoptujmy... Na czym owa adopcja zakładów miałaby polegać, tego wicewojewoda nie wyjaśnił. Proponowano, by nie znikały rzemieślnicze profesje garncarzy i kowali artystycznych. - Tylko komu mieliby sprzedawać swoje wyroby? - zapytał ktoś scenicznym szeptem. Uznano, iż sojusznikami wojewody powinny być samorządy gospodarcze (Koszalińska Izba Przemysłowo-Handlowa, Koszalińska Izba Rolna, cechy rzemiosł różnych, związki kupców). One mogą zadbać o dostęp przedsiębiorców do doradztwa finansowego i podatkowego. Z nimi można tworzyć plany i programy szkoleń tak dla przedsiębiorców, jak i bezrobotnych, których firmy mogłyby zatrudnić. Mogłyby organizować cykliczne spotkania z przedstawicielami urzędów skarbowych, ZUS, Inspekcji Pracy. Wreszcie - razem z samorządami - można pokusić się o organizację lokalnych wystaw i targów, wydawanie katalogów, informatorów i folderów promujących miasta i produkty w nich wytwarzane. I choć w Koszalinie zastanawiano się nad lokalnymi rozwiązaniami, rozmówcy zwrócili uwagę, że 45-procentowa składka na ZUS powoduje zawyżanie kosztów pracy. Niektórzy chcieliby, aby zakład pracy nie musiał płacić wynagrodzenia pracownikom przez pierwszych 35 dni choroby. Za niski jest dodatek szkoleniowy dla bezrobotnych i stypendium dla absolwentów na stażu pracy. Bezrobotni niechętnie zmieniają miejsce zamieszkania i przyzwyczajenia. W ostatnich latach synonimem biedy jest robienie zakupów "na kredyt", wpisywanie długów do specjalnego sklepowego zeszytu. Sprzedawczyni w Tychowie na pytanie, czy kredytuje zakupy, odpowiedziała: - Oczywiście, każdy kiedyś musi kupić pół litra. Niewielkim zainteresowaniem (i to w całym kraju) cieszy się propozycja, by osoby bez pracy zamieszkałe w rejonach szczególnie zagrożonych wysokim bezrobociem szukały zatrudnienia poza domem. Mogą wtedy otrzymać zwrot kosztu mieszkania w nowym miejscu. Wiceminister Maciej Manicki zastanawia się, dlaczego organizacje pozarządowe nie wykorzystują możliwości zapisanej w ostatniej noweli ustawy o zatrudnieniu i przeciwdziałaniu bezrobociu: nie organizują robót publicznych!? Według Marka Góry tylko co trzeci, co czwarty bezrobotny szuka pracy. Jeden z wójtów w Koszalińskiem prosił, by nie ujawniać jego poglądów. Dla części bezrobotnych pozostawanie bez pracy jest stylem życia. Przyzwyczaili się, że otrzymają zasiłek z urzędu pracy, potem wesprze ich pomoc socjalna, potem przez jakiś czas popracują (legalnie lub nie) i znowu zasiłek. Opowiedział o tym, jak jednemu mieszkańcowi popegeerowskiej wsi, który wydzierżawił ziemię, ktoś podpalił zboże na polu. Ów dzierżawca skarżył się, że najprawdopodobniej zrobili to sąsiedzi. Andrzej Piłat, prezes Krajowego Urzędu Pracy, spuentował plenarną dyskusję w Koszalinie: - Pytał mnie kiedyś jeden dziennikarz: Panie Piłat, za ile lat chcecie zlikwidować bezrobocie? Nigdy, bo zlikwidować bezrobocie to znaczy zlikwidować ten ustrój - odpowiedziałem. współpraca Jolanta Stempowska - "Głos Pomorza"
Bezrobotni na wsi to ludzie o zawodach rolniczych, których charakteryzuje niski poziom wykształcenia i kwalifikacji zawodowych, niechęć do przekwalifikowania. Na początku kwietnia przy "koszalińskim okrągłym stole" spotkali się przedstawiciele administracji samorządowej, służb wojewody, pracodawcy, związkowcy oraz kilkudziesięciu ekspertów. Dyskutowali "w sprawie ograniczenia i łagodzenia skutków bezrobocia".Koszalińskie jest na jedenastym, dwunastym miejscu pod względem liczby bezrobotnych. w rankingu stopy bezrobocia - na trzecim miejscu.Rynek pracy w rejonach, w których państwowe gospodarstwa rolne były jedynymi przedsiębiorstwami, jest podobny w całym kraju. metody przeciwdziałania bezrobociu na terenach popegeerowskich nie są skuteczne.
Maciej Płażyński, marszałek Sejmu rozmawia z Małgorzatą Subotić Każdy polityk ma wolny wybór FOT. (C) MACIEK KOSYCARZ/KFP - Podobno ma pan być przewodniczącym nowej formacji tworzonej razem z Andrzejem Olechowskim i Donaldem Tuskiem? Maciej Płażyński: - Taka jest propozycja kolegów. Ale nie jest to przedmiot sporów między nami i nie będziemy nad tą propozycją głosować. Ma pan być przewodniczącym, ale właściwie czego? Będzie to Komitet Wyborczy Obywateli. Zgodnie z konstytucją listy wyborcze mogą być zgłaszane przez partie polityczne bądź wyborców. Chcemy skorzystać z tej drugiej możliwości. A jeśli chodzi o strukturę organizacyjną, to do wyborów nie powołamy partii politycznej. Uczynimy to po wyborach. Nasza propozycja jest otwarta dla różnych osób, także tych, które wcześniej nie zajmowały się polityką, ruchów obywatelskich i, być może, już istniejących partii. Bardziej szczegółowe rozwiązania będzie można ustalić po uchwaleniu ordynacji wyborczej. A kiedy będzie ta ordynacja? Zbliża się przecież koniec kadencji Sejmu. Może kwestia politycznych rozstrzygnięć w ordynacji jest instrumentem politycznej gry prowadzonej przez kluby parlamentarne i dlatego prace tak się opóźniają? Sądzę, że wszyscy w Sejmie jesteśmy na tyle odpowiedzialni, żeby dokończyć te prace. Chodzi o to, by nie stawiać się w kłopotliwej sytuacji, w której konieczna będzie interpretacja starej ordynacji nieodpowiadającej nowemu podziałowi terytorialnemu kraju. Po zakończeniu batalii budżetowej trzeba szybko dokończyć prace nad ordynacją. Przynajmniej do wyborów nie zamierzacie powołać partii politycznej. Ale przecież to chyba struktury zwyciężają w wyborach, to one w dużym stopniu rozstrzygają o wyniku? Komitety wyborcze na różnych szczeblach - ogólnokrajowe, regionalne, powiatowe - to jest struktura. Zbudowana również przez aktywność ludzi, którzy zechcą w tym naszym przedsięwzięciu uczestniczyć. Nie rozumiem jednak, dlaczego nie chcecie od razu tworzyć partii politycznej? Demokracja chyba niczego mądrzejszego nie wymyśliła? Ponieważ nie chcemy już na samym początku koncentrować się na budowaniu struktur partyjnych, wybieraniu władz, rywalizacji między ludźmi, którzy się jeszcze nie znają. Sądzimy, że lepiej, jeśli najpierw realizuje się pomysł polityczny polegający m.in. na zapraszaniu ludzi, którzy do tej pory byli w różnych środowiskach i którzy dopiero zaczynają się poznawać. Jeśli będzie taka potrzeba - a życie wskazuje, że tak się powinno stać - to jako wynik procesu ewolucyjnego powstanie partia polityczna. Zobaczymy, jakim wynikiem zakończą się najbliższe wybory parlamentarne. Uwzględniając, że są one za kilka miesięcy, to nasz pomysł jest przede wszystkim pomysłem wyborczym. Jedni będą chcieli nam pomagać, aktywnie uczestnicząc w tym przedsięwzięciu, inni będą nas popierać, głosując na nas. Zakładamy, że część tych osób będzie chciała potem współtworzyć z nami partię polityczną. Potem, czyli po wyborach? Najlepszym weryfikatorem każdego pomysłu politycznego jest ocenienie go przez wyborców. Jeśli uznają, że propozycja jest dobra - to warto jeszcze bardziej ją instytucjonalizować, właśnie jako partię polityczną. Wyborcy niekoniecznie oczekują od razu budowy struktur partyjnych. A może boicie się po prostu słowa "partia"? Nie boimy się żadnego słowa i nie mówimy, że partie w życiu publicznym nie są potrzebne. Ale partie nie wyczerpują aktywności obywatelskiej. Ale pozostałe formy są tylko dodatkiem do życia politycznego. Chcecie być takim dodatkiem? Chcemy wygrać najbliższe wybory. I po wyborach stworzyć dużo bardziej zwartą strukturę. Chcecie wygrać z SLD? - Gram w piłkę nożną i wiem, iż kiedy się wychodzi na boisko, to bez względu na przeciwnika mówi się, że się wychodzi po to, żeby wygrać. Takie powinno być założenie każdego ugrupowania, a wyborcy decydują, jak to założenie ma się do rzeczywistości. Czy współtworzona przez pana "platforma" ma jakiś program? Informacji o jej powstaniu nie towarzyszyło ani jedno słowo na ten temat. Jutro przedstawimy założenia naszego programu na konferencji prasowej. Sądzę jednak, że każdy z naszych potencjalnych wyborców kojarzy nas trzech. To, co myślimy na ten temat, przelejemy na papier, na hasła wyborcze. Ale w Polsce wbrew pozorom nie tylko hasła są istotnym motywem głosowania, lecz przede wszystkim to, co stoi za ludźmi "dającymi twarz", firmującymi propozycję polityczną. "To, co stoi za ludźmi" - czyli co? Ich sposób funkcjonowania w polityce, ich poglądy, dotychczasowe dokonania. Propozycje programowe, na poziomie haseł, są dość podobne. W kampanii każdy będzie mówił, że trzeba walczyć z bezrobociem, zwiększać wzrost gospodarczy, walczyć z przestępczością itp. Wyborcy nie będą szukali odmienności w hasłach. A w czym? Chce mnie pan przekonać, że program w ocenie ugrupowania politycznego nie ma znaczenia? Ma, ale większe ma wiarygodność jego realizacji. Jestem jednak przywiązana do haseł. Z jakimi hasłami wystąpicie? - Nie chcę wyprzedzać wspólnej deklaracji, ale z całą pewnością nasze hasła będą dotyczyły m.in. sprawności państwa, rozstrzygnięć ustrojowych, które mogłyby przybliżyć państwo do obywatela, zmian w kodeksie pracy, tak aby przepisy mniej krępowały pracodawców... Za to bardziej krępowały pracowników? Tylko pracodawcy tworzą nowe miejsca pracy, takie zmiany są więc także w interesie pracowników. Można oczywiście uważać, że najskuteczniej walczy się z bezrobociem, zwiększając zasiłki, ale ta filozofia jest nam obca. Jak skrótowo określiłby pan orientację polityczną nowej formacji? Centroprawicowa, umiarkowana, bez skrajności. Wielu wyborców nie oczekuje haseł wprost ideowych, lepiej odczytuje propozycje, które określiłbym jako filozofię patrzenia na państwo. Na miejsce tego, co państwowe, tego, co partyjne i co związkowe. Na rolę pracodawców, pracowników. Takie propozycje są chyba bardziej oczekiwane niż ideowe etykiety. Choć od nich nie uciekamy. Centroprawica, ale jaka? Na przykład w sensie gospodarczym? Skierowana na rozwój, na rozwiązywanie problemów poprzez wzrost gospodarczy, a nie na zwiększanie opieki socjalnej i roli państwa. Państwo winno być sprawne, ale nierozbudowane. Z silnym samorządem na różnych szczeblach. My mówimy, że najlepiej zadba o siebie obywatel, jeśli stworzymy mu ku temu warunki. A ktoś o poglądach lewicowych będzie głosić, że o obywateli najlepiej dba państwo. To są różnice ideowe. Choć w Polsce w sensie gospodarczym te różnice między prawicą a lewicą dotychczas się zacierały. Dlaczego tak jest, z powodu politycznej aktywności związków zawodowych? Z powodu historii polskiej prawicy. Wychodziliśmy z "Solidarności", która była konglomeratem poglądów. Także w podziemiu łączyliśmy się nie według poglądów gospodarczych, ale stosunku do komunizmu. I te powiązania przekładały się później na partie. Jednak w sposób nieunikniony coraz bardziej będziemy się grupowali podług poglądów gospodarczych. A ciągle ważna kwestia odniesień do przeszłości będzie się w miarę upływu lat zmniejszała. Nowe pokolenie będzie szukało swojego miejsca, nie patrząc tylko na stosunek do Sierpnia 1980, ale na to, co tu i teraz. Andrzej Olechowski, jeden ze współzałożycieli "platformy", był w przeszłości po drugiej stronie. Tak, ale patrzę na Andrzeja Olechowskiego przez pryzmat tego, co zrobił w ostatnich dziesięciu latach. Jakie poglądy nie tylko wyrażał, ale i wdrażał w życie, pełniąc różne ważne funkcje w państwie. Sądzę, że podobnie oceniają go wyborcy, uważając, iż prawica musi, nie zapominając o tradycji, o historii, proponować jednak przede wszystkim sposoby rozwiązywania dzisiejszych problemów. Tak więc w podejściu do gospodarki inicjatywa panów oznacza umiarkowany liberalizm? Chce mnie pani namówić do stwierdzenia, że nasza inicjatywa jest odtworzeniem Kongresu Liberalno-Demokratycznego? Nie jest. Dlaczego miałabym pana do tego namawiać? - Uciekam od etykiet, w polskiej polityce są one zwodnicze. Także w gospodarce liberalizm u nas nigdy nie zafunkcjonował. Kierunku zmian gospodarczych się nie cofnie. Różnica polega na tym, czy chce się to robić konsekwentnie i zdecydowanie, czy wolniej i trochę dłużej. Podstawowe rozstrzygnięcia mamy już za sobą - budujemy gospodarkę wolnorynkową, kapitalistyczną. W porównaniu na przykład z SLD różnimy się, jeśli chodzi o ingerencję państwa w gospodarkę, rolę budżetu, system podatkowy, zakres świadczeń socjalnych. Chciałabym jednak wrócić do etykiet. A w sprawach ideowych, światopoglądowych, jaka to będzie formacja? Choćby z powodu moich poglądów, poglądów Andrzeja Olechowskiego - Donalda Tuska może trochę mniej - jesteśmy otwarci na to, co wiąże się ze światopoglądem konserwatywnym. Praktyka może być trochę inna. Polacy nie lubią w życiu publicznym skrajności, przesady w żadną stronę. Jesteśmy społeczeństwem tradycyjnym i przede wszystkim w tym sensie używam słowa konserwatyzm. Rodzina, wiara, patriotyzm - to są fundamenty. Ale nie zamierzamy popadać w skrajności. Ale przy tym deklarowanym umiarkowaniu zaczynacie od rozbijactwa? Zaczęliśmy od przedłożenia nowej propozycji. Każdy polityk ma wolny wybór. Jeśli komuś ta propozycja odpowiada i akceptuje ją, to w niej uczestniczy. Nie uważam, że jestem osobą, która rozbija AWS. Jestem odpowiedzialny przede wszystkim przed wyborcami. Polityka nie jest służebna wobec partii, ale partie wobec polityki. Jeśli scena polityczna jest już jakoś ułożona, to każda nowa propozycja musi być "rozbijacka". Jest to argument dla polityków, którzy z tej stabilizacji korzystają, ale nie jest to argument dla wyborców. Gdyby przyjmować argument o "rozbijactwie", układ partyjny byłby określony raz na zawsze. To wyborca zdecyduje, czy poprze tę propozycję, czy też powie, że jest to oferta nie dla niego, i poprze partie już istniejące. Jaka będzie nazwa tej politycznej inicjatywy? "Trzej tenorzy na platformie umiaru"? To kolejny pomysł, nawet dowcipny. -
Zgodnie z konstytucją listy wyborcze mogą być zgłaszane przez partie polityczne bądź wyborców. Chcemy skorzystać z tej drugiej możliwości. A jeśli chodzi o strukturę organizacyjną, to do wyborów nie powołamy partii politycznej. Uczynimy to po wyborach. Nasza propozycja jest otwarta dla różnych osób, także tych, które wcześniej nie zajmowały się polityką, ruchów obywatelskich i, być może, już istniejących partii. Bardziej szczegółowe rozwiązania będzie można ustalić po uchwaleniu ordynacji wyborczej. nie chcemy już na samym początku koncentrować się na budowaniu struktur partyjnych, wybieraniu władz, rywalizacji między ludźmi, którzy się jeszcze nie znają. Najlepszym weryfikatorem każdego pomysłu politycznego jest ocenienie go przez wyborców. Jeśli uznają, że propozycja jest dobra - to warto jeszcze bardziej ją instytucjonalizować, właśnie jako partię polityczną. Wyborcy niekoniecznie oczekują od razu budowy struktur partyjnych. Jutro przedstawimy założenia naszego programu na konferencji prasowej. Nie chcę wyprzedzać wspólnej deklaracji, ale z całą pewnością nasze hasła będą dotyczyły m.in. sprawności państwa, rozstrzygnięć ustrojowych, które mogłyby przybliżyć państwo do obywatela, zmian w kodeksie pracy, tak aby przepisy mniej krępowały pracodawców...Tylko pracodawcy tworzą nowe miejsca pracy, takie zmiany są więc także w interesie pracowników. Państwo winno być sprawne, ale nierozbudowane. Z silnym samorządem na różnych szczeblach. My mówimy, że najlepiej zadba o siebie obywatel, jeśli stworzymy mu ku temu warunki. Choćby z powodu moich poglądów, poglądów Andrzeja Olechowskiego - Donalda Tuska może trochę mniej - jesteśmy otwarci na to, co wiąże się ze światopoglądem konserwatywnym. Nie uważam, że jestem osobą, która rozbija AWS. Jestem odpowiedzialny przede wszystkim przed wyborcami. Polityka nie jest służebna wobec partii, ale partie wobec polityki. Jeśli scena polityczna jest już jakoś ułożona, to każda nowa propozycja musi być "rozbijacka".
KONGO Prostytutki nie mają pracy, nocne kluby pieniędzy, a państwowa telewizja daje wykłady rewolucyjnej moralności. Rządy Laurenta Desire Kabili zmieniły Kinszasę nie do poznania. Mzee znaczy mądry Mały, krępy, uśmiechnięty, nie krzyczący na nikogo Kabila buduje swoje Kongo. Zawsze o tym marzył. FOT. (C) AP RYSZARD MALIK Nie udziela wywiadów, nie jeździ po świecie (z jednym wyjątkiem), w ciszy Pałacu Narodu ciężko, od rana do nocy, pracuje. Nad czym? Jakie Kongo chce zbudować nowy władca dawnego Zairu, Laurent Desire Kabila? Tego nie wie nikt. Opozycja, która w normalnie funkcjonującym państwie demokratycznym mogłaby zadać te pytania, nie ma prawa pytać. Kabila wprowadził zakaz działalności partii opozycyjnych do kwietnia 1999 roku. Dopiero wtedy, jak zapowiada prezydent, tuż przed wyborami, które mają być wolne i demokratyczne, wszystkie siły polityczne będą mogły zaprezentować swój program i zgłosić udział w walce wyborczej. Porządki postkolonialne W swoją pierwszą i dotychczas jedyną podróż zagraniczną Kabila wybrał się do Pekinu. Nie do Moskwy, co nie dziwi, bo dawne imperium sowieckie leży w gruzach, nie do Waszyngtonu, a byłyby powody, i nie do Paryża, co zrozumiałe, bo było to ulubione miasto Mobutu, rywala i wroga Kabila, którego obalił. Obserwując karierę polityczną Kabili, jego bliskie związki z Tanzanią, bardzo prochińską za rządów prezydenta Juliusa Nyerere, a potem kolejne kroki, wreszcie styl - połączenie mądrości wiejskiego chłopa z szacunkiem dla wolnego rynku - można mieć podejrzenia, że efektem pracy Kabili nad przyszłością Konga będzie model chiński. W innym kierunku idą podejrzenia Paryża. Kabila daje za duże fory Amerykanom - mówią nad Sekwaną. Francuzi, którzy wspierali Mobutu aż do końca jego rządów w Kinszasie, nie chcą i nie mogą się pogodzić z tym, że ich Afryka (byłe kolonie i kraje frankofońskie) wymyka się ze sfery wpływów. Przykładem jest sąsiednia Republika Konga, gdzie Pascal Lissouba, legalny prezydent, walczący z puczystami byłego szefa państwa, nie otrzymał wsparcia Paryża. Otrzymał je za to generał Nguesso, który popierał ekspansję francuskiego koncernu Total na nowo odkryte pola ropy naftowej. W końcu roku ten zapomniany przez lata kąt Afryki nieprzypadkowo odwiedziła pani Madeleine Albright, amerykańska sekretarz stanu. Była w Ugandzie, której przywódca, Yoweri Museveni, jest uznawany za lidera proamerykańskich państw Afryki. Była w Etiopii, gdzie też dzięki wsparciu Waszyngtonu rządzi prezydent Melas Zenawi. W marcu wielki Tour de Afrique planuje Bill Clinton. O wpływy na tym kontynencie toczy się walka, zapomniana przez lata Afryka ma przed sobą lata świetności. Po tym jak upadł mit superprodukcyjnej Azji, mogą nadejść tłuste lata dla Afryki. Jak pokazuje przykład sąsiadującej z Kongiem Ugandy, dobre postępy gospodarcze w Etiopii, umacnianie się gospodarki angolskiej, w Kongo, gdzie nie brakuje bogactw mineralnych i innych surowców, żyznej ziemi i hektarów egzotycznych lasów, również istnieje szansa na sukces. Świeży nacjonalizm O tym, co planuje Kabila, wiemy mało. Jego bliscy mówią o nim w języku suahili: mzee - co znaczy mądry. Bardzo wyraziste są jego posunięcia w samej stolicy. Młodzi, 15-letni żołnierze, którzy przyszli razem z nim z północy kraju, opanowali Kinszasę. Pilnują porządku według bardzo prostych zasad. Gonią złodziei, prostytutki, pijaków, oszustów. Dla mieszkańców miasta żyjącego z uciech, rozboju i łajdactw nie są to dobre czasy. Telewizja co wieczór uświadamia, co to jest moralność, poszanowanie pracy i mienia, tym, którzy tego nie wiedzą albo nigdy o tym nie słyszeli. Głośno mówi się o bohaterach walki o niepodległe Kongo: Patriku Lumumbie, Mulele, Gizengdze. Kongijczycy stali się bardzo nacjonalistycznym narodem - mówią cudzoziemcy. Czy to jest możliwe? Podobno tak. Pierwszym posunięciem nowych władz była odmowa zgody na międzynarodową inspekcję miejsc zbrodni na uchodźcach rwandyjskich. Mimo apeli Kofiego Annana, mimo próśb Waszyngtonu rząd w Kinszasie blokował skutecznie prace misji ONZ. W końcu ONZ ustąpiła, nie ma śledztwa w sprawie mordu na uchodźcach. W Kinszasie oceniają to prosto: kiedy Mobutu mordował, nikogo to nie interesowało, ale gdy rzuca się podejrzenia na nowe władze, to zaraz jest komisja. Mamy swoją dumę, jesteśmy wielkim państwem, jeśli wyrazimy zgodę na śledztwo, to tak będzie. Nikt jednak nie będzie nam narzucał tego, co mamy robić. Naród złożony z 250 plemion rozrzuconych na obszarze ponad dwóch milionów kilometrów kwadratowych pod wpływem Kabili, jego powrotu do tradycji walk o niepodległość dojrzewa. W barach słychać melodię modną w latach 60.: "Independence cza, cza". Jednocześnie Kabila oskarżany przez Mobutu i jego ludzi o posługiwanie się żołnierzami z Ugandy i Rwandy po raz pierwszy przyznał się do tego i zapowiedział, że oficerowie i doradcy z tych państw wracają do siebie. Pozbył się też kłopotliwego sojusznika, jednego z liderów Sojuszu Sił Demokratycznych na Rzecz Wyzwolenia Konga (AFDL), a jednocześnie przywódcy kongijskich Tutsi zwanych Baniamulenge, Anselma Masasu. Teraz przeciwnicy nie będą już mogli oskarżać go o wykorzystywanie obcych dla utrwalania władzy. Choć są jeszcze w rządzie dwaj "obcy": minister spraw zagranicznych Bizima Karaha, pochodzący z Rwandy, oraz sekretarz generalny AFDL Deogratias Bugera, wywodzący się z Ugandy. Coraz silniej dają znać o sobie rodzinne i plemienne związki Kabili z Katangą, najbogatszą prowincją Konga, z której się wywodzi. Wielu ludzi pracujących dla Mobutu dalej stoi na czele firm państwowych i ma dużo do powiedzenia. Dlatego, że są Katangijczykami. Zajrzeć do historii Mały, krępy, uśmiechnięty, nie krzyczący na nikogo Kabila buduje swoje Kongo. Zawsze o tym marzył. 59-letni Kabila z politycznej emerytury wrócił do Zairu dzięki ruchowi kongijskich Tutsi, którzy atakowani przez Hutu i armię zairską we wrześniu 1996 r. wywołali zbrojną rebelię na wschodzie Zairu. Militarne sukcesy dobrze zorganizowanej grupy powstańców, liczącej kilka tysięcy żołnierzy, zaskoczyły wszystkich. Choroba Mobutu, jego długa nieobecność w kraju, fatalna sytuacja ekonomiczna państwa, chaos i dezorganizacja armii, a także korupcja - wszystko to pomogło rebeliantom. W momencie narodzin niepodległego Konga w 1960 r. Kabila był jednym z wielu młodych zwolenników pierwszego premiera Patrika Lumumby i walczył z oddziałami secesjonisty Moisa Czombego. Kiedy Lumumba zaginął, zabity - jak się później okazało - z rozkazu Mobutu, Kabila razem z innymi zwolennikami zabitego przywódcy uciekł na drugą stronę rzeki Kongo, do Brazzaville. Kabila nie wysiedział tam długo. Rozpoczął walkę z wojskami Mobutu w prowincji Kiwu. W odezwie wydanej wtedy, a wydrukowanej w stolicy Burundi, Bujumburze, wzywał powstańców do "zradykalizowania walki rewolucyjnej", aby doprowadzić do obalenia rządu w Leopoldville - tak dawniej nazywała się Kinszasa. Spotkanie z ministrem Dziś jego chłopcy simbas (lwy w języku suahili) są panami Kinszasy. Nie lubianymi przez mieszkańców metropolii. Podobnie jak Kabila, który jest mało popularny. Za to jakże inny od cesarskiego Mobutu Sese Seko. W końcówce swych rządów też niepopularnego, ale mającego w sobie majestat władcy. Kabila tego daru nie posiada. Skromny, nie afiszuje się ze swoją osobą. Za jego rządów nie ma problemu z dostępem do ministrów. Wystarczy w holu ministerstwa wpisać do zeszytu powód domagania się audiencji u ministra i jest szansa na spotkanie jeszcze tego samego dnia. Na pewno Kabili nie zależy na rozgłosie, a praca, jakiej się podjął, jest podobna do czyszczenia stajni Augiasza. Mobutu zostawił pustą kasę państwa, wielkie zadłużenie i same problemy. W tym roku rząd zamierza zamiast starych zairów, w końcówce rządów nieżyjącego już dyktatora zwanych przekornie "prostata" (Mobutu był chory na raka prostaty) nie mających żadnej wartości (1 mln zairów = 1 dolar), wprowadzić nową, wymienialną walutę. Są planowane zmiany w systemie zarządzania gospodarką, likwidacji mają ulec wielkie monopole państwowe. Przed drzwiami czekają wielkie światowe firmy gotowe wydobywać kongijskie bogactwa. Wśród nich są też Polacy. Swoją pierwszą kopalnię miedzi po cichu uruchomiła w końcu roku polsko-kongijska spółka z większością kapitału Polskiej Miedzi.
Obserwując karierę polityczną Kabili, jego bliskie związki z Tanzanią, bardzo prochińską za rządów prezydenta Juliusa Nyerere, a potem kolejne kroki, wreszcie styl - połączenie mądrości wiejskiego chłopa z szacunkiem dla wolnego rynku - można mieć podejrzenia, że efektem pracy Kabili nad przyszłością Konga będzie model chiński. O tym, co planuje Kabila, wiemy mało.Bardzo wyraziste są jego posunięcia w samej stolicy. Młodzi, 15-letni żołnierze, którzy przyszli razem z nim z północy kraju, opanowali Kinszasę. Pilnują porządku według bardzo prostych zasad. Gonią złodziei, prostytutki, pijaków, oszustów.Naród złożony z 250 plemion rozrzuconych na obszarze ponad dwóch milionów kilometrów kwadratowych pod wpływem Kabili, jego powrotu do tradycji walk o niepodległość dojrzewa.Mały, krępy, uśmiechnięty, nie krzyczący na nikogo Kabila buduje swoje Kongo. Zawsze o tym marzył.
POLICJA Nieporozumienia wokół systemu poszukiwania skradzionych samochodów Lojack wprowadzany tylnymi drzwiami Od kilku miesięcy trwa ogólnopolska kampania reklamowa firmy Lojack, oferującej radiowo-komputerowy system poszukiwania skradzionych samochodów. Firma powołuje się na umowy z komendantami wojewódzkimi, na mocy których policja zobowiązana jest reagować na sygnały o kradzieży aut (nadajniki montowane są w pojazdach, a odbiorniki w radiowozach). Według Komendy Głównej urządzenia firmy Lojack są przez polską policję "wyłącznie czasowo, pilotażowo testowane". Według rzecznika prasowego firmy, nie jest to test, ale "program wdrożeniowy". Z powodu sprzecznych wypowiedzi przedstawicieli Komendy Głównej Policji i firmy Lojack w błąd mogą zostać wprowadzeni klienci, którzy, decydując się na skorzystanie z usług firmy i zamontowanie nadajników w swoim samochodzie, nie mają pewności, czy umowa firmy z policją zostanie przekształcona w długoterminową. W sposób nie do końca uczciwy zachowuje się też Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji oraz policja, które nie ogłaszają przetargu ani konkursu ofert dla firm oferujących na polskim rynku różne systemy poszukiwania aut, a jednocześnie pozwalają na tak szerokie testowanie systemu (umowy czasowe z Lojackiem podpisało 13 komendantów wojewódzkich i komendant stołeczny). Naraża to firmę na koszty, bez gwarancji na podpisanie umów długoterminowych. Montowanie urządzeń nadających sygnały z samochodu, niezależnie od tego, gdzie on jest, pozwoliłoby na szybkie odnalezienie skradzionego auta. Dlaczego, mimo że plaga kradzieży samochodów w Polsce rośnie, dotychczas nie wprowadzono systemów lokalizacyjnych i policja nie podpisała stosownych umów, nie wiadomo. Nie wiadomo także, dlaczego po kilku latach negatywnych opinii w policji o systemie Lojack nagle zdecydowano się wybrać tę firmę. Rzecznik firmy gwałtownie zaprzecza, jakoby Lojack uprawiał jakiś nieformalny lobbing. Pierwsze pytania w tej sprawie "Rzeczpospolita" zadała kilka miesięcy temu MSWiA, Komendzie Głównej Policji oraz firmie Lojack. Ministerstwo nie odpowiedziało, ponieważ - jak oświadczył Paweł Ciach, rzecznik prasowy ówczesnego szefa resortu Janusza Tomaszewskiego - "odpowiedź przekazała już KGP". Z tego powodu bez odpowiedzi pozostały m.in. pytania o zaangażowanie się w poparcie dla tej firmy doradcy jednego z wiceministrów spraw wewnętrznych i administracji oraz samego wiceministra. Z informacji "Rz" wynikało, że firma dążyła do zawarcia umowy z Komendą Główną Policji, jednak mimo sugestii z MSWiA kierownictwo policji nie zdecydowało się jej podpisać. Po decentralizacji policji w styczniu tego roku zdecydowano, że umowy z Lojackiem mogą zawierać sami komendanci wojewódzcy, jednak - jak informował nas w czerwcu rzecznik prasowy KGP - "urządzenia miały być wyłącznie czasowo, pilotażowo testowane". Lojack: to nie test Firma Lojack zapytana o czas, na jaki zawarto umowy z policją, odpowiedziała: "przez jeden rok od czasu podpisania umowy trwa program wdrożeniowy. Jeżeli potwierdzona zostanie w tym okresie w praktyce przydatność tego systemu dla zwiększenia efektywności odzyskiwania kradzionych pojazdów i zatrzymywania sprawców kradzieży pojazdów, to umowa zostanie przekształcona w długoterminową. W większości podpisanych umów długoterminowa umowa o współpracy zostanie zawarta na okres 10 lat, niezwłocznie po pozytywnej ocenie programu wdrożeniowego. Umowa długoterminowa ulegać będzie automatycznemu przedłużaniu na okres kolejnych 5 lat". - Czy firma informuje swoich klientów, że są to wyłącznie umowy dotyczące czasowego pilotażowego testowania urządzeń - zapytaliśmy Lojacka. Odpowiedź brzmiała: "Nasi klienci są poinformowani o zasadach działania systemu, jego zasięgu i opisanych powyżej, a popartych umowami z poszczególnymi KWP zasadach współpracy z policją". "Rz" telefonicznie zapytała Henryka Gawucia, rzecznika prasowego Lojacka - skąd mają pewność, że policja podpisze z nimi umowy długoterminowe i - po raz kolejny - czy firma informuje swoich klientów, że policja wyłącznie testuje urządzenia Lojacka. - Wiążące są odpowiedzi na piśmie - powiedział Henryk Gawuć i dodał: "W umowach, które podpisaliśmy z komendantami wojewódzkimi nie ma mowy o teście, ale o programie wdrożeniowym". Komendant główny sprawdza umowy Paweł Biedziak powiedział wczoraj "Rz", że komendant główny zarządził sprawdzenie "poprawności umów" komendantów wojewódzkich z Lojackiem. - Wszystkie umowy zostały faktycznie zawarte na nie dłużej niż rok. Komenda wyraziła zgodę wyłącznie na testowanie produktu i dlatego zawierane przez KWP umowy muszą dotyczyć czasowego pilotażowego sprawdzenia testowanych urządzeń. W razie stwierdzenia uchybień prawnych, umowy - z polecenia komendanta głównego - muszą zostać poprawione. Lojack: nie trzeba przetargu Przedstawiciele firmy Lojack podkreślają, że nie jest konieczny przetarg, ponieważ firma montuje urządzenia odbiorcze w radiowozach za darmo. W przedstawionej nam przez firmę opinii z Urzędu Zamówień Publicznych napisano, że "nie zachodzi przesłanka wydatkowania środków publicznych, wobec czego zawarcie umowy przez jednostki organizacyjne policji z firmą Lojack nie musi być poprzedzone postępowaniem o udzielenie zamówienia publicznego i nie podlega ustawie o zamówieniach publicznych". Policja: będzie przetarg Firma, która ma możliwość montowania urządzeń odbiorczych w policyjnych radiowozach uzyskuje przewagę nad innymi. Komenda Główna Policji pytana przez "Rz" o takie "preferowanie jednej firmy", odpowiedziała: - KGP jest w kontakcie z innymi podmiotami, działającymi w branży budowy systemów radiowego lub satelitarnego pozycjonowania pojazdów. Uczestniczymy w prezentacjach, nie wykluczając możliwości czasowego testowania proponowanych rozwiązań. - Według radców prawnych KGP, po zakończeniu testowania, jeśli policja w ogóle zdecyduje się na trwałe zainstalowanie systemu, Lojack będzie musiał stanąć do przetargu - dodał Paweł Biedziak, rzecznik KGP. Co ze Strażą Graniczną Firma w swoich materiałach reklamowych pisze także: "Aktualnie wyposażamy jednostki Straży Granicznej w komputery śledzące Lojack". Marek Bieńkowski, komendant główny Straży Granicznej, powiedział jednak "Rz", że były jedynie wstępne rozmowy, po których nie podpisano żadnego dokumentu. - SG mogłaby być tym zainteresowana jedynie po pozytywnych ocenach innych instytucji, w tym policji. A także po przeprowadzeniu testów w Straży, czego na razie nie robimy - mówi szef SG, oceniając zachowanie Lojacka jako "nadużycie". Co to jest Lojack "Rz" pisała szczegółowo o firmie Lojack w kwietniu br. w dodatku "Nauka i technika". Informowaliśmy wówczas, że spółka Lojack Polska dostała licencję na system od amerykańskiej Lojack Corp. (spółka giełdowa; NASDAQ). W Stanach Zjednoczonych system Lojack zaczęto wprowadzać już przed 10 laty. Od 1993 r., na podstawie licencji, system trafił do 22 krajów. Na system Lojack składają się: komputer zarządzający siecią stacji nadawczych; urządzenia transmisyjne; urządzenia nadawczo-odbiorcze montowane w pojazdach objętych nadzorem; urządzenia odbiorcze w samochodach policyjnych lub firm ochrony mienia, lokalizujące pojazd emitujący sygnał identyfikacyjny. Urządzenie montowane jest w zabezpieczanym aucie tak, że nawet właściciel samochodu nie zna miejsca jego instalacji. Pojazd otrzymuje indywidualny kod identyfikacyjny. Po zgłoszeniu kradzieży urządzenie zostaje uruchomione (aktywowane) przez sieć nadajników i emituje sygnał. Odbierają go urządzenia zainstalowane w pojazdach policji lub firm ochrony mienia i lokalizują poszukiwany samochód. Przedstawiciele spółki uważają, że mają duże szanse na przedłużenie umów z policją, ponieważ są jedyną firmą lokalizującą auta w systemie komputerowo-radiowym (wykorzystującym w swym działaniu bezprzewodową sieć komputerową). Nie tylko Lojack Poza Lojackiem, oferującym system komputerowo-radiowy, funkcjonują w kraju firmy, które chcą wdrożyć systemy satelitarnego monitorowania pojazdów (przy wykorzystaniu sieci satelitów GPS). Te dwie grupy systemów różnią się pod względem stosowanej technologii oraz zakresem oferowanych funkcji, ale wszystkie mają na celu szybkie określanie pozycji samochodu i dzięki temu odnalezienie go po kradzieży. Mniej o nich wiadomo, gdyż właściwie poza firmą Lojack żadna nie zdecydowała się na tak intensywną promocję. Oferowane systemy wykorzystują do lokalizacji pojazdów techniki satelitarne (GPS) lub techniki radiowe. Do komunikowania się z pojazdami wykorzystuje się łączność radiową (np. w paśmie UKF) lub sieci telefonii komórkowej GSM. Konkurujące ze sobą firmy podkreślają, co oczywiste, walory jedynie swoich systemów. Gdy na przykład używają systemów satelitarnych, twierdzą, że radiowe można zagłuszyć i odwrotnie, np. przed satelitarnym systemem auto można ukryć. Przed dwoma laty swe systemy próbowały wprowadzić warszawskie spółki PW Milawa oraz Zasada-Noram, miały za sobą okres testów, ale potem mniej było o nich słychać. Funkcjonują też później wprowadzone systemy warszawskiej firmy Boguard oraz system Mobitel (też ma centralę w stolicy). Są to systemy oferowane zarówno użytkownikom prywatnym, jak i instytucjonalnym. Natomiast dla firm mających większy tabor pojazdów oferuje system satelitarny Satlok firma Elektronika 2000 z Gdyni. Z pewnością są jeszcze inne, ale nie afiszują się ze swoją działalnością. Anna Marszałek, Z.Z.
Od kilku miesięcy trwa ogólnopolska kampania reklamowa firmy Lojack, oferującej radiowo-komputerowy system poszukiwania skradzionych samochodów. Firma powołuje się na umowy z komendantami wojewódzkimi, na mocy których policja zobowiązana jest reagować na sygnały o kradzieży aut (nadajniki montowane są w pojazdach, a odbiorniki w radiowozach). Według Komendy Głównej urządzenia firmy Lojack są przez polską policję "wyłącznie czasowo testowane". Według rzecznika prasowego firmy jest to "program wdrożeniowy". Z powodu sprzecznych wypowiedzi przedstawicieli Komendy Głównej Policji i firmy Lojack w błąd mogą zostać wprowadzeni klienci, którzy, decydując się na zamontowanie nadajników w swoim samochodzie, nie mają pewności, czy umowa firmy z policją zostanie przekształcona w długoterminową. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji oraz policja nie ogłaszają przetargu dla firm oferujących na polskim rynku różne systemy poszukiwania aut, jednocześnie pozwalają na szerokie testowanie systemu.
STULECIE BOKSU Kariery wielu mistrzów pięści rodzą się z nędzy, ambicji i nieposkromionej dumy Magia zła Dwie przedwojenne walki Joe Louisa i Maksa Schmellinga przeszły do legendy. Pierwszą wygrał Schmelling, w drugiej (na zdjęciu) Amerykanin znokautował Niemca w drugiej minucie i czwartej sekundzie pierwszej rundy (C) AP JANUSZ PINDERA W czym tkwi fenomen boksu, sportu od lat budzącego kontrowersje i mieszane uczucia? Jedni twierdzą, nie kryjąc oburzenia, że boks jest niegodny cywilizacji końca XX wieku, inni z kolei uważają, że w świecie, gdzie dobro przemieszane jest ze złem, zawsze będzie miejsce dla tych, którzy chcą oglądać boks. Kto jest bliższy prawdy, czy ci, którzy twierdzą, że z medycznego punktu widzenia sport ten powinien być zakazany, czy może ci, którzy stoją na stanowisku, że boks jest wentylem pozwalającym rozładować naturalną agresję tkwiącą w człowieku. Jedni i drudzy mają rację. Setki wypadków śmiertelnych mających ścisły związek z boksem to fakty, których nie da się wymazać. Podobnie jak następstw ringowych pojedynków. Straszliwa dolegliwość pięściarzy, tzw. punch drunk (pijany po ciosie), która jak zły urok spada na większość z nich z dnia na dzień, to przecież nic innego jak skutek serii drobnych wylewów w mózgu, spowodowanych częstymi uderzeniami w głowę. Medycyna nazywa to encefalopatią bokserów. Z drugiej strony nie można jednak lekceważyć opinii socjologów i psychologów, od lat przytaczających dowody, że boks to ratunek dla setek tysięcy zaniedbanych chłopców, którzy najpierw na sali treningowej, a później w ringu odnajdują drogę do normalnego życia. Kto wie, czy właśnie życiorysy mistrzów pięści nie są magnesem przyciągającym do boksu podobnie jak ich kariery, które rodzą się z nędzy, ambicji i nieposkromionej dumy. Mistrzowie urodzeni w świecie składającym się z desek i zardzewiałej blachy - tak wspominał swoje dzieciństwo słynny Carlos Monzon - dzięki sukcesom w ringu przechodzą do legendy. Tak jak Monzon, mistrz wagi średniej, który w Argentynie jeszcze za życia był bohaterem. Gdy trafił do więzienia za zabójstwo żony, którą wyrzucił przez okno, wstawił się za nim prezydent Carlos Menem. Monzon nie doczekał wolności. Zginął w wypadku samochodowym, kiedy wracał z przepustki do więzienia. Konkwistadorzy i książęta Irlandzki aktor Liam Neeson, który w młodości sam był bokserem, nie jest jedynym, który uważa, że boks to najbardziej szlachetny rodzaj walki ("Gdy walczysz z przeciwnikiem twarzą w twarz, czujesz się trochę jak gladiator. Boks to sport, w którym nigdy nie pada cios w plecy."). Alain Delon, przyjaciel Carlosa Monzona, we wstępie do jego książki napisał: "Bokserzy tacy jak Carlos to jakby konkwistadorzy i książęta w jednej osobie, mający w sobie coś niewyjaśnialnego, co sprawia, że gdy się pojawiają, od razu widać, że są godni królestwa". W podobnym tonie, choć innymi słowy, o mistrzach pięści pisali: Ernest Hemingway, Norman Mailer, Jack London czy na polskim gruncie Tadeusz Konwicki, który w 1973 roku w wywiadzie dla miesięcznika "Boks" powiedział: "Jest w tym sporcie pewna groza, jaką zawsze wyzwala walka człowieka z człowiekiem". To chyba nie przypadek, że głośne pojedynki bokserskie, niezmiennie od lat, budzą takie zainteresowanie. Ludzie są gotowi płacić ogromne sumy tylko za to, by z najbliższej odległości śledzić walkę najbardziej zbliżoną do realnej. Walkę, której istotą jest niebezpieczeństwo, a śmierć nie jest tu tylko iluzją. W obronie rasy Termin "walka stulecia" po raz pierwszy pojawił się przed pojedynkiem Jima Jeffriesa z Jackiem Johnsonem 4 lipca 1910 roku w Reno w stanie Nevada. Miał w tym swój udział znany pisarz Jack London, który dwa lata wcześniej relacjonował z Sydney zwycięstwo Johnsona nad białym mistrzem Tommym Burnsem. To wtedy, kończąc swoją relację z Australii, London zaapelował do byłego mistrza świata wszechwag, Jamesa Jeffriesa, by powrócił na ring i "starł złoty uśmieszek z oblicza Johnsona". Aleksander Reksza w książce "Słynne pojedynki" pisze: "Nadzieja na to, że Jeffries zdoła zdetronizować czarnego Johnsona i tytuł mistrza świata znów przejdzie w ręce przedstawiciela rasy białej, ogarnęła szerokie kręgi amerykańskiego społeczeństwa. Roztrząsano ją wszędzie, nawet w kuluarach Kongresu". Termin walki Jeffries - Johnson ustalano na 4 lipca, w amerykańskie święto niepodległości. W Reno zaczęto na gwałt budować hotele i zajazdy, by pomieścić tysiące ludzi napływających ze wszystkich stron kraju do tej małej spokojnej osady. Dziennikarze rozpalali wyobraźnię tłumów. Podsycano napięcie przed walką, która miała być podjęta w obronie honoru białej rasy. Pojedynek obejrzały wtedy na żywo 42 tysiące osób, co było światowym rekordem frekwencji na imprezie bokserskiej. W innych miastach ludzie gromadzili się na stadionach i wielkich placach, czekając na depesze - relacje z walki. Nie było wtedy jeszcze radia i telewizji. "Gdy »Tex« Rickard, organizator całego przedsięwzięcia, ogłosił zwycięstwo Johnsona, na widowni zamiast oklasków rozległy się rewolwerowe strzały. Johnson, który łatwo obronił tytuł mistrza świata i zarobił 145 tysięcy dolarów, cudem uszedł wtedy z życiem" - pisał dla "New York Heralda" Jack London. Pierwszy milion Później "walk stulecia" było już bez liku. Niektóre z nich zasługiwały na takie miano, inne nie. W latach trzydziestych na pewno wielkim wydarzeniem był pojedynek Jacka Dempseya z Francuzem Georges'em Carpentierem (2 lipca 1921 - wygrana Dempseya) i dwie walki Dempseya z Gene'em Tunneyem (1926 i 1927 - wygrane Tunneya). Wydarzenia te znalazły się na pierwszych stronach wszystkich największych gazet, które wysyłały do obsługi tych pojedynków swych najlepszych dziennikarzy lub znanych pisarzy. Walka Dempseya z Carpentierem interesowała w równym stopniu Amerykę i Europę, a w Paryżu przed rozpoczęciem pojedynku tłumy były tak gęste, że w wielu dzielnicach ruch kołowy został przerwany. Coś podobnego zdarzyło się w stolicy Francji tylko raz, 11 listopada 1918 roku, w pamiętnym dniu zawieszenia broni. Carpentierowi kibicowali w Ameryce, między innymi: Charlie Chaplin, George Gershwin i Douglas Fairbanks. Wśród tych, którzy wysłali mu po przegranej walce depesze, był premier Wielkiej Brytanii Lloyd George. Pięć lat później, gdy Dempsey w obecności 120 tysięcy widzów (kolejny rekord) przegrywał z Tunneyem, jego detronizacja stała się sensacją. Nie mniej sensacyjne były sumy, jakie oferowano bokserom. Za drugi pojedynek z Dempseyem Gene Tunney zarobił milion dolarów, sumę szokującą nawet ćwierć wieku później. Pupil Hitlera Gdyby jednak zapytać kibica, jacy bokserzy i jakie pojedynki najbardziej kojarzą mu się z okresem międzywojennym, zapewne wymieniłby nazwiska Joe Louisa i Maxa Schmellinga. To właśnie ci pięściarze i ich dwie walki na nowojorskim Yankee Stadium przeszły do legendy. Z jednej strony nowy amerykański król ringu, z drugiej pupil Adolfa Hitlera. W 1936 roku, po pierwszej walce, wygranej na punkty przez Schmellinga, znów odżyły w boksie rasistowskie skojarzenia. To czego nie udało się dokonać Jeffriesowi w pojedynku z Johnsonem 25 lat wcześniej, stało się faktem. Niemiecki bokser Max Schmelling miał wykazać wyższość rasy białej nad czarną, czego Hitler nie omieszkał wykorzystać propagandowo. Podobno przed walką rewanżową (22 czerwca 1938) Hitler wysłał do Schmellinga depeszę z gratulacjami za kolejne zwycięstwo. A o tym co się wtedy stało na ringu w Nowym Jorku, tak pisze Aleksander Reksza w cytowanej już książce "Słynne pojedynki": "Według czasu warszawskiego walka rozpoczęła się około godziny trzeciej rano (...) Spiker hamburski zapowiadał transmisję z Nowego Jorku wyjątkowo uroczystym i podniosłym tonem, w którym wyraźnie wyczuwało się pewność zwycięstwa. Potem z bardzo daleka na załamującej się fali dźwięku dobiegł nas głos ringowego announcera, który obwieścił, że pierwszy między linami znalazł się Max Schmelling, a za nim Joe Louis. Z całej transmisji usłyszeliśmy tylko dźwięk gongu i zaraz potem nieartykułowany wrzask, który wznosił się i opadał, ale trwał nieprzerwanie (...). Raptem w głośniku zapadła kompletna cisza. Sądziliśmy, że nastąpiła przerwa w transmisji. Jednakże po upływie może pół minuty rozległ się zupełnie wyraźny, ale jakiś odmieniony głos hamburskiego spikera: - Z Nowego Jorku przeprowadziliśmy transmisję z meczu bokserskiego o mistrzostwo świata pomiędzy Maxem Schmellingiem i Joe Louisem. I po chwili przerwy: - Heil Hitler. To było wszystko! Nie podano wcale wyniku walki! Cóż to mogło znaczyć? Chyba tylko jedno: Schmelling został unicestwiony tuż po starcie". Tak było w istocie. Schmelling został znokautowany przez Joe Louisa w 2. minucie i 4. sekundzie pierwszej rundy. Stary jak świat Boks jest tak stary jak świat. Już w starożytnej Helladzie Homer opiewał walki na gołe pięści jako agon siły i sprytu. To Grecy jako pierwsi stworzyli sztukę pugilatu. Wielkim zwolennikiem walk bokserów był rzymski cesarz Kaligula, który sprowadzał siłaczy z Afryki, a zwycięzcom dawał w nagrodę piękne niewolnice. To on z boksu uczynił główny punkt programu igrzysk cyrkowych. Z upadkiem Rzymu i jego kultury pięściarstwo na długo zostało zapomniane. Jedyny wyjątek stanowiła średniowieczna Rosja, w której ludowy "kułaczy bój" uświetniał zabawy i uroczystości. Interesujące są również zapisy o poczynaniach św. Bernarda, który w XV wieku we Włoszech propagował walkę na pięści i uczył jej. Miało to być antidotum na pojedynki szermiercze i liczne związane z nimi wypadki śmiertelne. Za ojczyznę nowoczesnego boksu uważa się jednak przede wszystkim Anglię. To tam w 1719 roku James Figg, fechmistrz na szpady i kije, w jednej z gospód na przedmieściach Londynu utworzył szkołę boksu. Wtedy też rzucił wyzwanie, że z każdym, kto się zgłosi, będzie się bił o tytuł mistrza Anglii. Figg nie przegrał żadnej walki, wycofał się w 1730 roku. Pierwszy sportowy regulamin walk bokserskich powstał 13 lat później. Opracował go wraz z gronem przyjaciół Jack Broughton. Przepisy te, nieznacznie modyfikowane, obowiązywały do 1889 roku, kiedy rozegrano ostatnie walki mistrzowskie na gołe pięści. Nieco wcześniej, w 1865 roku, brytyjski dziennikarz John Graham Chambers ułożył nowe przepisy, które firmowane przez Johna Sholto Douglasa, VIII Markiza Queensberry, przeszły do historii jako "Queensberry Rules". Wprowadzały one trzyminutowe rundy, jednominutowe przerwy i nakazywały używać rękawic. W 1872 roku zastosowano też po raz pierwszy podział na kategorie wagowe: lekką, średnią i ciężką. Pod koniec XIX wieku boks był sportem zawodowym i z tego też powodu nie znalazł się w programie pierwszych igrzysk olimpijskich ery nowożytnej. Dopiero organizatorzy III Igrzysk Olimpijskich w St. Louis doprowadzili do udziału bokserów. Pierwszy olimpijski turniej bokserski, w zgodnej opinii obserwatorów, nie był udany. Startowali w nim wyłącznie Amerykanie, którzy uważali boks za swój sport narodowy. Wojna o igrzyska W Europie rozwój boksu amatorskiego nastąpił po I wojnie światowej. W 1920 roku powstała Międzynarodowa Federacja Boksu Amatorskiego (FIBA), która opracowała jednolite przepisy zasadniczo różniące pięściarstwo zawodowe od amatorskiego. Boks jest w programie igrzysk olimpijskich do dziś, choć nie brak głosów, by go wykluczyć, a Międzynarodowa Federacja Boksu Amatorskiego, reaktywowana w 1946 roku pod nazwą AIBA, toczy nieustanną wojnę o pozostanie w igrzyskach. Niewiele brakowało, by po igrzyskach w Seulu (1988), gdzie turniej bokserski był nieustającym pasmem skandali, pięściarze stracili prawa olimpijskie. AIBA obroniła się, wprowadzając elektroniczne sędziowanie, które jak nigdy w historii tak dalece oddala boks amatorski od zawodowego i sprawia, że powoli staje się on inną dyscypliną sportu. Wymiar nie tylko sportowy Z boksem amatorskim, a nie zawodowym wiążą się największe sukcesy polskich pięściarzy. Antoni Kolczyński (przed wojną) czy plejada powojennych mistrzów (Antkiewicz, Chychła, Drogosz, Kulej, Kasprzyk, Grudzień, Pietrzykowski) znani są do dziś. Historyczny sukces na mistrzostwach Europy w Warszawie (1953), gdzie Polacy zdobyli pięć złotych medali i pokonali w klasyfikacji drużynowej ekipę Związku Radzieckiego, miał przecież wymiar nie tylko sportowy. Niepowtarzalny występ na igrzyskach olimpijskich w Tokio (1964), gdzie trzykrotnie, w krótkich odstępach czasu grano polski hymn, też miał znaczenie szczególne. Nic dziwnego, że boks postrzegano w Polsce jako sport narodowy, mistrzom wręczano najbardziej znaczące odznaczenia państwowe, a na świecie mówiono o polskiej szkole boksu. Pozostały z tego tylko wspomnienia. Dość powiedzieć, że jedyny polski mistrz świata, Henryk Średnicki, tytuł ten zdobył 21 lat temu w Belgradzie. Ostatni polski mistrz olimpijski w boksie, Jerzy Rybicki, słuchał Mazurka Dąbrowskiego w 1976 roku w Montrealu. Dziś w cenie jest przede wszystkim boks zawodowy. Gdy Andrzej Gołota walczył w Atlantic City z Riddickiem Bowe'em, mówiła o nim cała Polska. Gdyby rok później pokonał Lennoxa Lewisa i został zawodowym mistrzem świata wagi ciężkiej, prawdopodobnie zostałby wybrany na najlepszego sportowca Polski w plebiscycie "Przeglądu Sportowego". Ogromne emocje wzbudzają walki Dariusza Michalczewskiego, zawodowego mistrza świata kategorii półciężkiej, który choć walczy pod niemiecką flagą, to nie ukrywa, że jest Polakiem. W nowym zmienionym świecie, gdzie wyznacznikiem pozycji społecznej jest status materialny, boks amatorski bez pieniędzy i gwiazd wielkiego formatu coraz bardziej traci znaczenie i bardzo prawdopodobne, że za kilka lat cicho i niepostrzeżenie zniknie z programu olimpijskiego, gdyż nie będzie chętnych, by go oglądać. Telewizja zamiast mafii W boksie sumy, jakie wypłacano pięściarzom, od dawna mają nie mniejsze znaczenie niż sama walka. Gene Tunney był pierwszym bokserem, który otrzymał honorarium w wysokości miliona dolarów za drugi pojedynek z Dempseyem. Tak naprawdę zarobił wtedy 990 445 dolarów, ale sam dopłacił brakującą do miliona sumę, by honorarium ładniej wyglądało. Rekord Tunneya przetrwał długo. Nie pobił go ani Joe Louis (625 000 za drugą walkę z Billym Connem w 1946 r.), ani niepokonany mistrz wagi ciężkiej Rocky Marciano (468 374 dolary za pojedynek z Archie'em Moore'em w 1955 roku). Prawdziwa hossa zaczyna się dopiero w epoce telewizji. To telewizja, tak jak kiedyś mafia, decyduje o najważniejszych sprawach w boksie zawodowym. To ona kreuje nowych mistrzów, strąca z tronu starych, niepotrzebnych i płaci gigantyczne pieniądze. Muhammad Ali za pierwszy pojedynek z Joe Frazierem (1971) otrzymał 2,5 mln dolarów. Za drugi 100 tysięcy więcej. Za słynną walkę w Kinszasie (1974), tak sugestywnie opisaną przez Normana Mailera, Ali z Foremanem dostali po 5 mln dolarów, co z finansowego punktu widzenia było lotem na inną planetę. Kilka lat później Larry Holmes otrzymał za pojedynek z Gerrym Cooneyem 10 mln dolarów. Sport stał się globalną sceną, gdzie za występy gwiazd płacono krocie. Kolejną granicę finansowych marzeń przełamią w 1987 Ray "Sugar" Leonard i Marvin Hagler. Za fantastyczny pokaz boksu w Las Vegas dostaną po 12 mln dolarów i mniej istotny w tym wszystkim jest fakt, że walka prawdopodobnie była reżyserowana. "Słodki" wywinduje jeszcze rekord na 15 mln za pojedynek z Dannym Lalonde, gdy do akcji włączy się "Bestia", czyli Mike Tyson. Najmłodszy w historii boksu mistrz świata wagi ciężkiej za walkę z Michaelem Spinksem otrzyma 16 mln, a za porażkę z Jamesem Busterem Douglasem w Tokio 25 mln dolarów. Rekord ten pobije dopiero siedem lat później Evander Holyfield, który za drugi pojedynek z Tysonem (1997) dostanie 35 mln dolarów. Walka ta, rozegrana w największym hotelu świata, MGM Grand w Las Vegas, przyniosła największe dochody w historii show-biznesu i wywołała największy skandal. Tyson odgryzł Holyfieldowi kawałek ucha, został zdyskwalifikowany i pozbawiony licencji na kilkanaście miesięcy. Ucho zaś, a właściwie jego strzęp w formalinie, znalazło nabywcę za kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Legenda wciąż żywa Dziś, gdy w boksie zawodowym mamy 17 kategorii wagowych, a walki o tytuły firmuje blisko dziesięć organizacji, trudno już znaleźć kryteria czysto sportowe. Największy ze współczesnych mistrzów, Roy Jones jr., nie otrzymał jeszcze za żaden pojedynek więcej niż 3 mln dolarów. Bruce Seldon, który padał bez ciosu w walce z Tysonem, odebrał czek na 5 mln. Jones, nawet walcząc tak pięknie jak niezapomniany Ray "Sugar" Robinson, nie jest w stanie przyciągnąć tylu ludzi co odrażający Tyson, który ma w sobie magię zła. Muhammad Ali też był odrażający, gdy krzyczał: "Ja jestem największy", ale był też sympatyczny, na tyle sympatyczny, że rozbrajał wszystkich, nawet najbardziej zażartych nieprzyjaciół. Gdy mówił rywalom: "Jesteś szmatą, jesteś tłusty i wstrętny i ruszasz się jak słoń, zabiję cię", był taki jak Tyson. Ale gdy widział przed sobą puste, przekrwione oczy przeciwnika, który chwieje się na nogach i nie może dotrwać do końca, oszczędzał go, przyznając się do własnej słabości słowami: "Nie mógłbym go uderzyć jeszcze raz. To okropny zawód. W świecie i tak jest dużo przemocy" - był bardziej ludzki niż większość współczesnych mistrzów. Boks jak płatny seks To, że schorowany Muhammad Ali jest dziś tak szanowany, jest też po części odpowiedzią na większość pytań związanych z boksem. Ali jest częścią legendy tak jak Jack Johnson, Dempsey, Joe Louis, Rocky Marciano czy George Foreman. Ta legenda wciąż żyje, a tworzą ją nowi, tacy jak Oscar De La Hoya (na jego walce z Trinidadem było pół Hollywoodu), Evander Holyfied czy Lennox Lewis, który mówi, że nie walczy dla pieniędzy, tylko dla sławy. Jeśli więc inny z mistrzów, Michael Moorer, mówi, że boks jest tylko po to, żeby zarobić jak najszybciej możliwie dużo pieniędzy i odejść w dobrym zdrowiu, to jest to tylko jedna z prawd o tym sporcie. Każdy z nas lubiących boks, nosi bowiem w sobie inną prawdę o tej magicznej dyscyplinie, która ma w sobie posmak zła. Aldo Cosentino, znakomity bokser francuski, a przy tym uroczy i dowcipny człowiek, gdy pytałem go przed laty o przyszłość boksu, uśmiechnął się i powiedział: "Nie martw się. Boks będzie zawsze, tak samo jak płatny seks".
W czym tkwi fenomen boksu, sportu od lat budzącego kontrowersje? Jedni twierdzą, że boks jest niegodny cywilizacji końca XX wieku, inni z kolei uważają, że w świecie, gdzie dobro przemieszane jest ze złem, zawsze będzie miejsce dla tych, którzy chcą oglądać boks. Kto jest bliższy prawdy, czy ci, którzy twierdzą, że z medycznego punktu widzenia sport ten powinien być zakazany, czy może ci, którzy stoją na stanowisku, że boks jest wentylem pozwalającym rozładować naturalną agresję tkwiącą w człowieku. Setki wypadków śmiertelnych mających ścisły związek z boksem to fakty, których nie da się wymazać. Podobnie jak następstw ringowych pojedynków. Straszliwa dolegliwość pięściarzy, tzw. punch drunk (pijany po ciosie), to nic innego jak skutek serii drobnych wylewów w mózgu, spowodowanych częstymi uderzeniami w głowę. Medycyna nazywa to encefalopatią bokserów. Z drugiej strony boks to ratunek dla setek tysięcy zaniedbanych chłopców, którzy najpierw na sali treningowej, a później w ringu odnajdują drogę do normalnego życia. życiorysy mistrzów pięści są magnesem przyciągającym do boksu podobnie jak ich kariery, które rodzą się z nędzy, ambicji i nieposkromionej dumy. Irlandzki aktor Liam Neeson, który w młodości sam był bokserem, uważa, że boks to najbardziej szlachetny rodzaj walki. To nie przypadek, że głośne pojedynki bokserskie budzą takie zainteresowanie. Ludzie są gotowi płacić ogromne sumy tylko za to, by z najbliższej odległości śledzić walkę najbardziej zbliżoną do realnej. Termin "walka stulecia" po raz pierwszy pojawił się przed pojedynkiem Jima Jeffriesa z Jackiem Johnsonem 4 lipca 1910 roku w Reno w stanie Nevada. Termin walki ustalano w amerykańskie święto niepodległości. Pojedynek obejrzały wtedy na żywo 42 tysiące osób, co było światowym rekordem. Później "walk stulecia" było już bez liku. W latach trzydziestych na pewno wielkim wydarzeniem był pojedynek Jacka Dempseya z Francuzem Georges'em Carpentierem i dwie walki Dempseya z Gene'em Tunneyem. jednak najbardziej kojarzą się z okresem międzywojennym nazwiska Joe Louisa i Maxa Schmellinga. To właśnie ci pięściarze i ich dwie walki na nowojorskim Yankee Stadium przeszły do legendy. Z jednej strony nowy amerykański król ringu, z drugiej pupil Adolfa Hitlera. W 1936 roku znów odżyły w boksie rasistowskie skojarzenia. Niemiecki bokser Max Schmelling miał wykazać wyższość rasy białej nad czarną. Schmelling został znokautowany przez Joe Louisa w 2. minucie i 4. sekundzie pierwszej rundy. Boks jest tak stary jak świat. Już w starożytnej Helladzie Homer opiewał walki na gołe pięści jako agon siły i sprytu. Grecy jako pierwsi stworzyli sztukę pugilatu. Wielkim zwolennikiem walk bokserów był rzymski cesarz Kaligula, który sprowadzał siłaczy z Afryki. To on z boksu uczynił główny punkt programu igrzysk cyrkowych. Z upadkiem Rzymu i jego kultury pięściarstwo na długo zostało zapomniane. wyjątek stanowiła średniowieczna Rosja, w której ludowy "kułaczy bój" uświetniał zabawy i uroczystości. Za ojczyznę nowoczesnego boksu uważa się jednak przede wszystkim Anglię. tam w 1719 roku James Figg na przedmieściach Londynu utworzył szkołę boksu. Pierwszy sportowy regulamin walk bokserskich powstał 13 lat później. Opracował go wraz z gronem przyjaciół Jack Broughton. w 1865 roku, brytyjski dziennikarz John Graham Chambers ułożył nowe przepisy, które firmowane przez Johna Sholto Douglasa, VIII Markiza Queensberry, przeszły do historii jako "Queensberry Rules". Wprowadzały one trzyminutowe rundy, jednominutowe przerwy i nakazywały używać rękawic. W 1872 roku zastosowano też po raz pierwszy podział na kategorie wagowe: lekką, średnią i ciężką.
ODSZKODOWANIA Strona polska na pozycji słabszego Przeciąganie liny o miliardy marek KRZYSZTOF DAREWICZ z Waszyngtonu Kiedy 17 grudnia podpisano w Berlinie porozumienie o utworzeniu przez niemieckie władze i przedsiębiorstwa przemysłowe Funduszu "Pamięć, odpowiedzialność, przyszłość", który będzie dysponował kwotą 10 mld marek na wypłatę odszkodowań za pracę przymusową w III Rzeszy, wydawać się mogło, że teraz wystarczy już tylko załatwić kilka formalności i ponad dwa miliony żyjących jeszcze ofiar nazistowskiej polityki eksploatowania "robotników ze wschodu" szybko doczeka się zadośćuczynienia. Negocjacje, które doprowadziły do porozumienia, były, bądź co bądź, bardzo trudne i trzeba było nie lada kompromisów, gróźb i nacisków, by Niemcy, upierający się początkowo przy kwocie 6 mld marek, przystali ostatecznie na 10 mld. O skali kompromisu najlepiej bodaj świadczy, że strony reprezentujące poszkodowanych żądały początkowo 25 mld marek i, głównie ze względu na presję czasu, bo codziennie umiera kolejnych kilkudziesięciu poszkodowanych, zgodziły się w końcu na kwotę zadekretowaną berlińskim porozumieniem. Do pełnego sukcesu jest jednak ciągle daleko. Przede wszystkim dlatego, że w czasie poprzedzających zawarcie porozumienia w Berlinie negocjacji nie rozwiązano kluczowego problemu zasad podziału puli odszkodowań. Różni on nadal nie tylko stronę niemiecką i przedstawicieli poszkodowanych, ale nawet w gronie tych drugich stanowi przedmiot zażartych sporów. W tym przeciąganiu liny na obu płaszczyznach strona polska znajduje się na pozycji słabszego. Niemcy narzucają Trudno jest oceniać negocjacje, które jeszcze trwają. Nie można więc z całą pewnością twierdzić, że to tylko cynizm strony niemieckiej doprowadził do stanu, że pieniądze leżą na stole, a po stronie ich odbiorców toczy się teraz żenujący konflikt o podział. Bo trzeba pamiętać, że od samego początku delegacje Polski i innych uczestniczących w negocjacjach krajów Europy Środkowej i Wschodniej (Białorusi, Czech, Rosji i Ukrainy), które reprezentują większość poszkodowanych, nalegały na jednoczesne z ustaleniem puli funduszu odszkodowawczego wypracowanie zasad jej podziału. Zwłaszcza po to, by zapobiec sytuacji, w której strona niemiecka mogłaby wpływać na kształt tych zasad. Jeśli więc Niemcy z premedytacją doprowadzili do tego, że nadal nie wiadomo, jak podzielić 10 mld marek, to zapewne właśnie dlatego, iż doskonale zdawali sobie sprawę z kontrowersji między stronami reprezentującymi poszkodowanych i wynikającej z tego możliwości wpływania przez stronę niemiecką na sposób dysponowania pulą odszkodowań. Potwierdzeniem tych intencji jest przyjęty w środę 26 stycznia przez rząd niemiecki projekt ustawy o funduszu, który zawiera warunki od dawna kwestionowane przez reprezentantów poszkodowanych. Projekt ten, na przykład, przewiduje, że o zasadach podziału miałaby decydować rada nadzorcza funduszu. To oznacza, że wbrew intencjom reprezentantów poszkodowanych, którzy woleliby wypracować zasady podziału przez kompromis polityczny, strona niemiecka usiłuje oddać rozwiązanie tego problemu w ręce częściowo przypadkowego grona, które podejmowałoby decyzje na zasadzie arytmetycznej większości i pod kontrolą Berlina. Projekt ustawy pozbawia też prawa do odszkodowań osoby, które znajdowały się w granicach III Rzeszy od roku 1937, przeznacza 20 proc. funduszu na cele inne niż wypłaty odszkodowań za pracę przymusową oraz, co dotyczy zwłaszcza polskich poszkodowanych, nie wspomina nic o rekompensatach dla osób, które pracowały podczas wojny w niemieckich gospodarstwach rolnych. A przecież, podpisując porozumienie w Berlinie, reprezentanci poszkodowanych zgodzili się jedynie na przyjęcie kwoty 10 mld marek i formułę, że o zasadach jej podziału zdecydują we własnym gronie. Strona żydowska kalkuluje To, że zepchnięcie na dalszy plan kwestii podziału puli odszkodowań było przed 17 grudnia na rękę nie tylko stronie niemieckiej, znajduje potwierdzenie w grze uprawianej teraz przez część reprezentantów poszkodowanych, czyli stronę żydowską. Ona także najwyraźniej założyła bowiem, że dopóty jedność wśród poszkodowanych jest niezbędna, dopóki Niemcy nie zaakceptują w negocjacjach ogólnej kwoty funduszu odszkodowawczego. I że dopiero po tym łatwiej będzie wynegocjować, już bezpośrednio z Niemcami, korzystne warunki podziału, ponieważ strona żydowska dysponuje o wiele bardziej skutecznymi argumentami i możliwościami nacisku niż państwa Europy Środkowej i Wschodniej. To zresztą również znajduje potwierdzenie w projekcie niemieckiej ustawy o funduszu odszkodowawczym. Zakłada on bowiem, że 2 mld marek, czyli 20 proc. puli, przeznaczonych zostanie nie na odszkodowania za pracę przymusową, lecz na tzw. Fundusz Roszczeń Majątkowych i Fundusz Przyszłościowy. Co więcej, projekt ustawy z góry określa, że środkami Funduszu Roszczeń Majątkowych, który teoretycznie ma być przeznaczony dla ofiar "aryzacji" w III Rzeszy, czyli Żydów niemieckich, dysponować będzie Żydowska Konferencja Odszkodowawcza. Ponieważ prawo niemieckie już dawno uregulowało problem rekompensat dla ofiar "aryzacji", pieniądze z Funduszu Roszczeń Majątkowych poszłyby na "projekty społeczne" Żydowskiej Konferencji Odszkodowawczej, czyli, w praktyce, na finansowanie jej działalności. Również Fundusz Przyszłościowy, mający się teoretycznie zajmować projektami edukacyjnymi związanymi z holokaustem, byłby de facto kolejnym źródłem finansowania działalności Żydowskiej Konferencji Odszkodowawczej, która w negocjacjach reprezentuje rozmaite żydowskie organizacje społeczne. Ponadto projekt niemieckiej ustawy przewiduje, że wcześniej otrzymane przez poszkodowanych przez III Rzeszę rekompensaty odliczane byłyby od odszkodowań wypłacanych przez Fundusz "Pamięć, odpowiedzialność, przyszłość". Rozwiązanie to byłoby korzystne dla poszkodowanych z państw Europy Środkowej i Wschodniej, którzy dotąd przeważnie nie dostali od Niemiec żadnych rekompensat, w przeciwieństwie do mieszkających na zachodzie i w Izraelu Żydów, których większość otrzymuje od dawna dożywotnie renty (Niemcy przeznaczają na nie 600 mln dol. rocznie). Ale, po spotkaniu w piątek 28 stycznia z przedstawicielami organizacji żydowskich w Nowym Jorku, reprezentujący w negocjacjach stronę niemiecką Otto Lambsdorff obiecał im wycofanie z projektu ustawy tego zapisu, co oczywiście spowoduje dalsze uszczuplenie puli odszkodowań mających przypaść obywatelom państw Europy Środkowej i Wschodniej. Ofiary się kłócą Źle się stało, że nie uzgodniono zasad podziału przed podpisaniem berlińskiego porozumienia - przyznają bez ogródek przedstawiciele Polski i pozostałych krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Państwa Europy Środkowej i Wschodniej zdecydowanie sprzeciwiają się więc oddaniu aż 20 proc. środków z funduszu na potrzeby Żydowskiej Konferencji Odszkodowawczej i są gotowe wyrazić zgodę na nie więcej niż 10 proc. Kością niezgody jest też kwestia wysokości odszkodowań za pracę niewolniczą (wykonywaną przez więźniów obozów koncentracyjnych, jenieckich i gett, których połowę stanowią Żydzi) i za pracę przymusową (wykonywaną przez osoby deportowane do zakładów przemysłowych, instytucji publicznych i gospodarstw rolnych w III Rzeszy), w której to kategorii zdecydowaną większość stanowią obywatele krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Strona żydowska nalega, żeby odszkodowania za pracę niewolniczą były pięciokrotnie wyższe niż za pracę przymusową, a delegacje państw Europy Środkowej i Wschodniej proponują, żeby różnica była jedynie dwukrotna. Poza tym strona żydowska jest podejrzewana o celowe zawyżanie rzeczywistej liczby poszkodowanych uprawnionych do rekompensat za pracę niewolniczą. Kwestia liczby ofiar jest źródłem sporów nie tylko ze stroną żydowską. Państwa Europy Środkowej i Wschodniej też mają z tym problem. Na przykład delegacja rosyjska podaje w miarę rozwoju negocjacji coraz nowe i coraz wyższe liczby poszkodowanych, stawiając pozostałe państwa Europy Środkowej i Wschodniej w trudnej sytuacji. Z tego powodu nie są bowiem one w stanie zaprezentować nawet silnej jedności we własnym gronie. To, oczywiście, nie uchodzi uwadze Niemiec. Podczas spotkania z organizacjami żydowskimi w Nowym Jorku Otto Lambsdorff nie omieszkał więc "przestrzec" przed "niebezpiecznym", jego zdaniem, zgłaszaniem przez państwa Europy Środkowej i Wschodniej "coraz wyższej z tygodnia na tydzień" liczby czekających na odszkodowania. Sugestia to jednoznaczna - im więcej "ich", tym mniejsze odszkodowania przypadną "wam". Argumenty decydują Postępowanie strony żydowskiej jest poniekąd zrozumiałe. To amerykańscy adwokaci, których większość jest pochodzenia żydowskiego, doprowadzili do negocjacji z Niemcami na temat odszkodowań za pracą przymusową, gdyż zmusili je do tego składając w sądach pozwy zbiorowe. Gdyby doszło do rozpatrzenia tych pozwów, posiadającym rozległe interesy w USA koncernom niemieckim, które podczas wojny wykorzystywały robotników przymusowych, groziłyby kompromitujące i dotkliwe sankcje. Naturalne jest więc, że społeczność żydowska rości sobie teraz prawo do dużej części puli odszkodowań. Polska i pozostałe kraje Europy Środkowej i Wschodniej są w tej sytuacji na pozycji słabszego. Nie mają bowiem za sobą potężnego lobby, jakim dysponuje strona żydowska w postaci prawników, sieci bardzo wpływowych w USA i Niemczech organizacji czy wielu czołowych amerykańskich polityków żydowskiego pochodzenia. Nie mają też argumentu w postaci pozwów sądowych, bo ani ich sądy nie są przygotowane do prowadzenia tego rodzaju spraw, ani dobro stosunków z Niemcami, które odgrywają kluczową rolę we wprowadzaniu ich do struktur zachodnich, nie sprzyja podnoszeniu przez te państwa roszczeń uznanych w ich dwustronnych stosunkach z Niemcami za uregulowane. A bez pozwów państwa Europy Środkowej i Wschodniej nie mają praktycznie żadnego wpływu na kształt warunków prawnego zamknięcia negocjacji. Skutek jest taki, że Otto Lambsdorff, zamiast w Warszawie czy Mińsku, rozmawia o warunkach podziału funduszu odszkodowawczego z żydowskimi organizacjami w Nowym Jorku, a dziesięciu z piętnastu uczestniczących w negocjacjach prawników nie popiera postulatów państw Europy Środkowej i Wschodniej i odmówiło udziału w zorganizowanych w czwartek i piątek (27 - 28 stycznia) konsultacjach na terenie Ambasady Polski w Waszyngtonie. To natomiast oznacza, że czekający w naszym kraju na odszkodowania za pracę przymusową w III Rzeszy muszą się liczyć z tym, iż będą one miały tylko symboliczny charakter i wysokość zapewne bardzo daleko odbiegającą od oczekiwań.
17 grudnia podpisano w Berlinie porozumienie o utworzeniu przez niemieckie władze i przedsiębiorstwa przemysłowe Funduszu "Pamięć, odpowiedzialność, przyszłość", który będzie dysponował 10 mld marek na wypłatę odszkodowań za pracę przymusową w III Rzeszy. Do pełnego sukcesu jest jednak ciągle daleko. nie rozwiązano problemu zasad podziału puli odszkodowań. delegacje Polski i innych krajów Europy Środkowej i Wschodniej nalegały na jednoczesne z ustaleniem puli wypracowanie zasad jej podziału. wbrew intencjom reprezentantów poszkodowanych strona niemiecka usiłuje oddać rozwiązanie tego problemu w ręce grona, które podejmowałoby decyzje pod kontrolą Berlina. Projekt ustawy pozbawia prawa do odszkodowań osoby, które znajdowały się w granicach III Rzeszy od roku 1937, przeznacza 20 proc. funduszu na cele inne niż wypłaty odszkodowań za pracę przymusową. projekt ustawy z góry określa, że środkami Funduszu Roszczeń Majątkowych dysponować będzie Żydowska Konferencja Odszkodowawcza. pieniądze poszłyby w praktyce na finansowanie jej działalności. Fundusz Przyszłościowy byłby kolejnym źródłem finansowania działalności ŻKO. projekt niemieckiej ustawy przewiduje, że wcześniej otrzymane przez poszkodowanych rekompensaty odliczane byłyby od odszkodowań wypłacanych przez Fundusz. Rozwiązanie to byłoby korzystne dla państw Europy Środkowej i Wschodniej. Ale po spotkaniu z przedstawicielami organizacji żydowskich Otto Lambsdorff obiecał wycofanie z projektu tego zapisu. Kością niezgody jest też kwestia wysokości odszkodowań za pracę niewolniczą i pracę przymusową, w której to kategorii większość stanowią obywatele krajów Europy Środkowej i Wschodniej. strona żydowska jest podejrzewana o celowe zawyżanie rzeczywistej liczby poszkodowanych uprawnionych do rekompensat za pracę niewolniczą. Postępowanie strony żydowskiej jest poniekąd zrozumiałe. To amerykańscy adwokaci pochodzenia żydowskiego doprowadzili do negocjacji z Niemcami. Polska i pozostałe kraje są na pozycji słabszego. Nie mają za sobą potężnego lobby.Skutek jest taki, że Otto Lambsdorff, zamiast w Warszawie czy Mińsku, rozmawia o warunkach podziału funduszu odszkodowawczego z żydowskimi organizacjami w Nowym Jorku.
Nie wywalczymy lepszych warunków członkostwa niż te, które oferuje Berlin Do Brukseli przez Niemcy JĘDRZEJ BIELECKI Z BERLINA Niemcy nie oferują Polsce członkostwa w Unii Europejskiej ani w najkrótszym czasie, ani z największymi korzyściami finansowymi, ani z gwarancją przyznania od razu pełni praw. Jednak tylko na proponowanych przez nich warunkach awans cywilizacyjny naszego kraju, wynikający z przystąpienia do Wspólnoty, będzie możliwy. Lepszego porozumienia żadna z pozostałych stolic "15" nam nie przyzna. Taka jest konkluzja rozmów z wysokimi przedstawicielami niemieckiego rządu. Obawy i zastrzeżenia Trzy lata negocjacji członkowskich ujawniły, jaki jest stosunek zachodnich rządów do poszerzenia Unii. Wiele krajów, z różnych względów, przyjęło postawę defensywną. Hiszpania, Portugalia i Grecja obawiają się, że po przyjęciu nowych członków wyschnie strumień darowizn, jaki płynie do nich z Brukseli. Belgia, która przetrwała jako jednolite państwo zapewne dzięki przekazaniu wielu kompetencji organom europejskim, obawia się, że poszerzona Unia stanie się słabsza, a nawet, że grozi jej rozpad. Obawy te podziela także Francja, która traktuje wciąż Wspólnotę jako "swoje dziecko" i narzędzie rozszerzania swych wpływów na świecie. Francuskie obawy wynikają jednak głównie z przeświadczenia, że poszerzenie Unii prowadzi do zwiększenia potęgi Niemiec w Europie i przesunięcia środka ciężkości z Paryża ku Berlinowi. W dużym stopniu sparaliżowało to francuskie myślenie o Europie. W minioną środę szef dyplomacji Hubert Vedrine, występując w Bundestagu, odrzucił plany kanclerza Gerharda Schrödera nadania większego znaczenia ponadnarodowej Komisji Europejskiej i Parlamentowi Europejskiemu kosztem Rady UE, w której reprezentowane są stolice "15". Francuzi kurczowo trzymają się prerogatyw państwa narodowego, bo w ich przeświadczeniu większa rola Europy to większa rola Niemiec. Taka analiza Paryża jest zapewne największym zaskoczeniem i zawodem dla uczestniczących w procesie poszerzania Unii. "Gdy jestem w Paryżu, zawsze staram się przekonać Francuzów, że Polska ze względów historycznych niczego bardziej nie pragnie jak tego, by to nie Niemcy były jej adwokatem w drodze do Wspólnoty, ale Francja. Francuzi nie mogą jednak zrozumieć, że poszerzenie Unii nie oznacza poszerzenia niemieckiej strefy wpływów" - twierdzi szef komisji ds. UE niemieckiego Bundestagu Friedbert Pfluger. Gorącymi zwolennikami poszerzenia Unii są kraje skandynawskie. Ale jak pokazuje obecne przewodnictwo w Unii Szwecji, ich wpływy we Wspólnocie są bardzo ograniczone. Pozycję Szwecji i Danii osłabia też pozostawanie poza strefą euro. W wielu kancelariach "15" podejrzewa się, że Skandynawowie forsują poszerzenie Unii nie dla dobra kandydatów, ale po to, by "rozwodnić" Wspólnotę i w ten sposób zapobiec powstaniu superpaństwa europejskiego. Taki, w powszechnej opinii, jest też przede wszystkim brytyjski motyw poparcia poszerzenia. Brytyjczycy, gdyby byli zdeterminowani, mogliby w dużej części przeforsować swoje plany. Z perspektywy Londynu kandydaci mają jednak na tyle marginalne znaczenie, że zbyt wiele dla nich nie warto robić. Z pewnością przyjaciół mamy we Włoszech. Problemem Rzymu, i to nie tylko w sprawach poszerzenia Unii, ale ogólnie w polityce europejskiej, jest jednak chroniczna nieumiejętność utworzenia silnego rządu i prowadzenia długofalowej polityki. Dlatego w UE Włosi idą za jakąś opcją, a nie sami występują z nowymi inicjatywami. Krajem, który może być "motorem" poszerzenia, pozostają więc Niemcy. To państwo, które spełnia po temu wszystkie warunki. Jest na tyle wpływowe we Wspólnocie, że może przeforsować swoje koncepcje. Ma takie powiązania polityczne i gospodarcze z Polską, że zależy mu na poszerzeniu Unii. Wypracowało taką wizję Europy, w której nie ma obaw o ograniczenie wpływów państw narodowych wraz z poszerzeniem Unii. Trudny partner Niemcy są jednak dla Polski partnerem trudnym. Z powodu doświadczeń historycznych i dużej wagi interesów gospodarczych między Polską i Niemcami często dochodzi w negocjacjach do spięć. Przywoływane są psychologiczne obawy, jak choćby przed wykupieniem przez Niemców naszego kraju czy przyznaniem drugiej, bo bez prawa do pracy, kategorii członkostwa. Jednak droga do Unii prowadząca przez przełamanie niechęci do "odwiecznego wroga" nie jest wyjątkiem w historii Unii, ale raczej regułą. Warunkiem ustanowienia Wspólnoty było przecież porozumienie między Francją i Niemcami. Aby doszło do prawdziwego pojednania, konieczna jest jednak inicjatywa obu stron. W ostatnich latach w Polsce coraz większe jest przeświadczenie, że Niemcy nie do końca wypełniają ten warunek, wykorzystując swą silną pozycję w negocjacjach. Z pewnością Niemcy, i szerzej Unia Europejska, nie idą na takie ustępstwa, które zagroziłyby z jednej strony reelekcji obecnej ekipy rządzącej w Berlinie, a z drugiej stanowiły zasadnicze ryzyko dla funkcjonowania jednolitego rynku. O dyskryminacji trudno jednak mówić. 7-letni okres przejściowy w sprawie pracy na Zachodzie to tylko powtórzenie podobnych restrykcji, wprowadzonych gdy do UE przystępowały Hiszpania i Portugalia, choć przepaść w rozwoju Wspólnoty i kandydatów jest dużo większa, niż była przy poszerzeniu z połowy lat 80. Wiele emocji wywołują oferowane nam finansowe warunki członkostwa, szczególnie brak pełni dopłat dla rolników w pierwszych latach członkostwa. Ale i tu Hiszpania nie była lepiej potraktowana. Sowite fundusze strukturalne wywalczyła, mając swoich przedstawicieli w Radzie UE, a nie gdy była poza Unią. Ogromne koszty zjednoczenia powodują, że Niemcy nie chcą zwiększać już i tak poważnej (11 mld euro rocznie) nadpłaty do budżetu Unii, choć i tu rysuje się kompromis w postaci przekazania w początkowym okresie części "należnych nam pieniędzy". Społeczeństwo niemieckie jeszcze do niedawna żyło w izolacji wobec Polski. Stąd wiele obaw i niewielkie (około 35 proc.) poparcie naszego członkostwa. To ogranicza możliwość manewru niemieckich władz. Nieznane mechanizmy Trudno także twierdzić, że dla nasz została ustanowiona wyjątkowo długa ścieżka negocjacji, bo data akcesji jest odkładana z roku na rok. Frustracja Polaków wynika częściowo z początkowej nieznajomości unijnych mechanizmów. Uwzględniają one opinie wszystkich krajów "15", a to zajmuje czas. Pewne "opóźnienie" jest także korzystne dla naszego kraju, bo daje czas na przeprowadzenie z konieczności trudniejszych dostosowań niż u mniejszych kandydatów. Niemcy nawet ostrzegli, że pozostali będą musieli poczekać, aż Polska będzie gotowa, oczywiście, o ile przygotowania będą się u nasz posuwały. Zwłoka wynika także z żądań wysuwanych przez takie kraje jak Francja (rolnictwo), których Niemcy nie mogą pominąć. Wydaje się jednak bardzo prawdopodobne, że negocjacje zakończą się w 2003 roku, a Polska znajdzie się w Unii w 2005 roku. Oznaczałoby to 5 - 6 lat rozmów, czyli nieco mniej niż trwały negocjacje z Hiszpanią. Taki kalendarz, jeśli zostanie spełniony, będzie w istotnym stopniu zasługą Niemiec, które za pośrednictwem komisarza ds. poszerzenia UE Guentera Verheugena (byłego wiceszefa niemieckiej dyplomacji) przeforsowały w tym celu odpowiednią "mapę drogową". Scenariusz nie zostanie jednak zrealizowany, jeśli Polska będzie upierać się przy nierealnych z perspektywy "15" warunkach członkostwa. "Niemcy nie będą mogły odgrywać roli motoru poszerzenia Unii, jeśli nasze obawy nie zostaną wzięte pod uwagę" - ostrzega Pfluger. Dopóki nie będziemy mieli lepszego sojusznika w drodze do Brukseli, lepiej wziąć pod uwagę tę radę. -
Trzy lata negocjacji członkowskich ujawniły, jaki jest stosunek zachodnich rządów do poszerzenia Unii. Hiszpania, Portugalia i Grecja obawiają się, że po przyjęciu nowych członków wyschnie strumień darowizn, jaki płynie do nich z Brukseli. Francuskie obawy wynikają z przeświadczenia, że poszerzenie Unii prowadzi do zwiększenia potęgi Niemiec w Europie.Gorącymi zwolennikami poszerzenia Unii są kraje skandynawskie. W wielu kancelariach "15" podejrzewa się, że Skandynawowie forsują poszerzenie Unii nie dla dobra kandydatów, ale po to, by "rozwodnić" Wspólnotę i w ten sposób zapobiec powstaniu superpaństwa europejskiego.Taki, w powszechnej opinii, jest też przede wszystkim brytyjski motyw poparcia poszerzenia.Krajem, który może być "motorem" poszerzenia, pozostają więc Niemcy.
Senat może być antidotum na partyjniactwo. Dlaczego przeszkadza Leszkowi Millerowi? Gdy zabraknie gwaranta ZBIGNIEW ROMASZEWSKI Kampania wyborcza 2001 roku przebiega pod znakiem krytyki rządu Jerzego Buzka i gdyby nie rząd organizujący co pewien czas happeningi, obywatele nie bardzo by wiedzieli, na kogo głosować. A tak wiedzą: nie głosować na AWSP winną wszystkim nieszczęściom, poprzeć SLD, najbardziej radykalnego krytyka rządu. Cały kłopot polega na tym, że jeszcze miesiąc, półtora i rząd Jerzego Buzka poda się do dymisji, co więc robić? Kogo krytykować? Rząd Jerzego Buzka jest zły, bo minister Bauc chce zamrozić emerytury i uposażenia w sferze budżetowej. Rząd Jerzego Buzka jest jeszcze gorszy, bo zdymisjonował ministra Bauca i przyszłe decyzje strategiczne pozostawił SLD, a Sojusz woli obiecywać powszechną szczęśliwość, niż podejmować trudne decyzje. Chociaż czasami podejmuje, np. eksmisja na bruk wylansowana przez panią Blidę, sprzedaż mieszkań wraz z najemcami (ustawa z 1994 r.) to decyzje trudne, ale przecież niepodejmowane w czasie kampanii wyborczej przez ugrupowanie wrażliwe społecznie. Ale dość ironii. W kontekście załamania się koniunktury brak poważnej dyskusji w sprawie polityki społeczno-gospodarczej pomiędzy poszczególnymi ugrupowaniami startującymi w wyborach musi martwić. Mnie natomiast niezwykle zaniepokoiła wypowiedź pana Millera, który rozwiązania problemów społeczno-gospodarczych upatruje w sferze ustrojowej państwa. Śladem Łukaszenki Zdaniem przewodniczącego SLD demokracja za dużo kosztuje. Tych, którzy w to wierzą, pragnę zapewnić, że nie jest to pogląd oryginalny. Podobne stanowisko reprezentował prezydent Łukaszenko i jakoś Białoruś nie stała się krajem szczęśliwych i zamożnych obywateli. Likwidacja przerostów biurokratycznych to dobre i słuszne hasło, tylko czy na pewno to ma być 2500 etatów? Łatwo sobie wyobrazić, że np. Platforma Obywatelska przelicytuje pana Millera, i co wtedy? Na dodatek 2500 etatów to najwyżej 100 - 150 mln złotych, co w porównaniu z 40-miliardową dziurą budżetową jest niezauważalne. Wszystko, co wyżej powiedziano, to prawdę mówiąc populizm, ale dopuszczalny w trakcie kampanii wyborczej. Gorzej wygląda sytuacja, gdy pan Miller proponuje likwidację Senatu i ograniczenia Trybunału Konstytucyjnego i Trybunału Stanu. To prawda, rozwiązania konstytucyjne w dziedzinie tych instytucji nie są najszczęśliwsze, co zawsze było wiadomo, ale to nie ja, tylko pan Miller ze swoim ugrupowaniem je popierał. O co chodzi z Trybunałem Stanu Najtrudniej zrozumieć, o co mu chodzi z tym Trybunałem Stanu. Przecież sędziowie Trybunału Stanu nie pobierają żadnych uposażeń, a Trybunał nie ma własnej obsługi. Ponadto, co można policzyć na palcach, mniej sędziów Trybunał już liczyć nie może. W pierwszej instancji sprawę rozpatruje pięciu sędziów, w drugiej siedmiu innych, to razem dwunastu w każdej sprawie. Rezerwa pięciu sędziów nie jest chyba przesadna, uwzględniając, że ludzie chorują, mają problemy rodzinne, wyjeżdżają za granicę, i powtarzam - nie biorą za swoją funkcję pieniędzy. O co więc chodzi? O likwidację Trybunału Stanu, o likwidację odpowiedzialności konstytucyjnej polityków? Trudno uwierzyć. Można mieć również zastrzeżenia do konstytucyjnych uregulowań dotyczących Trybunału Konstytucyjnego. Pozbawienie Trybunału możliwości dokonywania wykładni przepisów prawnych to nieporozumienie, które często dość boleśnie odczuwamy w parlamencie. Trudno również pogodzić się z sytuacją, kiedy w wypadku kontrowersji prawnych orzeczenie ostateczne zapada stosunkiem głosów 5 do 4 i głos jednego sędziego podważa pracę obydwu izb parlamentu. Ale na ten temat pan Miller się nie wypowiada, martwi go natomiast nadmierna liczba sędziów. I w tym momencie sprawa się chyba wyjaśnia. Nie martwiła go liczba sędziów w roku 1997, lecz martwi dzisiaj. Co się zmieniło? No, oczywiście, zmienił się skład Trybunału. Powstał Trybunał, który mógłby podważyć monopol władzy SLD, a to jest niedopuszczalne. Jeśli wmówi się ludziom, że to dużo kosztuje, może zgodzą się na powrót władzy monopartii. Zagrożona hegemonia Podobną przeszkodę w monopolu władzy stanowi Senat. To wprost nie do wiary, jak historia lubi się powtarzać. Zasiadając w Senacie, trudno sobie wyobrazić, że ma on aż tak wielkie znaczenie ideologiczne. A jednak ma. Kiedy przystępowano do budowy zrębów komunistycznego państwa, co było przedmiotem referendum 1946 roku? Istnienie Senatu. Co miało być gwarantem odradzania się demokracji w Polsce? Powstanie Senatu. Co dziś może pokrzyżować plany pana Millera? Również Senat. Dlaczego? Myślę, iż przede wszystkim dlatego, że w wyborach do Senatu funkcjonujące na scenie politycznej ugrupowania posierpniowe zdołały się porozumieć i utworzyć ponadpartyjny Komitet Wyborczy Blok Senat 2001, desygnujący kandydatów do Senatu. To może złamać SLD-owską hegemonię w parlamencie. Nawet osiągnięcie przez SLD większości w Senacie zaczyna być problematyczne. Ale to są doraźne problemy taktyczne. Argumenty oszczędnościowe również nie wytrzymują krytyki. Budżet Senatu wynosi 125 mln zł (w tym 75 mln na funkcjonowanie Senatu i 50 mln na wsparcie działalności Polonii zagranicznej, głównie na Wschodzie). Przy budżecie państwa 181,6 mld działalność Senatu kosztuje 0,041 proc. państwowych wydatków. Tak więc tezę, że likwidacja Senatu przyniesie znaczące oszczędności, trzeba po prostu odrzucić jako niepoważną. Spróbujmy sobie wobec tego odpowiedzieć na pytanie, po co jest Senat i dlaczego tak przeszkadza SLD. Po co Senat Zgodnie z zakresem kompetencji określonym przez Konstytucję III RP Senat poprawia ustawy przychodzące z Sejmu. W bieżącej kadencji Senat wniósł ponad 6000 poprawek, w ponad 750 rozpatrywanych ustawach. Różna była ranga tych poprawek i różny był ich los. Były poprawki usuwające oczywiste błędy legislacyjne i były poprawki merytoryczne proponujące rozwiązania inne od zaproponowanych przez Sejm. Część poprawek Sejm akceptował, część z dużą łatwością (przy odrzuceniu poprawki Senatu obowiązuje bezwzględna większość głosów) odrzucał. Niekiedy, odrzucone przez Sejm poprawki senackie powracały do nas jako kolejne inicjatywy ustawodawcze nowelizujące niedawno uchwalone ustawy, ponieważ Trybunał Konstytucyjny kwestionował przyjęte przez Sejm rozwiązania. Czasami Senat korzystał z inicjatywy ustawodawczej. Taką inicjatywą senacką było rozszerzenie uprawnień osób z Kresów Wschodnich do ubiegania się o odszkodowania za krzywdy doznane w wyniku walki o niepodległe państwo polskie. Senat zajmuje się przede wszystkim pracą legislacyjną i nie ma (z czego nie wszyscy zdają sobie sprawę) żadnego wpływu na władzę wykonawczą. W tych warunkach na osiągnięcia Senatu szczególnie zły wpływ ma partyjniactwo. Utrzymująca się od dwóch kadencji sytuacja zdominowania Senatu przez silne, poddane dyscyplinie partyjnej ugrupowanie prowadzi do zanegowania podstawowej roli Senatu jako izby refleksji. W trzeciej kadencji taką rolę odgrywał SLD, a w ostatniej, czwartej - AWS. Upartyjniony Senat powtarza w gruncie rzeczy z nieistotnymi zmianami ustalenia Sejmu prowadzącego grę partyjną. Rozmija się to z zasadniczą rolą, jaką powinien spełniać Senat. Najważniejsze w pracy legislacyjnej Senatu powinno być ponowne rozpatrzenie rozwiązań proponowanych przez Sejm w innym gronie, z wykorzystaniem innych ekspertów; oderwanie się od doraźnych uwarunkowań kierujących przedłożeniami rządu i Sejmu oraz spojrzenie na nie z perspektywy generalnej wizji rozwoju państwa. Polityka rzeczą partii Ażeby uniknąć nieporozumień, powiedzmy sobie jasno: politykę prowadzi się, opierając się na partiach politycznych. Rząd, jeśli ma sprawnie wykonywać władzę, musi dysponować stabilną większością w Sejmie. Dyscyplina partyjna jest w tym wypadku niezbędna. Jednocześnie ten sam rząd musi zdawać sobie sprawę, że może funkcjonować jedynie w granicach platformy politycznej wyznaczonej przez popierające go partie. W przeciwnym wypadku grozi mu zawężenie bazy parlamentarnej i chaos. Oczywiste jest, że rząd musi również rozwiązywać kwestie doraźne, zawierać kompromisy, a te muszą uwzględniać interesy partyjne. Jeśli interesy te zaczynają dominować nad interesem państwa, jeśli pojawia się korupcja, rodzi się patologia, zaczyna się partyjniactwo. Nie ma rozwiązań idealnych, ale jakimś antidotum na klęskę partyjniactwa może być Senat. Sprzyja temu większościowa ordynacja wyborcza, w której wyborca głosuje nie na enigmatyczne partie polityczne, ale wybiera poszczególnych ludzi, których poglądy, postawę, rzetelność jest w stanie ocenić. Za swoje decyzje i postawę odpowiadają przed wyborcami nie anonimowe partie, ale poszczególni ludzie, i to osobiście. Ta osobista odpowiedzialność powoduje, że nawet w upartyjnionej grupie trudno odbudować bezkrytyczny "centralizm demokratyczny". Myślę, że to jest główna przyczyna, iż Senat jest aż tak niepożądany. Senat nie jest w stanie i nie powinien ingerować w bezpośrednie działania władzy wykonawczej. Powinien natomiast stanowić układ odniesienia, z którego społeczeństwo mogłoby zorientować się, czy w wyniku dziesiątków meandrów wykonywanych przez rząd poruszamy się jeszcze w tym kierunku, w którym zamierzaliśmy, czy też idziemy już zupełnie gdzie indziej, a może z powrotem. Taką funkcję może spełnić jedynie odpartyjniony, w którym nie ma dyscypliny partyjnej, niezależny Senat, i taka koncepcja legła u podstaw utworzenia Bloku Senat 2001. Powołany w ten sposób Senat mógłby odgrywać dużo większą i znakomicie bardziej pozytywną rolę niż ta, jaką wyznacza mu konstytucja. Myślę, że powinna to być przede wszystkim rola kontrolna i parasądownicza. Prowadzenie przez Sejm - uwikłany w taktyczne okołorządowe intrygi - przesłuchań, śledztw, postępowań konstytucyjnych to chyba nieporozumienie. Dlaczego upartyjniony Sejm ma mianować funkcjonariuszy publicznych na stanowiska apolityczne: rzecznika praw obywatelskich, prezesa IPN, inspektora danych osobowych, rzecznika interesu publicznego, rzecznika praw dziecka i wielu, wielu innych? Czemu Senat, nieposiadający żadnego wpływu na rząd, jest rozwiązywany wraz z upadkiem rządu i Sejmu? Praktycznie likwiduje to niezależność Senatu i wikła go w doraźne rozgrywki polityczne. Warto by o tym pomyśleć. Jeśli komuś związano nogi, to pogląd, że słabo biega, jest na pewno prawdziwy, ale czy konstruktywny? Jak już pisałem, nie ma rozwiązań idealnych, ale bywają lepsze i gorsze. Istniejąca ordynacja wyborcza do Senatu, na pewno trudna i stawiająca przed wyborcą wyższe wymagania niż w wyborach do Sejmu, stwarza możliwość, by Senat stał się gwarantem demokracji. Na koniec jeszcze dwie uwagi. Niezależnie od postulatu likwidacji Senatu SLD wystawił w wyborach do tej Izby 100 kandydatów. Jaka ma być ich rola w Senacie? Piątej kolumny? Sądzę, że nie wszyscy sobie na nią zasłużyli. Autor jest senatorem od 1989 roku
Zgodnie z zakresem kompetencji określonym przez Konstytucję III RP Senat poprawia ustawy przychodzące z Sejmu, zajmuje się przede wszystkim pracą legislacyjną i nie ma żadnego wpływu na władzę wykonawczą. W tych warunkach na osiągnięcia Senatu szczególnie zły wpływ ma partyjniactwo. Upartyjniony Senat powtarza rzeczy z nieistotnymi zmianami ustalenia Sejmu prowadzącego grę partyjną. Rozmija się to z rolą, jaką powinien spełniać Senat. Najważniejsze w pracy legislacyjnej Senatu powinno być ponowne rozpatrzenie rozwiązań proponowanych przez Sejm w innym gronie, z wykorzystaniem innych ekspertów; oderwanie się od doraźnych uwarunkowań kierujących przedłożeniami rządu i Sejmu. Senat nie jest w stanie i nie powinien ingerować w działania władzy wykonawczej. Powinien natomiast stanowić układ odniesienia, z którego społeczeństwo mogłoby zorientować się, czy w wyniku dziesiątków meandrów wykonywanych przez rząd poruszamy się jeszcze w tym kierunku, w którym zamierzaliśmy, czy też idziemy już zupełnie gdzie indziej, a może z powrotem. Taką funkcję może spełnić jedynie odpartyjniony, w którym nie ma dyscypliny partyjnej, niezależny Senat, i taka koncepcja legła u podstaw utworzenia Bloku Senat 2001.Powołany w ten sposób Senat mógłby odgrywać dużo większą i bardziej pozytywną rolę niż ta, jaką wyznacza mu konstytucja. powinna to być przede wszystkim rola kontrolna i parasądownicza. Prowadzenie przez Sejm - uwikłany w taktyczne okołorządowe intrygi - przesłuchań, śledztw, postępowań konstytucyjnych to nieporozumienie. Czemu Senat, nieposiadający żadnego wpływu na rząd, jest rozwiązywany wraz z upadkiem rządu i Sejmu? Praktycznie likwiduje to niezależność Senatu i wikła go w doraźne rozgrywki polityczne. Warto by o tym pomyśleć. Jeśli komuś związano nogi, to pogląd, że słabo biega, jest na pewno prawdziwy, ale czy konstruktywny? nie ma rozwiązań idealnych, ale bywają lepsze i gorsze. Istniejąca ordynacja wyborcza do Senatu, na pewno trudna i stawiająca przed wyborcą wyższe wymagania niż w wyborach do Sejmu, stwarza możliwość, by Senat stał się gwarantem demokracji.
Reportaż "Zamojszczyzna" boli ich jak wrzód, bo to konkretne pieniądze z renty obozowej i przywileje Dzieci ze sfałszowanym życiorysem - Oni mają tyle pieniędzy, ile liści na drzewie. W sklepie, gdy kupujemy podłą kiełbasę lub pasztetową, śmieją się z nas, że nie umiemy gospodarzyć, że próżniakami jesteśmy i dlatego całe życie będziemy dziadami. Przecież gdyby nie ta "zamojszczyzna", oni na tyłku te same majtki, by mieli - mówią chórem kobiety. Żadna nie chce się przedstawić. Boją się. Wyliczają komu "zamojszczaki" grozili, a komu szyby powybijali. Fot. Rafał Guz Robert Horbaczewski Kto był w obozie, niech pieniądze bierze, żalu nie mamy, ale z tych, co w Majdanie biorą, nikt w obozie nie był - mówi Helena Być, jedna z głównych świadków oskarżenia w procesie o wyłudzenia rent należnych dzieciom Zamojszczyzny "Zwracam się ze skargą do prokuratora w Hrubieszowie przeciwko (tu nazwisko i imię) i jego żonie, którzy posiadają 15 ha ziemi, 4 konie, 3 krowy, 17 świń, dwa traktory i poloneza. Dorobili się tego wszystkiego za »zamojszczyznę«, a w ogóle za drutami nie byli". Takich donosów, w większości anonimowych, do prokuratury, organizacji kombatanckich, sądu, policji i redakcji prasowych na początku lat dziewięćdziesiątych napłynęły setki. Napływają i dziś, choć dużo mniej. Na podstawie jednego z nich, złożonego w kwietniu 1994 roku przez kilku mieszkańców Majdanu Tuczępskiego i Tuczęp (gmina Grabowiec) Prokuratura Rejonowa w Hrubieszowie wszczęła śledztwo w sprawie wyłudzenia rent należnych dzieciom Zamojszczyzny. W kręgu podejrzanych znalazło się ponad 120 osób, w większości byłych mieszkańców Majdanu Tuczępskiego. Zarzuty postawiono 62 z nich. Ostatecznie, po ponad dwóch latach żmudnego śledztwa, na ławie oskarżonych zasiadło jedynie 15 osób. Resztę postępowań umorzono. - Niektórzy dobrowolnie zrzekli się tych świadczeń. W stosunku do innych nie było dowodów, że świadczenia wyłudzili świadomie. Osoby te złożyły wnioski, bo figurowały w dokumentach Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce - wyjaśnia prokurator Józef Pokarowski, szef Prokuratury Rejonowej w Hrubieszowie. Proceder z pobieraniem rent należnych dzieciom Zamojszczyzny rozpoczął się po 1982 roku. Wtedy Sąd Najwyższy stwierdził, że pobyt dzieci do 14 roku życia w obozie na Majdanku lub w obozach przejściowych w Zamościu lub Zwierzyńcu traktowany jest na równi z przebywaniem dorosłych w obozie koncentracyjnym. To orzeczenie stworzyło możliwość ubiegania się o świadczenia kombatanckie. Aby jednak ubiegać się o świadczenia, trzeba było udowodnić, że ma się tzw. status dziecka Zamojszczyzny. Należało udokumentować przynajmniej miesięczną rozłąkę z rodziną podczas pacyfikacji Zamojszczyzny i pobyt w obozie. Następnie Komisja Kwalifikacyjna ZUS do spraw Inwalidztwa przyznawała określoną grupę inwalidzką, co dawało prawo do renty obozowej. W zależności od przyznanej grupy wynosi ona od 1100 do 1700 zł. Tworzenie statusu Regulamin ZBoWiD określał, że dowodami na posiadanie statusu dziecka Zamojszczyzny są zaświadczenia z lubelskiego Muzeum na Majdanku lub Wojewódzkiego Archiwum Państwowego w Lublinie albo w Zamościu. Niektórzy przedstawili jednak dokumenty Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich. Część z nich powstała na podstawie spisów sporządzonych w 1946 roku, a więc trzy lub cztery lata po pacyfikacji. Posterunkowi MO i sołtysi, którzy sporządzali wówczas listy wysiedlonej przez hitlerowców ludności, przebąkiwali coś o ewentualnych odszkodowaniach, które miało płacić państwo niemieckie. W podzamojskim Majdanie Tuczępskim ludzie pamiętają, jak jesienią 1946 roku komendant posterunku MO w Grabowcu kapral Zamorzycki i starszy strzelec Józef Pawłoś chodzili od chałupy do chałupy i pytali: - Wysiedleni byliście? - Byliśmy. - A w obozie byliście? - Byliśmy. - A wasze dzieci też tam były? - Też były. Zapisywał się więc, kto mógł. Na listach figurowali zarówno ci, którzy byli w obozach, jak i ci, którzy uciekli ze wsi przed wysiedleniem, nawet ci, co urodzili się po wysiedleniu. Kiedy okazało się, że odszkodowań nie będzie, spisy powędrowały do archiwum. W latach sześćdziesiątych trafiły do Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich. Po 1982 roku każdy ujęty na tych listach mógł otrzymać zaświadczenie, że był w obozie. Wystarczyło znaleźć 2 - 3 świadków, którzy to potwierdzili. - To właśnie instytucja świadka okazała się najgorsza w tej procedurze. Dochodziło do tego, że tzw. poświadczenia podpisywały 2-, 3-letnie dzieci, kuzyni podpisywali kuzynom. Ci, którzy zdobyli już uprawnienia, podpisywali poświadczenia innym, a ci następnym. W ten sposób wzrastała liczba rzekomych dzieci Zamojszczyzny - uważa Julian Grudzień, prezes zamojskiego oddziału Polskiego Związku Byłych Więźniów Politycznych Hitlerowskich Więzień i Obozów Koncentracyjnych, skupiającego środowisko dzieci Zamojszczyzny. Kość niezgody Wieś Tuczępy, gdzie mieszkają świadkowie oskarżenia, sąsiaduje z Majdanem Tuczępskim, skąd pochodzą oskarżeni. Z list transportowych znajdujących się w Archiwum Państwowym w Lublinie wynika, że w 1943 roku z obozu przejściowego w Zamościu na tereny podwarszawskie przemieszczono jedynie trzy osoby z Majdanu Tuczępskiego. Powołani przez sąd w Hrubieszowie świadkowie twierdzą, że wysiedlono maksymalnie kilkanaście osób, w tym jedynie trójkę dzieci. Reszta mieszkańców wsi wcześniej uprzedzona o pacyfikacji po prostu uciekła. Renty pobiera kilkadziesiąt mieszkańców. Przy wejściu na cmentarz w Tuczępach stoi grupka kobiet. Gdy pytam o dzieci Zamojszczyzny ożywiają się. Ta sprawa cały czas wzbudza emocje. - Oni mają tyle pieniędzy, ile liści na drzewie. W sklepie, gdy kupujemy podłą kiełbasę lub pasztetową, śmieją się z nas, że nie umiemy gospodarzyć, że próżniakami jesteśmy i dlatego całe życie będziemy dziadami. Przecież gdyby nie ta "zamojszczyzna", oni na tyłku te same majtki, by mieli - mówią chórem kobiety. Żadna nie chce się przedstawić. Boją się. Wyliczają komu "zamojszczaki" grozili, a komu szyby powybijali. Gdy obok cmentarza zatrzymał się czerwony opel kombi zamilkły. Sugerują, aby schować aparat fotograficzny. - Znowu będą nam bluzgać, że kogoś nasyłamy - szeptają. "Zamojszczyzna" boli ich jak wrzód, bo to konkretne pieniądze z renty obozowej i przywileje: ryczałt energetyczny, ulga w opłacie abonamentów RTV i telefonicznego, bezpłatne lekarstwa, zniżki na bilety. Siedemdziesięciodwuletnia Helena Być nie boi się zemsty: "co miałam wycierpieć, już wycierpiałam" - mówi. W procesie była jednym z głównych świadków oskarżenia. - Kto był w obozie, niech pieniądze bierze, żalu nie mamy, ale z tych, co w Majdanie biorą, nikt w obozie nie był. Nikt. Ja im nieraz mówiłam, niech podejdą pod krzyż i przysięgną na swoje dzieci, że byli za drutami. Nie chcą tego zrobić, to znak, że kłamią - prawie krzyczy. Opowiada o swojej koleżance z dzieciństwa. - Reginę, jak była mała, na sankach woziłam. Nigdy za drutami nie była. Spotkałam ją niedawno w Grabowcu i pytam: za co ty cholero te pieniądze bierzesz?. Odpowiedziała mi: "za tę tułaczkę i poniewierkę". A co, ja nie cierpiałam. Mnie przed wysiedleniem ojciec jak psa w 30-stopniowy mróz wywiózł do Witoldowa, gdzie było już sześć rodzin. Przez tydzień nikt z nas kromki chleba nie widział - opowiada, żywiołowo gestykulując. Podpisywali, choć nie umieli czytać Byłym mieszkańcom Majdanu Tuczępskiego w uzyskaniu statusu dzieci Zamojszczyzny pomagał Marian J., były prezes gminnego koła ZBoWiD w Grabowcu (postępowanie wobec niego umorzono z powodu złego stanu zdrowia). Wiele osób, które poświadczyły pobyt oskarżonych w obozie, zeznało, iż na prośbę lub żądanie prezesa J. podpisywało czyste blankiety zaświadczeń, a oskarżonych nigdy nie widzieli na oczy. Najwięcej zeznań podpisała kobieta, która nie ukończyła żadnej szkoły, nie umie czytać ani pisać, a w dodatku niedowidzi. Inna kobieta - "naoczny świadek" pacyfikacji w momencie deportacji miała niespełna 2,5 roku. Przed sądem przyznała się, że oskarżonych poznała dopiero w latach pięćdziesiątych. Proces wykazał, iż załatwianie w ten sposób świadczeń na terenie gminy Grabowiec było na porządku dziennym. Z analizy anonimów wynika, że za przyjęcie zaświadczenia prezes J. miał brać od 50 zł do wysokości jednej renty. - Dziwi mnie, że organy statutowe ZBoWiD przyjmowały takie zgłoszenia i nikt nie zainteresował się tą sprawą - kręci głową sędzia Zbigniew Żaczek. Wyciskanie prawdy Proces przed Sądem Rejonowym w Hrubieszowie trwał ponad trzy lata. Zeznawało ponad pół setki świadków z całej Polski. Odbyło się 27 rozpraw. Część z nich odroczono z powodu nieobecności świadków, a przede wszystkim oskarżonych. Zmieniały się składy sędziowskie, prokuratorzy i adwokaci. Świadkowie oskarżenia z Tuczęp słali w tym czasie pisma do ministra sprawiedliwości, prezydenta RP, do Rady Ministrów, do sądu okręgowego. Prosili o interwencję i nadanie sprawie biegu. - To był trudny proces nie tylko ze względu na materię, ale również liczbę oskarżonych i świadków oraz ich wiek. Myliły im się zeznania, ludzie, daty, fakty - wspomina sędzia Zbigniew Żaczek. Czterech oskarżonych zmarło, sprawę trzech innych ze względu na stan zdrowia wyłączono do odrębnego postępowania. Do końca procesu zostało ośmiu oskarżonych, w tym sześć kobiet. Żaden z nich nie przyznawał się winy. Twierdzili, iż wydarzeń z okresu wojny nie pamiętają, a o swoich losach dowiedzieli się od rodziców. Sęk w tym, że oprócz Teodozji W. i jej siostry Haliny J., wszyscy mieli wówczas od 10 do 14 lat. Taką tragedię musieli więc zapamiętać. W czerwcu Sąd Rejonowy w Hrubieszowie skazał ich na rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata. Zasądził również po 1,4 tys. złotych grzywny oraz nakazał im oddać niesłusznie pobrane pieniądze w kwocie od 20 do 30 tys. zł, wyłudzone od ZUS, KRUS i Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie. - W tej sprawie nie chodziło o fakt wysiedlenia. Istotą był pobyt w obozie. Niewątpliwie oskarżeni mogą być zaliczani do dzieci Zamojszczyzny, bo byli wówczas dziećmi i wycierpieli niedolę, jaka spotkała wszystkich mieszkańców Zamojszczyzny, którzy przeżyli wysiedlenie. Jednak ustawodawca nie przewidział świadczeń dla wszystkich pacyfikowanych, ale tylko dla tych, którzy trafili do obozów przesiedleńczych i zostali odłączeni od rodziców - uzasadniał sędzia Zbigniew Żaczek. Oskarżeni odwołali się do Sądu Okręgowego w Zamościu, który 26 października tego roku, po trwającej niespełna półtorej godziny rozprawie, utrzymał wyrok. Gdy sędzia Ryszard Gargol wygłaszał uzasadnienie podsądni szeptali do siebie: - Teraz wrogi będą się cieszyć. - Jestem niewinna, nic nie wyłudziłam. Teraz znowu mi papiery z Niemiec wysłali, abym starała się o odszkodowanie - szlochała siedemdziesięcioletnia Julia R., trzymając w ręku wnioski o odszkodowania z Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie. - Nasze nieszczęście polega na tym, że wielu świadków, którzy stwierdziliby naszą obecność w obozie, nie żyje. Padliśmy ofiarą oszczerstw ze strony zawistnych sąsiadów, którzy sami nie otrzymali "zamojszczyzny". Teczka pełna anonimów - Procesy w sprawie wyłudzeń rzucają ogromy cień na całe środowisko dzieci Zamojszczyzny - uważa Julian Grudzień. - W czasie wojny cierpiały przecież wszystkie dzieci: i te które przebywały w obozach, i te, które tam nie trafiły i to nie tylko z Zamojszczyzny. Dziwnie więc brzmi, że oni coś wyłudzili. Bolesław Szymanik w wieku 5 lat został wysiedlony wraz z rodzicami z Tarnogrodu do Niemiec. Do Polski wrócił po wojnie. Teraz jest prezesem Stowarzyszenia Dzieci Zamojszczyzny z siedzibą w Biłgoraju. Sugeruje, aby sprawy nie nagłaśniać. - Łyżka dziegciu może całą beczkę miodu zepsuć. Mogło się zdarzyć, że na tyle tysięcy pokrzywdzonych ktoś wyłudził świadczenia. Za tych ludzi wypada się tylko wstydzić - mówi Czesław Saja z Tuczęp w czasie wysiedlenia miał 13 lat. Też starał się o rentę. Nie dostał jej, bo nie było go na liście. Najpierw poświadczył Romualdzie P., że widział ją w obozie, potem zmienił zeznania i został jednym z głównych świadków oskarżenia w jej procesie. Jest autorem korespondencji do prokuratury, sądów i ministra sprawiedliwości, w których żąda ukarania reszty mieszkańców, przeciwko którym umorzono postępowanie. Schorowany. Podczas jednej z rozpraw zemdlał. - I co z tego, że osiem osób skazano, skoro reszta wciąż bierze państwowe pieniądze. Z Majdanu oprócz trzech osób żadna w obozie nie była i koniec. Będziemy pisać do ministra Kaczyńskiego, do telewizji, wszędzie. My nie jesteśmy mściwi, my jesteśmy sprawiedliwi - mówi w liczbie mnogiej. Gdy przypominam mu, że sam starał się wyłudzić rentę, irytuje się. - Wtedy uciekłem, ale trafiłem za druty drugim razem. Nie wiem, jak to opowiedzieć. To długa historia. Pierwsze wysiedlania rozpoczęły się 27 listopada 1942 roku. Do sierpnia 1943 roku w ramach akcji pacyfikacyjnej Zamojszczyzny wysiedlono 297 wsi, około 110 tys. ludzi, w tym 30 tys. dzieci. Uważa się, że około 10 tys. dzieci wywieziono do Niemiec w celach germanizacyjnych, około 8 tys. zginęło z głodu i chorób zakaźnych w obozie w Zamościu. Do dziś przeżyło około 5 tys. Ile z nich pobiera świadczenia, nie wiadomo. Ani Urząd do spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych w Warszawie, ani ZUS w Biłgoraju, który na terenie Zamojszczyzny wypłaca renty, nie potrafią podać dokładnej liczby, bowiem w ich bazach komputerowych nie ma osobnej kategorii "dzieci Zamojszczyzny". Ich zdaniem termin ten jest nieprecyzyjny, potoczny i nie występuje w ustawie z 24 stycznia 1991 roku o kombatantach oraz niektórych osobach będących ofiarami represji wojennych i okresu powojennego. Proces rzekomych dzieci Zamojszczyzny z Majdanu Tuczępskiego nie był jedyny. Podobne toczyły się przed sądami w Zamościu i Biłgoraju. Wtedy jednak na ławie oskarżonych zasiadały pojedyncze osoby.
"Zwracam się ze skargą do prokuratora w Hrubieszowie przeciwko (tu nazwisko i imię) i jego żonie, którzy posiadają 15 ha ziemi, 4 konie, 3 krowy, 17 świń, dwa traktory i poloneza. Dorobili się tego wszystkiego za »zamojszczyznę«, a w ogóle za drutami nie byli". Takich donosów, w większości anonimowych, do prokuratury, organizacji kombatanckich, sądu, policji i redakcji prasowych na początku lat dziewięćdziesiątych napłynęły setki. Napływają i dziś, choć dużo mniej.Proceder z pobieraniem rent należnych dzieciom Zamojszczyzny rozpoczął się po 1982 roku. Wtedy Sąd Najwyższy stwierdził, że pobyt dzieci do 14 roku życia w obozie na Majdanku lub w obozach przejściowych w Zamościu lub Zwierzyńcu traktowany jest na równi z przebywaniem dorosłych w obozie koncentracyjnym. To orzeczenie stworzyło możliwość ubiegania się o świadczenia kombatanckie.Aby jednak ubiegać się o świadczenia, trzeba było udowodnić, że ma się tzw. status dziecka Zamojszczyzny. Należało udokumentować przynajmniej miesięczną rozłąkę z rodziną podczas pacyfikacji Zamojszczyzny i pobyt w obozie. Następnie Komisja Kwalifikacyjna ZUS do spraw Inwalidztwa przyznawała określoną grupę inwalidzką, co dawało prawo do renty obozowej. W zależności od przyznanej grupy wynosi ona od 1100 do 1700 zł.Regulamin ZBoWiD określał, że dowodami na posiadanie statusu dziecka Zamojszczyzny są zaświadczenia z lubelskiego Muzeum na Majdanku lub Wojewódzkiego Archiwum Państwowego w Lublinie albo w Zamościu. Niektórzy przedstawili jednak dokumenty Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich. Część z nich powstała na podstawie spisów sporządzonych w 1946 roku, a więc trzy lub cztery lata po pacyfikacji. Na listach figurowali zarówno ci, którzy byli w obozach, jak i ci, którzy uciekli ze wsi przed wysiedleniem, nawet ci, co urodzili się po wysiedleniu. Kiedy okazało się, że odszkodowań nie będzie, spisy powędrowały do archiwum. W latach sześćdziesiątych trafiły do Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich.Po 1982 roku każdy ujęty na tych listach mógł otrzymać zaświadczenie, że był w obozie. Wystarczyło znaleźć 2 - 3 świadków, którzy to potwierdzili. - To właśnie instytucja świadka okazała się najgorsza w tej procedurze. Dochodziło do tego, że tzw. poświadczenia podpisywały 2-, 3-letnie dzieci, kuzyni podpisywali kuzynom - uważa Julian Grudzień, prezes zamojskiego oddziału Polskiego Związku Byłych Więźniów Politycznych Hitlerowskich Więzień i Obozów Koncentracyjnych.Byłym mieszkańcom Majdanu Tuczępskiego w uzyskaniu statusu dzieci Zamojszczyzny pomagał Marian J., były prezes gminnego koła ZBoWiD w Grabowcu. Z analizy anonimów wynika, że za przyjęcie zaświadczenia prezes J. miał brać od 50 zł do wysokości jednej renty.Proces rzekomych dzieci Zamojszczyzny z Majdanu Tuczępskiego nie był jedyny. Podobne toczyły się przed sądami w Zamościu i Biłgoraju. Wtedy jednak na ławie oskarżonych zasiadały pojedyncze osoby
DYSKUSJA Projekty ustaw o decentralizacji funkcji państwa ELŻBIETA CHOJNA-DUCH Dyskusja na temat decentralizacji funkcji państwa powinna przede wszystkim odpowiedzieć na podstawowe pytanie, czy i w jaki sposób dokonane wybory polityczne realizują cele, które powinny leżeć u podstaw wszystkich reform ustrojowych: optymalnego zaspokojenia zbiorowych potrzeb mieszkańców, poprawy jakości ich życia, sprawności administracji publicznej oraz obniżenia kosztów jej działania. Analiza korzyści społecznych i ekonomicznych to przesłanka dalszych rozważań na temat podziału kompetencji i zadań między organa administracji rządowej i samorządowej na poszczególnych szczeblach - centralnym i wojewódzkim (w tym administracji rządowej i samorządowej), samorządu powiatowego i gminnego, a także jednostek realizujących zadania w tych samych obszarach działania i korzystających z tych samych źródeł finansowania, z których finansowana jest administracja publiczna. Podział zadań między poszczególne struktury organizacyjne w państwie powinien być precyzyjny i szczegółowy, skoordynowany tak, by uniknąć dublowania funkcji, z jednoznacznym oddzieleniem kompetencji stanowiących, wykonawczych, nadzorczych i kontrolnych. Nie może on być więc rozpatrywany i określany fragmentarycznie dla jednego tylko szczebla podziału administracyjnego, lecz wyznaczany niejako wspólnie dla wszystkich szczebli i jednostek tego podziału. Kolejny etap decyzyjny to jednoznaczny podział majątku między poszczególne szczeble i rodzaje administracji, stosownie do ich zadań, z uwzględnieniem statusu prawnego nieruchomości oraz potrzeb związanych z komunalizacją, prywatyzacją i reprywatyzacją. Dopiero biorąc pod uwagę rodzaje i zakres zadań poszczególnych struktur administracji publicznej oraz mienia, można określić wielkość ich potrzeb finansowych. Analiza kosztów zadań administracji centralnej, wojewódzkiej, rejonowej lub specjalnej przekazanych danemu szczeblowi samorządowemu, sumowanie tych kosztów na kolejnych etapach agregacji umożliwia określenie poziomu wydatków ponoszonych przez administrację rządową na ich realizację. Oznacza to, z dużym uproszczeniem, odpowiedni poziom wydatków do sfinansowania przez dany szczebel samorządowy, który przejmie wykonanie zadań. Wysokość łącznych wydatków jednostek samorządowych danego szczebla określa zarazem pulę środków finansowych, która powinna wyznaczać wielkość ich dochodów. Wielkość, a następnie określenie źródeł i form prawnych dochodów poszczególnych szczebli terytorialnych oraz redystrybucji między poszczególne budżety jest zasadniczym, finalnym elementem budowy systemu finansowego administracji publicznej. Poziom dochodów i ich podział jest bowiem konsekwencją wyznaczenia zakresu rzeczowego, w tym zakresu zadań i kompetencji poszczególnych jednostek administracji publicznej. Nierzetelne są wszelkie propozycje ich wielkości proponowane bez uprzednich rozstrzygnięć rzeczowych. Są one ponadto niezgodne z zawartą w art. 167 ust. 1 i 3 konstytucji, opartą na postanowieniach Europejskiej Karty Samorządu Terytorialnego, zasadą zapewnienia udziału w dochodach publicznych odpowiednio do przypadających zadań. Czy powyższe postulaty spełniają rządowe projekty ustaw: o administracji rządowej w województwie oraz o samorządzie terytorialnym w województwie? Oba projekty są tylko fragmentem zapowiadanej reformy ustrojowej. Dotyczą bowiem wyłącznie szczebla województwa: administracji rządowej, którą projektodawcy określają nie znanymi konstytucji ani innym ustawom pojęciami "administracji ogólnej sprawującej władzę" lub "zespolonej i nie zespolonej administracji rządowej" ("zespolenie" następuje przy tym "pod jednym zwierzchnikiem i - jeżeli ustawa nie stanowi inaczej lub charakter wykonywanych zadań się temu nie sprzeciwia - w jednym urzędzie"), administracji samorządowej w województwie, którą określa się mianem "największej terytorialnie jednostki zasadniczego podziału terytorialnego kraju dla wykonywania administracji publicznej" (w art. 164 konstytucji występuje tylko pojęcie podziału podstawowego, lecz nie "zasadniczego") lub "regionalnej wspólnoty samorządowej" bądź "regionu". Określając kompetencje i zadania szczebla wojewódzkiego projekty nie koordynują ich z zadaniami projektowanymi dla powiatów ani wykonywanymi obecnie przez gminy. Ogólne sformułowania wykorzystane do określenia zadań, nie wyjaśnione w dalszych częściach ustaw (np. "tworzenie warunków rozwoju gospodarczego, zwłaszcza w dziedzinach uznanych za najważniejsze dla województwa", "pozyskiwanie i łączenie środków finansowych, publicznych i prywatnych dla realizacji określonych zadań", "modernizacja terenów wiejskich", "zagospodarowanie przestrzenne", "konkretyzowanie, w dostosowaniu do miejscowych warunków, szczegółowych celów polityki rządu", "zapewnienie współdziałania wszystkich jednostek organizacyjnych administracji publicznej"), i nieprecyzyjne przepisy obu projektów, niezgodne z obowiązującym prawem (np. "prowadzenie szkolnictwa policealnego, niektórych szkół średnich i zawodowych", "współpraca z organizacjami międzynarodowymi i regionami innych państw, zwłaszcza sąsiednich", "dbanie o dziedzictwo kulturowe o znaczeniu lokalnym", "w zakresie pomocy społecznej: prowadzenie instytucji o zasięgu regionalnym, w tym domów pomocy społecznej", "racjonalne korzystanie z zasobów przyrody", itp.), nie skoordynowane z wieloma obowiązującymi ustawami, w tym z przepisami konstytucji, uniemożliwią rozdzielenie w aktach wykonawczych do tych ustaw kompetencji poszczególnych szczebli oraz środków finansowych na ich wykonanie, paraliżując realizację zadań wszystkich jednostek administracji publicznej. Niejasność kompetencyjną pogłębia również brak stałego i jednoznacznego oddzielenia zadań administracji rządowej i samorządowej w regionie (województwie), co przyznaje sam projektodawca, stwierdzając: "Jeżeli istnieje wątpliwość dotycząca właściwości organu administracji rządowej lub samorządu wojewódzkiego do wykonywania określonego zadania publicznego o zasięgu regionalnym, przyjmuje się, że należy ono do właściwości samorządu wojewódzkiego". Taka sytuacja uniemożliwia jednoznaczne ustawowe określenie wielkości środków finansowych dla poszczególnych jednostek danego szczebla organizacyjnego i utrudnia im planowanie budżetowe. Równie niejasny jest podział kompetencji między poszczególne organa samorządu wojewódzkiego i pozycja wojewody. Projekt stwierdza wprawdzie, iż organa te "działają w granicach określonych przez ustawy", lecz ustawy te nie zostały zaprezentowane, a przy tym nie wiadomo, czy chodzi o granice kompetencji czy może granice terytorialne. Organem samorządu terytorialnego jest sejmik województwa - organ stanowiący i kontrolny, oraz zarząd województwa - organ wykonawczy, wybrany przez sejmik. Jednak przewodniczącym obu tych organów jest ten sam podmiot - marszałek, skupiający funkcje organu projektującego, uchwalającego, a następnie wykonującego i kontrolującego własne działania. Być może dlatego zadania merytoryczne przypisane są w projekcie do bezosobowych podmiotów: "województwa", które "wykonuje", "dysponuje", "prowadzi", lub "samorządu wojewódzkiego", który "określa strategię rozwoju", "prowadzi politykę rozwoju regionu", wykonując różnorodne zadania wymienione w projekcie. W świetle licznych niejednoznaczności kompetencyjnych, których tylko część zaprezentowano, jako zupełnie niezrozumiała jawi się precyzja w określeniu w projekcie wielkości udziałów procentowych w dochodach budżetu państwa. Wynoszą one: 30 proc. wpływów z podatku dochodowego od osób fizycznych zamieszkałych na terenie województwa, 15 proc. wpływów z podatku od towarów i usług pobieranego na terenie województwa, 4 proc. przewidywanych dochodów budżetu państwa na cele subwencji wyrównawczej. Projektodawca nazywa je dochodami własnymi i podkreśla, iż stanowią "zasadnicze źródło finansowania województwa", nie precyzując jednakże, w jaki sposób mają one być rozliczane, a w wypadku wpływów podatkowych - czy są to wielkości planowane czy wykonane. Takie ściśle określone udziały nie mogą być ponadto rzetelne, oparte na rachunkach symulacyjnych, gdyż rachunków tych nie można przeprowadzić, nie znając liczby i wielkości przyszłych województw. Jeżeli, jak napisano w projekcie, wpływy z VAT zostaną powiązane z miejscem ich poboru, może się zdarzyć, ze względu na nierównomierny, najczęściej przypadkowy rozkład tych dochodów w skali kraju, że niektóre województwa w związku z okresowymi zwrotami będą miały ujemne wpływy z tego podatku. Pogłębi to dysproporcje w rozwoju poszczególnych terytoriów: województwa graniczne lub w których działają producenci wyrobów, otrzymujące istotne dochody z podatku, będą rozwijały się szybciej niż pozostałe. Przy centralnym zaś ustalaniu, poborze i rozliczaniu tego podatku według innych kryteriów rozkład dochodów byłby może bardziej równomierny, lecz udział w VAT pełniłby taką samą rolę jak udział w subwencji ogólnej (wyrażający określoną część planowanych dochodów budżetu państwa). Z kolei 30-proc. wpływy z podatku dochodowego od osób fizycznych - wraz z 17-proc. udziałem gmin w tym podatku i odpowiednio zwiększonym, indywidualnie ustalanym udziałem tzw. dużych miast, a zwłaszcza systemem odliczeń składki na ubezpieczenie zdrowotne od podatku dochodowego od osób fizycznych obowiązującym od 1999 r. - mogą okazać się niemożliwe do wykorzystania w rozmiarze, jakiego oczekuje projektodawca. Z pewnością nie będą one mogły wówczas stanowić źródła dochodów jednostek konkurujących w dostępie do niego - powiatów. Odrębnym, kontrowersyjnym zagadnieniem jest problematyka budżetów województw samorządowych. Projekt pomija problem współistnienia w województwie dwóch odrębnych budżetów: samorządowego i rządowego, i rozstrzygnięcia takich kwestii jak np. ich powiązania czy charakter budżetu rządowego (czy ma być on "wtopiony" w budżet państwa, na podobnych zasadach jak obecnie, czy być niezależny, czy też stanowić część budżetu samorządowo-rządowego, jednego budżetu wojewódzkiego w każdym województwie). Nie określa też, jaki zakres odrębności bądź autonomii w kształtowaniu dochodów istniałby przy każdej z tych form budżetów, jaki zakres i formy przybierałyby dotacyjne powiązania między budżetami, jak będą kształtowane i finansowane inwestycje regionalne, płace i etaty kalkulacyjne w budżetach rządowych, na jakim szczeblu i w jakiej formie będzie dokonywana redystrybucja środków finansowych, regulowanie zobowiązań wymagalnych i przyszłych. Określenie projektu ustawy o samorządzie wojewódzkim, iż "budżet województwa jest uchwalany jako część uchwały budżetowej" lub "uchwała budżetowa województwa składa się z budżetu województwa oraz z przepisów regulacyjnych dotyczących spraw, które na mocy prawa budżetowego pozostawiono do uchwały sejmiku województwa, lub też spraw wskazanych przez sejmik w uchwale", czy też sformułowanie, iż "kolejne uchwały budżetowe zawierać będą nakłady na uruchomiony program w wysokości umożliwiającej jego terminowe zakończenie", są całkowicie niezrozumiałe i wadliwe z punktu widzenia techniki legislacyjnej. Istotne merytoryczne wątpliwości budzi następujące postanowienie projektu: "Jeżeli uchwała budżetowa na dany rok budżetowy nie wejdzie w życie z początkiem roku budżetowego, to podstawą wykonywania budżetu województwa do momentu wejścia w życie uchwały budżetowej jest budżet województwa za poprzedni rok". Zasady prorogacji budżetowej są bowiem współcześnie możliwe do zastosowania tylko do niektórych rodzajów wydatków. Jeżeli np. inwestycja została zakończona i sfinansowana w roku ubiegłym, nie musi być finansowana w roku bieżącym. Podsumowując, oba projekty nie powinny przybierać w tej formie ostatecznego kształtu ustawowego, należy je traktować jako wstępne kierunki reform, jej założenia, które dopiero po wyjaśnieniu licznych wątpliwości mogą stanowić podstawę zamkniętych rozwiązań legislacyjnych. Autorka jest prof. dr. hab., kierownikiem Zakładu Prawa Finansowego na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego
Analiza korzyści społecznych i ekonomicznych to przesłanka dalszych rozważań na temat podziału kompetencji i zadań między organa administracji rządowej i samorządowej na poszczególnych szczeblach. Podział zadań powinien być precyzyjny i szczegółowy, z jednoznacznym oddzieleniem kompetencji stanowiących, wykonawczych, nadzorczych i kontrolnych. Kolejny etap to jednoznaczny podział majątku między poszczególne szczeble i rodzaje administracji, stosownie do ich zadań.Dopiero biorąc pod uwagę rodzaje i zakres zadań poszczególnych struktur administracji, można określić wielkość ich potrzeb finansowych. Analiza kosztów zadań umożliwia określenie poziomu wydatków ponoszonych na ich realizację. Wielkość, a następnie określenie źródeł i form prawnych dochodów poszczególnych szczebli terytorialnych jest finalnym elementem budowy systemu finansowego administracji publicznej. rządowe projekty ustaw o administracji rządowej oraz o samorządzie terytorialnym są fragmentem zapowiadanej reformy ustrojowej. Dotyczą wyłącznie szczebla województwa.Określając kompetencje i zadania szczebla wojewódzkiego projekty nie koordynują ich z zadaniami projektowanymi dla powiatów ani wykonywanymi obecnie przez gminy. Ogólne sformułowania i nieprecyzyjne przepisy, niezgodne z obowiązującym prawem uniemożliwią rozdzielenie w aktach wykonawczych kompetencji poszczególnych szczebli oraz środków finansowych na ich wykonanie.Niejasność kompetencyjną pogłębia brak jednoznacznego oddzielenia zadań administracji rządowej i samorządowej w województwie. Równie niejasny jest podział kompetencji między poszczególne organa samorządu wojewódzkiego i pozycja wojewody. Organem samorządu terytorialnego jest sejmik województwa - organ stanowiący i kontrolny, oraz zarząd województwa - organ wykonawczy, przewodniczącym obu tych organów jest ten sam podmiot - marszałek. jako niezrozumiała jawi się precyzja w określeniu w projekcie wielkości udziałów procentowych w dochodach budżetu państwa. Takie ściśle określone udziały nie mogą być rzetelne. Odrębnym, kontrowersyjnym zagadnieniem jest budżet województw samorządowych. Projekt pomija problem współistnienia w województwie dwóch odrębnych budżetów: samorządowego i rządowego. Nie określa też, jaki zakres odrębności w kształtowaniu dochodów istniałby przy każdej z tych form budżetów. oba projekty nie powinny przybierać w tej formie ostatecznego kształtu ustawowego, należy je traktować jako wstępne kierunki reform.
ROZMOWA Wiesław Walendziak, minister szef Kancelarii Premiera, wiceprzewodniczący Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego (AWS) Bez Unii Wolności ten rząd byłby gorszy Czy funkcjonowanie koalicji AWS - UW jest potwierdzeniem tezy, że historia lubi się powtarzać? WIESŁAW WALENDZIAK: W jakim sensie? Na przykład, że zachowanie Unii Wolności, mniejszego koalicjanta, zaczyna przypominać zachowanie PSL pod koniec funkcjonowania poprzedniej koalicji? Rzeczywiście jestem zaskoczony ostrością ostatnich wypowiedzi kolegów z Unii Wolności, ponieważ nie były one poprzedzone tak radykalnym stawianiem spraw ani podczas rozmów koalicyjnych, ani tym bardziej w trakcie prac rządowych. Na ogół jest tak, że gdy w rządzie dochodzi do bardzo ostrych konfliktów, to są one wyciszane, choć zdarza się, że przedostają się na zewnątrz i wybuchają z dużą mocą. Teraz kolejność była odwrotna. To znaczy? Wewnątrz rządu jest systematyczna współpraca, zdolność do ustalania wspólnych stanowisk. A jednocześnie następuje "medialna" eskalacja konfliktu, stwarzanie "na zewnątrz" wrażenia, że rząd właściwie już nie funkcjonuje, a koalicja jest pozornym bytem. W związku z tym medialny obraz koalicji jest znacznie gorszy, niż by na to ona zasługiwała. Po co więc ta eskalacja? Gołym okiem widać, że idzie ciężki czas dla koalicji. Jest on związany nie tylko z trudnościami we wprowadzaniu reform i ich skalą, ale również z niedobrymi trendami w gospodarce światowej, rzutującymi wprost na możliwości wzrostu w naszej gospodarce. Czyli z tym, o czym ostatnio mówił wicepremier Balcerowicz w swoim memorandum, tak? Tak różne osoby jak wicepremier Balcerowicz i prof. Marek Belka podobnie oceniają sytuację. Przychody budżetu będą prawdopodobnie mniejsze. Sądzę, że koledzy z Unii Wolności obawiają się w związku z tym takiego scenariusza: jeśli dochody budżetu okażą się mniejsze, a opór materii większy - trzeba będzie zapłacić wysoką cenę za bycie w koalicji. A Unia nie ma chyba pewności, że AWS okaże się lojalnym koalicjantem w momencie możliwego ostrego kryzysu społecznego bądź politycznego. Lojalnym w jakim sensie? Unia obawia się, co będzie, kiedy padną z ust polityków SLD okrzyki: "Leszek Balcerowicz po raz drugi doprowadził do katastrofy polskiej gospodarki". Obawia się, czy przedstawiciele AWS nie przyłączą się do tych absurdalnych oskarżeń i prostą receptą: "tak, to nie my, to Balcerowicz" przerzucą koszt politycznych reform na mniejszego koalicjanta. Obawy, że tak się stanie, dostrzegam wśród wielu czołowych polityków Unii Wolności. Być może doświadczenie UW wskazuje, że są to uzasadnione obawy? Co się działo przy przedstawianiu reformy podatkowej przez wicepremiera Balcerowicza? To nie są uzasadnione obawy. Powiedzmy otwarcie: przed wyborami były ogromne wątpliwości co do kondycji polskiej prawicy. Pojawiały się tam nawet głosy powątpiewające w zdolność myślenia prawicowych polityków w kategoriach państwowych. Okazało się, że AWS jest formacją dojrzałą, będącą w stanie wspierać najtrudniejsze reformy. To zaskoczyło wielu polityków Unii. To może są w szoku? Jeśli porównać podejrzenia, jakie formułowano pod adresem AWS przed wyborami z tym, co działo się później - to jest przepaść. Dlatego tym, którzy podważają istnienie tej koalicji, należy zadać pytanie: co dalej? Wzmocniony PSL, bo jest trudna sytuacja na wsi? Być może podzielona AWS i wzmocnione skrzydło związane z politykami, którzy z Akcji odeszli? To są ważkie pytania. Gdyby koalicja pękła, trudniej byłoby realizować jakikolwiek projekt przebudowy państwa, warunki politycznego do tego byłyby gorsze. Dlatego, mówiąc wprost, sadzę, że Unia wyładowała na AWS własny strach, że AWS może zachować się wobec niej tak, jak ona zachowała się w stosunku do swojego koalicjanta w pierwszych dniach wdrażania reformy służby zdrowia. Dość piętrowe konstrukcje pan buduje. Ale zachowanie Unii nie było racjonalne, tym bardziej że nie widziałem zwiastunów ostrego konfliktu na etapie prac rządowych. A jeśli jest to próba dochodzenia do silniejszej pozycji w koalicji, to jest to zła próba. Bo manifestowanie różnic w rządzie to zaproszenie wszystkich chętnych, ośmielanie ich do frontalnego ataku na rząd. A może Unia Wolności w koalicji z SLD lepiej dałaby sobie radę w przebudowie państwa? Absolutnie w to nie wierzę; chyba że Sojusz przejdzie po wyborach cudowną przemianę. W tym parlamencie SLD wspiera każde populistyczne roszczenie. Ale SLD jest opozycją. Nie na tym polega rola opozycji, by najpierw mówić o zagrożeniach budżetu, całkiem przytomnie liczyć pieniądze, a potem domagać się wielomiliardowego wzrostu wydatków budżetu. SLD będąc u władzy przez cztery lata nie miał odwagi narazić się komukolwiek w jakiejkolwiek sprawie. Kto miałby być w SLD motorem tej cudownej przemiany? Nie widzę takiej siły. I nie dostrzegam w Unii wiary, że taka przemiana SLD nastąpi. Gdyby ostatniej awanturze koalicyjnej towarzyszył plan polityczny, to bym się z nim nie zgadzał, ale rozumiałbym motywy tych kolegów z Unii, którzy dążą do wyjścia z rządu. Ale ja takiego planu nie widzę. Widzę tylko wielką obawę, że za chwilę Unia zostanie poświęcona na ołtarzu reform. Że stanie się "nawozem historii", że prochy Unii zostaną rozsypane na polach zreformowanego państwa polskiego, a potem to państwo uprawiać będzie AWS na zmianę z SLD. To jest strach nieuzasadniony. Może lepiej byłoby dążyć do utworzenia dwublokowego układu politycznego w Polsce, jeśli nawet dwuczłonowe koalicje wywołują takie spięcia i zawirowania? Podobnie przecież było w koalicji SLD - PSL. A tak samodzielnie rządziłoby albo jedno, albo drugie ugrupowanie. W Polsce jest trwałe miejsce, jest elektorat dla takiej partii jak Unia Wolności. Takiej, czyli jakiej? Prawicowej w sensie programu gospodarczego i liberalnej w sprawach światopoglądowych. Powtarzam: Unia ma swoje miejsce na scenie politycznej. Można nawet dyskutować, jak to miejsce ugruntować również w prawie wyborczym. Namawiałem kolegów z Unii Wolności byśmy spokojnie porozmawiali o ordynacji wyborczej, zanim się okaże, że wybory są już za pasem. Ale te sprawy nigdy nie były podejmowane. Natomiast ogromne emocje wywoływały kwestie personalne. To mnie zaskakuje. Sprawa ordynacji to kwestia ustrojowa. Jeśli Unia mówi, że czuje się zagrożona w koalicji z AWS, to porozmawiajmy o okręgach wyborczych, które będą się musiały zmienić z powodu reformy administracyjnej; porozmawiajmy o ordynacji wyborczej. Broni pan Unii? Uważam, że wyjście Unii z rządu byłoby poważnym zagrożeniem dla zdolności funkcjonowania rządu. UW wnosi do naszej wspólnej pracy olbrzymie wartości. Jestem absolutnie przekonany co do sensowności współpracy AWS - UW. To uważa pan, że samodzielny rząd AWS, abstrahując od większości parlamentarnej, byłby gorszy? Tak. Bez Unii Wolności, przy tym kształcie sceny politycznej, przy takiej, a nie innej strukturze poglądów Polaków byłby to rząd gorszy. Bo mniej stabilny i - co ważniejsze - pozbawiony wsparcia istotnej części społeczeństwa, które chce wspierać konieczne, a spóźnione reformy. Czyli te spięcia przynoszą dobre efekty? Spięcia nie dają niczego dobrego, nie widzę sensu ich aranżowania. Aranżowania? Ostatnie spięcia koalicyjne były aranżowane? Tak sądzę. W rządzie nic tego konfliktu nie zwiastowało, od razu pojawił się on "na zewnątrz". Być może także po to, by na nowo spojrzeć na umowę koalicyjną i napisać dalszy ciąg scenariusza prac rządowych. We wtorek kończymy pracować nad planem prac Rady Ministrów na najbliższy rok. Może dyskusja nad nim wygasi polityczne emocje. Czy ten konflikt już się zakończył? Ten konflikt się zakończył. I jeśli przejdziemy z poziomu ogólnych deklaracji politycznych do szczegółowych, merytorycznych rozmów, to jestem przekonany, że w każdej szczegółowej sprawie podnoszonej przez Unię dojdzie do porozumienia. I Unia nabierze przekonania, że w momencie próby nie zostanie sama. Ale jeśli w Unii nie da się wyzwolić takiego przekonania, to kolejnej kryzysowej sytuacji - aranżowanej bądź nie - nie przetrwamy jako koalicja. A jak do tego, o czym pan mówi, ma się memorandum przygotowane przez Leszka Balcerowicza? Z punktu widzenia prac rządu takie memorandum może odgrywać także pozytywną, stymulującą rolę. Pod warunkiem że otwiera debatę, a nie ją zamyka, i nie jest epitetem. Czy to nie dziwne, że tego typu memorandum nie zostało najpierw przedstawione na posiedzeniu rządu? Kiedy premier otrzymał memorandum Leszka Balcerowicza, zaproponowałem, aby wprowadzić ten materiał pod obrady rządu. Jako oficjalny, choć ściśle poufny, dokument wicepremiera i ministra finansów. Nie zdążyliśmy, bo następnego dnia ukazał się w "Gazecie Wyborczej" i "Rzeczpospolitej". Ale chcieliśmy, i niech to będzie miarą naszych intencji. A że warto nad tym dokumentem dyskutować? To oczywiste, on mówi o zagrożeniach, a trzeba do niego dopisać cały nowy rozdział: co zrobić, żeby ich uniknąć. Wiem jedno, unikniemy kłopotów, jeśli ten rozdział napiszemy razem - AWS i Unia Wolności. rozmawiała Małgorzata Subotić
Czy funkcjonowanie koalicji AWS - UW jest potwierdzeniem tezy, że historia lubi się powtarzać? WIESŁAW WALENDZIAK: Rzeczywiście jestem zaskoczony ostrością ostatnich wypowiedzi kolegów z UW. Na ogół jest tak, że gdy w rządzie dochodzi do bardzo ostrych konfliktów, to są one wyciszane. Teraz kolejność była odwrotna. Wewnątrz rządu jest systematyczna współpraca. A jednocześnie następuje "medialna" eskalacja konfliktu. W związku z tym medialny obraz koalicji jest znacznie gorszy, niż by na to ona zasługiwała. Po co więc ta eskalacja? Gołym okiem widać, że idzie ciężki czas dla koalicji związany z niedobrymi trendami w gospodarce światowej. A może Unia Wolności w koalicji z SLD lepiej dałaby sobie radę w przebudowie państwa? w to nie wierzę; chyba że Sojusz przejdzie po wyborach cudowną przemianę. W tym parlamencie SLD wspiera każde populistyczne roszczenie. Ale SLD jest opozycją. Nie na tym polega rola opozycji, by najpierw mówić o zagrożeniach budżetu, a potem domagać się wielomiliardowego wzrostu wydatków budżetu. I nie dostrzegam w Unii wiary, że taka przemiana SLD nastąpi. W Polsce jest trwałe miejsce, jest elektorat dla takiej partii jak Unia Wolności. Takiej, czyli jakiej? Prawicowej w sensie programu gospodarczego i liberalnej w sprawach światopoglądowych. Unia ma swoje miejsce na scenie politycznej. uważa pan, że samodzielny rząd AWS, abstrahując od większości parlamentarnej, byłby gorszy? Tak. Bez Unii Wolności, przy tym kształcie sceny politycznej, przy takiej, a nie innej strukturze poglądów Polaków byłby to rząd gorszy. Bo mniej stabilny i pozbawiony wsparcia istotnej części społeczeństwa. Czyli te spięcia przynoszą dobre efekty? Spięcia nie dają niczego dobrego. W rządzie nic tego konfliktu nie zwiastowało, od razu pojawił się on "na zewnątrz". kończymy pracować nad planem prac Rady Ministrów na najbliższy rok. Może dyskusja nad nim wygasi polityczne emocje.
ROSJA Władimir Putin jest "czekistą" w każdym calu, ukształtowanym przez wiele lat służby najpierw w radzieckich, a potem rosyjskich służbach specjalnych Portret z widokiem na Kreml Władimir Putin FOT. (C) AP SŁAWOMIR POPOWSKI Jewgienija Primakowa, Siergieja Stiepaszyna i Władimira Putina łączy jedno: wszyscy trzej kolejno powoływani przez Borysa Jelcyna premierzy byli związani ze służbami specjalnymi i tzw. resortami siłowymi. Primakow, zanim został ministrem spraw zagranicznych, przez wiele lat kierował Służbą Wywiadu Zagranicznego. Stiepaszyn był ministrem spraw wewnętrznych, a Putin - dyrektorem Federalnej Służby Bezpieczeństwa i sekretarzem Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej. Według opinii analityków z Ośrodka Studiów Wschodnich w Warszawie, słabnący prezydent Jelcyn postawił na struktury siłowe, aby złagodzić narastający "kryzys sukcesyjny" i nie dopuścić do tego, by jego apogeum zbiegło się w czasie z burzliwą i "brudną" kampanią przed wyborami do parlamentu. Kreml zdaje sobie sprawę, że traci władzę, bo praktycznie nie ma już poparcia społecznego. Jelcyn i jego otoczenie wiedzą, że muszą się tą władzą podzielić. Wolą oddać jej część strukturom siłowym, niż społeczeństwu. Wierzą, że struktury te będą w stanie użyć właściwych im instrumentów do zneutralizowania najbardziej bezkompromisowych przeciwników prezydenta. Mówiąc inaczej: Kreml jest dziś zbyt słaby, by podjąć radykalne, pozakonstytucyjne działania, liczy jednak, że takimi możliwościami dysponują "struktury siłowe" i woli mieć je po swojej stronie. Choćby po to, aby nie przeszły do obozu przeciwnego. Kariera "czekisty" Pod tym względem Władimir Putin wygrywa z każdym konkurentem - w przeciwieństwie do nazbyt samodzielnego Primakowa deklaruje pełną lojalność wobec Kremla, a w porównaniu ze Stiepaszynem - potrafi działać w sposób bardziej stanowczy. Jest "czekistą" w każdym calu, ukształtowanym przez wiele lat służby najpierw w radzieckich, a potem rosyjskich służbach specjalnych. Jest "swój", a jednocześnie może zaspokoić oczekiwania bardzo różnych sił politycznych - od komunistów, do tzw. reformatorów, określających dziś siebie jako prawica. Warto bliżej przyjrzeć się karierze potencjalnego następcy "reformatora" Jelcyna. Urodzony w 1952 roku, ukończył w 1975 roku wydział prawa na Uniwersytecie Leningradzkim. Po studiach został skierowany do pracy w I Zarządzie Głównym KGB, gdzie zajmował się krajami niemieckojęzycznymi: Niemcami, Austrią i Szwajcarią. O tym okresie jego pracy wiadomo tylko, że długo działał w rezydenturze KGB w Dreźnie. W 1990 roku przeniesiony został do rezerwy kadrowej KGB i wrócił do Leningradu. W tym końcowym i najbardziej burzliwym okresie gorbaczowowskiej pieriestrojki Putin został doradcą ówczesnego prorektora Uniwersytetu Leningradzkiego Anatolija Sobczaka. W 1991 roku, po wyborze Sobczaka na przewodniczącego Leningradzkiej Rady Miejskiej, Putin był szefem miejskiego komitetu ds. współpracy międzynarodowej. W latach 1994-96 pełnił funkcję pierwszego zastępcy mera, którym został tenże Sobczak. Putin cieszył się opinią "szarej eminencji" Petersburga. Do jego obowiązków należał nadzór nad organizacjami społecznymi, strukturami siłowymi, prokuraturą oraz kontakty z Dumą Miejską, ale również pilotowanie zagranicznych projektów inwestycyjnych i sprawowanie nadzoru nad biznesem związanym z grami hazardowymi. To on podobno doprowadził do otwarcia w Petersburgu pierwszego banku zagranicznego (BNP-Drezdner Bank) oraz giełdy walutowej. On też pilotował budowę zakładów Coca-Coli. W warunkach rosyjskich tego rodzaju styk biznesu i polityki zawsze grozi pomówieniami. Biznes i polityka W 1995 roku Putin stanął na czele petersburskiej organizacji "Nasz Dom - Rosja" (NDR) - ówczesnej "partii władzy" Wiktora Czernomyrdina. W kampanii wyborczej w mieście nad Newą większych sukcesów nie odniósł. Jego NDR przegrał z koalicją "Jabłoka" i gajdarowskiej partii Demokratyczny Wybór Rosji. Porażka ta nie przeszkodziła Putinowi kilka miesięcy później stanąć na czele sztabu wyborczego Anatolija Sobczaka, który ponownie ubiegał się o urząd mera. Jednakże i ta kampania została przegrana. Sobczak - jedna z legendarnych postaci radzieckiej opozycji demokratycznej z końca lat 80. i dotychczasowy opiekun Putina - został oskarżony o korupcję i musiał szukać schronienia we Francji. Podobne zarzuty sformułowano również pod adresem szefa jego sztabu wyborczego. Kontrkandydat Sobczaka, komunista Aleksander Bielajew, zarzucił Putinowi korupcję i zakup posiadłości na riwierze francuskiej. Jeszcze poważniejsze i do dziś nie wyjaśnione zarzuty pojawiły się na łamach gazety "Sowierszenno Sekrietno", która otrzymała od anonimowego informatora dokumenty na temat korupcji we władzach Petersburga. Przed opublikowaniem miano je omówić z Galiną Starowojtową, która obiecała je skomentować. Zanim jednak do tego doszło, Galina Starowojtowa zginęła w zamachu (sprawcy do dziś są nieznani), który wstrząsnął rosyjską opinią publiczną. Opublikowane dokumenty dotyczyły działalności prywatnej korporacji finansowo-budowlanej, która otrzymywała na korzystnych warunkach kredyty z budżetu miasta i wysyłała je na konta depozytowe oraz przekazywała firmom zagranicznym - do Hiszpanii, Finlandii i USA. Zarządem korporacji kierował Siergiej Nikieszyn, deputowany Petersburga i zastępca szefa komitetu budżetowego, który miał ściśle współpracować z Władimirem Putinem. W "Sowierszenno Sekrietno" znalazł się też list adresowany do Putina, w którym Nikieszyn proponował sfinansowanie przez miasto wypoczynku weteranów wojennych w hiszpańskiej miejscowości Torrevieja. Dyspozycje zostały wydane, ale zamiast weteranów do Hiszpanii pojechali przedstawiciele petersburskich organów skarbowych z rodzinami. Powrót do "rodzinnego domu" W czerwcu 1996 roku Putin został zastępcą szefa kremlowskiego Urzędu Administracyjno-Gospodarczego i nadzorował m.in. sprawy związane z likwidacją mienia przedstawicielstw zagranicznych Federacji Rosyjskiej. Podobno ściągnął go na Kreml Anatolij Czubajs, lubiący otaczać się petersburskimi ziomkami. Szefem Putina był Paweł Borodin, jeden z najbardziej zaufanych współpracowników Borysa Jelcyna, a obecnie jeden z głównych bohaterów skandalu finansowego, związanego z działalnością firmy Mabetex, nielegalnym transferem za granicę miliardów dolarów i kontami członków rodziny prezydenta. Pół roku później Putin został przewodniczącym bardzo ważnego w strukturze kremlowskiej Głównego Urzędu Kontroli i pokazał, co potrafi. Tylko w ciągu 1997 roku, z inicjatywy GUK-u wszczęto ponad 50 dochodzeń, a 20 osób pociągnięto do odpowiedzialności karnej. Głośnym echem odbiła się zwłaszcza zarządzona przez Putina kontrola największego rosyjskiego eksportera broni - firmy Roswoorużenije. Już po roku, w maju 1998 roku, Putin został mianowany zastępcą szefa administracji prezydenta, nadzorującym kwestie związane z finansowaniem organów bezpieczeństwa, a w lipcu tego samego roku prezydent Jelcyn powierzył mu kierowanie Federalną Służbą Bezpieczeństwa (FSB). Putin, który pół życia spędził w czynnej służbie w KGB - przyznał wówczas, że "swój powrót do organów bezpieczeństwa traktuje jak powrót do rodzinnego domu". Już następnego dnia po objęciu stanowiska zapowiedział, że jego celem jest "wzmocnienie Łubianki i przywrócenie jej dawnego prestiżu", powrót do dawnych stopni służbowych, różnego rodzaju dodatków i ulg oraz 2,6 krotny wzrost pensji funkcjonariuszy. W roli następcy tronu Hasła kampanii wyborczej do Dumy i natura obecnej walki wewnętrznej w Rosji, której ton nadaje sam Kreml, pozwalają prognozować, że w wyborach prezydenckich w roku 2000 zostanie wyłoniony lider o orientacji autorytarnej - twierdzą eksperci Ośrodka Studiów Wschodnich. Władimir Putin nadaje się do tego jak mało kto. Gdy został szefem FSB, prasa rosyjska pisała, że jest "wyrachowanym, ostrożnym urzędnikiem, obdarzonym dużym instynktem politycznym i skłonnością do zakulisowego rozwiązywania problemów". Teraz, występując w roli premiera i oficjalnego następcy tronu, ujawnił nowe umiejętności. W krótkim czasie awansował do ścisłej czołówki polityków Rosji i w wyścigu do Kremla zdystansował nawet niepokonanego dotąd Jewgienija Primakowa. Według ostatnich sondaży, gdyby do drugiej tury wyborów prezydenckich przeszli Putin i Primakow, to za Putinem opowiedziałoby się dziś 42 proc. wyborców, a za Primakowem - 36 proc. Oto rezultat umiejętnie prowadzonej gry i starannego budowania własnego wizerunku. Nie wiadomo, kto odpowiada za zamachy terrorystyczne w Moskwie i innych miastach rosyjskich, ale wiadomo, kto je politycznie wygrywa. To dzięki wojnie w Czeczenii Putin występuje - jak pisała niedawno "Niezawisimaja Gazieta" - jako "premier wojenny". Gdy prezydent, formalny zwierzchnik sił zbrojnych, nie jest w stanie sformułować strategii działania w Czeczenii - faktycznie dowodzi premier. Niemal wszystkie jego ostatnie wystąpienia publiczne dotyczą wojny, zaopatrzenia wojska i prowadzonych operacji. Mówi językiem twardym, zdecydowanym, po żołniersku brutalnym. Świadomie gra na emocjach. Rosjanom, poniżonym przegraną kampanią z lat 1994-96, obiecuje zwycięską wojnę przy minimalnych stratach własnych, armii - supernowoczesną broń, którą będzie mogła wypróbować w walkach z "czeczeńskimi bandytami", zaś dyrektorom zakładów państwowych - stworzenie "jednego kompleksu gospodarki narodowej" w oparciu o technologie stosowane w przemyśle zbrojeniowym. W tym samym pakiecie mieści się obietnica otwarcia Rosji na bezpośrednie inwestycje zagraniczne i zamknięcia rynku dla towarów konkurujących z wyrobami krajowymi. Jest też uspokajająca komunistów zapowiedź przeciwdziałania próbom przekształcenia Rosji w "surowcowy dodatek Zachodu". Dla dawnych reformatorów i ich sympatyków pozostaje obietnica przygotowania realnego budżetu. Oto cały program Putina, dostatecznie ogólnikowy, aby mógł się spodobać wszystkim. Dziś jednak nikt nie myśli o uzdrawianiu chorej Rosji, choć wszyscy o tym mówią. Celem jest Kreml i tylko Kreml - najwyższa władza w państwie. Od innych rosyjskich polityków, biorących udział w tej grze, różni Putina tylko styl prowadzonej walki. To co rosyjscy komentatorzy nazywają "lebiedyzacją" Putina, to nie tylko przejmowanie żołdackiego języka, w jakim komunikuje się ze społeczeństwem, tęskniącym po latach chaosu za porządkiem i rządami silnej ręki, ale przede wszystkim zasada działania, zgodnie z którą droga do najwyższej władzy musi prowadzić przez kryzys - dziś czeczeński, a jutro każdy inny. Choćby i prowokowany. Jeśli ta reguła zwycięży, to będzie to kres marzeń o demokracji i otwarciu Rosji na świat. Początek jej kolejnej autorytarnej choroby.
Jewgienija Primakowa, Siergieja Stiepaszyna i Władimira Putina łączy jedno: trzej powoływani przez Jelcyna premierzy byli związani ze służbami specjalnymi i resortami siłowymi. Jelcyn i jego otoczenie wiedzą, że muszą się władzą podzielić. Wolą oddać jej część strukturom siłowym. Władimir Putin wygrywa z każdym konkurentem - deklaruje lojalność wobec Kremla, potrafi działać w sposób stanowczy. ukończył w 1975 roku wydział prawa na Uniwersytecie Leningradzkim. Po studiach został skierowany do pracy w I Zarządzie Głównym KGB. W 1990 roku przeniesiony został do rezerwy kadrowej KGB. W 1991 roku był szefem miejskiego komitetu ds. współpracy międzynarodowej. cieszył się opinią "szarej eminencji" Petersburga. W 1995 roku Putin stanął na czele petersburskiej organizacji "Nasz Dom - Rosja" (NDR). W kampanii wyborczej sukcesów nie odniósł. Porażka ta nie przeszkodziła Putinowi stanąć na czele sztabu wyborczego Anatolija Sobczaka. kampania została przegrana. Sobczak został oskarżony o korupcję. Podobne zarzuty sformułowano pod adresem szefa jego sztabu wyborczego. poważniejsze zarzuty pojawiły się na łamach gazety "Sowierszenno Sekrietno", która otrzymała dokumenty na temat korupcji we władzach Petersburga. W 1996 roku Putin został zastępcą szefa kremlowskiego Urzędu Administracyjno-Gospodarczego. później został przewodniczącym Głównego Urzędu Kontroli i pokazał, co potrafi. w 1997 roku, z inicjatywy GUK-u wszczęto ponad 50 dochodzeń. w 1998 roku Jelcyn powierzył mu kierowanie Federalną Służbą Bezpieczeństwa (FSB). w wyborach prezydenckich w roku 2000 zostanie wyłoniony lider o orientacji autorytarnej - twierdzą eksperci. Władimir Putin nadaje się do tego.Gdy został szefem FSB, prasa rosyjska pisała, że jest "wyrachowanym, ostrożnym urzędnikiem, obdarzonym dużym instynktem politycznym". W krótkim czasie awansował do czołówki polityków Rosji. dzięki wojnie w Czeczenii występuje jako "premier wojenny". Rosjanom obiecuje zwycięską wojnę, armii - supernowoczesną broń, zaś dyrektorom zakładów państwowych - stworzenie "jednego kompleksu gospodarki narodowej". W pakiecie mieści się obietnica otwarcia Rosji na inwestycje zagraniczne. Dziś jednak nikt nie myśli o uzdrawianiu chorej Rosji. Celem jest Kreml.
ŁAWNICY Głównie emeryci, lecz i ich jest za mało A ja lubię sądzić KAZIMIERZ GROBLEWSKI Czy ławnicy ludowi uzgodnili wyrok? - takiego pytania około 35-letnia Barbara Bańkowska na pewno nie usłyszy w sądzie. A kto wie, być może myśli, że tak. Bo zapytana, czym zajmują się w sądzie ławnicy, odpowiada otwarcie: - Nie mam o tym pojęcia. To pytanie w tym miejscu nie jest pozbawione podstaw. Przy drzwiach zamkniętych radni gminy Warszawa Białołęka rozmawiają z kandydatami na ławników ludowych. Od przebiegu rozmowy zależy, czy radni wydadzą pozytywną opinię o kandydacie. A od tej opinii zależy, czy rada gminy na sesji wybierze daną osobę na ławnika. Rady do 31 lipca przyjmowały zgłoszenia kandydatów; do końca października miały wybrać ławników. Pierwszą rzeczą, o którą radni proszą kandydata na ławnika, jest pisemne wyrażenie zgody na ubieganie się o funkcję ławnika. Barbara Bańkowska wyraża taką zgodę. Chce być ławnikiem w sądzie rejonowym. Wybory - nie porównywalne z innymi. Nie ma kampanii wyborczej, a u kandydatów, którzy za chwilę staną przed komisją, nie widać napięcia. Ale w końcu nie wybiera się tu prezydentów czy choćby radnych. Ludzie, którzy tu stoją, nie ubiegają się o prawo do dzielenia pieniędzy, wydawania koncesji. Chcą - nie będąc sędziami, nie mając najczęściej wykształcenia prawniczego - dostać możliwość sądzenia innych ludzi. Czyli być przez cztery lata ławnikiem sądowym. Zarobią na tym do 60 złotych miesięcznie - wynagrodzenie za jedno posiedzenie dla ławnika wynosi obecnie 29 złotych, a ławnik, jak mówi ustawa, nie powinien - chyba że są ku temu ważne powody - uczestniczyć rocznie w więcej niż 12 posiedzeniach. Instytucja ławników pasowała do wizji sprawiedliwości wyznawanej dawniej przez rządzących. Dobrze było, że wpływ na wyroki mieli nie tylko sędziowie, często politycznie niepewni, lecz także zdrowi światopoglądowo, wydelegowani przez zakłady pracy robotnicy i emeryci. Ale w praktyce PRL, po początkowym okresie, w którym sporo było wojujących ławników - robotników, potem zakłady pracy rutynowo traktowały ten przywilej, delegując zwykle osoby najmniej w zakładzie potrzebne. Teraz tej ideologicznej nadbudowy już nie ma. Ławników delegują nadal zakłady pracy, a ponadto także organizacje, stowarzyszenia, rady osiedli, związki zawodowe, partie i obywatele (co najmniej 25 podpisów). O zgłoszeniu kandydatów na ławników tradycyjnie pamięta Sojusz Lewicy Demokratycznej. W tym roku dało się zauważyć zainteresowanie wyborami prawicowych partii. W lipcu "Nasz Dziennik" opublikował wzór zgłoszenia, a towarzyszący mu tekst zachęcał "ugrupowania narodowe i katolickie" do proponowania kandydatów: "(....) w sądach orzekali zwykle ławnicy przeciwstawnej orientacji. (...) Obecnie mamy szanse wziąć sprawy orzekania w wymiarze sprawiedliwości w nasze ręce". Ławnicy mają stworzone prawne możliwości, by mieć decydujący głos przy wielu wyrokach w sądach powszechnych: bo głos ławnika jest równoważny z głosem sędziego, a proporcje na rozprawie są: jeden sędzia zawodowy - dwóch ławników, rzadziej: dwóch sędziów - trzech ławników. Dawniej głos ławników często przesądzał o postanowieniu sądu. W dzisiejszej praktyce ławnicy ludowi rzadko wykorzystują swoją przewagę liczebną, najczęściej, w dyskusji, wypracowują z sędziami wspólne orzeczenie. Dlaczego księgowi, ekonomiści, palacze, ślusarze, mechanicy, handlarze chcą być ławnikami ludowymi? Dlaczego prowadząca samodzielną działalność gospodarczą kobieta chce raz lub dwa razy w miesiącu stawiać się w sądzie, zajmować się sprawami obcych ludzi, kradzieżami, może gwałtami, może rozwodami i mieć wpływ na decyzję sądu? Choć Barbara Bańkowska nie ukrywa, że nie zna obowiązków ławnika, to na pytanie, dlaczego chce nim być, odpowiada: - Ktoś komuś musi pomagać. Ale tak naprawdę rzadko jest okazja, by pytanie to zadać osobie takiej jak ona, w najlepszym wieku dla kariery zawodowej. Zdecydowana większość kandydatów na ławników jest od niej znacznie starsza. Praca dość ciekawa Lucyna Cieślicka, 68-letnia emerytka z 42-letnim stażem pracy w tym samym zakładzie, wyciąga z torebki doskonale zachowane zaświadczenie o skończeniu w 1973 roku kursu z prawa o wykroczeniach. Było to po tym, gdy 41-letnia wtedy laborantka przemysłu chemicznego w Polfie została pierwszy raz członkiem kolegium do spraw wykroczeń. Wytypował ją zakład, ale zastrzega, że nie PZPR, bo w partii nigdy nie była. Zasiadała w kolegium przez dwie kadencje, do 1980 roku. Później miała kilkunastoletnią przerwę. Aż do 1997 roku, kiedy Rada Osiedla Piekiełko, na którym mieszka, doszła do wniosku, że była laborantka, obecnie emerytka, będzie dobrym ławnikiem. Została dobrana w trakcie kadencji, na dwa lata. Teraz jest jedną z osób, które - jak mówi - do ponownego wyboru zgłosił prezes sądu. - Nie opuszczam posiedzeń, nie spóźniam się - mówi, pytana, dlaczego prezes chce nadal widzieć ją ławnikiem. - Praca dość ciekawa - mówi. - Napady, zaprzeczanie ojcostwa, sprawy majątkowe. Trzeba rozpatrywać przyzwoicie, bo chodzi o to, aby nikogo nie skrzywdzić. Dwa, trzy razy w miesiącu ma posiedzenia. Od ośmiu lat jest na emeryturze. Otrzymuje 715 złotych. - Jeżeli dodatkowo miesięcznie wpadnie z sądu 50 - 60 złotych to dla mnie dużo. Każdy pieniądz się przydaje - mówi. Krzysztof Rossman z gminy Bielany, 66 lat, będzie ławnikiem piątą kadencję. - Są ludzie, którzy lubią majsterkować, inni lubią malować, a ja lubię sądzić - mówi. Skończył prawo po czterdziestce, za późno, jak mówi, by iść na aplikację. Nigdy nie pracował w wyuczonym zawodzie, ale chciał mieć coś wspólnego z wymierzaniem sprawiedliwości, zwłaszcza że pochodzi z prawniczej rodziny. Pierwszy raz sam zaproponował w zakładzie pracy swoją kandydaturę; potem zgłosił go Związek Byłych Więźniów Politycznych Okresu Stalinizmu, do którego należy, teraz zgłasza go prezes sądu do ponownego wyboru. Uczestniczył m.in. w sprawie będącej jednym z odprysków FOZZ. Rady wybierają Zrobiliśmy rozeznanie we wszystkich warszawskich gminach i w niektórych dzielnicach gminy Warszawa Centrum. Okazuje się, że ślusarze, nauczyciele, mechanicy, wcale się tak nie garną, by być ławnikami. Garną się emeryci. Przez najbliższe cztery lata wpływ na sądowe orzeczenia będą mieli ludzie w większości powyżej 50., a w bardzo znacznej części emeryci powyżej 60. Duży procent było ławnikami w PRL. Ale w większości gmin nawet chętnych emerytów jest za mało. Prawie wszędzie gminy miały problemy ze skompletowaniem tylu kandydatów, ilu ławników potrzebował z danej gminy prezes sądu. Tego problemu nie mają sądy wojskowe - gdzie minister Janusz Onyszkiewicz rozwiązał sprawę "na wojskowo": kandydatów "powinno być więcej co najmniej o 1/4" od liczby ławników, którzy mają być wybrani - uznał w rozporządzeniu z października 1998 roku - a jeśli jest ich za mało, to brakujących zgłasza dowódca jednostki. Niektóre gminy podeszły do sprawy tak jak Białołęka, której radni prowadzili rozmowy z kandydatami, ale są też takie, które wybrały wszystkich, którzy chcieli, nawet ich nie widząc - bo i tak chętnych było za mało. Dużo pracy w związku z wyborami ławników było w największej warszawskiej gminie, Centrum. Wszystkich chętnych, których zgłosiły organizacje lub obywatele, trzeba było poklasyfikować według adresu zamieszkania i miejsca pracy i "porozdzielać" do podległych gminie dzielnic do zaopiniowania. Kandydatów zgłosili m.in. KPN "Obóz Patriotyczny", NSZZ "Solidarność", SLD, Związek Nauczycielstwa Polskiego, PSL, Stowarzyszenie Rodzina Polska, Ruch Trzeciej Rzeczypospolitej, Polska Partia Socjalistyczna. Jako ostatnia z dzielnic przesłała do gminy Centrum swoją uchwałę w tej sprawie Praga Północ. W ósmym punkcie porządku dziennego na sesji 29 września zaopiniowanie 60 kandydatów na ławników zabrało radnym kilka minut. - Wyszliśmy z założenia, że organizacje zgłaszające kandydatów biorą za nich odpowiedzialność - mówi referent. Spośród 59 zaakceptowanych przez dzielnicę kandydatów, 34 jest emerytami, 33 ma powyżej 60 lat, w tym 14 powyżej 70. Najstarszy z zaakceptowanych przez radę dzielnicy kandydatów na ławników miał prawie 82 lata. Poniżej 40 lat było czterech chętnych. Mniej niż trzeba Z jedenastu warszawskich gmin, w ośmiu zgłosiło się za mało chętnych na ławników. Sławomir Zabawski z Rady Gminy Ursynów, na początku października ciągle czekał na zgłoszenia. - A co mam zrobić. Trzeba jakoś zrealizować zapotrzebowanie. - To się tylko tak nazywa, że takie jest zapotrzebowanie. Ale później sądy z reguły nie wykorzystują w pełni wszystkich ławników. Sędziowie mają swoich sprawdzonych, dyspozycyjnych ławników i z nich korzystają - mówi Elżbieta Sukiennik, dyrektor Biura Rady Gminy Targówek. Zdecydowana większość kandydatów w tej gminie to osoby zgłoszone do ponownego wyboru przez prezesów sądów. Kandydatów zgłosiły także m.in. Spółdzielnia Pracy Bródno, PPS, NSZZ "Solidarność". Dużo jest emerytów. - To wynika z tego, że oni mają płacone - uważa Elżbieta Sukiennik. Zakłady pracy są zobowiązane zwalniać ławników z pracy na rozprawy i płacić im za ten czas pełne wynagrodzenie. Niepracujący ławnicy, w tym emeryci, otrzymują za rozprawę wynagrodzenie w wysokości ustalonej przez ministra sprawiedliwości. W gminie Wilanów nie planowano rozmów z kandydatami. - To mała gmina, znamy większość kandydatów. Około 30 procent to ławnicy zgłoszeni przez prezesów sądów do powtórnego wyboru - mówi Maria Królik z biura rady. - Przeważnie kandydowali emeryci. Myślę, że dlatego, iż są dyspozycyjni, nie muszą się zwalniać z pracy. Poza tym dorabiają sobie. W przeszłości w takich sytuacjach, gdy rady wybrały zbyt mało ławników, prezesi sądów ogłaszali wybory uzupełniające. Gmina Rembertów miała wybrać 29 ławników. Była najbardziej spóźniona ze wszystkich warszawskich gmin, bo dopiero 14 października wybrała zespół opiniujący kandydatów. Choć termin zgłaszania kandydatów minął 31 lipca, gmina dopiero zaczynała ich szukać. Lepiej szybciej Dwie gminy, Wawer i Ursus, zachowały się niestereotypowo: wybrały ławników pod koniec czerwca - na miesiąc przed upływem terminu ich zgłaszania. - Bo było więcej chętnych niż kandydatów. Poza tym zakładaliśmy, że w lipcu będzie przerwa wakacyjna i chcieliśmy się zabezpieczyć, żeby nie było za późno - słyszymy w Biurze Rady Gminy Ursus. Kandydatów było więcej niż miejsc. Zgłaszali się nawet po sesji. - Może dlatego, że padają zakłady pracy, a ławnicy otrzymują jednak jakieś wynagrodzenie. Zgłaszali się nawet ludzie z wykształceniem podstawowym, którzy nie mają, co z sobą zrobić. Podobnie powód przyśpieszenia wyborów w swojej gminie tłumaczy Wiesław Domański, przewodniczący komisji opiniującej kandydatów na ławników w gminie Wawer. To druga gmina, w której było więcej kandydatów niż chętnych. - Sami starsi ludzie - mówi Domański. Ławnicy wybrani w gminie do Sądu Rejonowego dla Warszawy Pragi - Wydział Pracy są w wieku 55 - 65 lat; jeden jest po 70.; do Sądu Okręgowego w Warszawie są w wieku 60 - 70 lat, dwóch jest po 70. W gminie Bielany najmłodszy kandydat ma 27 lat, najstarszy 76. To trzecia gmina, w której było więcej chętnych niż miejsc. Magdalena Zabłocka, wiceprzewodnicząca komisji opiniującej kandydatów: - Zdecydowana większość to emeryci, wybierani na kolejną kadencję, w wieku 60 - 70 lat. Bardzo często są to ludzie z wykształceniem prawnym, na emeryturze, którzy nie potrafią się rozstać z zawodem. Dobrze, że są - Ludzie starsi mają wolny czas, nie zawalają rozpraw. Dlatego sądy ich wolą - mówi Joanna Lubbe, radna z gminy Białołęka z komisji przesłuchującej kandydatów. A przecież większość spraw dotyczy ludzi młodych. Dlaczego jest tak mało chętnych? - Kilka osób mówiło, że boją się siedzieć na sali rozpraw oko w oko z przestępcami. Ale wiele osób spróbowałoby, lecz zakłady pracy nie chcą się zgadzać na zwalnianie pracowników na rozprawy. Problem z obecnością ławników na posiedzeniach to jedno, a z ich przygotowaniem to drugie. - Ale ja się cieszę się, że w ogóle są chętni - mówi radna Lubbe. Rzeczywiście, prezesi sądów zgłosili do gminy Białołęka zapotrzebowanie na 67 ławników, a chętnych jest 35 osób. Dziesięciu z nich zaproponowali prezesi sądów do powtórnego wyboru. Pozostałych zgłosiły zakłady pracy z terenu gminy - do których radni zwrócili się z prośbą o wytypowanie - m.in. Polfa Tarchomin (dwóch), Auchan (dwóch). Swoich kandydatów przedstawili też m.in.: Rada Osiedla Dąbrówka Szlachecka (trzech), Rada Osiedla Piekiełko (jednego). Dwóch kandydatów zgłosiła KPN "Obóz Patriotyczny" i dwóch NSZZ "Solidarność". Swoich kandydatów "S" zaproponowała do Sądu Okręgowego - Sądu Pracy i Ubezpieczeń Społecznych - do którego w równej liczbie kandydatów mogą jedynie zgłaszać związki zawodowe i administracja państwowa. Ale najwięcej (pięciu) kandydatów ze wszystkich organizacji wytypowało na ławników w gminie Białołęka Białołęckie Stowarzyszenie Samorządowe "Nasze Szkoły". Tę organizację reprezentuje m.in. wspomniana Barbara Bieńkowska. BSS "Nasze Szkoły" poniosło klęskę w wyborach samorządowych, nie zdobywając w gminie ani jednego mandatu. Teraz jego członkowie zostają ławnikami. Ławnikiem będzie prezes stowarzyszenia Marek Procki. - Ktoś te odpowiedzialne funkcje musi pełnić. A kto, jeśli nie osoby z wykształceniem prawniczym - mówi ok. 45-letni mężczyzna, urzędnik państwowy, z wykształcenia prawnik. Wizytówka Nie tylko wspomniana Barbara Bańkowska mówi wprost, że nie wie, na czym polega praca ławnika. Tomasza Szelesta wydelegował na ławnika sądu rejonowego hipermarket Auchan. Na pytanie komisji, czy zna obowiązki ławnika odpowiada: - Nie znam. - Jak pan ocenia odpowiedzialność ciążącą na ławniku? - Decydentem jest sędzia... - zaczyna swoją odpowiedź. - Pan też będzie decydentem - zwraca mu życzliwie uwagę jeden z radnych. - Dlaczego zdecydował się pan kandydować? - Mam to u siebie na co dzień - mówi 35-letni Tomasz Szelest i nie można mu nie wierzyć, bo w hipermarkecie Auchan jest szefem ochrony. - Na co dzień rozstrzygam sprawy osób, które popełniają w sklepie drobne przestępstwa. Interesują mnie ich dalsze losy - mówi, ale dodaje od razu, że będzie miał "zdroworozsądkowe" podejście i będzie obiektywny, także gdy przyjdzie mu osądzać złodzieja z jego sklepu. Tomasz Szelest nie zostaje ławnikiem z powodu pieniędzy. Ani dlatego, że ma za dużo wolnego czasu. Zostaje nim dlatego, że ma to związek z jego pracą i - przede wszystkim - dlatego, że tak chciała jego firma. - Zdaję sobie sprawę, iż zostałem obdarzony dużym zaufaniem. Jestem wizytówką firmy - mówi. Radni opiniują go pozytywnie. Nikt nie zwraca uwagi na to, że przepis ustawy o ustroju sądów powszechnych przesądzający, iż nie mogą być ławnikami osoby zajmujące stanowiska związane ze ściganiem przestępstw, być może wyklucza kandydaturę Tomasza Szelesta. Ławnicy ludowi uczestniczą w rozpoznawaniu większości spraw w sądach powszechnych. Nie mogą przewodniczyć rozprawie, ale przy rozstrzyganiu spraw mają takie same prawa jak sędziowie. Ławnikiem może być obywatel polski, który ukończył 26 lat, "jest nieskazitelnego charakteru", przynajmniej od roku mieszka lub jest zatrudniony w gminie, z której kandyduje. Nie mogą być ławnikami osoby zatrudnione w sądach, w prokuraturze, osoby wchodzące w skład organów, od których orzeczenia można żądać skierowania sprawy na drogę postępowania sądowego, funkcjonariusze policji, inne osoby zajmujące stanowiska związane ze ściganiem przestępstw, adwokaci i aplikanci adwokaccy, duchowni, żołnierze w czynnej służbie, funkcjonariusze Służby Więziennej. "Strojem urzędowym sędziego i ławnika sądu wojskowego na rozprawie jest toga. (...). Toga jest suknią fałdzistą z lekkiego czarnego materiału wełnianego lub wełnopodobnego, sięgającą powyżej kostek - około 25 cm od ziemi. U góry ma odcinany karczek szerokości 21 cm. (...) Przy kołnierzu togi wszyty jest żabot z fioletowego materiału wełnianego lub wełnopodobnego, długości 21 cm, szerokości u dołu 28 cm, ułożony w 13 kontrafałd, których środkowa - szerokości 2 cm - ma fałdy po obu stronach; pozostałe kontrafałdy biegną w kierunku rękawów. Żabot z prawej strony togi jest zapinany na guziczek". Z rozporządzenia ministra sprawiedliwości z 27 lipca 1998 r. (Dz.U. nr 116, poz. 750)
Ławników delegują zakłady pracy, organizacje, stowarzyszenia, rady osiedli, związki zawodowe, partie i obywatele. Ławnicy mają stworzone prawne możliwości, by mieć decydujący głos przy wyrokach w sądach powszechnych. Zrobiliśmy rozeznanie we wszystkich warszawskich gminach. Okazuje się, że ślusarze, nauczyciele, wcale się nie garną, by być ławnikami. Garną się emeryci. w większości gmin nawet chętnych emerytów jest za mało. Z jedenastu warszawskich gmin, w ośmiu zgłosiło się za mało chętnych. Zakłady pracy są zobowiązane zwalniać ławników z pracy na rozprawy i płacić im za ten czas pełne wynagrodzenie. Niepracujący ławnicy, w tym emeryci, otrzymują za rozprawę wynagrodzenie. - Ludzie starsi mają wolny czas, nie zawalają rozpraw. Dlatego sądy ich wolą - mówi Joanna Lubbe, radna z gminy Białołęka z komisji przesłuchującej kandydatów.
DŁUGI WEEKEND Leszek Balcerowicz ma urlop. Jest wśród polityków wyjątkiem Wolne na uroczystościach Większość Polaków między 29 kwietnia a 3 maja będzie wypoczywać. Ale nie nasi politycy, dla których tych pięć, teoretycznie wolnych, dni jest czasem szczególnej aktywności. Zajęci są obchodami tysiąclecia zjazdu gnieźnieńskiego, uchwalenia Konstytucji 3 maja, rocznicą zbrodni katyńskiej, "Marszem żywych". Lewica świętuje 1 Maja. Prawicowi premier Jerzy Buzek i lider AWS Marian Krzaklewski spotkają się z Ojcem Świętym. Chyba tylko wicepremier Leszek Balcerowicz wybiera się na zagraniczny urlop. Pierwszy dzień przedłużonego weekendu - 29 kwietnia - ściągnie zwykłych obywateli nad jeziora lub w góry, a elity polskiej polityki do Gniezna na kolejny dzień uroczystości z okazji tysiąclecia zjazdu gnieźnieńskiego. Po premierze Jerzym Buzku, wezmą w nich udział i lider AWS Marian Krzaklewski, i SLD Leszek Miller. Rzymska majówka Kolejne cztery dni Marian Krzaklewski, jako przewodniczący NSZZ "Solidarność", spędzi w Rzymie, gdzie blisko milion ludzi świata pracy będzie obchodzić 1 Maja - święto Józefa Robotnika - pod hasłem "Praca dla każdego jedyną drogą do solidarności i sprawiedliwości". Dla "S" jest to drugi etap pielgrzymki po 19 marca, święcie Józefa Rzemieślnika. Część z 2,5 tysiąca polskich związkowców poświęca ją intencji jak najszybszej beatyfikacji ks. Jerzego Popiełuszki i kardynała Stefana Wyszyńskiego. W swej homilii papież Jan Paweł II ma wspomnieć o "Solidarności", a Krzaklewski ma przeczytać Modlitwy wiernych albo Lekcje w języku polskim. Marian Krzaklewski spotka się z Ojcem Świętym trzykrotnie: 1 maja po mszy, 2 maja w grupie liderów central związkowych i najprawdopodobniej 3 maja papież przyjmie go wraz z małżonką na audiencji. Wcześniej Rzym opuści Jerzy Buzek. Premier z małżonką 30 kwietnia w Watykanie weźmie udział w kanonizacji błogosławionej Faustyny, później w spotkaniu delegacji państwowych z Ojcem Świętym i w obiedzie u papieża dla zaproszonych gości. Jednak jeszcze w nocy Buzek wróci do kraju. Będzie odpoczywał 1 i 2 maja (spędzi te dni z rodziną poza Warszawą), by 3 maja wziąć udział w złożeniu wieńców pod Grobem Nieznanego Żołnierza, a wieczorem w uroczystościach w Trybunale Konstytucyjnym. Mniej zajęci będą w te dni politycy AWS - rzecznik Klubu Piotr Żak, który w sobotnie popołudnie prosto z Gniezna pojedzie do Wrocławia na "pierwszy mecz koszykówki play off" Śląsk Zepter - Anwil Włocławek. Żak - zapalony "kibol sportowy", jak mówi o sobie - kibicuje Zepterowi. W niedzielę zaś rzecznik wraz z ministrem spraw wewnętrznych i administracji Markiem Biernackim będzie świętował Dzień Strażaka w Ludźmierzu na Podhalu i przez pozostałe trzy dni wypoczywał w Tatrach wraz z młodszym synem. Starszy uczy się do matury. Balcerowicz na urlopie, reszta w pracy Leszek Balcerowicz, szef Unii Wolności, jako jeden z nielicznych VIP-ów wybiera się na urlop za granicę. - Lepiej szefa wysłać za granicę, bo jak jest w kraju, to potrafi wrócić znienacka z urlopu - śmieją się współpracownicy wicepremiera. Balcerowicz w pracy stawi się dopiero w poniedziałek, 8 maja. - Długi weekend? Nie będzie długiego weekendu - mówi Jerzy Wierchowicz, szef Klubu Parlamentarnego UW. - 2 maja chciałbym wziąć udział w "Marszu żywych". Trzeciego będą uroczystości trzeciomajowe, a jest przecież jeszcze rodzina. Poświęcę jej dwa dni, które pewnie sobie wygospodaruję - narzeka polityk UW, że "na pewno nie będzie miał pięcio- czy siedmiodniowej laby". Na "Marsz żywych" wybiera się także Jan Lityński, poseł Unii. - Nie będzie mnie niestety w Gnieźnie, bo mam pilne obowiązki w Świdnicy - mówi Lityński. I dodaje: - Takiego typowego wypoczynku nie planuję. Prezydent w ogrodach 2 maja w Oświęcimiu politycy UW spotkają się z prezydentem. Aleksander Kwaśniewski wraz z prezydentem Izraela weźmie udział w uroczystym apelu młodzieży uczestniczącej w "Marszu żywych". W rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 maja, jak co roku Kwaśniewski będzie na uroczystościach przed Grobem Nieznanego Żołnierza na placu Piłsudskiego w Warszawie i po południu wyda przyjęcie dla korpusu dyplomatycznego. Odznaczy też "zasłużonych dla kraju i społeczeństwa". Służby prasowe prezydenta nie wiedzą, co Aleksander Kwaśniewski zamierza robić 29 i 30 kwietnia. Nie ma nic w programie, zatem będą to jego "chwile dla siebie". Potrzebne przed 1 Maja, kiedy w to lewicowe Święto Pracy prezydent jak zwykle organizuje w ogrodach Pałacu Prezydenckiego majówkę dla około 1800 osób. W ogrodzie, ale swoim, spędzi też kilka dni były prezydent Lech Wałęsa. - Mamy duży ogród, więc mamy gdzie się podziać. Ale na jeden dzień na pewno wyjedziemy w Bory Tucholskie, żeby pooddychać leśnym powietrzem. A tradycyjnie 3 Maja mąż weźmie udział w mszy świętej za ojczyznę - mówi Danuta Wałęsa. Festyn lewicy Święto Pracy fetują, rzecz jasna inaczej niż "S", lewicowe partie i organizacje. Przed przyjęciem u prezydenta lider SLD Leszek Miller wraz z czołówką polityków Sojuszu idzie w stołecznym pochodzie sprzed siedziby OPZZ do pl. Grzybowskiego. Podczas późniejszego, tradycyjnego festynu na ul. Rozbrat, Danuta Waniek przez godzinę będzie pełnić "dyżur" dla wyborców. I ona, i Miller, pracują 2 maja. Dzień później Waniek oraz posłanka SLD Izabella Sierakowska udają się do Brukseli, gdzie czeka je "seria spotkań na temat rynku pracy kobiet w Polsce". Wracają do kraju 6 maja. Leszek Miller narzeka, że "niestety nie wyjeżdża na urlop". Jak inni politycy będzie świętował 3 Maja. - Może w następny weekend uda mi się wyjechać za miasto - planuje szef SLD. Ma jednak nadzieję na odrobinę odpoczynku 30 kwietnia. Spędzi go w domu. Pracowity weekend ludowców Pracowicie spędzą też majowy weekend działacze PSL: 2 maja odbędzie się konwencja wyborcza, na której ludowcy wybiorą swojego kandydata na prezydenta. Bogdan Pęk, jeden z liderów PSL, w sobotę będzie w Gnieźnie, w niedzielę ma spotkania "w terenie". - To będzie pracowity długi weekend - mówi. - Nie dość, że nasza konwencja jest we wtorek, to 3 maja jestem zaproszony na uroczystości na górze Świętej Anny - dodaje. Marszałkowskie koncerty i mecze Marszałkowie Sejmu Maciej Płażyński i Senatu Alicja Grześkowiak będą dzielić te 5 dni między oficjalne spotkania i chwile tylko dla siebie. Grześkowiak 30 kwietnia wraz z byłym prezydentem RP na uchodźstwie Ryszardem Kaczorowskim weźmie udział w Anglii w uroczystościach związanych z 60. rocznicą zbrodni katyńskiej. 1 maja w jej kalendarzu "nie ma nic szczególnego". Dzień później będzie w Toruniu na Festiwalu Muzyki i Sztuki Krajów Bałtyckich - PROBALTICA, a 3 maja w Częstochowie, gdzie odbędzie się na Jasnej Górze msza święta (to także święto Maryi Królowej Polski). Natomiast Płażyński z Gniezna pojedzie do Gdańska. Dzień przed oficjalnymi uroczystościami 3 Maja w Warszawie chce "wybrać się gdzieś z rodziną, na łono natury". Zaś 1 maja będzie grał w meczu liberałów z dawnymi działaczami Ruchu Młodej Polski. B.I.W., F.G., PAD
Większość Polaków między 29 kwietnia a 3 maja będzie wypoczywać. Ale nie nasi politycy, dla których tych pięć wolnych dni jest czasem szczególnej aktywności. Lewica świętuje 1 Maja. Jerzy Buzek i Marian Krzaklewski spotkają się z Ojcem Świętym. 29 kwietnia ściągnie elity polskiej polityki na kolejny dzień uroczystości z okazji tysiąclecia zjazdu gnieźnieńskiego. 2 maja w Oświęcimiu Aleksander Kwaśniewski weźmie udział w apelu młodzieży uczestniczącej w "Marszu żywych". Lech Wałęsa 3 Maja weźmie udział w mszy świętej za ojczyznę. Leszek Miller wraz z czołówką polityków Sojuszu idzie w stołecznym pochodzie. Alicja Grześkowiak 30 kwietnia weźmie udział w uroczystościach związanych z 60. rocznicą zbrodni katyńskiej.
CZECZENIA Rosja powinna się pogodzić z tym, że w konflikcie na Kaukazie nie może zwyciężyć Lokalny front globalnej wojny SAMUEL P. HUNTINGTON Podczas gdy wojska rosyjskie otaczają, bombardują i zrównują Grozny z ziemią, tylko jedna strona ma szansę wygrać ten konflikt i to tylko dlatego, że nie może go przegrać - czeczeńscy bojownicy. Bo albo powstrzymają rosyjską ofensywę i doprowadzą do impasu, albo wycofają się w góry i któregoś dnia znów wrócą, by walczyć. A przegrani? Będą nimi czeczeńscy cywile uwikłani w ten brutalny konflikt. Rosja kontynuująca wojnę, której nie może wygrać. I Stany Zjednoczone, jeśli będą próbowały wpłynąć na jej wynik. Czeczeńska wojna uwidacznia bowiem granice możliwości wpływania przez takie mocarstwa, jak Rosja i Stany Zjednoczone, na lokalne konflikty toczących się na świecie. Islam kontra reszta świata Wojnę w Czeczenii trzeba postrzegać zarówno we współczesnym, jak i historycznym kontekście. Jest to jeden z wielu konfliktów toczących się wzdłuż granic wielkiego islamskiego bloku, rozciągającego się od Maroka po Indonezję. Do walk między muzułmanami a niemuzułmanami dochodzi w Bośni, Kosowie, Górskim Karabachu, Czeczenii, Tadżykistanie, Afganistanie, Kaszmirze, Indiach, na Filipinach, w Indonezji, Timorze Wschodnim, Bliskim Wschodzie, Afryce Północno-Wschodniej, Sudanie, Nigerii. Konflikty te mają co najmniej dwie przyczyny. Po pierwsze, w świecie muzułmańskim brakuje jednego lub dwóch dominujących państw, które utrzymywałyby porządek w społeczności islamskiej i zapobiegały konfliktom między muzułmanami a niemuzułmanami lub pełniły rolę mediatorów w razie powstania takich zadrażnień. Tymczasem konkurujące ze sobą muzułmańskie państwa - szczególnie Iran i Arabia Saudyjska - usiłują rozbudować swe wpływy poprzez udzielanie wsparcia grupom muzułmańskim walczącym z niemuzułmanami. Po drugie, w krajach islamskich rośnie liczba mężczyzn w wieku 16 - 30 lat, którzy zasilają szeregi partyzantów i bojowników. I ci właśnie młodzi ludzie stanowią trzon międzynarodowej islamskiej brygady, której członkowie walczą w Afganistanie, Bośni, Kosowie, na Filipinach, w Czeczenii itd. Rosjanie i muzułmanie wojują ze sobą na północnym Kaukazie od ponad dwustu lat. Po raz pierwszy carowie próbowali objąć swym władaniem Kaukaz w XVI wieku. W 1783 roku zapoczątkowali militarną kampanię, by podporządkować sobie ludność tego regionu. Od 1825 do 1859 roku walki trwały niemal nieprzerwanie, aż wreszcie Rosjanie zdołali stłumić opór, którym kierował legendarny przywódca północnego Kaukazu - Szamil. Po rosyjskiej rewolucji narody północnego Kaukazu ogłosiły niepodległość i zawiązały federację, która na początku lat 20. została rozbita przez bolszewików. Opór wobec sowieckiej władzy ujawnił się ponownie podczas II wojny światowej i skłonił Stalina do deportowania praktycznie wszystkich Czeczenów do Kazachstanu, gdzie przebywali na wygnaniu do połowy lat 50. Wraz z rozpadem Związku Radzieckiego Czeczeni, co było do przewidzenia, znów wzniecili rewoltę. W 1996 roku im się to udało - po pokonaniu wojsk rosyjskich de facto zdobyli niepodległość. Jednak rosyjscy nacjonaliści nie mogli się z tym pogodzić i rozpoczęli obecną kampanię militarną, by podporządkować sobie tych nieposłusznych górskich muzułmanów. Biorąc pod uwagę lekcję historii, należy zastanowić się nad implikacjami wojny w Czeczenii dla Rosji i Stanów Zjednoczonych. Wnioski dla Rosji Niemal wszędzie we współczesnym świecie narody starają się łączyć swe tożsamości kulturowe z cywilizacyjnymi. Wielocywilizacyjne państwa spotykają się z rosnącym sprzeciwem i niektóre, jak Związek Radziecki, Jugosławia czy Etiopia, rozpadły się. Ponadto nowego znaczenia nabierają ponadnarodowe społeczności kulturowe, czyli diaspory. Dostarczają one pieniędzy, broni, bojowników i przywódców swym ziomkom walczącym o wolność. Także państwa i grupy państw wspierają swych pobratymców, jak to miało miejsce podczas rozpadu Jugosławii. Europa Zachodnia poparła Chorwatów, Rosja i Grecja - Serbów, natomiast Arabia Saudyjska, Iran, Turcja i Malezja dostarczały pomocy bośniackim Muzułmanom. W połowie lat 90. Czeczeni w znacznym stopniu korzystali ze wsparcia czeczeńskiej diaspory, a szczególnie pomocy pochodzącej od ich ziomków w Turcji i Jordanii. Korzystali także z cichej pomocy udzielanej przez niektóre muzułmańskie rządy. Teraz jednak owe rządy, a zwłaszcza turecki, mają opory ze pomaganiem Czeczenom, bo czeczeńska niepodległość może być przykładem dla mniejszości w ich własnych krajach, szczególnie zaś dla Kurdów. Tak czy inaczej era wielocywilizacyjnych imperiów minęła i Rosja może utrzymać swe panowanie w Czeczenii tylko niewyobrażalnymi kosztami. Dlatego też kolejny rosyjski przywódca powinien wykazać realizm Mustafy Kemala Atatürka co do straconego tureckiego imperium i stworzyć Rosję "tylko dla Rosjan", zamiast trzymać się trącących myszką marzeń o wielonarodowym, wielocywilizacyjnym imperium. Wnioski dla USA Implikacje czeczeńskiego konfliktu dla Stanów Zjednoczonych są równie oczywiste. Ze zrozumiałych względów musi nas niepokoić humanitarny aspekt skutków wojny dla Czeczenów. Ale Stany Zjednoczone nie mają żadnych ważnych narodowych interesów w Czeczenii, mają natomiast takowe w Rosji. Dlatego nie zdołamy skutecznie ukarać Rosji, nie ponosząc przy tym wysokich kosztów własnych. Wielu ekspertów od polityki zagranicznej twierdzi, że Stany Zjednoczone powinny podjąć wobec Rosji kilka działań karnych, by zmusić ją do złagodzenia postępowania w Czeczenii. I tak, na przykład, proponuje się wstrzymanie kredytów Międzynarodowego Funduszu Walutowego, dopóki nie zostanie zakończona wojna, groźbę wyłączenia Rosji z przyszłych spotkań najbogatszych państw świata G-7 albo obniżenie cen ropy, co mogłoby zredukować rosyjskie dochody dewizowe. Tyle że w obecnej sytuacji są to pomysły rażące niedorzecznością i niekonsekwencją. Czeczeńska wojna cieszy się wielkim poparciem rosyjskiego elektoratu, a przez to polityków startujących do przyszłorocznych wyborów prezydenckich. Toteż dopóki akcja militarna rozwija się pomyślnie, dopóty rosyjscy politycy nie rozpoczną wycofywania wojsk ze względu na pohukiwania Zachodu. W Rosji mamy teraz do czynienia z upadkiem demokracji wyborczej, zaś rywalizujący między sobą kandydaci odwołują się do sentymentów nacjonalistycznych. Nawet gdy Rosja wyraźnie przegrywała wojnę w 1996 roku, to odgrywający wówczas czołową rolę gen. Aleksander Lebiedź zdołał wynegocjować porozumienie o wycofaniu się z Czeczenii i przekonać doń rosyjski rząd oraz społeczeństwo. Równie niedorzeczne i szkodliwe dla wiarygodności Ameryki jest ostrzeżenie prezydenta Billa Clintona, że Rosja "zapłaci wysoką cenę", jeśli będzie kontynuowała brutalne ataki na czeczeńskich cywilów. Bo oto mamy kolejny przykład retorycznych popisów tej administracji, które uniemożliwiają innym rządom zrozumienie, co rzeczywiście mówi ona serio. To prawda, że Stany Zjednoczone powinny potępiać humanitarną tragedię w Czeczenii. Ale administracja Clintona winna również pogodzić się z faktem, że jest to konflikt trwający już 200 lat i stanowiący tylko jeden z wielu lokalnych frontów toczącego się obecnie globalnego konfliktu między muzułmanami a niemuzułmanami. W dłuższej perspektywie Rosja nie może wygrać tej wojny, tak jak Stany Zjednoczone nie mogą poważnie wpłynąć na jej rezultat. Im szybciej politycy pogodzą się z tą brutalną prawdą, tym szybciej pokój przyjdzie na północny Kaukaz. Samuel P. Huntington jest profesorem Harvard University i autorem głośnej książki "Zderzenie cywilizacji i nowy kształt ładu światowego". THE NEW YORK TIMES SYNDICATE
To prawda, że Stany Zjednoczone powinny potępiać humanitarną tragedię w Czeczenii. Ale administracja Clintona winna również pogodzić się z faktem, że jest to konflikt trwający już 200 lat i stanowiący tylko jeden z wielu lokalnych frontów toczącego się obecnie globalnego konfliktu między muzułmanami a niemuzułmanami. W dłuższej perspektywie Rosja nie może wygrać tej wojny.
SEJM Do czego posłom służy regulamin Plagi sejmowe, czyli kto kogo przechytrzy Różowe kartki, których nie można kopiować, setki poprawek, brak kworum, odrzucanie własnych projektów, a wszystko to zgodne z przepisami. Wygląda na to, że w ostatniej grze parlamentarnej mniejsze znaczenie miały same podatki, a znacznie większe - kto kogo przechytrzy, korzystając z możliwości, jakie stwarza procedura. To już nie były prace legislacyjne, lecz spektakl polityczny emitowany w godzinach największej oglądalności, w którym obie strony zarzucały sobie nieczystą grę. Tegoroczny spór wokół reformy podatkowej z całą ostrością uzmysłowił opinii publicznej, jak wielkie znaczenie polityczne mają przepisy proceduralne, których zasadniczym celem jest przecież organizacja prac Sejmu. Okazało się, że umiejętne wykorzystywanie procedury może przesądzać o być albo nie być ustawy, czyli prawa, które ma obowiązywać wszystkich obywateli. I chodzi nie tylko o ustawę o przyszłorocznych podatkach, ale nawet o budżetową na 2000 rok (poseł SLD Maciej Manicki podczas debaty nad podatkami stwierdził wprost, że ustawa podatkowa stwarza pracowitemu posłowi nieograniczone możliwości przedłużania toku legislacyjnego - tysiące przepisów, setki tabel, dziesiątki źle obliczonych liczb, a wszystko to do poprawy). - Ja też znam regulamin i jego słabości, piłka jeszcze w grze - mówił poseł Manicki z sejmowej trybuny podczas debaty podatkowej. I o to właśnie chodziło - o grę, której głównym narzędziem stał się regulamin. Żadna z wcześniejszych kadencji Sejmu nie obfitowała tak w przypadki wykorzystywania regulaminu do osiągnięcia celów politycznych jak obecna, która jest dopiero na półmetku. Godziny pyskówek w sprawie porządku Meandry procedury były zawsze wykorzystywane przez posłów do innych celów niż zostały stworzone, a posłowie Sojuszu zazwyczaj posługiwali się regulaminem z dużą wprawą. W Sejmie X kadencji zwanym kontraktowym poseł Parlamentarnego Klubu Lewicy Demokratycznej Janusz Szymański znany był z tego, że podczas sporów proceduralnych toczących się na sali plenarnej wychodził na trybunę z regulaminem Sejmu w ręku i dowodził, że taki lub inny wniosek jest nieregulaminowy. Wywoływało to konsternację większości posłów, szczególnie solidarnościowych, którzy wówczas dopiero zaczynali swoją karierę polityczną. Janusz Szymański przeszedł później do Unii Pracy (w Sejmie II kadencji) i znacznie rzadziej posługiwał się regulaminem, jednak posłowie Sojusz Lewicy Demokratycznej nadal doceniali znaczenie procedury w polityce parlamentarnej. Spory proceduralne były zmorą Sejmu I kadencji. Proste ustalanie porządku obrad trwało czasami kilka godzin i zdarzało się, że - z dziennikarskiego punktu widzenia - było najciekawszym punktem całego posiedzenia plenarnego. W owym czasie każdy poseł dwanaście godzin przed rozpoczęciem posiedzenia Sejmu miał prawo zgłosić do laski marszałkowskiej wniosek o poszerzenie porządku obrad o dodatkowy punkt. Każdy wnioskodawca miał prawo uzasadnić swój wniosek, a marszałek dopuszczał jeden głos za i jeden przeciw. Wszystko to działo się pierwszego dnia posiedzenia rano, gdy telewizja na żywo transmitowała obrady. Niejednokrotnie posłowie zgłaszali wnioski o poszerzenie porządku obrad z pełną świadomością, że zostaną one odrzucone. Chodziło wyłącznie o wywołanie dyskusji i przedstawienie swoich racji w tzw. czasie antenowym, na oczach dziesiątków tysięcy telewidzów. Gra o województwa W Sejmie II kadencji koalicja mająca miażdżącą przewagę nad opozycją ucięła wielogodzinne ustalanie porządku obrad. SLD z PSL były w stanie przegłosować wszystko z wyjątkiem odrzucenia weta prezydenta i wprowadzenia zmian do konstytucji. Jednak właśnie poprzednia koalicja wprowadziła zwyczaj pospiesznych prac nad projektami ustaw, forsowania projektów rządowych zgłaszanych w trybie pilnym i w znakomitej większości bez projektów aktów wykonawczych, choć marszałek Sejmu w zasadzie nie powinien był w ogóle dopuszczać do debaty nad takimi projektami. Nieraz też opozycja oskarżała koalicję o ucinanie dyskusji podczas prac w komisji i pospieszne przechodzenie do rozstrzygnięć. W tej kadencji parlamentu Sojusz Lewicy Demokratycznej niemalże od początku "uczył" posłów AWS, jakie znaczenie polityczne ma procedura sejmowa. Posłowie Akcji rzeczywiście wielu rzeczy musieli się nauczyć. Przed tegorocznym bojem podatkowym najbardziej spektakularne manipulowanie procedurą przez SLD miało miejsce podczas uchwalania nowego podziału administracyjnego państwa. Rząd chciał, aby Polska była podzielona na dwanaście dużych województw. Projekt ten bez zastrzeżeń poparła wyłącznie Unia Wolności. W AWS koncepcji podziału administracyjnego kraju było niemal do końca kilka. Koalicja nie była w stanie, aż do głosowań wypracować rozwiązania kompromisowego, popieranego zgodnie przez wszystkich posłów. W tej sytuacji Sojusz Lewicy Demokratycznej, który w zasadzie popierał siedemnaście województw, zręcznie wykorzystał brak jednomyślności w obozie rządzącym. Do ustawy o podziale administracyjnym kraju SLD zgłosił poprawki określające liczbę województw na 13, 14, 15, 16 i 17. Propozycja rządowa nie przeszła w pierwszym głosowaniu. Marszałek ogłosił przerwę, koalicja dogadała się, że województw będzie piętnaście i... SLD wycofał propozycję utworzenia piętnastu województw, aby uniemożliwić przyjęcie tego wariantu koalicji. Zmusiło to koalicję rządzącą do upokarzającego manewru - uchwalenia podziału kraju na dwanaście województw z zastrzeżeniem, że Senat niezwłocznie poprawi ustawę, uchwalając województw piętnaście. Jak wiadomo z powodu weta prezydenta, którego koalicja nie była w stanie oddalić, województw ostatecznie mamy szesnaście. Miller kontra Lipowicz Misterna gra SLD nie była pierwszą w tej kadencji Sejmu. Wcześniej Sojusz starał się torpedować przeniesienie ubiegłorocznych wyborów samorządowych z czerwca na wrzesień. Polegało to m.in. na zgłaszaniu nieoczekiwanych dla koalicji wniosków o odłożenie obrad. W lutym ubiegłego roku, podczas pierwszego czytania projektów ustaw o samorządzie powiatowym i samorządzie wojewódzkim, Leszek Miller niespodziewanie, już po zreferowaniu projektów, których było sześć, złożył wniosek o odroczenie debaty nad tym punktem "do czasu, gdy rząd uzupełni przedstawione projekty o rozwiązania zawierające omówienie szczegółowych kompetencji nowych jednostek administracyjnych oraz zasady finansowania tych jednostek". - Nie wiem, kiedy rząd potrafi to uczynić, ale żywię nadzieję, że szybko - mówił lider SLD. Mogłoby to rzeczywiście zablokować na pewien czas prace nad ustawami, gdyby nie refleks i zimna krew posłanki Ireny Lipowicz z UW, która - zgodnie z regulaminem - złożyła wniosek przeciwny (o kontynuowanie obrad) i uzasadniała go tak długo, aż na salę plenarną powróciło dostatecznie dużo posłów koalicyjnych i w głosowaniu odrzucili wniosek SLD. Mimo ponagleń ze strony posłów SLD Irena Lipowicz nie pozwoliła sobie przerwać i nie zeszła z trybuny sejmowej. - Przecież nie chodzi, proszę państwa, o to żeby stosować podstępy, lecz o to, żeby państwa wniosek rozpatrzyć z należytą starannością - argumentowała niewinnie. Jacek Rybicki wiceszef Klubu AWS wygłosił wówczas oświadczenie, w którym zaprotestował przeciwko łamaniu kultury politycznej przez Klub SLD. Niespełna miesiąc później, 4 marca, SLD zdołał przeforsować odłożenie dyskusji nad projektami ordynacji wyborczej do samorządów. Koalicja chciała poszerzyć porządek obrad o pierwsze czytanie projektów ordynacji do gmin, powiatów i województw. Sojusz złożył wniosek przeciwny, o niewprowadzaniu tego punktu do porządku obrad. Wynik głosowania bez wątpienia zaskoczył koalicję - za poszerzeniem porządku obrad opowiedziało się 170 posłów, a przeciw było 175 (25 się wstrzymało). W ten sposób projekty były omawiane dopiero dwa tygodnie później - 18 marca. Plagą tej kadencji parlamentu stała się też instytucja pytań, którą posłowie przekształcili w dodatkową debatę. Korzystając z prawa zadawania pytań wnioskodawcom parlamentarzyści wygłaszają często długie oświadczenia poprzedzające samo zapytanie. W ten sposób każdy poseł może zabrać głos w dyskusji, omijając ustalone ograniczenie czasowe debaty. Dochodzi do tego, że pytania przedłużają niektóre dyskusje nawet o kilka godzin, co skutecznie burzy plan obrad Sejmu. Eliza Olczyk
Tegoroczny spór wokół reformy podatkowej z całą ostrością uzmysłowił opinii publicznej, jak wielkie znaczenie polityczne mają przepisy proceduralne, których zasadniczym celem jest przecież organizacja prac Sejmu. Okazało się, że umiejętne wykorzystywanie procedury może przesądzać o być albo nie być ustawy, czyli prawa, które ma obowiązywać wszystkich obywateli.Żadna z wcześniejszych kadencji Sejmu nie obfitowała tak w przypadki wykorzystywania regulaminu do osiągnięcia celów politycznych jak obecna, która jest dopiero na półmetku.Meandry procedury były zawsze wykorzystywane przez posłów do innych celów niż zostały stworzone, a posłowie Sojuszu zazwyczaj posługiwali się regulaminem z dużą wprawą.Plagą tej kadencji parlamentu stała się też instytucja pytań, którą posłowie przekształcili w dodatkową debatę.
Współczesny polski patriotyzm musi wypracować wizję naszej wspólnej przyszłości Naród - ostatni węzeł RYS. MARTA IGNERSKA JAROSŁAW GOWIN Dyskusja o patriotyzmie, jaka toczy się na łamach prasy, przypomina nam, że demokracji i kapitalizmu nie da się zbudować bez rozstrzygnięcia, na jakich wartościach chcemy je oprzeć. Przez poprzednią dekadę wznosiliśmy "polski dom" jak popadło, tu jakąś ścianę, tam kawałek dachu... Cud, że się nie zawalił. Pora jednak najwyższa, by wrócić do fundamentów. W znakomitym artykule "Patriotyzm - kłopotliwe zobowiązanie" ("Rz", 18.12.2000) Marek Cichocki wylicza najważniejsze powody, dla których polska demokracja potrzebuje - jako swego spoiwa - symboliki i wartości patriotycznych. Wolność wymaga ofiary - pisze publicysta Warszawskiego Klubu Krytyki Politycznej - a patriotyzm stwarza solidarność pokoleń: tych, które dla Polski poświęcały się w przeszłości, tego, które słowu "ojczyzna" nadaje treść obecnie, i tych, które robić to będą w przyszłości. Po drugie, patriotyzm to tkanka solidarności społecznej, chroniącej nas przed obojętnością na los tych, z których wolnorynkowa konkurencja (często zresztą zdeformowana przez korupcję, niesprawiedliwe interwencje państwa na rzecz interesów silniejszych grup zawodowych itp.) czyni "ludzi zbytecznych". Po trzecie wreszcie, jak podkreśla Cichocki, trwałość porządku demokratycznego zależy od poczucia odpowiedzialności za wspólnotę polityczną ze strony obywateli, patriotyzm zaś to najsilniejsza pobudka do takiego zaangażowania. Liberalna schizofrenia Artykuł Cichockiego powstał jako reakcja na spór, który wywołała wystawa "Bohaterowie naszej wolności". Billboardy ze zdjęciami na ogół nieznanych opinii publicznej uczestników polskich zmagań o niepodległość spotkały się z zaskakująco ostrą reprymendą ze strony liberalnych publicystów. Posunięto się aż do absurdalnego zarzutu o propagowanie ducha militaryzmu... Jak wytłumaczyć ten liberalny odruch niechęci przeciw propagowaniu wartości patriotycznych? Nie jest przecież tak, że liberalizm kłóci się z przywiązaniem do ojczyzny ani że polscy liberałowie są mało oddanymi patriotami - każdy, kto pamięta ostatnie dziesięciolecia PRL, wie przecież, że w ich gronie nie brakuje równie wielkich bohaterów polskiej wolności, jak ci, których twarze zobaczyliśmy na plakatach. W argumentach krytyków wystawy jest zresztą sporo racji (zgódźmy się jednak, że całkowicie banalnej): w czasach pokojowych na plan pierwszy codziennego życia wysuwają się wartości tworzące "patriotyczne minimum": rzetelność zawodowa, wiarygodność, uczciwość, umiar itd. Dlaczego wszakże te "cnoty drugorzędne" mielibyśmy przeciwstawiać gotowości do poświęcenia życia dla ojczyzny? W rzeczywistości znaczna część liberalnych publicystów popadła w rodzaj intelektualnej schizofrenii. O solidarności pokoleń słyszymy, gdy mowa jest - jak ostatnio, przy okazji odkrycia wstrząsającej zbrodni w Jedwabnem - o polskim antysemityzmie. Dlaczego jednak mamy poczuwać się do winy za antysemityzm naszych dziadków, a nie powinniśmy oddawać czci bohaterom tamtego pokolenia i czerpać zbiorowej dumy z ich heroizmu? Dlaczego w przypadku antysemityzmu wolno mówić o zbiorowej odpowiedzialności Polaków, podczas gdy wspominanie o odpowiedzialności za komunizm, jaka spada na członków aparatu PZPR-owskiego, sprowadza zarzuty o polityczne oszołomstwo i "antykomunizm z bolszewicką twarzą"? Stosując podwójne miary w ocenie przeszłości, nie uporamy się z jej ciemnymi kartami, a zagubimy to, co cenne. Prawda o tym, co uczyniono w Jedwabnem powinna ujrzeć światło dzienne przede wszystkim dlatego, że winni to jesteśmy ofiarom i narodowi żydowskiemu; ale powinna też stać się częścią narodowej samoświadomości Polaków z tych samych powodów, dla których pamiętać mamy o legionistach Piłsudskiego czy żołnierzach AK. W jednym i w drugim przypadku domaga się tego nasz patriotyzm. Mamy też obowiązek przekazać dziedzictwo przeszłości następnym pokoleniom: pamięć o bohaterach jako zobowiązania, pamięć o polskich zbrodniach jako przestrogę. Patriotyczna anemia Polski patriotyzm jest dzisiaj w kiepskim stanie. Po 1989 r. można było sądzić, że największy od stuleci (zapewne największy w całej naszej historii) zbiorowy sukces Polaków: pokojowe zwycięstwo nad komunizmem i udana rekonstrukcja instytucji demokratycznych oraz wolnego rynku wyzwoli w nas uzasadnione poczucie narodowej dumy. Tymczasem życie społeczne i polityczne ogarnęła patriotyczna anemia. Projekt transformacji, pomyślany na początku jako wielkie dzieło na rzecz ojczyzny (plan Balcerowicza był - na dużą skalę - odpowiednikiem przedwojennej budowy Gdyni, a starania o wejście do NATO i UE działaniem na rzecz wywrócenia układu geopolitycznego, który trzymał Polskę w kleszczach przez 200 lat), szybko uwiązł w drobnych zabiegach technokratów; z kolei ciężary codziennej egzystencji i rozczarowanie egoizmem klasy politycznej pozbawiły miliony zwykłych obywateli radości z odzyskania wolności. Patriotyzm stał się pojęciem niemodnym, a nawet wstydliwym. Takie czasy, że nawet własnym dzieciom głupio przypominać o obowiązku miłości do ojczyzny, cóż dopiero mówić o tym publicznie Iluzją albo nadużyciem byłoby przeciwstawianie "patriotycznych mas" "kosmopolitycznym elitom". Wielu zwykłych ludzi zawsze zawstydzać będzie intelektualistów siłą swych "nawyków serca", ale przeciętny robotnik czy chłop wykazują dzisiaj o wiele większą niż przeciętny inteligent obojętność na hasła patriotyczne; tym bardziej że "nowa Polska" kojarzy mu się z utratą poczucia prestiżu jego grupy społecznej, a nierzadko z degradacją materialną. Dla ilu Polaków Polska jest naprawdę wartością? Przecież nawet w wyborach 4 czerwca 1989 roku wzięło udział tylko 69 proc. społeczeństwa, z czego 1/3 głosowała na komunistów Czy polskie przywiązanie do patriotyzmu nie jest mitem? Czy w rzeczywistości nie jesteśmy Polakami o wiele mniej niż Francuzi są Francuzami lub Niemcy Niemcami? Złowrogi cień Nieufność części elit opiniotwórczych do retoryki patriotycznej pogłębia tę anemię. Za nieufnością tą kryje się pewien lęk. W przeświadczeniu współczesnych intelektualistów za patriotyzmem jak cień podąża to, co w ich oczach jest największym zagrożeniem społecznym: nacjonalizm. Jest rzeczą charakterystyczną, że w swej obronie patriotyzmu Marek Cichocki wystrzega się słowa naród - zapewne w nadziei, że w ten sposób zneutralizuje ataki ze strony środowisk antynacjonalistycznych. Za rozdzieleniem patriotyzmu i nacjonalizmu przemawiają zresztą poważne racje. Patriotyzm odnosi się przede wszystkim do kraju, do wspólnoty państwowo-terytorialnej. Istnieją rozmaite kręgi patriotyzmu: od lokalnego (małe ojczyzny) do ponadpaństwowego (taki charakter ma rodząca się na naszych oczach świadomość europejska). Można wskazać przykład patriotyzmu, który w ogóle obywa się bez identyfikacji narodowej - taki rodzaj przywiązania żywiło do XIX-wiecznego cesarstwa Habsburgów wielu przedstawicieli różnych narodów: Słoweńców, Węgrów, Żydów, Ukraińców czy Polaków. A jednak wszelkie próby rozdzielenia kwestii patriotyzmu od kwestii narodu byłyby w dzisiejszej Polsce zabiegiem pozornym. Odkąd staliśmy się krajem praktycznie jednonarodowym (co nie znaczy, że jednoetnicznym: naród to nie wspólnota krwi, lecz kultury i historii), niepodobna głosić pochwały patriotyzmu bez rehabilitacji pojęcia narodu i - weźmy byka za rogi - nacjonalizmu. Wieloznaczność nacjonalizmu Nieufność do nacjonalizmu nie może dziwić. Historia XIX i XX wieku nieraz pokazywała, jak krótka może być droga od przywiązania do rodzimych krajobrazów czy własnego języka do zbiorowych mogił. Przestrogą jest pod tym względem także to, co przydarzyło się z polską pamięcią o czasach komunizmu: skoro doświadczenie PRL tak szybko uległo zbiorowemu zapomnieniu, to dlaczego podobny los nie może spotkać lekcji, którą powinniśmy wyciągnąć ze zbrodni narodowego socjalizmu czy ludobójstwa na Bałkanach? Jak cienka granica dzieli przywiązanie do własnego narodu od szowinistycznych obsesji pokazują choćby dzisiejsi polscy antysemici, już nie tylko "broniący" krzyży w Oświęcimiu, ale i wymachujący legitymacjami poselskimi w galeriach sztuki A jednak granica taka istnieje. Mimo wszelkich ekscesów nacjonalizmu nie powinniśmy rezygnować z szukania takich jego form, które nie niosą w sobie nienawiści do sąsiadów. Nie powinniśmy, bo - po pierwsze - ceną za to okazuje się rezygnacja z takich wartości jak patriotyzm; po drugie zaś - nacjonalizm jest i długo będzie sztandarem, pod którym w chwilach trudnych zbierać się będą wszyscy zaniepokojeni o los Polski. Jeżeli monopol na wartości narodowe pozostawimy skinheadom, "Myśli Polskiej" i posłowi Tomczakowi, to skutki tego rzeczywiście mogą okazać się opłakane. W polskiej kulturze istnieje wiele tradycji, z których czerpać można inspiracje w poszukiwaniu nowoczesnego nacjonalizmu. Nie straciło przecież siły oddziaływania dziedzictwo jagiellońskie (choć dzisiaj nie tylko godzić, ale i cieszyć się winniśmy z samoistności Litwy). Nie straciła racji bytu romantyczna wizja narodu. Na przecięciu tradycji jagiellońskiej i romantycznej sytuuje się myślenie o narodzie Jana Pawła II, który wtopił je w uniwersalistyczne przesłanie chrześcijaństwa. W podobnym kierunku szły filozoficzne rozważania ks. Tischnera. O potrzebie szukania "liberalnego nacjonalizmu" pisali w ostatnich latach Jerzy Szacki i Andrzej Walicki - czołowi przedstawiciele polskiej myśli liberalnej. Naród jako zadanie Potoczne rozumienie narodu czy patriotyzmu kładzie nacisk na przywiązanie do przeszłości. Marek Cichocki, podkreślając związek patriotyzmu z postawami ofiary, poświęcenia, służby, solidarności czy troski o dobro wspólne, przenikliwie pokazał, że chodzi tu o sprawę, od której zależy przede wszystkim przyszłość Polski. Jak pisał Renan, naród to "codzienny plebiscyt"; o sile więzi narodowych stanowi nie tylko tradycja, ale i wielkość zadań, które patriotyzm rysuje przed obywatelami. Współczesny polski patriotyzm musi przede wszystkim wypracować wizję naszej wspólnej narodowej przyszłości, pokazać zadania, którym mamy zbiorowo sprostać. Nie ulega wątpliwości, że przyszłość naszego kraju wiąże się ze zjednoczoną Europą. Pilnym zadaniem jest dzisiaj budowa nowego kręgu patriotyzmu - patriotyzmu europejskiego. Ale bez patriotyzmu narodowego byłby on jak skorupa - pusty i kruchy. Dwa porządki Organizatorzy wystawy "Bohaterowie naszej wolności" przypomnieli - co jest ich wielką zasługą i świadectwem odwagi myślenia "pod prąd" - o związku patriotyzmu z heroizmem, poświęceniem, służbą. Naród to być może wartość najwyższa, ale w porządku historycznym. Poza planem wartości historycznych istnieje jednak sfera wartości absolutnych. Patriotyzm doprowadza nas do granic tej sfery, dalej jednak przewodnikami stają się religia, moralność, filozofia i sztuka. Tych dwu porządków nie należy przeciwstawiać, ale też nie należy ich mylić, i to nie tylko dlatego, że zwyrodniały nacjonalizm żywi się zapachem krwi. Broniąc wartości narodu, pamiętajmy, co na jego temat pisał Zbigniew Herbert: "ten okrwawiony węzeł/ jest ostatnim/ który/ wyzwalający się/ potarga". Autor jest redaktorem naczelnym miesięcznika "Znak".
Dyskusja o patriotyzmie, jaka toczy się na łamach prasy, przypomina nam, że demokracji i kapitalizmu nie da się zbudować bez rozstrzygnięcia, na jakich wartościach chcemy je oprzeć. W znakomitym artykule "Patriotyzm - kłopotliwe zobowiązanie" ("Rz", 18.12.2000) Marek Cichocki wylicza najważniejsze powody, dla których polska demokracja potrzebuje - jako swego spoiwa - symboliki i wartości patriotycznych. Artykuł Cichockiego powstał jako reakcja na spór, który wywołała wystawa "Bohaterowie naszej wolności". Billboardy ze zdjęciami na ogół nieznanych opinii publicznej uczestników polskich zmagań o niepodległość spotkały się z zaskakująco ostrą reprymendą ze strony liberalnych publicystów. Polski patriotyzm jest dzisiaj w kiepskim stanie. Po 1989 r. można było sądzić, że największy od stuleci zbiorowy sukces Polaków: pokojowe zwycięstwo nad komunizmem i udana rekonstrukcja instytucji demokratycznych oraz wolnego rynku wyzwoli w nas uzasadnione poczucie narodowej dumy. Tymczasem życie społeczne i polityczne ogarnęła patriotyczna anemia. Nieufność części elit opiniotwórczych do retoryki patriotycznej pogłębia tę anemię. Za nieufnością tą kryje się pewien lęk. W przeświadczeniu współczesnych intelektualistów za patriotyzmem jak cień podąża to, co w ich oczach jest największym zagrożeniem społecznym: nacjonalizm. A jednak wszelkie próby rozdzielenia kwestii patriotyzmu od kwestii narodu byłyby w dzisiejszej Polsce zabiegiem pozornym. Odkąd staliśmy się krajem praktycznie jednonarodowym, niepodobna głosić pochwały patriotyzmu bez rehabilitacji pojęcia narodu. Potoczne rozumienie narodu czy patriotyzmu kładzie nacisk na przywiązanie do przeszłości. Marek Cichocki, podkreślając związek patriotyzmu z postawami ofiary, poświęcenia, służby, solidarności czy troski o dobro wspólne, przenikliwie pokazał, że chodzi tu o sprawę, od której zależy przede wszystkim przyszłość Polski. Nie ulega wątpliwości, że przyszłość naszego kraju wiąże się ze zjednoczoną Europą. Pilnym zadaniem jest dzisiaj budowa nowego kręgu patriotyzmu - patriotyzmu europejskiego. Ale bez patriotyzmu narodowego byłby on jak skorupa - pusty i kruchy. Organizatorzy wystawy "Bohaterowie naszej wolności" przypomnieli o związku patriotyzmu z heroizmem, poświęceniem, służbą.
ARMIA Bezpieczeństwo państwa nie zależy dziś wyłącznie od potencjału sił zbrojnych, bardziej od kondycji gospodarki i od polityki kraju Mniej polityki, więcej zmian PAWEŁ F. NOWAK Decyzja rządu o zmniejszeniu Wojska Polskiego do 150 tysięcy żołnierzy nie jest przypadkowa. Dojrzewała wiele lat i dla znających głębiej problemy gospodarki oraz ich wpływ na siły zbrojne nie jest żadnym zaskoczeniem. Poglądy co do wielkości wojska wynikają z realnego spojrzenia na rzeczywistość naszego kraju, jego ekonomię, warunki socjalne społeczeństwa, potrzebę dokończenia reform, ale również z prognoz zagrożeń bezpieczeństwa narodowego, a także konfliktów zbrojnych w Europie w najbliższych 15 - 20 latach. U podstaw tych poglądów jest także nowa strategia NATO, nastawiona na zapobieganie konfliktom i ich rozprzestrzenianiu, czyli dławienie ewentualnych wojen w zarodku. Bezpieczeństwo państwa nie zależy dziś wyłącznie od potencjału sił zbrojnych, zwłaszcza ich liczebności, ale bardziej od kondycji gospodarki i od polityki kraju, w tym jego pozycji międzynarodowej. Członkostwo w NATO, a w niedalekiej przyszłości w Unii Europejskiej obliguje nas do realizacji wspólnych celów, dotyczących tak bezpieczeństwa europejskiego, jak i światowego. Gdy zimna wojna przeszła do historii mamy do czynienia z innymi zagrożeniami bezpieczeństwa, wynikającymi m.in. z niestabilności i nieprzewidywalności zachowań państw i społeczności, które generują kryzysy i konflikty. Rzecz w tym, by nie dopuścić, aby kryzys dotarł do nas, przekształcając się po drodze w konflikt. Zadania te wymagają innej strategii w działaniach wojskowych. Z tych m.in. powodów, jak również finansowych, wynikających z systematycznych ograniczeń budżetowych, armie natowskie intensywnie analizują stan swoich sił zbrojnych, opracowują nowe koncepcje ich organizacji, liczebności i funkcjonowania. U sojuszników Bardzo interesujące są doświadczenia Wielkiej Brytanii, którym początek dała gruntowna analiza stanu sił zbrojnych. Opracowany w 1998 r. Strategic Defence Review stworzył podstawy do zmian oblicza brytyjskich sił zbrojnych i ich otoczenia. Rozwiązania zaskakują nowatorskim podejściem do problemów obronności, funkcjonowania wojska w ścisłej symbiozie z gospodarką, planowego wykonywania zadań obronnych i do ich wykonawców. Ciekawe są rozwiązania dotyczące logistyki. Twierdzi się, że samodzielność rodzajów sił zbrojnych nie stwarza warunków do poprawy efektywności funkcjonowania armii, że osiągnięto praktycznie takie zwiększenie wydajności, jakie było możliwe w systemie opartym na rozdzielności rodzajów sił zbrojnych. Do większej wydajności można doprowadzić w ramach logistyki sił zbrojnych jako całości, gdyż wszelkie zmiany angażujące więcej niż jeden rodzaj sił przebiegały powoli i były trudne do wprowadzenia w życie. Po długiej samodzielności poszczególnych dowództw są zapewne podstawy, żeby tak twierdzić. Dlatego od 1 kwietnia br. funkcjonuje centralna instytucja logistyczna, która realizuje zadania dla sił lotniczych, lądowych i morskich. My również chcieliśmy zmierzać w tym kierunku, lecz nie było i nie ma sprzyjającej temu atmosfery w SG WP i w poszczególnych rodzajach sił zbrojnych, które nie chcą utracić niedawno nabytej samodzielności logistycznej, nie bacząc na pozytywne efekty, które takie działanie nam przyniesie. Jednak zmniejszając siły zbrojne RP, nie unikniemy tego. Innym przykładem są Niemcy, gdzie również dokonano przeglądu stanu sił zbrojnych. Wiadomo już, że nastąpi dalsze ich zmniejszenie z obecnych 340 do 255, a może i do 240 tysięcy, co w ponadosiemdziesięciomilionowym państwie, do tego silnym ekonomicznie, jest dość zaskakujące (jeden żołnierz przypadać będzie na 322 lub nawet na 342 obywateli, dzisiaj na 247). Dzięki temu jednak utrzymane będą duże możliwości wprowadzania najnowocześniejszej techniki wojskowej. Zamierza się również zdecydowanie poprawić gospodarkę oraz sprawność Bundeswehry. Prace nad przyszłym kształtem i zadaniami armii niemieckiej przebiegały wielotorowo, w różnych komisjach, bardzo wysokich rangą. Po dyskusjach przyjęty zostanie wariant optymalny, który będzie systematycznie wdrażany. Warto podkreślić, że zarówno w armii brytyjskiej, jak i niemieckiej dużą wagę przywiązuje się do szczególnego partnerstwa z przemysłem. Inne państwa również usilnie pracują nad przyszłym kształtem swoich sił zbrojnych. Francja planuje zmniejszyć siły zbrojne z 317,3 do 247 tys. żołnierzy w 2002 r. (ok. 240 obywateli na żołnierza), a Wielka Brytania z 212,4 do 204 tysięcy żołnierzy zawodowych (ok. 288 obywateli na żołnierza). Większość armii zamierza znacząco zwiększyć udział żołnierzy zawodowych w swoich szeregach lub całkowicie zrezygnować ze służby zasadniczej. Dyskutuje się również o tym, jaki charakter ma mieć służba z poboru, jeśli powoływać się będzie 10 czy nawet 20 proc. osób zarejestrowanych. Rozważane jest wprowadzenie służby ochotniczej zamiast obowiązkowego poboru wybranej części populacji męskiej. Fatalnie i coraz gorzej Oczywiście nikt nie zapomina o podstawowym potencjale zbrojnym niezbędnym do prowadzenia współczesnej wojny. Wymaga on jednak ponoszenia ogromnych kosztów. Równocześnie rozwój techniki umożliwia inne kształtowanie wojska. Coraz częściej wymusza przewartościowanie jego struktury stosownie do nowych możliwości techniki wojskowej, zwłaszcza tej zaawansowanej technologicznie. Nasz udział w tej działalności jest ograniczony z braku środków finansowych; może nas to umiejscowić w gorszej kategorii członków NATO, tych najsłabszych, przyjmowanych do sojuszu z przyczyn czysto politycznych. Dostęp do najnowszych technologii będzie więc bardzo utrudniony. Stan sił zbrojnych jest rzeczywiście fatalny, z roku na rok sytuacja się pogarsza. Od lat brakuje pieniędzy na zapewnienie żołnierzom godziwych warunków służby, nie mówiąc o środkach na eksploatację uzbrojenia i sprzętu wojskowego oraz szkolenie wojska. Nie ma pieniędzy na rozwój nowoczesnych środków walki, ich wprowadzenie do wojska i na uzupełnienie zapasów. Nie potrafiliśmy jednocześnie zracjonalizować naszej działalności i zbudować poprawnej struktury wojska, która przystawałyby do możliwości finansowych oraz gwarantowała wykonanie zadań w podstawowym stopniu. Jednym ze wskaźników dobrze obrazujących możliwości rozwojowe oraz potencjał sił zbrojnych jest ilość pieniędzy w dolarach przypadających na żołnierza w ramach nakładów państwa na obronność. W 1998 r. na głowę żołnierza polskiego było to 14,1 tys. USD, podczas gdy na hiszpańskiego 39,7 tys., portugalskiego 48,3 tys., niemieckiego 99,2 tys., a brytyjskiego 176,1 tys. USD. Żeby myśleć o poprawie zdolności obronnych naszych sił zbrojnych, powinniśmy ten wskaźnik zwiększyć do co najmniej 40 - 50 tys. USD na żołnierza. Oznaczałoby to, przy zachowaniu dzisiejszego poziomu finansowania obronności, armię mającą 60 - 70 tys. żołnierzy. Ustaliwszy liczebność armii na poziomie 150 tys., nadal będziemy w ogonie NATO, mając około 23 tys. USD na jednego żołnierza (w odniesieniu do wartości nakładów obronnych z 1998 r). Zdefiniowanie zadań W ciągu najbliższych 15 - 20 lat musi zostać dokonana gruntowna wymiana techniki wojskowej, do której trzeba zgromadzić zapasy środków bojowych i materiałowych, przebudować system szkolenia specjalistów i rzeczywiście szkolić wojsko, poprawić wreszcie żołnierzom warunki socjalne itd. By to przeprowadzić, jest konieczne dokonanie gruntownego, kompleksowego przeglądu stanu sił zbrojnych, dokładne zidentyfikowanie problemów i zdefiniowanie najważniejszych zadań i kierunków działań oraz ustalenie priorytetów w przebudowywaniu wojska. Na to potrzebny jest czas, którego nigdy nie mamy. Liczebność struktur zarządzających nie zależy od liczebności wojska oraz ilości uzbrojenia i sprzętu. Struktury te mają określone funkcje i zadania i czy wojsko będzie liczyło 100 czy 200 tys. żołnierzy, 100 czy 500 statków powietrznych itd., nie powinny się różnić liczbowo. Powszechne jest dążenie do zmniejszania struktur Ministerstwa Obrony i dowództw różnych sił zbrojnych, co akurat w przypadku resortu obrony narodowej nie ma uzasadnienia. Można to oczywiście zrobić, ale wówczas nie wolno zapominać o konieczności realizacji zadań, które trzeba komuś przekazać, jeśli chcemy, by wojsko dobrze funkcjonowało. Tak jest w państwach natowskich, gdzie w resortach obrony funkcjonują urzędy, agencje, biura i inne organizacje podporządkowane ministrom obrony, szefom sztabów oraz dowódcom poszczególnych sił zbrojnych. Dzisiaj stoi przed nami kolejne wyzwanie, które wymaga przewartościowania wielu poglądów dotyczących struktur sił zbrojnych, systemu dowodzenia, systemu wsparcia (nie tylko logistycznego) oraz funkcjonowania instytucji okołowojskowych. Konieczna jest gruntowna przebudowa Wojska Polskiego, zerwanie z myślą operacyjną lat osiemdziesiątych. Inne są dzisiaj realia polityczne, operacyjne i ekonomiczne. Konieczne stało się opracowanie takich zmian, które chociaż na jakiś czas ustabilizują funkcje, zadania i struktury w resorcie obrony narodowej. Do tego niezbędne jest porozumienie ponad podziałami politycznymi, które musi obowiązywać specyficzną dziedzinę, jaką w państwie jest obronność. ------ Pułkownik Paweł F. Nowak jest doradcą ministra obrony narodowej.
Decyzja rządu o zmniejszeniu Wojska Polskiego do 150 tysięcy żołnierzy nie jest przypadkowa. Poglądy co do wielkości wojska wynikają z realnego spojrzenia na rzeczywistość naszego kraju, jego ekonomię, z prognoz zagrożeń bezpieczeństwa narodowego. interesujące są doświadczenia Wielkiej Brytanii, którym początek dała analiza stanu sił zbrojnych. Twierdzi się, że samodzielność rodzajów sił zbrojnych nie stwarza warunków do poprawy efektywności funkcjonowania armii. funkcjonuje centralna instytucja logistyczna, która realizuje zadania dla sił lotniczych, lądowych i morskich. My również chcieliśmy zmierzać w tym kierunku, lecz nie ma sprzyjającej temu atmosfery. rozwój techniki umożliwia inne kształtowanie wojska. Nasz udział w tej działalności jest ograniczony z braku środków. Stan sił zbrojnych jest rzeczywiście fatalny. musi zostać dokonana wymiana techniki wojskowej. By to przeprowadzić, jest konieczne dokonanie gruntownego przeglądu stanu sił zbrojnych, zidentyfikowanie problemów i zdefiniowanie najważniejszych zadań i kierunków działań.
AFERA Pieniądze wyjęte z Polleny ARTUR KUROWSKI Członkowie zarządu Polleny Paczków za pośrednictwem swoich spółek wyprowadzali z zakładu pieniądze i towary o milionowej wartości. Uzyskane w ten sposób środki przeznaczali m. in. na finansowanie Sojuszu Lewicy Demokratycznej i wydawanie tygodnika lokalnego. Działo się to bez wiedzy i zgody pracowników paczkowskiej Polleny, którzy są jednocześnie udziałowcami firmy. Łapówka dla przewodniczącego W tym przestępczym procederze uczestniczył przewodniczący Rady Powiatu nyskiego Romuald Kamuda z PSL. W grudniu 1999 roku Kamuda pobrał z kasy Polleny 6 tys. złotych za 10 dni rzekomej współpracy z zakładem w "zakresie uzyskania pozwolenia na budowę i pozwolenia na emisję nowo wybudowanej kotłowni zakładowej". Ze strony Polleny Paczków umowę podpisali członkowie zarządu Krzysztof B. i Bogusław T. Pozwolenia na budowę wydaje starostwo powiatowe, a Kamuda jest przewodniczącym Rady Powiatu nyskiego. Jedno z pozwoleń, które rzekomo miał załatwić, zostało wydane dziesięć dni wcześniej przez Wydział Rolnictwa i Ochrony Środowiska Starostwa Powiatowego. Za oba Pollena zapłaciła starostwu w znaczkach skarbowych sto trzy złote. Kilka miesięcy wcześniej przewodniczący Kamuda jako dyrektor Unii Turystycznej Ziemi Nyskiej zlecił spółce BWK Consulting opracowanie i wydanie folderu promocyjnego. Współwłaścicielem spółki BWK był prezes Polleny Krzysztof B. Narodziny oszustwa W 1996 roku zarząd miasta i gminy Paczków podjął uchwałę o przeprowadzeniu przetargu na sprzedaż udziałów gminy w Paczkowskich Zakładach Chemii Gospodarczej Pollena. Gmina dysponowała pakietem kontrolnym 60 procent udziałów Polleny. Pozostałe 40 procent przeznaczone było dla pracowników. Zarząd gminy Paczków przyjął jako cenę wyjściową za jeden udział 105 zł. Zgodnie z uchwałą zarządu 50 procent środków pochodzących ze sprzedaży miało zasilić kasę gminy, a drugie 50 procent miało pozostać w przedsiębiorstwie z wyłącznym przeznaczeniem na inwestycje. W lutym 1998 roku prezes zarządu spółki RBS Zarządzanie i Inwestycje z Katowic Marek Rasiński przesłał burmistrzowi Paczkowa Ryszardowi Chopkowiczowi z SLD (obecnie radny powiatu z ramienia tej partii) propozycję przejęcia majątku produkcyjnego Polleny Paczków. Rasiński zaproponował m. in. odkupienie od gminy 60 procent udziałów za cenę nominalną. Zapowiedział, że zainwestuje w Pollenie od dwóch do czterech milionów złotych. Koncert życzeń 26 marca 1998 roku Rada Miasta Paczkowa podjęła uchwałę określającą zasady zbycia udziałów gminy w Pollenie. Rada wyraziła zgodę zarządowi na zbycie udziałów po cenie nominalnej i dopuściła zapłatę ceny w pięciu ratach rocznych w okresie nie dłuższym niż pięć lat. Ponadto radni ustalili zabezpieczenie rat przez nabywcę w formie poręczenia wekslowego lub gwarancji bankowej. Uchwała rady zarówno co do formy zapłaty, jak i zabezpieczenia była spełnieniem życzeń RBS i w żaden sposób nie dawała Pollenie gwarancji rozwoju. ...pobrał z kasy Polleny 6 tys. złotych za 10 dni rzekomej współpracy z zakładem w "zakresie uzyskania pozwolenia na budowę i pozwolenia na emisję nowo wybudowanej kotłowni zakładowej" W tym czasie pojawiło się jeszcze kilku innych kontrahentów do zakupu udziałów Polleny. O wyborze nabywcy zadecydował jednak samodzielnie, bez przetargu, zarząd, który przygotował jednocześnie projekt uchwały Rady Miasta o zmianie ceny nominalnej udziałów Polleny i obniżeniu jej aż o 50 procent, do 25 złotych. Nie wiadomo, dlaczego cena nominalna udziałów Polleny wynosiła wówczas 50 zł, skoro zarząd ustalił ją wcześniej na 105 zł. W czerwcu 1998 roku Rada Miasta Paczkowa wyraziła zgodę na zbycie tzw. złotych akcji Polleny (pakiet udziałów dający pełną kontrolę nad firmą) po cenie o połowę niższej od tej, po jakiej udziały kupili pracownicy korzystający z preferencji. Pracownicy zapłacili średnio po 50 zł za jeden udział. Mimo to spółka RBS nie kupiła udziałów Polleny. Wola prezesa 2 lipca 1998 roku prezes Rasiński zadeklarował w paczkowskim urzędzie wolę przeniesienia własności udziałów Polleny na spółkę, której właścicielem będzie Jan Morański oraz RBS Zarządzanie i Inwestycje. Zdaniem Rasińskiego, Jan Morański, jeden z największych producentów chemii samochodowej, mógłby pomóc Pollenie. Rasiński zaproponował spisanie umowy bezpośrednio z firmą, której właścicielem byłby Jan Morański. Władze gminy się na to zgodziły. Już następnego dnia, 3 lipca 1998 roku, gmina Paczków reprezentowana przez zastępcę burmistrza Andrzeja Horodeńskiego i członka zarządu Tadeusza Błachę podpisała umowę kupna-sprzedaży udziałów Polleny z firmą Wolmet sp. z o. o. , której jedynym udziałowcem i prezesem zarządu był. .. Rasiński. Kapitał założycielski spółki w chwili nabycia przez nią udziałów Polleny wynosił zaledwie 10 tys. złotych. Gmina sprzedała Wolmetowi 18 tys. udziałów (60 proc. ) po 25 złotych za udział. Wolmet miałby do zapłacenia 450 tys. złotych. Sam znak firmowy Polleny ma większą wartość. Zapłata za udziały ma nastąpić w pięciu rocznych ratach po 90 tys. złotych każda, przy czym termin spłaty kolejnej raty uzależniony został od terminu zapłaty raty wcześniejszej. Rozłożona na raty nie wpłacona część podlega oprocentowaniu w wysokości 0,3 stopy kredytu refinansowego. Z umowy jednoznacznie wynika, że nabywca udziałów Polleny wcale nie musiał dysponować gotówką, aby stać się ich właścicielem. Wolmet został większościowym udziałowcem Polleny i teraz za pieniądze Polleny może spłacać raty. Spółka widmo Dwa tygodnie po zakupie udziałów Polleny Paczków Wolmet przekształca się w RBS-M Chemia i podnosi kapitał do stu tysięcy złotych. Nowa spółka ma dwóch udziałowców: Marka Rasińskiego i Jana Morańskiego (obaj mają po 50 proc. udziałów) i siedzibę w tym samym miejscu, co Wolmet. W mieszkaniu Marka Rasińskiego. Prokurentem RBS-M Chemia został Krzysztof Breguła. Zaskakujące, że w sprawozdaniu z działalności za rok 1998 zarząd spółki RBS-M Chemia stwierdza, iż spółka w 1998 roku nie podjęła żadnej działalności handlowej i na koniec roku poniosła stratę w wysokości 11 667,54 zł. Jan Morański i Marek Rasiński tłumaczyli to "powstałymi trudnościami handlowo-organizacyjnymi". Kto w takim razie kupił udziały w Pollenie? Nawet Urząd Skarbowy w Katowicach nic nie wiedział o spółce Wolmet z Katowic, z siedzibą przy ul. Stoińskiego 4. Spółka, której dwóch członków zarządu Paczkowa sprzedało udziały Polleny nie była zarejestrowana w Urzędzie Skarbowym, nie miała nawet numeru NIP! 16 lipca 1998 roku pierwotny nabywca udziałów Polleny, spółka Wolmet przestała istnieć. Powstała spółka RBS-M Chemia. Tak wynika z dokumentów sądowych znajdujących się w Katowicach. Tymczasem w dokumentach Polleny w Sądzie Rejonowym w Opolu znajduje się umowa zbycia przez spółkę Wolmet udziałów Polleny dwóm osobom fizycznym: Markowi Rasińskiemu i Janowi Morańskiemu. Rasiński i Morański odkupili od Wolmetu po 7200 udziałów Polleny, płacąc za każdy udział. .. 50 złotych. Miesiąc wcześniej Wolmet kupił te udziały od gminy Paczków płacąc za nie po 25 zł. Umowa została zawarta 20 sierpnia 1998 roku, a przecież w tym dniu spółka Wolmet już nie istniała. Zgodnie z umową Sąd Rejonowy w Opolu dokonał zmiany w rejestrze handlowym Polleny, wpisując na listę udziałowców Rasińskiego i Morańskiego. Przyjaciele lewicy Latem 1998 roku nabiera tempa kampania wyborcza do samorządów. Sojusz Lewicy Demokratycznej zorganizował na stadionie Sparty Paczków festyn wyborczy. Gra szła o wielką stawkę: władzę w gminach i tworzonych powiatach. Burmistrz Paczkowa jest kandydatem na radnego powiatu, inni członkowie dotychczasowych władz gminy kandydują do rad miejskich. Wszyscy z list SLD. Nowi właściciele Polleny nie zapominają, dzięki komu przejęli zakład. Pollena dopłaciła do festynu SLD co najmniej 5 tys. złotych. Ale pieniądze z Polleny nie pomogły lewicy wygrać wyborów. Niemal we wszystkich gminach wygrała prawica lub centroprawica. Z końcem 1998 roku Mieczysław Warzocha, dotychczasowy lider SLD w regionie, został nowym prezesem Polleny. Wiceprezesem został Krzysztof B. Warzocha zapowiedział firmie świetlaną przyszłość, a mieszkańcom Paczkowa obiecał ponad sto nowych miejsc pracy. W połowie kwietnia 1999 roku wspólna reprezentacja związków zawodowych działających w Pollenie wystosowała do zarządu miasta i gminy w Paczkowie pismo z prośbą o zainteresowanie się losem zakładu. Związkowców zaniepokoiła zarówno trudna sytuacja ekonomiczna firmy, jak i brak zapowiadanych przez nowych właścicieli inwestycji. Nie było także wzrostu zatrudnienia obiecywanego przez prezesa Warzochę. 22 kwietnia 1999 roku nowy zarząd gminy Paczków skierował do Prokuratury Rejonowej w Nysie wniosek o wszczęcie postępowania. Według oceny autorów wniosku poprzednie władze Paczkowa, zawierając umowę ze spółką Wolmet, działały na szkodę gminy. Pod wnioskiem podpisał się nowy burmistrz Paczkowa Bogdan Wyczałkowski. Miesiąc później, 21 maja, Prokuratura Rejonowa w Nysie wszczęła śledztwo. Kariera burmistrza W maju 1999 roku Mieczysław Warzocha odszedł z Polleny. Został dyrektorem należącego do gminy Paczków Zakładu Usług Komunalnych i Mieszkaniowych. Od razu obiecał ludziom mieszkania. Burmistrz Paczkowa Bogdan Wyczałkowski dał mu pensję dwukrotnie wyższą od tej, jaką miał poprzedni dyrektor ZUKiM. Burmistrz zrobił błyskawiczną karierę w SLD. Najpierw został członkiem władz powiatowych, a później władz wojewódzkich Sojuszu. Wyborcom tłumaczył, że nigdy nie deklarował się jako zwolennik prawicy i że jest niezależny politycznie. Twierdził, że tylko lewica jest szansą dla Paczkowa. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej krytykował swoich poprzedników z SLD, podpisał się nawet pod wnioskiem do prokuratury. Haracz dla RBS Po odejściu Warzochy prezesem Polleny został Krzysztof B. W zarządzie Polleny pojawił się także Bogusław T. Zaraz po objęciu stanowiska Krzysztof B., będąc pełnomocnikiem spółki RBS-M Chemia (dawny Wolmet), podpisał w imieniu Polleny umowę o współpracy z firmą RBS-M Chemia. Umowa obowiązywała od 1 czerwca do 31 października 1999 roku. RBS-M Chemia miała poszukiwać nowych koncepcji technologicznych i inwestycyjnych dla Polleny, zająć się sprzedażą jej zbędnego majątku. W ramach realizacji tej umowy 24 czerwca 1999 roku Pollena zapłaciła za wystawioną przez RBS-M Chemia fakturę na ponad 20 tys. złotych. Jeszcze jako wiceprezes Polleny Krzysztof B. w lutym 1999 roku w siedzibie nyskiego SLD i biurze posła Jerzego Pilarczyka założył spółkę JKM Consulting. Objął wszystkie udziały w spółce i został prezesem zarządu. Pięć dni później, 24 lutego, Krzysztof B. wraz z radcą prawnym gminy Paczków Małgorzatą Koelner założył inną spółkę, BWK Consulting. Małgorzata Koelner z ramienia władz gminy Paczków opiniowała umowę sprzedaży udziałów Polleny Wolmetowi. W październiku 1999 roku Krzysztof B. odstąpił połowę udziałów w spółce JKM Bogusławowi T. JKM wkrótce rejestruje w Sądzie Okręgowym w Opolu założenie tygodnika "Prosto z regionu". Dla zatarcia powiązań z SLD Krzysztof B. zmienił siedzibę spółki. Postanowienie o zmianie adresu spółki Sąd Rejonowy w Opolu wydał 24 listopada 1999 roku, ale wniosek o zmianę wpłynął do sądu 30 listopada. Pollena na polecenie prezesa Krzysztofa B. zapłaciła za sprzęt komputerowy, materiały biurowe, meble i telefony. Także dla redakcji. Mechanizm działania był prosty - swojej spółce lub zaufanym ludziom zlecał jako prezes Polleny przeróżne usługi w zakresie marketingu, reklamy i konsultingu. Towar do wzięcia Jeszcze przed wydaniem pierwszego numeru tygodnika w JKM i Pollenie w towarzystwie Krzysztofa B. i Bogusława T. pojawił się nyski biznesmen Jacek K., skazany przez Sąd Rejonowy w Kaliszu na 4,5 roku więzienia za rozbój. Jacek K. ma też na swoim koncie wyrok za paserstwo samochodów. Kilka lat temu przed domem, w którym mieszkał, wybuchła bomba. W listopadzie 1999 roku prezes Polleny Krzysztof B. podpisał z firmą, której pełnomocnikiem był Jacek K., porozumienie handlowe, na mocy którego Jacek K. kupował w Pollenie towary po cenie producenta z 20-procentowym opustem i odroczonym terminem płatności. Według tego porozumienia spółka reprezentowana przez Jacka K. miała dokonywać w Pollenie w ciągu jednego roku obrotowego zakupów o nominalnej wartości netto 1,8 mln złotych. Do dziś Jacek K. zdążył pobrać z Polleny towar o wartości ok. 1,6 miliona złotych, ale choć minęły już terminy płatności, z tego tytułu na konto Polleny nie wpłynęła ani złotówka. Przez cały ten czas Prokuratura Rejonowa w Nysie prowadziła śledztwo w sprawie sprzedaży udziałów Polleny. Prokurator ograniczył się do zbadania, czy sprzedaż odbyła się prawidłowo, i nie zwrócił uwagi na umowy zawierane przez zarząd Polleny. Kopie kilku znalazły się w prokuratorskich aktach. W grudniu ubiegłego roku prokuratura umorzyła śledztwo, nie stwierdziwszy nieprawidłowości w postępowaniu władz gminy. Ujawnienie afery W połowie lutego tego roku dziennikarze lokalnego tygodnika "Nowiny Nyskie" zarzucili przewodniczącemu Rady Powiatu nyskiego wzięcie łapówki, a ówczesnym członkom zarządu paczkowskiej Polleny działanie na szkodę zakładu. Kilka dni po ukazaniu się artykułu w "Nowinach" rada nadzorcza Polleny zwolniła dyscyplinarnie Krzysztofa B. i Bogusława T. Obaj odwołali się do Sądu Pracy, który uznał jednak ich zwolnienie za zasadne. Nowym dyrektorem Polleny został Stanisław Arczyński, nyski radny SLD, dobry znajomy Krzysztofa B. świadczący dla Polleny usługi transportowe. Na artykuł błyskawicznie zareagowała Komenda Powiatowa Policji w Nysie. Wydział ds. Przestępczości Gospodarczej wszczął dochodzenie. W dwóch hurtowniach odnaleziono pobrany przez Jacka K. towar o wartości około czterystu tysięcy złotych. Prokuratura Rejonowa w Nysie tydzień po ukazaniu się publikacji, 24 lutego wszczęła śledztwo w trybie publiczno-skargowym i sprawuje nadzór nad policyjnym dochodzeniem. Krzysztof B. i jeden z opolskich hurtowników, który przyjął towar od Jacka K. , zostali aresztowani. Bogusław T. ma dozór policyjny i zakaz opuszczania kraju. Jacek K. i właściciel spółki, w imieniu której pobierał towar, zniknęli. W sprawie umowy z przewodniczącym rady prokuratura najpierw prowadziła odrębne postępowanie wyjaśniające, a teraz wszczęła śledztwo. Małgorzata Koelner, prowadząca wspólne interesy z Krzysztofem B. , pracuje obecnie jako radca prawny Urzędu Wojewódzkiego w Opolu. Główni podejrzani w sprawie, Krzysztof B. i Bogusław T. , po publikacji w "Nowinach" dokonali fikcyjnej sprzedaży udziałów JKM, aby uchronić spółkę od decyzji prokuratora o zabezpieczeniu majątkowym. Z takim wnioskiem do prokuratury już dwa miesiące temu zwrócili się pracownicy Polleny będący mniejszościowymi udziałowcami spółki. Na razie nie doczekali się reakcji prokuratora. 31 maja Rada Powiatu nyskiego głosami radnych SLD i PSL odrzuciła wniosek o odwołanie z funkcji przewodniczącego rady Romualda Kamudy. Zdjęcia: Artur Kurowski
Członkowie zarządu Polleny Paczków za pośrednictwem swoich spółek wyprowadzali z zakładu pieniądze i towary o milionowej wartości. Uzyskane w ten sposób środki przeznaczali m. in. na finansowanie Sojuszu Lewicy Demokratycznej i wydawanie tygodnika lokalnego. Działo się to bez wiedzy i zgody pracowników paczkowskiej Polleny, którzy są jednocześnie udziałowcami firmy. W tym przestępczym procederze uczestniczył przewodniczący Rady Powiatu nyskiego Romuald Kamuda z PSL. W grudniu 1999 roku Kamuda pobrał z kasy Polleny 6 tys. złotych za 10 dni rzekomej współpracy z zakładem w "zakresie uzyskania pozwolenia na budowę i pozwolenia na emisję nowo wybudowanej kotłowni zakładowej".Ze strony Polleny Paczków umowę podpisali członkowie zarządu Krzysztof B. i Bogusław T. Pozwolenia na budowę wydaje starostwo powiatowe, a Kamuda jest przewodniczącym Rady Powiatu nyskiego. Jedno z pozwoleń, które rzekomo miał załatwić, zostało wydane dziesięć dni wcześniej przez Wydział Rolnictwa i Ochrony Środowiska Starostwa Powiatowego. Za oba Pollena zapłaciła starostwu w znaczkach skarbowych sto trzy złote.Kilka miesięcy wcześniej przewodniczący Kamuda jako dyrektor Unii Turystycznej Ziemi Nyskiej zlecił spółce BWK Consulting opracowanie i wydanie folderu promocyjnego. Współwłaścicielem spółki BWK był prezes Polleny Krzysztof B. Jeszcze jako wiceprezes Polleny Krzysztof B. w lutym 1999 roku w siedzibie nyskiego SLD i biurze posła Jerzego Pilarczyka założył spółkę JKM Consulting. Objął wszystkie udziały w spółce i został prezesem zarządu. Pięć dni później, 24 lutego, Krzysztof B. wraz z radcą prawnym gminy Paczków Małgorzatą Koelner założył inną spółkę, BWK Consulting. Małgorzata Koelner z ramienia władz gminy Paczków opiniowała umowę sprzedaży udziałów Polleny Wolmetowi.W październiku 1999 roku Krzysztof B. odstąpił połowę udziałów w spółce JKM Bogusławowi T. JKM wkrótce rejestruje w Sądzie Okręgowym w Opolu założenie tygodnika "Prosto z regionu". Jeszcze przed wydaniem pierwszego numeru tygodnika w JKM i Pollenie w towarzystwie Krzysztofa B. i Bogusława T. pojawił się nyski biznesmen Jacek K.. W listopadzie 1999 roku prezes Polleny Krzysztof B. podpisał z firmą, której pełnomocnikiem był Jacek K., porozumienie handlowe, na mocy którego Jacek K. kupował w Pollenie towary po cenie producenta z 20-procentowym opustem i odroczonym terminem płatności. Do dziś Jacek K. zdążył pobrać z Polleny towar o wartości ok. 1,6 miliona złotych, ale choć minęły już terminy płatności, z tego tytułu na konto Polleny nie wpłynęła ani złotówka. W połowie lutego tego roku dziennikarze lokalnego tygodnika "Nowiny Nyskie" zarzucili przewodniczącemu Rady Powiatu nyskiego wzięcie łapówki, a ówczesnym członkom zarządu paczkowskiej Polleny działanie na szkodę zakładu. Kilka dni po ukazaniu się artykułu w "Nowinach" rada nadzorcza Polleny zwolniła dyscyplinarnie Krzysztofa B. i Bogusława T. Nowym dyrektorem Polleny został Stanisław Arczyński, nyski radny SLD, dobry znajomy Krzysztofa B. świadczący dla Polleny usługi transportowe.
Interesy centralnej biurokracji rządowej są wciąż ważniejsze od interesu publicznego Zerwać z branżowym zarządzaniem RYS. PAWEŁ GAŁKA KRZYSZTOF PAWŁOWSKI "Rzeczpospolita" opublikowała w ostatnich tygodniach syntetyczną prezentację16 województw wraz ze wskaźnikami potencjału rozwojowego powiatów ziemskich i grodzkich. Ukazała ona ogromne zróżnicowanie tak między województwami, jak i powiatami. Różnice są wręcz szokujące; są województwa, w których rozpiętość potencjału rozwojowego jest skrajnie duża (np. w woj. mazowieckim wskaźnik ten wynosi dla powiatu warszawskiego 9, a dla ostrołęckiego 0,5), ale są także takie (np. opolskie lub warmińsko-mazurskie), w których na całym terenie wskaźnik potencjału rozwojowego dla najsilniejszego powiatu nie przekracza 3,0. Publikacje "Rz" w sposób szczególnie ostry pokazały, jaką wagę dla przyszłych losów Polski i Polaków mają prawidłowe rozwiązania dotyczące systemu zarządzania rozwojem regionalnym. Zarządzanie branżowe Niedawno toczyła się dyskusja dotycząca potrzeby powołania nowego ministerstwa - rozwoju regionalnego. Ostatecznie premier zdecydował o włączeniu działu rozwoju regionalnego do Ministerstwa Gospodarki. Uważam to rozwiązanie za poważny błąd, który może zablokować tendencje rozwojowe Polski i utrudnić prowadzenie polityki rozwoju regionalnego przez władze samorządowe województw i powiatów. Równocześnie przygotowana jest ustawa o zasadach wspierania rozwoju regionalnego - przyjęcie w niej błędnych rozwiązań może dodatkowo utrudnić wspieranie polityki rozwoju regionów. Po starym systemie otrzymaliśmy strukturę administracji rządowej niemal wyłącznie sektorowo-branżową. To może było rozsądne rozwiązanie w systemie nakazowo-rozdzielczym, ale jest błędne w państwie, w którym władza publiczna jest przesuwana na odpowiednie poziomy władzy samorządowej. Jednym ze sposobów wymuszenia niezbędnej decentralizacji państwa było wyjęcie z ministerstw branżowych kompetencji dotyczących spraw rozwoju, zgrupowanie ich w osobnym ministerstwie i umożliwienie w ten sposób kompleksowego zarządzania rozwojem regionalnym. Wprowadzając reformę administracji publicznej, stworzono nowy produkt - województwo samorządowe, którego głównym zadaniem miało być opracowanie strategii rozwoju, a później wprowadzenie jej do polityki życia społecznego i gospodarczego. Tymczasem część kompetencji i niemal wszystkie środki na rozwój pozostały w różnych ministerstwach branżowych. Niech mnie nikt nie próbuje przekonać, że na przykład Ministerstwo Rolnictwa powinno zajmować się rozwojem wsi, rozwojem małych przedsiębiorstw oraz zwiększeniem mobilności wykształconej młodzieży wiejskiej, przecież to jest zadanie całego rządu i powinni być w nie zaangażowani niemal wszyscy ministrowie. Obecnie jednak dział rozwój wsi przypisany jest do Ministerstwa Rolnictwa, co wygląda tak, jakby rząd chciał przypisać ludność wiejską do rolnictwa. Tymczasem społecznie potrzebny jest proces odwrotny - uruchomienie takich mechanizmów, które w sposób pozytywny wyprowadzą dużą część ludności wiejskiej zajmującej się obecnie rolnictwem do innych obszarów działalności. Pozostawienie działu rozwój wsi w Ministerstwie Rolnictwa utrwala wręcz antagonizm wieś - miasto. Przegrana na starcie Nowy sposób konstruowania rządu, poprzez ustawę o działach administracji państwowej, pozwala dość skutecznie zerwać z branżowym zarządzaniem. Wydawało się, że połączeniem naturalnym będzie połączenie działów: rozwój regionalny, rozwój wsi, rozwój miast i mieszkalnictwo, co zapewniłoby spójny zakres zadań i kompetencji, a można by tego dokonać, tworząc nowe ministerstwo, które stałoby się naturalnym partnerem dla województw samorządowych. Obserwuję z narastającym smutkiem, jak interesy centralnej biurokracji rządowej są wciąż ważniejsze od interesu publicznego. Źle stało się już przy okazji targów o liczbę województw i kompetencje samorządu powiatowego i wojewódzkiego. Lobby samorządowe wyraźnie wówczas przegrało. Wygrały małe interesiki polityczne i partyjne oraz potężne lobby centralnej administracji. Na uznanie zasługują działania Ministerstwa Gospodarki, które próbuje nadrobić straty spowodowane przez politykę bezruchu w latach 1993 - 1997 w dziedzinie restrukturyzacji drażliwych branż, tj. górnictwa, hutnictwa czy przemysłu zbrojeniowego. Zadań tych jest jednak tak dużo, łącznie z dostosowującymi nasze prawo do wymagań UE, że włączenie jeszcze jednego dużego działu, wychodzącego daleko poza problemy gospodarcze, osłabi Ministerstwo Gospodarki i nie pozwoli na zbudowanie ośrodka kreującego doktrynę rozwoju. Sprzeczne z duchem reformy Z informacji docierających do opinii publicznej wiadomo, że jednym z argumentów przeciwników utworzenia nowego ministerstwa rozwoju regionalnego była obawa przed wzrostem struktur biurokratycznych. Moim zdaniem ten argument jest nietrafiony, a mówiąc wprost, nieprofesjonalny. Przecież włączenie nowych działów, a więc i nowych zadań do Ministerstwa Gospodarki i tak spowoduje wzrost liczby zatrudnionych, a przy okazji nastąpi rzecz gorsza. Nowe instrumenty zostaną włączone do starych struktur, a to na pewno obniży efektywność działania. Takie działanie jest sprzeczne z duchem całej reformy administracji państwowej. Tradycyjna doktryna rozwoju regionalnego, tzn. wyrównywanie poziomu gospodarczego, nie sprawdziła się nigdzie, nawet w bogatych państwach Europy (szczególnie drastycznie przedstawia się to we wschodnich landach Niemiec). Swoista janosikowa polityka polegająca na odbieraniu tym, którzy zarabiają więcej, i dofinansowywaniu regionów opóźnionych nie przynosi oczekiwanych rezultatów. Wyrównywanie szans to jeszcze jeden z elementów poprawności politycznej, niestety nieskutecznej. Prawdziwe wyrównywanie szans trzeba poprowadzić zupełnie inaczej i nie zrobi tego na pewno Ministerstwo Gospodarki. Najcelniej nową politykę prowadzącą do przyspieszenia rozwoju opisała krótko Elżbieta Hibner w Biuletynie Grupy Windsor: "trzeba ją budować w oparciu o wiedzę, innowacyjność i przepływ informacji. Rzeczywiście pierwotną przyczyną rozwoju i jego pierwszym czynnikiem sprawczym jest inwestowanie w naukę, edukację i dostęp do informacji." Dodam jeszcze jeden element - wzrost poziomu wykształcenia zwiększa ruchliwość mieszkańców, szczególnie młodzieży, i następuje naturalne przemieszczanie się kapitału ludzkiego z obszarów biednych i pozbawionych szans rozwoju do miejsc, w których są miejsca pracy. Centra innowacyjne Coraz częściej eksperci zajmujący się problemami rozwoju regionalnego twierdzą, że następuje on głównie wokół centrów innowacyjnych. Takie centra powstają w ośrodkach akademickich, w których działają także prężne instytucje naukowo-badawcze otoczone małymi firmami wykorzystującymi niemal natychmiast osiągnięcia naukowe. W Polsce jest z tym bardzo źle. Wciąż część środowisk naukowych i akademickich cechuje syndrom obrażonego arystokraty, któremu zabrano prawo do wygodnego i bezpiecznego życia bez ryzyka i konieczności konkurowania z innymi. Postawę roszczeniową wzmacnia stałe zasilanie z budżetu państwa nawet instytucji słabych i nie mających osiągnięć. Wdrażanie osiągnięć naukowych jest bardzo rzadkie, a świat gospodarki i świat nauki żyje w niemal nie przenikających się kręgach. Sposób finansowania edukacji i nauki musi się zmienić, jeśli inwestowane w te dwa obszary środki publiczne mają być efektywnie wykorzystane. Dostęp do tych pieniędzy muszą mieć instytucje najlepsze, najbardziej przedsiębiorcze i innowacyjne, niezależnie od tego, kto je zakładał i kto jest ich właścicielem. Właściwym graczem tworzącym politykę rozwoju regionu stanie się z czasem samorząd wojewódzki, musi być jednak wyposażony w środki i mieć właściwego partnera w administracji rządowej - jednego, a nie wiele branżowych ministerstw "załatwiających" po drodze interesy regionalnych grup branżowych. Pieniądze publiczne i prywatne Niezwykle ważne jest właściwe wykorzystanie środków publicznych na rozwój regionalny. Mam czasami wrażenie, że większość osób zajmujących się problematyką rozwoju widzi tylko jedno źródło i to niewystarczające - pieniądze z UE. Chciałbym przestrzec - te środki mogą być rzeczywiście duże (kilka miliardów euro w ciągu sześciu lat), ale są zaledwie kroplą w morzu potrzeb. Europejskich pieniędzy nie wystarczy dla szesnastu regionów. Trzeba więc wykorzystać dwa inne źródła - środki publiczne i kapitały prywatne. Środków publicznych długo jeszcze nie będzie więcej, muszą być więc dobrze wykorzystywane, i to w sposób przejrzysty. A jednak pieniądze publiczne wciąż są przepuszczane przez fundusze parabudżetowe i agencje rządowe wyjęte spod kontroli budżetu państwa i nadzoru parlamentarnego. Zaczyna dominować zły obyczaj, że ministerstwa realizują politykę branżową przez własne agencje i fundusze w sposób nie kontrolowany. Niestety stałe przykłady działań aferalnych lub zwykłego marnotrawstwa pieniędzy publicznych niczego nie zmieniają w postępowaniu władz. Agencje i fundusze mają się dobrze, co świadczy, jak silne jest lobby administracji centralnej. Zasadniczym zadaniem, przed którym staną samorządy wojewódzkie, będzie wykorzystywanie środków z gospodarki prywatnej do realizacji zadań rozwoju regionalnego. To udało się zrobić w USA. Sukces polegał m.in. na tym, że najpierw szukano prostych rezerw, czyli uruchamiano efektywny system zarządzania projektami i pieniędzmi publicznymi. Prywatny przedsiębiorca nie włoży swoich pieniędzy w przedsięwzięcie niepewne, nie zaangażuje się też, jeśli będzie widział, że przez niespójny system zarządzania zbyt duże środki idą na pokrycie kosztów działania struktur biurokratycznych. Autor jest rektorem WSB-NLU w Nowym Sączu i WSB w Tarnowie.
Niedawno toczyła się dyskusja dotycząca potrzeby powołania nowego ministerstwa - rozwoju regionalnego. Ostatecznie premier zdecydował o włączeniu działu rozwoju regionalnego do Ministerstwa Gospodarki. to poważny błąd. Jednym ze sposobów wymuszenia niezbędnej decentralizacji państwa było wyjęcie z ministerstw branżowych kompetencji dotyczących spraw rozwoju, zgrupowanie ich w osobnym ministerstwie i umożliwienie w ten sposób kompleksowego zarządzania rozwojem regionalnym. Nowy sposób konstruowania rządu, poprzez ustawę o działach administracji państwowej, pozwala dość skutecznie zerwać z branżowym zarządzaniem. Obserwuję z narastającym smutkiem, jak interesy centralnej biurokracji rządowej są wciąż ważniejsze od interesu publicznego. jednym z argumentów przeciwników utworzenia nowego ministerstwa rozwoju regionalnego była obawa przed wzrostem struktur biurokratycznych. ten argument jest nieprofesjonalny. Agencje i fundusze mają się dobrze, co świadczy, jak silne jest lobby administracji centralnej.
Polak nauczył się już, że niezdrowe jest jedzenie zbyt tłuste i zbyt słodkie Karp trzyma się mocno RYS. PAWEŁ GAŁKA EDMUND SZOT "Najpierw był buraczany kwas, gotowany na grzybach z ziemniakami całymi, a potem przyszły śledzie w mące obtaczane i smażone w oleju konopnym, później zaś pszenne kluski z makiem, a potem szła kapusta z grzybami, olejem również omaszczona, a na ostatek podała Jagusia przysmak prawdziwy, bo racuszki z gryczanej mąki z miodem zatarte i w makowym oleju uprażone, a przegryzali to wszystko prostym chlebem, bo placka ni strucli, że z mlekiem i masłem były, nie godziło się jeść dnia tego. (...) Potem Jaguś nagotowała kawy, to słodzili ją suto i popijali z wolna". Chyba każdy rozpoznał ten opis wigilii z "Chłopów" Reymonta, wigilii zwanej też wilią, postnikiem, pośnikiem, kutią lub obiadem wigilijnym. Charakterystyczną cechą wieczerzy wigilijnej było to, że była postna, stąd ta nieczęsta w polskiej diecie obecność wszelakich ryb oraz unikanie tłuszczów zwierzęcych. Charakterystyczne dla tej wieczerzy było to, że rozpoczynała się o niezwykłej porze, najczęściej wraz z ukazaniem się na niebie pierwszej gwiazdy, na pamiątkę komety, która pojawiła się nad Betlejem w noc narodzin Jezusa. "Musiała być parzysta liczba osób (...). Ciekawe jednak, że wobec wiktuałów kierowano się dla odmiany zasadą nieparzystości. Magnaci fundowali sobie jedenaście potraw, szlachta - dziewięć, wieś pilnowała siedmiu (...) Barszcz z grzybami, kapusta z grochem lub fasolą, kluski z makiem, cukrem albo miodem, rzepa suszona lub gotowana, polewka z suszonych śliwek, gruszek bądź jabłek to potrawy, które towarzyszyły dawnym wigiliom chłopskim. Prawie zawsze musiała być także zupa z nasion konopi, zwana siemieńcem lub siemieniuchą i zawsze też - podobnie jak na stołach pańskich - starano się o strucle i ryby" - opisuje wigilijny stół Józef Szczypka w "Kalendarzu polskim". Walka łososia z karpiem Wiele się od tamtych czasów zmieniło. Siemieniuchy nie uświadczysz dziś chyba na żadnym polskim stole, rzadkim na nim gościem jest też kutia, czyli słodkość rodem z Litwy i Rusi, z pszenicy, maku i miodu. "Bez kucyi nie było w Polsce uczty wigilijnej ani u kmiecia, ani u magnata". Ba, mówi się, że stracił także na znaczeniu wigilijny karp! - Absolutnie nie potwierdzam tego, że wraz z pojawieniem się obfitości różnego rodzaju ryb zmniejszyło się zapotrzebowanie na karpie - twierdzi Andrzej Galli, zastępca dyrektora Instytutu Rybactwa Śródlądowego. Według niego w ostatnich latach coraz więcej klientek pyta natomiast nie o karpie, a o filety z tych ryb. Filety kupuje jednak tylko kilkanaście procent klientów. Większość rodaków woli czcić "tradycję" i, nie bacząc na oczywiste utrudnienia, ubija karpia w domu. Wstrzymuje się też z jego zakupem prawie do samej Wigilii. Maria Grzymska, kierownik działu kulinariów w niezwykle poczytnym miesięczniku "Poradnik Domowy", twierdzi, że karp jako potrawa typowo wigilijna pojawił się w polskiej tradycji stosunkowo późno. Wcześniej zastępowały go ryby w ogóle: szczupaki, okonie, liny, sandacze. Ważne było, aby były to ryby. Redaktor Grzymska dokonała licznych obserwacji, z których wynika, że w okresie ostatnich dziesięciu lat nasze wigilijne stoły niepostrzeżenie zmieniły się, czego na co dzień nawet sobie nie uświadamiamy. Według niej pojawiło się na nich wiele potraw nowych, ale nie wyparły one tradycyjnych. Jest więc ciągle barszcz z uszkami i kapusta z fasolą lub grochem i wciąż, pod różnymi postaciami, puszy się karp. Ale coraz częściej obok niego pojawia się łosoś. - Ta ryba zrobiła u nas szczególną karierę, zarówno jako przekąska, jak i danie z ryb. Obecnie łosoś jest niewiele droższy od dorsza i przypuszczam, że jego popularność wpływa już na zmniejszenie liczby dań z karpia - uważa redaktor Grzymska. Ale, zastrzega się, jej obserwacje tyczą środowiska głównie miejskiego i rodzin lepiej sytuowanych. Bananowcy z biednych rodzin Jak jest na wsi i w małych miasteczkach i jak zmienił się wigilijny stół biednych rodzin wielodzietnych, wiemy stosunkowo niewiele. Najpewniej pozostał bez zmian, jeśli jeszcze nie zubożał. Ale - można przypuszczać - także na ubogich stołach pojawia się obecnie znacznie więcej owoców, zwłaszcza bananów. Ten symbol dostępnego kiedyś tylko dzieciom bonzów dostatku jest obecnie spożywany nawet w rodzinach ubogich. Przestały też być rzadkością tak trudno dostępne niegdyś owoce cytrusowe, winogrona, ananasy, kiwi. Coraz większą furorę robią wszelkiego rodzaju owoce morza. W niektórych domach na wigilijnych stołach pojawią się bardzo smaczne skorupiaki, wjadą na stół ostrygi, homary, a także elementy kuchni chińskiej, czyli ryby w sosie słodko-kwaśnym, które z niej się wywodzą. Nadspodziewanie częsta jest też obecność na naszych stołach kiełków. Jeszcze dziesięć lat temu traktowane jako potrawa nawiedzonych wegetarian, dziś są powszechnym dodatkiem do różnego rodzaju sałatek, kanapek itp. Z uznaniem powitały nasze panie obfitość gotowych sosów i dresingów. Dziś mało która gospodyni decyduje się na samodzielną produkcję domowego majonezu. Ogromny jest w sklepach wybór dodatków do ciast, orzechów, ziarna sezamu, przy czym sezam stosuje się także jako dodatek do ryb i kotletów. Zdecydowanie poprawiła się jakość ciast, nie mówiąc już o tym, że znacznie bogatszy jest ich asortyment. Na przykład ciasta z marcepanem czy z płatkami migdałowymi - kto kiedyś słyszał o takiej "rozpuście". Równie duży jest wybór wszelkiego rodzaju łakoci. Nęci ogromna rozmaitość czekolad, których ceny są nieporównywalnie niższe niż kiedyś. Konsument ma obecnie do wyboru różnorodne ryby: szczupaki, sandacze, liny, okonie... I choć najczęściej są dość drogie, niektórzy uważają, że kupując je, podtrzymują staropolską tradycję. Panie domu mają do dyspozycji ogromną rozmaitość przypraw. Zmieniają one, niekiedy nawet zasadniczo, smak tradycyjnych polskich potraw. Żarłok staje się smakoszem Aliści w swoich głównych treściach nasz stół, także wigilijny, pozostał stołem oryginalnym, typowo polskim. A Polak, o czym zaświadczali zagraniczni podróżnicy, preferował zdecydowany smak potraw. Co miało być słone, było słone aż do przesady, co miało być słodkie, niekiedy aż mdliło, co miało być kwaśne wykręcało czasem gębę (zwłaszcza cudzoziemską) na drugą stronę. I choć od tamtych czasów smak naszych potraw zmienił się bardzo, polską kuchnię łatwo odróżnić od innych. Jednocześnie w polskim jadłospisie zachodzą bardzo pozytywne zmiany. Jemy potrawy coraz wykwintniejsze i choć rady dietetyków na temat tego, co nam szkodzi, różnią się czasem diametralnie, Polak nauczył się już, że niezdrowe jest jedzenie zbyt tłuste i zbyt słodkie. A na ten temat zdania dietetyków są akurat wyjątkowo zgodne. Więc unika się nadmiaru wszelkiego rodzaju tłuszczów, w tym nawet oliwy i majonezu, odchudzamy nasze potrawy, jak się tylko da. I jemy mniej niż niegdyś. W czasie wigilijnej wieczerzy na polskich stołach pojawią się także markowe wina, których ogromny wybór przyprawia dziś o zawrót głowy. I choć przeważnie nie wiemy jeszcze, jakie wino podawać do jakich potraw czy, co mniej już ważne, w jakim je serwować kieliszku, to szybko się tego chcemy nauczyć, o czym świadczą nakłady pism popularyzujących tzw. wyższy styl życia. Będą na naszych stołach również inne wyborne trunki, z których będziemy sporządzać rozmaite drinki, pojawią się lepsze kawy i herbaty. Będziemy starali się zaprzeczyć starej tezie cudzoziemców, że Polak jest nie tyle smakoszem, ile żarłokiem. Współczesna pracująca Polka nie obtacza już, jak Jagusia, śledzi w mące i ich nie smaży, bo po prostu nie ma na to czasu. Z kolei tej, która nie ma pracy, często nie stać na zakup nie tylko gotowych czy półgotowych dań, bywa, że nie starcza jej pieniędzy nawet na zakup surowców. Jest więc o czym pomyśleć przy wigilijnym stole, który - niewątpliwie bogatszy niż kiedyś - nie wszystkich jednako dziś obdziela.
Charakterystyczną cechą wieczerzy wigilijnej było to, że była postna, stąd ta nieczęsta w polskiej diecie obecność wszelakich ryb oraz unikanie tłuszczów zwierzęcych. Barszcz z grzybami, kapusta z grochem lub fasolą, kluski z makiem, cukrem albo miodem, rzepa suszona lub gotowana, polewka z suszonych śliwek, gruszek bądź jabłek, zupa z nasion konopi, zwana siemieniuchą - opisuje wigilijny stół Józef Szczypka w "Kalendarzu polskim". Siemieniuchy nie uświadczysz dziś chyba na żadnym polskim stole, rzadkim na nim gościem jest też kutia. w okresie ostatnich dziesięciu lat nasze wigilijne stoły niepostrzeżenie zmieniły się. pojawiło się na nich wiele potraw nowych, ale nie wyparły one tradycyjnych. Jest więc ciągle barszcz z uszkami i kapusta z fasolą lub grochem i wciąż puszy się karp. Ale coraz częściej obok niego pojawia się łosoś. także na ubogich stołach pojawia się obecnie znacznie więcej owoców, zwłaszcza bananów. Coraz większą furorę robią owoce morza. Nadspodziewanie częsta jest też obecność na naszych stołach kiełków. Zdecydowanie poprawiła się jakość ciast, znacznie bogatszy jest ich asortyment. Panie domu mają do dyspozycji ogromną rozmaitość przypraw. Zmieniają one smak tradycyjnych polskich potraw. w polskim jadłospisie zachodzą bardzo pozytywne zmiany. Jemy potrawy coraz wykwintniejsze, Polak nauczył się już, że niezdrowe jest jedzenie zbyt tłuste i zbyt słodkie. I jemy mniej niż niegdyś. W czasie wigilijnej wieczerzy na polskich stołach pojawią się także markowe wina, lepsze kawy i herbaty. Będziemy starali się zaprzeczyć starej tezie cudzoziemców, że Polak jest nie tyle smakoszem, ile żarłokiem.
ROSJA Władimir Putin już teraz zdobył olbrzymi kredyt zaufania wśród przeciętnych Rosjan. Są regiony, w których poparcie dla niego deklaruje ok. 80 proc. wyborców. Program twardego liberała Władimir Putin budzi nadzieję FOT. (C) REUTERS SŁAWOMIR POPOWSKI W Rosji rozpoczęła się kampania prezydencka, ale nikt nie ma najmniejszych wątpliwości, że faworytem jest Władimir Putin, którego Rosjanie - o czym świadczą wszystkie sondaże i badania opinii publicznej - pokochali, zanim przejął obowiązki od ustępującego prezydenta. To jeszcze nie jest tak wielka miłość jak ta, którą dziesięć lat wcześniej obdarzyli Borysa Jelcyna, ale mechanizm kreowania nowego charyzmatycznego przywódcy został już uruchomiony. Z jedną tylko różnicą: Jelcyna Rosjanie pokochali za to, że miał odwagę przeciwstawić się wszechwładnym rządom KPZR i jej aparatu. Putin budzi zaś nadzieję, że po latach chaosu uda mu się zaprowadzić w kraju porządek i przywrócić Rosji jej dawną wielkość. Nadzieja Rosjan Władimir Putin już teraz zdobył olbrzymi kredyt zaufania wśród przeciętnych Rosjan. Są regiony, w których poparcie dla niego deklaruje ok. 80 proc. wyborców. I chociaż mało kto ma złudzenia co do tego, jakie były rzeczywiste powody błyskawicznego awansu Putina (kontrolowane przekazanie rządów człowiekowi, który zapewni trwałość stworzonego przez Jelcyna systemu politycznego i wpływów związanych z nim klanów), to przecież wiara wyborców jest najważniejsza. A większość z nich chce wierzyć, że Władimir Putin przyszedł tylko po to, aby uratować państwo, i - jak twierdzą jego zwolennicy - już dokonał rzeczy niemożliwej. W czasie największego kryzysu i upadku pokazał, że można się odbić od dna i ponownie skonsolidować naród, przywrócić mu wiarę w jego zdolności i wielkość. Bo przecież - dowodzą - dysponująca tak olbrzymimi zasobami i potencjałem intelektualnym Rosja jest skazana na bycie mocarstwem. Inaczej grozi jej rozpad i degradcja. - Rosja znowu musi stać się potężnym państwem, szanowanym na całym świecie. Ale aby to się spełniło, należy powstrzymać proces rozpadu, a zacząć trzeba od przywrócenia porządku na Kaukazie oraz likwidacji siedliska zarazy w Czeczenii - powtarza Putin. I tego oczekują od niego wyborcy. On sam ze swoim zachowaniem, z retoryką, niekiedy żołnierską, jest - jak słusznie zauważył Bartłomiej Sienkiewicz z Ośrodka Studiów Wschodnich w Warszawie - dokładnie taki, jakim chcą go widzieć Rosjanie. I to może jest najgroźniejsze. Putin reformator U schyłku wieku w Moskwie podjęto dwie wielkie próby reformatorskie. Pierwszą realizował Michaił Gorbaczow, który przegrał, ponieważ uwierzył, że można zbudować nowoczesne państwo z efektywną gospodarką, nie burząc systemu komunistycznego. Drugą próbę, o wiele bardziej udaną, podjął Borys Jelcyn, który wprawdzie bez wahania pożegnał się z komunizmem, ale uruchomił procesy, nad jakimi nie był w stanie zapanować. Stworzony przez niego system polityczny opiera się na procedurach demokratycznych, lecz jednocześnie - jak to określiła Lilia Szewcowa z moskiewskiej Fundacji Carnegie - jest to swego rodzaju "monarchia elekcyjna", w której parlament ma niewiele do powiedzenia, a cała władza pozostaje w rękach prezydenta odpowiedzialnego przed Bogiem i historią. Prawie całkiem nieskuteczne okazały się natomiast jelcynowskie reformy rynkowe. W rezultacie narodziła się hybryda - do cna skorumpowany system kapitalizmu politycznego, w którym kryzys ekonomiczny i chaos gospodarczy mają charakter chroniczny. Teraz Władimir Putin zapowiada trzecią próbę, która ma być naprawą obu poprzednich. Po raz pierwszy od czasów Gorbaczowa (przed ogłoszeniem swojej pieriestrojki zorganizował on wielką naradę nad postępem naukowo-technicznym, której rezultatem była bardzo krytyczna ocena stanu państwa radzieckiego i jego szans w wyścigu technologicznym z Zachodem) Putin powołał specjalne Centrum Studiów Strategicznych, które ma przygotować kompleksową strategię rozwoju Rosji do roku 2015. Jednocześnie kilka dni przed nowym rokiem, ale - jak wynika z relacji samego Putina - już po tym, jak dowiedział się o planowanej dymisji Borysa Jelcyna, opublikował w Internecie swój artykuł programowy "Rosja na przełomie tysiącleci". Jedni dostrzegli w nim wyłącznie wolę kontynuowania reform liberalnych i demokratycznych, lekceważąc etatystyczne i mocarstwowe ambicje jego autora, podczas gdy inni - przeciwnie - skoncentrowali się na krytyce tych ostatnich. Pierwsi zwracali uwagę przede wszystkim na współpracę Putina z liberalnym demokratycznym merem Petersburga Anatolijem Sobczakiem, podczas gdy dla drugich najważniejszy był okres służby w KGB. Liberalna w formie, narodowa w treści Główną ideę artykułu - szeroko już prezentowanego w "Rz" - można sprowadzić do próby połączenia dwóch przeciwstawnych koncepcji: liberalizmu z rządami twardej ręki, tak jak to rozumieją Rosjanie. Z jednej więc strony Putin stwierdza, że Rosja nie ma innej drogi jak demokratyczna, ale z drugiej domaga się ustanowienia silnej władzy państwowej, gdyż - jak dowodzi - w warunkach rosyjskich jedynie państwo może być gwarantem porządku oraz główną siłą przemian i tylko taka prawdziwie silna władza może uchronić kraj przed kolejnymi kataklizmami i rewolucjami. To bardzo niebezpieczne założenie, zwłaszcza że jednocześnie opowiada się on za utrzymaniem w niezmienionej postaci obowiązującej konstytucji rosyjskiej. Konstytucja ta - potocznie nazywana "jelcynowską" - była ustawą zasadniczą pisaną przez Jelcyna i właśnie za to krytykowaną, że pisano ją wyłącznie "pod niego". Gwarantuje ona prezydentowi niemal nieograniczoną władzę autorytarną - o ile w wydaniu Jelcyna autorytaryzm miał charakter "miękki", patriarchalny, o tyle w przypadku następcy może być już bardzo różnie. O Jelcynie - pisał komentator "Izwiestii" Jewgienij Krutikow - było wiadomo, że w żadnym razie nie przekroczy cienkiej linii oddzielającej prezydencką formę rządów od autorytarnej, a co wiemy o Putinie? W jego artykule programowym zwraca uwagę jeszcze jedna teza. Putin uznaje uniwersalne wartości demokracji i gospodarki rynkowej, ale równocześnie domaga się ich dostosowania do realiów rosyjskich. Nie byłoby to jeszcze niepokojące, gdyby nie zawarte w artykule wyjaśnienie, o jakie realia rosyjskie chodzi. A chodzi o system, którego fundamentem mają być takie zasady, jak: patriotyzm, mocarstwowość, etatyzm i nadrzędność kategorii państwa, a wreszcie solidaryzm społeczny, przeciwstawiany zachodniemu indywidualizmowi. Mówiąc krótko, chodzi o stworzenie systemu, który byłby liberalny i demokratyczny w formie, za to bardzo narodowy w treści. Wszystko to razem to nic innego jak próba powrotu - w innej postaci - do starej koncepcji "trzeciej drogi", o której marzyli kiedyś rosyjscy komuniści zapatrzeni w model chiński. Z tym, że o ile w ich wydaniu fundamentem miała być silna władza partii, o tyle teraz mówi się wyłącznie o silnej władzy państwowej, którą - zgodnie z konstytucją - w najszerszym zakresie zagwarantowano prezydentowi. W gospodarce bez odpowiedzi Wreszcie gospodarka. Trzeba przyznać, że Putin w wyjątkowo otwarty i krytyczny sposób przedstawia jej stan po 10 latach reform. Ale poza hasłami i jasno formułowanymi celami nie podaje żadnych recept, jak je osiągnąć. - Rosja - pisze - przy 8-procentowym tempie wzrostu może za 15 lat dogonić Hiszpanię i Portugalię, a przy 10-procentowym w tym samym czasie doścignie Francję i Wielką Brytanię. Tylko jak tego dokonać, a jednocześnie zachować poparcie generałów domagających się pieniędzy na armię i inwestowania w przemysł zbrojeniowy. Jak zdobyć nowe kredyty zagraniczne, skoro już na spłatę dotychczas zaciągniętych brakuje pieniędzy (tegoroczna rata wynosi 9 mld dolarów). Jednocześnie - zgodnie z oczekiwaniami wyborców - podkreśla się mocarstwowe ambicje Rosji i próbuje prowadzić politykę, w najlepszym razie, "zimnego pokoju" z Zachodem. Wreszcie, jak dokonać potrzebnej restrukturyzacji rosyjskiej gospodarki bez naruszenia żywotnych interesów i sfer wpływu potężnych monopolistów oraz grup finansowych, co może wywołać potężny opór tych ostatnich. Putin obiecuje, że będzie "regulować działalność monopoli", ale co to znaczy w praktyce, np. w odniesieniu do "Gazpromu" albo baronów naftowych? - Na razie na te pytania brak jakiejkolwiek odpowiedzi. Cztery scenariusze Rosyjscy komentatorzy przewidują teraz różne scenariusze rozwoju sytuacji w Rosji w razie zwycięstwa wyborczego Putina, które - jak pisał w "Rz" Zdzisław Raczyński - obecnie może mu odebrać tylko jakiś kataklizm. Może to być kolejny wariant rosyjskiego jedynowładztwa, jeśli przyszły prezydent, jak zwykle otoczony pochlebcami i wspierany przez armię, uwierzy we własną nieomylność; ale możliwy jest też model Pinocheta: "białego" dyktatora, który żelazną ręką dokonuje liberalnych reform rynkowych. Możliwy jest wreszcie scenariusz, określany jako południowokoreański albo latynoamerykański, sprowadzający się do tego, że kilkadziesiąt największych korporacji będzie korzystało z poparcia państwa i wszelkich możliwych ulg, podczas gdy reszta zostanie skazana na wegetację. I na koniec czwarty scenariusz - uznawany za najbardziej realistyczny - będący mieszaniną elementów każdego z wcześniej wymienionych. Który z tych scenariuszy wybierze Władimir Putin, pokaże przyszłość. Teraz jego najważniejszym zadaniem jest zwycięstwo już w pierwszej turze wyborów prezydenckich i uzyskanie jak najwyższego poparcia wyborców, bo tylko takie wyniki mogą mu zapewnić legitymację podobną do tej, którą na początku lat 90. cieszył się Jelcyn po złożeniu Rosjanom obietnicy wielkiej transformacji. W tym sensie marcowe głosowanie będzie raczej plebiscytem popularności Putina aniżeli rzeczywistymi wyborami. Potem będzie to, co zwykle: nowy prezydent, który do niedawna występował w roli namiestnika Borysa Jelcyna i "wybrańca" tzw. rodziny, zapewne zacznie się dystansować od dawnych popleczników, aż dojdzie do całkowitego zerwania, i za wszelką cenę będzie budować własną pozycję, jako w pełni samodzielnego niezależnego prezydenta. W pierwszym etapie zapewne do tego będzie się sprowadzać hasło budowania silnej władzy państwowej, które już wysunął. Dopiero wtedy okaże się też w praktyce, jak silny jest Putin i czy będzie go jeszcze stać na podjęcie obiecywanej kolejnej próby programowego reformowania Rosji, czy ponownie wszystko pozostanie na łasce żywiołu.
W Rosji rozpoczęła się kampania prezydencka, ale nikt nie ma najmniejszych wątpliwości, że faworytem jest Władimir Putin. Putin już zdobył kredyt zaufania wśród przeciętnych Rosjan. większość z nich chce wierzyć, że Putin przyszedł po to, aby uratować państwo, i już dokonał rzeczy niemożliwej. W czasie największego kryzysu pokazał, że można się odbić od dna i ponownie skonsolidować naród. U schyłku wieku w Moskwie podjęto dwie wielkie próby reformatorskie. Pierwszą realizował Michaił Gorbaczow, który przegrał, ponieważ uwierzył, że można zbudować państwo z efektywną gospodarką, nie burząc systemu komunistycznego. Drugą próbę podjął Borys Jelcyn, który pożegnał się z komunizmem, ale uruchomił procesy, nad jakimi nie był w stanie zapanować. Teraz Władimir Putin zapowiada trzecią próbę, która ma być naprawą obu poprzednich. powołał Centrum Studiów Strategicznych, które ma przygotować strategię rozwoju Rosji do roku 2015. Jednocześnie opublikował swój artykuł programowy "Rosja na przełomie tysiącleci". Główną ideę artykułu można sprowadzić do próby połączenia dwóch przeciwstawnych koncepcji: liberalizmu z rządami twardej ręki. Z jednej więc strony Putin stwierdza, że Rosja nie ma innej drogi jak demokratyczna, ale z drugiej domaga się ustanowienia silnej władzy państwowej.opowiada się on za utrzymaniem obowiązującej konstytucji rosyjskiej. Konstytucja ta Gwarantuje prezydentowi władzę autorytarną. Wreszcie gospodarka. Putin w wyjątkowo krytyczny sposób przedstawia jej stan po 10 latach reform. Ale poza hasłami i celami nie podaje żadnych recept, jak je osiągnąć. Jednocześnie podkreśla się mocarstwowe ambicje Rosji i próbuje prowadzić politykę "zimnego pokoju" z Zachodem. Rosyjscy komentatorzy przewidują teraz różne scenariusze rozwoju sytuacji w Rosji w razie zwycięstwa Putina. Może to być wariant rosyjskiego jedynowładztwa; ale możliwy jest też model Pinocheta: dyktatora, który żelazną ręką dokonuje liberalnych reform rynkowych. Możliwy jest scenariusz, sprowadzający się do tego, że kilkadziesiąt największych korporacji będzie korzystało z poparcia państwa, podczas gdy reszta zostanie skazana na wegetację. I na koniec czwarty scenariusz będący mieszaniną elementów każdego z wcześniej wymienionych.
ROZMOWA Alpha Oumar Konare, prezydent Mali Kończy się czas bezkarnego polowania JAKUB OSTAŁOWSKI Afryka to kontynent, z którym ma się niewesołe skojarzenia. Oglądając migawki telewizyjne, widzimy chaos w Kongu, brutalne walki klanowe w Somalii, mordy etniczne w Rwandzie i Burundi. Wojny domowe, uchodźcy, klęska AIDS, wielkie zadłużenie, bieda - te słowa od lat niezmiennie kojarzą się z Afryką. Dlaczego tak się dzieje? Ma pan rację, oglądając telewizję, przeciętny mieszkaniec globu widzi, że w Afryce są tylko problemy. Nie mam nic na usprawiedliwienie tej smutnej rzeczywistości. To się rzeczywiście dzieje, to nie jest film fabularny. Na kontynencie giną ludzie, giną plemiona i całe narody. My, w Afryce, bolejemy nad tym. Nie jest to jednak cała prawda o tym kontynencie. Jeśli spojrzeć na mapę Afryki, to widać kraje, w których zwyciężyła demokracja, gdzie jest postęp społeczny i gospodarczy, gdzie udało się w drodze dialogu i porozumienia wypracować kompromisową formułę zarządzania państwem. ... Wiem. Wiem, że racja jest po pana stronie, kiedy kiwa pan głową z niedowierzaniem... Nie z niedowierzaniem, tylko dlatego, że państwa, o których pan mówi, można policzyć na palcach. Jeśli by je wymienić, są to: Botswana, pański kraj, może Namibia i od niedawna Mozambik. Chyba nikogo nie pominąłem? Na czele reszty krajów - prawie czterdzieści lat po uzyskaniu niepodległości przez większość państw afrykańskich - stoją dyktatorzy, łamiący prawa człowieka, zabijający przeciwników politycznych, używający siły do rozwiązywania sporów z sąsiadami. Jak pan i inni demokratycznie wybrani szefowie państw możecie to tolerować, spokojnie patrzeć jak np. w Kongu nowy prezydent Laurent Kabila, który trzy lata temu obalił dyktatora Mobutu Sese Seko, gnębi opozycję i stosuje przemoc, niewiele się różniąc od swego poprzednika? Na szczycie Organizacji Jedności Afrykańskiej w lipcu tego roku w Algierze szefowie państw i rządów potępili wszystkich dyktatorów. Wezwali do bojkotu krajów przez nich rządzonych. Zaapelowali do unikania siły jako metody rozwiązywania sporów politycznych i do dialogu między opozycją i władzą. Stało się tak po raz pierwszy od narodzin OJA. A co pan sądzi o przywódcy Libii? Rządzący tym krajem od 30 lat pułkownik Muammar Kadafi jest często kojarzony z aktami terroru czy też łamaniem prawa międzynarodowego. Jednak na jego zaproszenie we wrześniu przybyli do Trypolisu przywódcy niemal wszystkich państw afrykańskich, a pułkownik zaproponował powstanie enigmatycznego tworu: Stanów Zjednoczonych Afryki. Czy pan był na tym spotkaniu? Tak, byłem w Trypolisie. Libia rzeczywiście przez wiele lat finansowała działania różnych grup politycznych i organizacji działających, mówiąc delikatnie, nie zawsze zgodnie z prawem. Takie działania, jak stosowanie terroru, stanowczo potępiam. Jednak przywódca Libii zrozumiał swój błąd i zerwał z niechlubną przeszłością. Jest to godne szacunku i dlatego tak liczna obecność na uroczystościach 30-lecia rządów pułkownika Kadafiego wielu najwyższej rangi polityków, nie tylko z Afryki. Uważam, że idea pułkownika budowy nowej, żyjącej w pokoju Afryki, ze względu na doskonałe kontakty Libii z Burundi, Rwandą, Sierra Leone, Liberią i innymi krajami oraz ze względu na potencjał gospodarczy, jakim Libia dysponuje, ma szanse realizacji w wielu konkretnych przypadkach. Afryka nie potrafi, czy nie chce znaleźć drogi wyjścia z kryzysu, w jakim jest pogrążona? A może czeka na to, że problemy rozwiąże ktoś z zewnątrz? W Belgii, Francji, Republice Południowej Afryki są ludzie, którzy mówią, że być może - proszę się nie obrazić - najlepszym lekiem na afrykańską chorobę jest powrót byłych kolonizatorów. To kompletna bzdura. Powrót kolonizatorów jest niemożliwy. Oni sami najlepiej zdają sobie z tego sprawę. Kończy się też czas bezkarnego polowania - jak ja nazywam rabunkową eksploatację afrykańskich bogactw naturalnych. Przecież za wieloma konfliktami na pozór etnicznymi czy też sąsiedzkimi stoją niektóre demokracje zachodnie, a jeszcze częściej wielkie ponadnarodowe korporacje i koncerny. Afrykanie dojrzeli już do zmian w podejściu świata do Afryki, dojrzewa też pomału na kontynencie demokracja... A więc jest pan optymistą, jeśli chodzi o przyszłość Afryki? Tak. Obserwując zmiany, prawda, że powolne, dochodzę do wniosku, że wszystko jeszcze przed Afrykanami. Mnogość zasobów surowcowych, bogate ziemie, obfitość lasów i wszelkiej roślinności daje nam wielką przewagę nad innymi kontynentami, nieporównanie bardziej zniszczonymi przez cywilizację. Na końcu tego wieku Afryka nie prezentuje się najlepiej, ale już na początku nowego millenium pokaże inne oblicze. Jest pan muzułmaninem. Nie tylko Afrykę coraz częściej dotykają konflikty o podłożu religijnym. Wojujący islam, ostatnio w Dagestanie, zdaje się zagrażać stabilności i pokojowi także poza kontynentem afrykańskim? Jak pan ocenia tzw. islamskie zagrożenie, czy jest to tylko wymysł, czy też realna groźba dla przyszłości Afryki i świata? Kto używa islamu do walki politycznej, popełnia wielką zbrodnię. Ale ja się pytam: kto rozpętał demony islamskiego terroryzmu, skąd pochodzą pieniądze, jakie wielkie państwo rozpoczęło wspieranie fanatyków religijnych w Afganistanie? W sąsiadującej z Mali Algierii toczy się wojna domowa, gdzie zginęło ponad 100 tysięcy ludzi. Czy nie zagraża to pana krajowi? W Mali żyjemy jak normalni ludzie. Religia nie służy do celów politycznych. Nie ma też fanatyków religijnych. Na razie. Jaka pana zdaniem winna być polityka wielkich mocarstw i organizacji międzynarodowych wobec Afryki? Prezydent Bill Clinton w ubiegłym roku odbył wielką podróż do Afryki. Czy to był tylko gest? USA mają swoje interesy w Afryce. Jednak nie jest wcale dobrze ani dla Stanów Zjednoczonych, ani dla Afryki, a tym bardziej dla świata, aby był tylko jeden dyrygent. Ambasady USA w Kenii i Tanzanii wyleciały w powietrze dlatego, że Amerykanie są utożsamiani z narzucaniem wszędzie swej wizji politycznej i kulturowej. To musi się dla nich źle skończyć. Na świecie musi powstać nowy ład, inny niż do tej pory, bardziej wyważony, dla dobra nas wszystkich. Wracając do Afryki, jest u nas potrzebna obecność wszystkich państw europejskich, w tym Polski. Polska leży daleko od Afryki, czy pana zdaniem ma tam do odegrania jakąś rolę? W czasie pobytu w Polsce rozmawiałem o tym z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim i premierem Jerzym Buzkiem. Proszę mi wierzyć, że Polska ma wielkie atuty. Po pierwsze, jako kraj nie mający kolonii w Afryce, po drugie, jako państwo znające ciężar podziału i okupacji, po trzecie, jako kraj walczący z sukcesem o prawo do wolności i demokracji. Jako przyszły członek Unii Europejskiej Polacy nie powinni układać stosunków z państwami afrykańskim pod dyktando byłych mocarstw kolonialnych. Muszą mówić swoim głosem i mogę zapewnić, że polskie stanowisko będzie w Afryce z wielką uwagą wysłuchane. Zapominacie o tym, że przez wiele lat w polskich szkołach wyższych studiowały tysiące studentów z Afryki. Ja i moja żona jesteśmy absolwentami polskiej uczelni. Wykorzystajcie to. Rozmawiał Ryszard Malik Alpha Oumar Konare Alpha Oumar Konare jest prezydentem Mali od 1992 r., kiedy wygrał pierwsze demokratyczne wybory w tym państwie. 53-letni Konare jest absolwentem studiów doktoranckich na Uniwersytecie Warszawskim. W Polsce studiowała także jego żona, a w Warszawie przyszła na świat ich pierwsza córka. W dniach 26 - 30 września prezydent Konare złożył wizytę w Polsce. Spotkał się między innymi z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim, marszałkiem Sejmu Maciejem Płażyńskim i premierem Jerzym Buzkiem. Mali to była kolonia francuska w zachodniej Afryce, która niepodległość uzyskała w 1960 r. Leży na południowym krańcu Sahary, ma spore zasoby różnych surowców, w tym uranu, jednak ich eksploatacja, z wyjątkiem złota, jest nieopłacalna. Złoto stanowi 17 proc. eksportu Mali, a nowe zbadane zasoby potwierdziły rezerwy tego kruszcu do ponad 500 ton. Mali jest też drugim w Afryce, po Egipcie, producentem bawełny, która stanowi 58 proc. eksportu. R.M.
Afryka to kontynent, z którym ma się niewesołe skojarzenia. Wojny domowe, uchodźcy, klęska AIDS, wielkie zadłużenie, bieda. Jeśli spojrzeć na mapę Afryki, to widać kraje, w których zwyciężyła demokracja, gdzie jest postęp społeczny i gospodarczy, gdzie udało się w drodze dialogu i porozumienia wypracować kompromisową formułę zarządzania państwem. Na czele reszty krajów stoją dyktatorzy, łamiący prawa człowieka.
Polska-Austria Przedsiębiorcom przydaliby się pracownicy z krajów kandydujących do Unii. Związkowcy jednak ich nie chcą Najważniejszy jest spokój społeczny HALINA BIŃCZAK Austriacy coraz częściej uważają, że Polak to taki sam obcokrajowiec jak Hiszpan, Portugalczyk czy Grek. Zmiany nie zaszły jednak aż tak daleko, żeby godzić się na swobodę podejmowania pracy w Austrii przez obywateli Polski, Czech, Węgier czy Słowacji. Właśnie Niemcy i Austria przeciwstawiają się - jak dotąd, niezwykle skutecznie - objęciu tych krajów zasadą swobody przepływu osób jednocześnie z ich wejściem do Unii Europejskiej i domagają się długich okresów przejściowych. Rząd Austrii uzasadnia swoje stanowisko przede wszystkim sprzeciwem związków zawodowych. Argumenty czysto ekonomiczne przemawiają bowiem za umożliwieniem napływu pracowników - takiego zdania są przedstawiciele wielu austriackich firm. Według nich, włączenie krajów Europy Środkowej i Wschodniej do UE będzie dla gospodarki Austrii zdecydowanie korzystne. Tak uważa również Jan Stankovsky z WIFO - austriackiego instytutu badań ekonomicznych. Otwarcie na wschód będzie, według niego, korzystne dla austriackiej gospodarki choćby z tego powodu, że łatwiejsze staną się: handel (wolne granice) oraz inwestycje w Europie Środkowej i Wschodniej. Dodatnio wpłynie to również na poziom wzrostu gospodarczego w całej Europie: według wyliczeń WIFO, zarobi ona na tym 0,8 pkt. procentowego wzrostu PKB rocznie. Dla "nowych" krajów UE członkostwo oznaczałoby, zdaniem Stankovsky'ego, "zarobek" 1 pkt. proc. wzrostu gospodarczego rocznie przez 8-10 lat. - Dla Raiffeisen Zentralbank integracja Europy Środkowej z Zachodnią zaczęła się zaraz po rozpoczęciu zmian gospodarczych w tych krajach - uważa Herbert Stepic, wiceprezes zarządu. RZB ma spółki córki w jedenastu krajach regionu i formalne włączenie tych państw do Unii będzie oznaczać głównie uproszczenie działalności i ułatwienia w handlu międzynarodowym, który bank w dużym stopniu finansuje. Polska dla RZB stanowi jeden z sześciu kluczowych rynków (takich, na których chcą znaleźć się w pierwszej piątce banków) i dlatego austriacki bank jest zainteresowany jej szybkim wejściem do UE. Jego zdaniem, z ekonomicznego punktu widzenia banku, żadne okresy przejściowe nie są Austrii potrzebne. Ta opinia nie jest odosobniona. Opancerzona nisza rynkowa Franz Achleitner Fahrzeugbau und Reifenzentrum - to rodzinne przedsiębiorstwo z Tyrolu: poszczególnymi częściami zarządzają ojciec i dorośli synowie bliźniacy, a finansami zajmuje się matka. Firma jest niewielka (200 zatrudnionych, 50 mln euro sprzedaży rocznie, z czego 60 proc. na eksport), ale potrafiła znaleźć sobie intratną niszę rynkową. Wytwarza głównie pojazdy wyspecjalizowane - bankowe furgony do przewozu pieniędzy, pojazdy dla policji, wojska itp. Wśród odbiorców są Bundesbank, Europejski Bank Centralny, a także - NBP. - Przy Unii nie można spać spokojnie - mówi Franz Achleitner, szef przedsiębiorstwa, pytany o skutki, jakie dla jego firmy miało wejście Austrii do UE. Nasiliła się konkurencja i trzeba się było do tego dostosować. W jego firmie zaczęto od wymiany centralki telefonicznej na szybszą i rezygnacji z wytwarzania standardowych pojazdów na rzecz krótkich, unikatowych serii. Zdaniem Achleitnera-seniora, żaden rozsądny unijny przedsiębiorca nie może zadowalać się tym, co ma. Musi ciągle szukać czegoś nowego. - Firmie średniej wielkości łatwiej jest zmieniać profil produkcji niż gigantowi nastawionemu na długie serie - uważają zarówno ojciec, jak i syn (też Franz). Pożytki z Unii to, ich zdaniem, większa łatwość w nawiązywaniu kontaktów i współpracy, euro, które eliminuje ryzyko kursowe w handlu z pozostałymi krajami "piętnastki", i brak kontroli na granicach. Między innymi te właśnie kontrole powodują, że Achleitnerom odpowiadałoby jak najszybsze przyłączenie Polski do UE. Mają filię w Poznaniu (dwadzieścia osób, głównie serwisowców) i przy transporcie części ciągle stykają się z biurokratycznymi kłopotami na granicach. Pracowników filii szkolą w głównym zakładzie w Wurgl - ale tylko po trzech, bo na zatrudnienie większej liczby nie mogą dostać zezwolenia. Dla Achleitnerów swoboda napływu pracowników z krajów kandydackich nie stanowiłaby żadnego problemu i wszelkie okresy przejściowe uważają za niepotrzebne. - Jest za mało wykwalifikowanych pracowników, a produkcja rośnie - mówi Achleitner-senior. Uważa, że wielu przedsiębiorców ma ten sam kłopot. Nie tworzą oni jednak lobby na rzecz otwarcia rynku, bo na ogół, zwłaszcza ci z zachodniej części Austrii, nie stykali się z polskimi, węgierskimi czy czeskimi pracownikami i niewiele wiedzą o ich przygotowaniu zawodowym. Dobrzy nie tylko kolejarze Kwalifikacje polskich pracowników - zwłaszcza inżynierów budowy maszyn i kolejnictwa - bardzo dobrze ocenia natomiast Konrad Buder z Plasser & Theurer. Firma wytwarza urządzenia do układania i konserwacji torów kolejowych, sprzedawane do ponad 100 krajów. Zatrudnia na świecie ponad 3000 osób (przy sprzedaży wartości około 350 mln USD) i ma 80 proc. udziału w globalnym rynku tych urządzeń. Z Polską, a konkretnie z PKP, handluje od lat 60. Zdaniem Budera, rozwój handlu był następstwem m.in. wysokich kwalifikacji polskich inżynierów kolejnictwa. Wcześnie zrozumieli, że jeśli tory są tak intensywnie eksploatowane jak w Polsce do lat 90., to koniecznie trzeba je konserwować. Według Budera, PKP dotychczas czynią to skutecznie i polskie szyny są w znacznie lepszym stanie niż np. czeskie. Z racji długoletnich związków handlowych z Polską Konrad Buder również uważa, że wejście naszego kraju do UE powinno nastąpić jak najwcześniej. Ale zapytany, czy gotów byłby zatrudniać polskich pracowników w Linzu (tam jest główny zakład firmy) odpowiada, że to będzie możliwe dopiero za kilka lat, gdy starsi pracownicy zaczną odchodzić na emeryturę, a nowych nie będzie skąd wziąć. Bardziej prawdopodobne jest, jego zdaniem, przenoszenie w przyszłości serwisu i części produkcji na wschód, gdzie taniej, głównie do Polski. Już teraz firma ma u nas niewielką, ale bardzo dochodową filię serwisową. Od zaraz zatrudniłby Polaków, Słowaków, Czechów czy Węgrów Fritz Ebner z produkującej materiały budowlane firmy Leier (ma zakłady nie tylko w Austrii, ale też na Węgrzech i w Polsce, w Malborku). Jego zdaniem, Austriacy po prostu nie chcą już wykonywać niektórych prac - na przykład układać kostki brukowej - a pracowników brakuje także m.in. w gastronomii i hotelarstwie. Nielegalni już są Polacy, którzy od lat legalnie mieszkają w Wiedniu, mówią, że polskich pracowników już teraz jest dużo, tyle że pracują na czarno. Mężczyźni - głównie na budowach, kobiety - jako pomoce domowe i opiekunki osób chorych czy niepełnosprawnych. Na ulicach się ich nie zauważa, bo na wszelki wypadek wolą publicznie po polsku nie rozmawiać. Z prywatnych szacunków wiedeńskich Polaków wynika, że tych pracujących na czarno (głównie w stolicy) może być dobrze ponad sto tysięcy. Zdaniem Jana Stankovsky'ego z WIF0, ta liczba jest z pewnością zawyżona, bo tylu nielegalnych pracowników nie dałoby się ukryć. Za prawdopodobną uznaje ją natomiast Karl-Heinz Nachtnebel z austriackiej federacji związków zawodowych - zdecydowanie przeciwnej szybkiemu otwarciu granic przed pracownikami z krajów kandydackich. Związki bronią swego Na ten właśnie sprzeciw powołują się austriaccy politycy, m.in. minister spraw zagranicznych Benita Ferrero-Waldner. Austria natychmiast przyłączyła się do niemieckiego żądania, by okres przejściowy w dziedzinie swobody przepływu osób wynosił siedem lat - według polityków i tak nie usatysfakcjonowało to związków zawodowych, które domagały się, by otworzyć granice przed krajami kandydackimi dopiero wówczas, gdy dochód na osobę sięgnie tam 80 proc. austriackiej średniej (w 1998 r. wynosiła ona, licząc według parytetu siły nabywczej, 24 tys. dolarów). Karl-Heizn Nachtnebel mówi, że choć nie bardzo wiadomo, skąd się wzięło akurat tych 80 proc., to dla niego jest jasne, że napływ pracowników z uboższych krajów może spowodować zarówno kłopoty z zatrudnieniem, jak i spadek przeciętnej płacy - jeśli nie wszędzie, to w niektórych regionach, zwłaszcza przygranicznych. Według związkowych wyliczeń, otwarcie granic spowodowałoby napływ do Austrii około 150 tys. pracowników (na ok. 3,1 mln obecnie zatrudnionych). Zdaniem Nachtnebla, dla rynku pracy kłopotliwa byłaby imigracja nawet o połowę mniejsza. - Nie chcemy, by spadł poziom płac i żeby zwiększyła się stopa bezrobocia - mówi. I dodaje, że przecież prawie półtora miliona związkowców płaci składki właśnie po to, żeby ktoś taki jak on zabiegał o ich interesy. Przede wszystkim porozumienie Związkowcom sprzyja także praktykowana w Austrii od lat zasada porozumienia społecznego - długotrwałych i wyczerpujących negocjacji między pracodawcami, pracownikami i rządem. W ten sposób ustala się m.in. skalę corocznych obowiązkowych podwyżek płac, a także wiele drobniejszych, ale istotnych kwestii. Przedstawiciele Wirtschaftskammer Österreich (WIFI) - izby gospodarczej, do której muszą należeć wszyscy przedsiębiorcy -stwierdzają, że wprawdzie pozycja związkowców jest silna i pracodawcy często muszą w tych negocjacjach ustępować, ale per saldo ten sposób postępowania jest dla nich opłacalny, bo mają zapewniony spokój społeczny. Chociaż, jak mówi między innymi Georg Schramel, zastępca dyrektora generalnego WIFI, z czysto ekonomicznego punktu widzenia swobodny przepływ osób byłby korzystniejszy niż utrzymywanie ograniczeń wobec krajów kandydackich, to zasada porozumienia społecznego ma w tym przypadku priorytet. Już za parę lat Stankovsky podkreśla z kolei, że gdy Austria wchodziła do Unii, najważniejsze były dla niej kwestie rolnictwa i tranzytu. Teraz są to miejsca pracy. Wprawdzie stopa bezrobocia jest tu niska (według metodologii UE - 3,7 proc., według dawnej, miejscowej - 5,1 proc.), ale gorzej jest pod tym względem akurat w regionach graniczących z krajami kandydackimi. Tam właśnie silne są obawy przed konkurencją ze strony cudzoziemców przyjeżdżających do pracy codziennie (np. ze Słowacji) czy na tydzień-dwa (z Polski). Poza tym, zdaniem Stankovsky'ego, nie można negować faktu, że już 40 proc. różnicy w dochodach zachęca do przenosin za pracą do innego kraju. A relacja dochodów między Polską a Austrią wynosi prawie jeden do trzech (dane za 1998 rok, według parytetu siły nabywczej). Na razie zatem obecność Polaków w Austrii doceniają przede wszystkim właściciele pensjonatów i hoteli w miejscowościach narciarskich. - Co roku jest ich więcej, to już licząca się grupa klientów - mówi Hans Reichel z Innsbruck-Information, instytucji turystycznej obsługującej stolicę Tyrolu i okoliczne wioski. Jan Stankovsky pociesza jednak, że gdy austriacki system ubezpieczeń społecznych zacznie mieć kłopoty ze względu na starzenie się ludności, cudzoziemcy - a więc i Polacy - staną się bardzo potrzebni. Ma to nastąpić w latach 2010-2012. Wtedy, gdy skończyłyby się postulowane przez Niemcy i Austrię okresy przejściowe. -
Austriacy uważają, że Polak to taki sam obcokrajowiec jak Portugalczyk czy Grek. Zmiany nie zaszły tak daleko, żeby godzić się na swobodę podejmowania pracy w Austrii przez obywateli Polski, Węgier czy Słowacji. Właśnie Niemcy i Austria przeciwstawiają się objęciu tych krajów zasadą swobody przepływu osób jednocześnie z ich wejściem do Unii i domagają się długich okresów przejściowych. Rząd Austrii uzasadnia swoje stanowisko sprzeciwem związków zawodowych. Argumenty ekonomiczne przemawiają za umożliwieniem napływu pracowników - takiego zdania są przedstawiciele austriackich firm.
W sobotę do Białego Domu wprowadza się 43. prezydent Stanów Zjednoczonych Bush bez retuszu George W. Bush na poważnie zaczął zajmować się polityką 7 lat temu. W sobotę wprowadza się do Białego Domu. FOT. (C) AP KRZYSZTOF DAREWICZ Z WASZYNGTONU Entuzjaści widzą w nim odbicie szekspirowskiego portretu księcia Hala, poźniejszego króla Henryka V, urodzonego przywódcy, który pędził hulaszczą młodość. Krytycy przyrównują go do Henryka IV, co to został królem tylko dzięki urodzeniu. Jedni i drudzy odwołują się do tej samej biografii George'a Busha. Mało zdolnego studenta i mało udanego biznesmena, który jeszcze piętnaście lat temu kierował bankrutującą firmą. Człowieka jawnie i długo unikającego politycznych wyzwań i równie długo uzależnionego od alkoholu. Legitymującego się ledwie sześcioletnim stażem w służbie publicznej, w czasie którego na dodatek dwa lata poświęcił na zabiegi o prezydenturę. Kogoś, kto dokładnie dziesięć lat temu powiedział angielskiej królowej Elżbiecie II: "To ja jestem czarną owcą w naszej rodzinie." - Czy to nie zastanawiające, dlaczego to właśnie on został prezydentem - pytają zarówno entuzjaści, jak i krytycy George'a Busha, oczekując potwierdzenia swych tak odmiennych ocen nowego gospodarza Białego Domu. I w jego biografii poszukują również odpowiedzi na pytanie, jakim będzie prezydentem. Pierwsze kroki George Walker Bush urodził się 6 lipca 1946 roku w New Haven, w stanie Connecticut, jako pierwsze dziecko Barbary (Pierce) Bush i George'a Herberta Walkera Busha. Wywodząca się z Ohio rodzina Barbary jest spowinowacona, poprzez jej dziadka Scotta, z 14. prezydentem Franklinem Pierce. Rodzina Bushów, również pochodząca z Ohio, szczyci się koligacjami z brytyjską rodziną królewską i, według niektórych źródeł, George senior jest odległym, w trzynastej linii, kuzynem królowej Elżbiety II. Jego dziad, Samuel Prescott Bush, był magnatem stalowym w Ohio i doradzał prezydentowi Hooverowi. Jego ojciec zaś, Prescott Sheldon Bush, pomnożył rodzinną fortunę jako bankier i został senatorem ze stanu Connecticut. Barbara i George poznali się w 1941 roku na zabawie tanecznej, a po czterech latach pobrali się. Kiedy na świat przyszedł George Walker, jego ojciec (po służbie w czasie wojny w lotnictwie marynarki wojennej) kończył akurat studia na uniwersytecie Yale. Choć pochodzili z zamożnych rodzin, dorabiali się samodzielnie. W swym pierwszym, małym mieszkanku w czynszowej kamienicy łazienkę musieli dzielić z mieszkającymi po sąsiedzku prostytutkami. Bushowie wrócili do Teksasu i osiedli w Midland, wówczas stolicy naftowego biznesu. Zamieszkali na osiedlu nazywanym "Wielkanocne Pisanki", bo szeregowe domki, wszystkie takie same, pomalowane były na rozmaite krzykliwe kolory. Ich był niebieski. Barbara zajmowała się wychowywaniem dzieci, a George'owi wiodło się w pracy coraz lepiej. W roku 1953 założył z kolegami własną firmę wierceń naftowych, Zapata Petroleum Co., i wkrótce Bushowie mogli przenieść się do większego domu, z basenem w ogrodzie. George'a W. posłano do publicznej szkoły podstawowej. Uczył się przeciętnie, nie lubił czytać książek i czasem dostawał od dyrektora szkoły linijką po tyłku za urwisostwo. "Georgie" był dzieckiem niezwykle żywym, wszędzie go było pełno, zawsze skupiał na sobie uwagę. Zbierał karty z gwiazdami baseballa, które wysyłał idolom z prośbą o autograf. George jest ulubionym synem swojej matki. Zajęty biznesem ojciec rzadko kiedy miał czas zajmować się wychowywaniem dzieci i jego wpływ na charakter George'a był znacznie mniejszy niż matki. Ona wpajała mu takie wartości, jak przywiązanie do domowego ogniska, skromność. Obserwując ojca, George uczył się, że ciężka, systematyczna praca pozwala dorabiać się i jest podstawą życiowych sukcesów. Bushowie bowiem, choć z czasem sami stali się zamożni, nigdy nie uważali się za bogatych i nie nabrali "pańskich" manier. Z domu George wyniósł również tolerancję dla kolorowych. Gdy któregoś razu Barbara usłyszała, że jej 7-letni syn powtarza za dziećmi sąsiadów brzydkie określenia na Murzynów, mocno wytargała go za uszy. W 1954 roku ojciec zabrał George'a w odwiedziny do dziadka, senatora, w stołecznym Waszyngtonie. Wtedy po raz pierwszy zobaczył Biały Dom i Kongres. Pięć lat poźniej George, wówczas uczeń siódmej klasy, sam zadebiutował w "polityce", wygrywając wybory na klasowego "prezydenta". Notabene, chłopak, który z nim przegrał, Jack Hans, cztery lata poźniej pokonał w wyborach na "wiceprezydenta" harcerskiej organizacji chłopca z Arkansas, Billa Clintona. Śladami ojca Od jesieni 1961 roku zaczyna się nowy rozdział w życiu George'a - samodzielność. Rodzice postanowili bowiem posłać go do elitarnej i niezwykle rygorystycznej Phillips Academy w Adnover, w stanie Massachusetts. Tej samej, w której uczył się jego ojciec. Od tej też pory George będzie cały czas podążał śladami ojca, skazany na ciągłe, choć często frustrujące, porównania z jego dokonaniami. Obaj studiowali na uniwersytecie Yale, zostali pilotami, szukali szczęścia w biznesie naftowym w Midland, startowali w wyborach do Kongresu, no i zostali prezydentami Stanów Zjednoczonych. Ba, George nawet zaręczył się po raz pierwszy w wieku dwudziestu lat, podobnie jak ojciec. W Phillips Academy Bush senior był prymusem i kapitanem drużyny baseballowej. Jego synowi wiodło się o wiele gorzej. Już na egzaminie wstępnym z angielskiego otrzymał zero, uczył się słabo i choć wstąpił do drużyny baseballowej, to też nie był gwiazdą. Za to był duszą towarzystwa i szybko zyskał sobie przydomek "Lip" (Pyskacz), bo słynął z ciętego języka i miał zdanie na każdy temat. W szkole tej George objawił swe talenty organizatorskie i zamiłowanie do pracy zespołowej, "żeby wszyscy czuli się dobrze". Przewodził więc kibicom szkolnej drużyny futbolowej, a jako członek zespołu rockandrollowego "The Torqueys" ani nie grał, ani nie śpiewał, lecz klaskał, zachęcając innych do zabawy. Był przy tym zaprzeczeniem snobizmu. W odróżnieniu od kolegów, w przepisowych marynarkach i pod krawatami, nosił się w pomiętej koszuli, wojskowej kurtce i przy każdej okazji podkreślał, że jest z tej "prawdziwej Ameryki", czyli z Teksasu. Długich włosów nie zapuścił Gdy George w 1964 roku dostał się na uniwersytet Yale w New Haven, żeby studiować historię, jego ojciec właśnie sprzedał za milion dolarów swe udziały w firmie naftowej i miał już za sobą pierwszą dużą, nieudaną, kampanię polityczną. Na Yale Bush senior zaliczał się do najlepszych studentów, przewodził drużynie futbolowej i elitarnemu studenckiemu stowarzyszeniu Phi Beta Kappa, którego członkowie pomagają sobie poźniej w robieniu zawodowych karier. George do najlepszych studentów oczywiście nie należał, ale dzięki swej wrodzonej bezpośredniości i luzowi był na kampusie jednym z najbardziej lubianych studentów. Dlatego inne, wybitnie rozrywkowej natury, studenckie stowarzyszenie Delta Kappa Epsilon wybrało go na swego przewodniczącego. Zakrapianych alkoholem imprez było bez liku i choć koledzy George'a z owych czasów nie przypominają sobie, żeby przesadzał z piciem, to jednak dało to początek jego długo trwającej skłonności do nadużywania alkoholu. Na wrzącym od protestów przeciwko wojnie w Wietnamie uniwersytecie George trzymał się z dala od polityki i lewicujących "dzieci-kwiatów". Nie uczestniczył w demonstracjach, nie zapuścił długich włosów, zamiast rocka słuchał soul i udzielał się w "podziemnym" bractwie Skull and Bones. Tu też wybrano go na szefa za "zdolności przywódcze", nadając przydomek "Temporary" (Tymczasowy), bo sam nie mógł sobie żadnego wymyślić podczas inicjacji. Wraz z klubowymi kolegami George'a dwukrotnie aresztowano za "chuligaństwo". Raz za "pożyczenie" bożonarodzeniowego wianka z drzwi hotelu, a drugi raz za wyrwanie "na pamiątkę" tyczki na boisku po meczu drużyny futbolowej. Na Yale George przeżył swój pierwszy poważny romans, z Cathryn Wolfman, koleżanką z Houston. Zaręczyli się i nawet dali zapowiedzi na ślub, ale zanim do niego doszło, związek rozleciał się i do dziś nie za bardzo wiadomo, kto doprowadził do zerwania. Ponoć dotąd są przyjaciółmi. Koledzy z lat studenckich wspominają, że George nigdy nie dawał poznać po sobie, iż jest synem bogatego już wtedy i wpływowego polityka. On sam często podkreślał, że "nienawidzi snobizmu". Wszystko wskazuje na to, że George niezbyt przyjemnie wspomina uczelnię. Na jego życzenie Yale nie ujawnia jego, zapewne miernych, ocen, ani razu też w ciągu ostatnich trzydziestu lat George nie wziął udziału w spotkaniach absolwentów uniwersytetu. Lata latania W maju 1968 roku, na dwa tygodnie przed otrzymaniem dyplomu, George zgłosił się w bazie lotniczej Gwardii Narodowej pod Houston na kurs pilotów. Wojna wietnamska wkraczała właśnie w apogeum, a ojciec George'a był już wtedy kongresmanem. Nie brak opinii, że to Bush senior, choć głośno popierał udział Ameryki w wojnie, celowo "załatwił" synowi służbę w jednostce, z której poborowi akurat nie trafiali do Wietnamu. Kurs i aktywne latanie trwały dwa lata. W tym czasie George prowadził wieczorami bujne życie towarzyskie, a mieszkał w eleganckim osiedlu Chateaux Dijon w Houston. Nie wiedząc jeszcze, że jego mieszkanką jest również jego przyszła żona, młoda bibliotekarka Laura Welch. Zresztą wtedy George był nawet, choć krótko, kandydatem na męża córki prezydenta Nixona, Tricii. Na pierwsze spotkanie z nią Nixon przysłał po George'a do Houston swój samolot, ale oboje nie przypadli sobie do gustu. Za to kwitła przyjaźń Nixona z Bushem seniorem, który po nieudanej próbie zdobycia senatorskiego fotela został mianowany przez prezydenta ambasadorem przy ONZ. Egzaminu na prawo na uniwersytecie w Houston nie zdał, a praca w firmie zajmującej się importem tropikalnych roślin nie wciągnęła go. Latem 1972 roku George pojechał na wakacje do Waszyngtonu, gdzie jego ojciec został akurat przewodniczącym Partii Republikańskiej. Pewnego dnia George zabrał, wtedy 16-letniego, brata Marvina na piwo i obaj pijani zjawili się w domu. Gdy ojciec zaczął go rugać, George rzucił się na niego z pięściami. Do poważniejszej bójki podobno nie doszło, ale nauczką było to, że ojciec odesłał obu synów do Houston, żeby pracowali w ośrodku pomocy dla dzieci z patologicznych rodzin i "poznali życie od innej strony". Byli tam jedynymi białymi i, jak wspominają wychowankowie tego ośrodka, George okazał się nie tylko idealnym wychowawcą, ale wręcz pozbawionym krzty zarozumiałości kumplem. Po roku George dostał się na studia w najlepszej uczelni ekonomicznej - Szkole Biznesu Uniwersytetu Harvarda. W tym elitarnym przybytku, kuźni talentów dla Wall Street, syn lidera Partii Republikańskiej nie ukrywał, że kariera na Wall Street jest ostatnią rzeczą, która go interesuje. Uczył się byle jak, ostentacyjnie tępił chodzących do opery i sączących najlepsze koniaki "snobów", żuł tytoń, spluwał i pił coraz więcej ulubionej, podłej whisky "Wild Turkey". Zdobył to, co chciał - podstawy biznesu - i bez żalu rozstał się z uczelnią. Biznes i polityka Latem 1975 roku wrócił z Cambridge do Teksasu, "gdzie nie liczy się dyplom czy nazwisko, lecz praca i szczęście". Jednak George pracą urzędnika w firmie naftowej się nie zadowolił i ku powszechnemu zaskoczeniu postanowił w roku 1977 walczyć o fotel kongresmana. Bodaj najbardziej zdziwiona tym była jego matka, która uważała młodszego syna Jeba za lepiej nadającego się na polityka. George wprawdzie wygrał prawybory - i to z rywalem popieranym przez starającego się wtedy o prezydenturę Ronalda Reagana - ale starcie z kandydatem demokratów, stanowym senatorem Kentem Hence, sromotnie przegrał. Nie pomogły mu nawet manewry ze strony ojca, wówczas dyrektora CIA i przeciwnika Reagana w prezydenckich prawyborach. Cień ojca tak bardzo zraził George'a do polityki, że nawet gdy ten został wybrany na wiceprezydenta, a potem prezydenta, Bush junior konsekwentnie tkwił w postanowieniu, iż nie wróci do polityki, dopóki ojciec nie przejdzie na emeryturę. Kampania o wejście do Izby Reprezentantów miała dla George'a jedną jasną stronę. W jej trakcie bowiem poznał Laurę Welch, która akurat odwiedzała w Austin, stolicy Teksasu, wspólnych znajomych. Wystarczyły tylko trzy miesiące od pierwszego spotkania i 5 listopada 1977 roku odbył się ich ślub. Bo, jak wyznaje Laura, "na wiele sposobów czułam, jakbym go znała całe życie". W roku 1981 urodziły się im bliźniaczki, które ochrzczono Barbara i Jenna, po babciach. Rozgoryczony polityczną porażką George przeniósł się z żoną do jej rodzinnego Midland, wracając tym samym do miejsca, w którym karierę w biznesie naftowym zaczynał jego ojciec. Czy pozostało mu cokolwiek innego, jak znów pójść w jego ślady? Dzięki powiązaniom rodziny Bushów z bogatymi inwestorami George zgromadził pieniądze na własną firmę wierceń naftowych, Arbusto Energy Inc. A gdy Bush senior został w 1981 roku wiceprezydentem, w tę miernie prosperującą firmę wpompowało dodatkowy kapitał wielu magnatów amerykańskiego biznesu. Najprawdopodobniej z góry licząc się ze stratą, bo na początku 1985 roku ich inwestycje o łącznej wartości 4,5 mln dolarów przyniosły ledwie 1,5 mln dolarów zysku. Z tego ciągle ocierającego się o bankructwo przedsięwzięcia George ostatecznie wycofał się w 1986 roku, z kapitałem netto 835 tys. dolarów. To był przełomowy dla George'a rok, ale z zupełnie innego względu. 28 czerwca, w dzień po suto zakrapianym przyjęciu z okazji jego 40. urodzin, George postanowił: "koniec z piciem". Jak sam twierdzi, zerwać z niszczącym go nałogiem i na nowo odkryć wiarę w Chrystusa pomogły mu dwie osoby. Bezgranicznie wierna żona Laura, która w końcu powiedziała mu "albo ja, albo butelka", oraz przyjaciel rodziny, ewangelicki kaznodzieja Billy Graham. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w życiu George'a wszystko się odmieniło. Wycofane z naftowego biznesu pieniądze zainwestował w drużynę baseballową Texas Rangers, którą kupił do spółki z paroma kolegami. Na sprzedaży swych udziałów w tej drużynie dwa lata temu George zarobił prawie 16 mln dolarów. Szczęście zaczęło się również doń uśmiechać w polityce. Konsekwentnie doczekawszy, aż ojciec wyprowadzi się z Białego Domu, George stanął, w 1994 roku, do walki o posadę gubernatora Teksasu. Lojalny i ceniący lojalność, zaskarbił sobie zaufanie republikańskich konserwatystów i z ich pomocą pokonał arcytrudnego przeciwnika - urzędującą gubernator, demokratkę Ann Richards. Stawiając na pracę zespołową, współpracę z lokalnymi demokratami i udział przedstawicieli wszystkich grup etnicznych w zarządzaniu stanem, po czterech latach dokonał jeszcze większego wyczynu. Ponownie bowiem wygrał, w listopadzie 1998 roku, wybory na gubernatora, stając się pierwszym w historii Teksasu gubernatorem sprawującym urząd przez dwie kadencje. I od razu zaczął przygotowywać się do walki o Biały Dom. W sobotę wprowadzi się doń jako 43. prezydent Stanów Zjednoczonych. -
George Walker Bush urodził się 6 lipca 1946 roku. Rodzice postanowili posłać go do elitarnej Phillips Academy w Adnover. Tej samej, w której uczył się jego ojciec. Od tej też pory George będzie podążał śladami ojca. W Phillips Academy Bush senior był prymusem. Jego synowi wiodło się gorzej. Za to był duszą towarzystwa. postanowił w roku 1977 walczyć o fotel kongresmana. starcie przegrał. Nie pomogły mu manewry ze strony ojca.Cień ojca zraził George'a do polityki. stanął, w 1994 roku, do walki o posadę gubernatora Teksasu. pokonał demokratkę Ann Richards. po czterech latach Ponownie wygrał wybory na gubernatora. I zaczął przygotowywać się do walki o Biały Dom.W sobotę wprowadzi się doń jako 43. prezydent Stanów Zjednoczonych.
Czasy świetności ZChN zdają się dobiegać końca Pokusa pragmatyzmu PIOTR ZAREMBA Zdawać by się mogło, że Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe - zaciekle atakowane, ale i doceniane na wielu zakrętach najnowszej historii - to jedna z najtrwalszych instytucji III RP. Dziś tak już się nie zdaje. ZChN może zniknąć i nikogo to nie zdziwi. Było produktem fermentu intelektualnego 1989 roku. Na zapędy części dawnej opozycji, pragnącej podporządkować wszystko doraźnej koncepcji liberalnych reform, inna część odpowiadała sięganiem do przeszłości. Choć twórcami ZChN byli ludzie wywodzący się z różnych miejsc opozycyjnej (a nawet i nieopozycyjnej, np. Goryszewski) sceny politycznej, za faktycznego twórcę pomysłu można uznać pierwszego prezesa partii Wiesława Chrzanowskiego. Geneza Chrzanowski podjął i ujednoznacznił jeszcze wcześniejsze wysiłki twórców Ruchu Młodej Polski. Deklaracja ideowa Zjednoczenia była syntezą różnych propozycji ideowych rodem z II Rzeczypospolitej, ale z przewagą pierwiastka narodowo-katolickiego, rozumianego jak najdosłowniej. W jej tekście znajdujemy zapis sugerujący, że członkowie partii zobowiązani są do wyznawania i praktykowania religii. Na to nakładała się praktyka. Gdy politycy ZChN usiłowali sami opisywać swoich członków i zwolenników, widzieli w nich najaktywniejszych przedstawicieli Polski parafialnej, zaniepokojonej kierunkiem przemian cywilizacyjnych i obyczajowych, ale równocześnie skłonnej do poświęceń (choćby społeczno-ekonomicznych) w imię dumy z własnego niepodległego państwa. Osłabiany odejściem znaczących przedstawicieli różnych nurtów (Macierewicz, Łopuszański), ale nie wielkim rozłamem, ZChN był ofertą dla niezbyt szerokiego elektoratu, lecz ze względu na ruchliwość i opiniotwórczość przywódców trudną do ominięcia, gdy przychodziło tworzyć szersze prawicowe konfiguracje. Dlatego znajdujemy jego liderów wśród twórców rządu Olszewskiego i Suchockiej, a później wśród twórców i profitentów zwycięstwa AWS. Ich dorobek w tej mierze był traktowany, nawet przez ich zaciętych wrogów, jako przykład łączenia ideowej pryncypialności z pragmatyzmem. Symbolem takiej postawy stał się Chrzanowski, stosunkowo bezkrytyczny chwalca dorobku przedwojennej endecji, a równocześnie łatwy partner liberalnych elit w reformowaniu kraju. Bilans władzy Dziś konstrukcja ta zdaje się zużywać. ZChN po raz pierwszy nie uniknął poważniejszego rozłamu. Grupa jego historycznych liderów - Piłka, Niesiołowski, Marcinkiewicz, Szyszko - zasiliła formację dużo bardziej nieokreśloną ideowo (Przymierze Prawicy), a gotowa jest rozmawiać o jeszcze szerszej formacji z ludźmi, których uważała niegdyś za nieprawdziwych czy może niepełnych prawicowców (bracia Kaczyńscy). Z ludźmi, którzy od tradycji narodowo-katolickiej, zwłaszcza tej rodem z Radia Maryja czy "Naszego Dziennika", zawsze się dystansowali. Teoretycznie rolę strażników świętego ognia wzięli na siebie obecni liderzy ZChN, podtrzymujący jego organizacyjną samoistność. Ale czy do końca? Prezes Stanisław Zając i jego otoczenie brali czynny udział w wewnętrznych rozgrywkach AWS, których efektem było znaczące osłabienie nurtu narodowo-katolickiego, a nawet konserwatywno-solidarnościowego w Akcji. Jak inaczej ocenić walkę z Krzaklewskim u boku SKL i PPChD albo obecną sympatię dla całkowicie pragmatycznej inicjatywy Janusza Tomaszewskiego? Zjednoczenie staje się ugrupowaniem podporządkowującym założenia ideowe taktyce doraźnej i nie zawsze jasnej. Nawet wystąpienia sytuujące ZChN-owców nadal na prawej flance (opór przeciw wyborowi członka Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji z Unii Wolności) po bliższej analizie okazują się działaniem na rzecz egzotycznych sojuszów z PSL lub biznesowych układów z prezesem Polsatu Solorzem. Czy eksperyment prawie czteroletniego udziału ZChN w szerszej prawicowej, w dodatku rządzącej formacji okazał się bezowocny? Na pewno Zjednoczenie osiągnęło, w bliskim sojuszu z innymi odłamami prawicy, realizację takich swoich pomysłów, jak bardziej restrykcyjne prawo antynarkotykowe czy walka z pornografią. Ale już wysiłki jego działaczy, aby nieco ograniczyć liberalizm ekonomiczny w imię interesów wspólnoty (ustawa dyscyplinująca supermarkety, zakaz pracy w niedzielę), rozbijały się o logikę koalicji z liberalną Unią Wolności, opór innych ugrupowań, a uczciwie mówiąc i niepełny entuzjazm wielu polityków AWS. Skądinąd Zjednoczeniu nie udało się nigdy sformułować klarownego stanowiska w sprawach ekonomicznych. Można było w jego obrębie znaleźć wszystkie opcje - od nieomal socjaldemokratycznego etatyzmu Jerzego Kropiwnickiego po poglądy bliskie UPR-owskim, zwłaszcza młodszej generacji działaczy. Nie udało się też ZChN uzyskać większego wpływu na politykę zagraniczną. Próba, podjęta w pierwszym okresie koalicyjnych rządów, dodania do międzynarodowej aktywności rządu Buzka choć odrobiny ZChN-owskiego eurosceptycyzmu, załamała się, a symbolem tego załamania była głośna dymisja ministra Czarneckiego. Trudno powiedzieć, co było tu ważniejsze. Nieporadność polityków Zjednoczenia, czy silny opór przeciw nim instytucji europejskich, i polskich euroentuzjastów mających oparcie w aparacie także i obecnej ekipy rządowej. W tej sytuacji największe sukcesy odnosił ZChN w konsumowaniu swojego wpływu na kilka resortów i instytucji rządowych. Konsumpcja ta była wyolbrzymiana (ZChN naśladował tylko inne ugrupowania), ale nie miało to znaczenia. Do obrazu religijnego i nacjonalistycznego dogmatyka dodano portret obłudnika zapobiegliwie zagarniającego kolejne połacie państwa. Liberalne i lewicowe media utrwaliły oba wizerunki z dużą satysfakcją. Gwoli prawdy - duch wręcz sekciarskiej solidarności z najbardziej wątpliwymi dokonaniami takich postaci jak Henryk Goryszewski czy warszawski radny Ryszard Makowski bardzo ułatwił im zadanie. Na rozdrożu Można by rzec, że w poprzednich latach ZChN nie zdecydował się na żadną skrajność. Nie spróbował - śladami Łopuszańskiego - wprząc swego niewątpliwego potencjału intelektualnego i organizacyjnego w budowanie silnego ośrodka antyeuropejskiego. Czy taki ośrodek stałby się naprawdę silny? Nie wiadomo, ale liderzy ZChN podjęli strategiczną decyzję. Korzystali z pomocy Radia Maryja, wrogiego prozachodniej modernizacji, a równocześnie sami pozostali w obrębie proeuropejskich elit, choć na samym ich skraju. Zarazem długo opierali się rozpuszczeniu w szerszej formule nowoczesnej awuesowskiej prawicy. Najpierw opierał się Marian Piłka, potem walczący z nim Stanisław Zając. Na ile była to obrona własnej tożsamości, a na ile logiki parytetów dających partii realny udział we władzy - rzecz do dyskusji. Niewątpliwie jednak ZChN był mało zainteresowany tworzeniem czegoś szerszego. Nawet za cenę przesycenia tego czegoś własnym programem. Ten rozkrok uczynił Zjednoczenie formacją nieczytelną. Reszty dokonał duch czasów. Formuła sięgnięcia do historii, tak pożyteczna w 1989 roku, staje się coraz mniej przydatna w dobie Internetu i "Big Brothera". Zarazem warto przypomnieć, że ZChN-owcy byli poddani podwójnej presji: pokusy zbytniej pragmatyzacji wynikającej z udziału w rządzeniu (w Polsce to przede wszystkim dzielenie fruktów, a nie realizacja programów) i silnego nacisku najbardziej opiniotwórczych środowisk, którzy najbardziej miękko i rozumnie prezentujących swe koncepcje polityków ZChN oskarżali o fundamentalizm, ekstremizm itd. Skądinąd owa miękkość i rozumność nie były regułą. Zjednoczenie koncentrowało się na najbardziej doraźnych interesach, ale język wielu jego działaczy był anachroniczny, nazbyt wojowniczy, odwołujący się do dawno przebrzmiałych emocji. Czyli taki, który wielu Polaków - czasem słusznie, a czasem nie - odrzuca. Nie ułatwiała też życia politykom Zjednoczenia zagmatwana sytuacja wewnątrz AWS. Gdy przyjrzeć się ostatnim sporom między twórcami Przymierza Prawicy a ekipą prezesa Zająca, widać, że nie była to walka o wierność ideowym pryncypiom partii określającej się przede wszystkim stosunkiem do wiary i moralności. To w istocie spór między tymi, którzy poddawali krytycznej ocenie metody sprawowania władzy przez AWS, a tymi, którzy skłonni byli tę metodę usprawiedliwiać, szukając przyczyn porażek prawicy gdzie indziej. Można by rzec, że poplątana rzeczywistość AWS wciągnęła ZChN w swoje tryby i przemieliła. Na ile potrzebny i trwały okaże się w przyszłości specyficzny, czysto polski typ ZChN-owskiej wrażliwości? Dziś bardziej czytelna wydaje się oferta grupy Mariana Piłki, próbującej znaleźć miejsce w swoistej formacji "czystych rąk". Czytelna - to nie znaczy gwarantująca sukces. Odłam prezesa Zająca uwikłał się w wewnątrzprawicowe rozgrywki i szuka sojuszników raz tu, raz tam, nie wykluczając nawet zewnętrznych aliansów z PSL. Czasy świetności, gdy politykom Zjednoczenia zdarzało się "trząść Polską", zdają się dobiegać końca. Autor jest zastępcą redaktora naczelnego tygodnika "Nowe Państwo"
Zdawać by się mogło, że Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe to jedna z najtrwalszych instytucji III RP. Dziś tak już się nie zdaje. ZChN może zniknąć i nikogo to nie zdziwi. ZChN po raz pierwszy nie uniknął poważniejszego rozłamu. Zjednoczenie staje się ugrupowaniem podporządkowującym założenia ideowe taktyce doraźnej i nie zawsze jasnej. Nie udało się ZChN uzyskać większego wpływu na politykę zagraniczną. W tej sytuacji największe sukcesy odnosił ZChN w konsumowaniu swojego wpływu na kilka resortów i instytucji rządowych. ZChN nie zdecydował się na żadną skrajność. liderzy Korzystali z pomocy Radia Maryja, wrogiego prozachodniej modernizacji, a równocześnie sami pozostali w obrębie proeuropejskich elit, choć na samym ich skraju.Ten rozkrok uczynił Zjednoczenie formacją nieczytelną. Reszty dokonał duch czasów.
JAPONIA Jak w polityce międzynarodowej wyjść z cienia Amerykanów? Olbrzym chce dorosnąć Wielu Japończyków uważa, że nie muszą przepraszać krajów sąsiedzkich za wyrządzone w przeszłości krzywdy. Przeprosiny zagroziłyby bowiem poczuciu dumy narodowej, byłyby upokorzeniem dla cesarza i rządu. Na zdjęciu: cesarz Akihito (trzeci od lewej) wraz z rodziną pozdrawia Japończyków z okazji Nowego Roku. FOT. (C) EPA PIOTR GILLERT Gdyby wielkość gospodarek świata przedstawić w skali ludzkiego ciała, to takie kraje jak Chiny czy Rosja wyglądałyby przy Japonii jak karzełki przy koszykarzu ligi NBA. Ale choć cały świat zna nazwisko przywódcy Chin, a tym bardziej Rosji, nie wszyscy Japończycy potrafią sobie przypomnieć, kto jest premierem ich kraju. Można sądzić, że takie państwa jak maleńka Szwajcaria czy położona na krańcu świata Australia znaczą w polityce światowej więcej niż Japonia. Przez pół wieku Japończycy byli zajęci wyłącznie mnożeniem swego bogactwa. Teraz, gdy dopadł ich najgorszy kryzys gospodarczy w powojennej historii, stoi przed nimi jeszcze jeden problem: pytanie o własną rolę w XXI wieku. Jeszcze w drugiej połowie lat 80. cały świat uważał, że azjatycki model rozwoju gospodarczego, którego prekursorem i najdoskonalszym realizatorem była Japonia, będzie przez długie lata wzorem dla reszty krajów. Lata 90. stanowiły jednak dla japońskiej gospodarki czas stagnacji i narastających kłopotów. W 1997 roku nastąpił kryzys regionalny, który położył kres "cudowi azjatyckiemu". Szukanie nowej drogi Nie oznacza to jednak, że Japonię czy Azję należy spisać na straty. Znaczy jedynie, że azjatyckie gospodarki rządzą się takimi samymi prawami jak wszystkie inne. Jeden model rozwoju wyczerpał swoje możliwości, należy znaleźć nowy. Ostrożne poszukiwania trwają właśnie w Japonii. Początek nowego wieku będzie w japońskiej historii czasem gruntownej zmiany struktury gospodarczej i społecznej. Nastąpi odejście od wielkich nieruchawych konglomeratów ku mniejszym strukturom organizacyjnym, szybciej reagującym na wyzwania rynku światowego. Najważniejszym wskaźnikiem sukcesu firmy będzie zysk, a nie jak dotychczas udział w rynku. Nowe wyzwania będą oznaczały konieczność odświeżenia kadry menedżerskiej, co spowoduje stopniowe odstąpienie od zasady starszeństwa na rzecz systemu, w którym awans dostaje zdolniejszy, bez względu na wiek. Ta zmiana, wraz z dojściem do głosu kobiet, pozostających dziś na marginesie życia zawodowego, będzie dla Japonii prawdziwą rewolucją społeczną. W gruncie rzeczy ta rewolucja już się rozpoczęła. Wraz z globalizacją gospodarki światowej nastąpi też zapewne powolny rozpad tradycyjnych powiązań między producentami, dystrybutorami i sprzedawcami. Więzy te stanowią często barierę nie do pokonania dla zagranicznych firm chcących wejść na rynek japoński i powodują utrzymanie niezwykle wysokich cen mimo długotrwałego zastoju. Bez względu na rezultat wszystkich tych zmian w przewidywalnej przyszłości japońska gospodarka pozostanie jedną z największych, japońskie technologie jednymi z najnowocześniejszych, japońskie banki jednymi z najzasobniejszych na świecie. Wynika to z tego, że statyczny zimnowojenny świat pozwalał Japończykom skoncentrować się właśnie na rozwoju gospodarczym. Sprawy kluczowe dla obronności, a w znacznym stopniu także dla polityki zagranicznej "oddali" oni Amerykanom. W nowym, wielobiegunowym porządku świata taki układ przestaje zdawać egzamin. Japonia dojrzała do tego, by odgrywać stosowną dla tak wysoko rozwiniętego państwa rolę na arenie międzynarodowej. Wzorem dla Tokio jest polityka Niemiec, które stopniowo przeistoczyły się z kraju obarczonego brzemieniem dawnych win w pełniący rolę odpowiadającą jego rzeczywistym możliwościom. Więcej samodzielności Japonia będzie chciała odejść od roli biernego sponsora sceny międzynarodowej, wykładającego grube miliony dolarów na działania innych, i stać się jej aktywnym współtwórcą - na przykład stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ. Dyplomacja japońska będzie się starała uniezależnić od amerykańskiej. Było to już widać podczas zeszłorocznej wojny w Kosowie, gdy Tokio bardzo chłodno zareagowało na podjęcie przez Amerykanów akcji z pominięciem ONZ. Japonia ma co prawda całkiem dobrze uzbrojone i wyszkolone tzw. siły samoobrony, ale ze względów politycznych nie zostały one dotąd przekształcone w armię w pełnym tego słowa znaczeniu. Brakuje im wystarczająco rozbudowanych struktur i procedur dowodzenia, a przede wszystkim na tyle potężnych broni, aby zapobiec ewentualnemu atakowi rakietowemu potencjalnego wroga. W Tokio coraz powszechniejsze jest przekonanie, że Japonia powinna w większym stopniu sama dbać o swoje bezpieczeństwo i przestać polegać na amerykańskiej odsieczy. Tym bardziej że świat staje się coraz mniej przewidywalny i nie wiadomo, czy w przyszłości Amerykanie będą mieli ochotę bronić Japonii. Próbne wystrzelenie przez Koreańczyków z Północy rakiety balistycznej nad terytorium Japonii w lecie 1998 roku dobitnie uświadomiło Japończykom realność zagrożenia ze strony sąsiadów i własną bezsilność. Rozwój wypadków na Półwyspie Koreańskim jest nieprzewidywalny, a właściwie żaden z możliwych scenariuszy, od nagłego wybuchu wojny, w którą Japonia niechybnie zostałaby wciągnięta, po zjednoczenie tradycyjnie antyjapońskiej Korei, nie nastraja japońskich strategów optymistycznie. Mniej rzucający się w oczy, ale chyba jeszcze bardziej niepokojący dla Tokio jest wzrost potęgi Chin. Przy obecnym tempie rozwoju chińskiej gospodarki i równie konsekwentnej jak w ostatnich kilku latach realizacji ambitnego programu modernizacji armii w ciągu kilkunastu lat Chiny mogą stać się mocarstwem militarnym. Kto dziś wie, jakie plany będą wówczas mieli wobec bogatej, lecz słabej Japonii pekińscy przywódcy? Wzrost siły Chin jest też niepokojący dlatego, że poprzez swój sojusz z Amerykanami i historyczne związki z Tajwanem Japonia mogłaby zostać wciągnięta w ewentualny konflikt w Cieśninie Tajwańskiej. Ubolewanie to za mało Wszelka próba rozbudowy japońskich sił obrony czy zmiany ich statusu będzie wywoływać ostrą reakcję sąsiadów, szczególnie Chin. Ich głośno wyrażany niepokój jest po części jedynie dyplomatyczną pozą, narzędziem przetargów politycznych. Po części jednak stanowi wyraz autentycznych obaw z lat brutalnej japońskiej okupacji w pierwszej połowie XX wieku. Niemcy byli w stanie pozostawić przeszłość za sobą, bo uczynili to ich sąsiedzi. Nie da się tego powiedzieć o sąsiadach Japonii. Tak Pekin, jak Seul zwracają uwagę, że Tokio nigdy otwarcie nie przeprosiło za wyrządzone krzywdy i nie wyraziło z tego powodu skruchy. Ich zdaniem brak takich przeprosin świadczy o wciąż żywych militarystycznych ciągotach Japończyków. Symbolem tego jest dla zwolenników takiej argumentacji tokijska świątynia Yasukuni, gdzie z wielkim namaszczeniem czci się poległych w wojnie bohaterów, także tych uznawanych za zbrodniarzy wojennych. Przeciwnicy popularnej ostatnio tezy o narastającej fali japońskiego nacjonalizmu podkreślają, że w badaniach socjologicznych społeczeństwo japońskie jawi się jako wyjątkowo pacyfistyczne, a to, co inni odbierają jako nacjonalizm, jest po prostu patriotyzmem. Większość Japończyków, których spotkałem, uważa, że "wyrazy ubolewania", jakie złożył kilkakrotnie ich rząd podbitym niegdyś narodom, ostatecznie rozwiązują problem przeszłości. Przeprosiny byłyby dla nich upokorzeniem. Niewykluczone jednak, że dla Japonii jedynym sposobem osiągnięcia dojrzałości politycznej jest wykonanie być może upokarzającego, ale i oczyszczającego gestu wobec sąsiadów. To być może najtrudniejsze zadanie, przed jakim stoi Japonia w nadchodzących latach.
Gdyby wielkość gospodarek świata przedstawić w skali ludzkiego ciała, to takie kraje jak Chiny czy Rosja wyglądałyby przy Japonii jak karzełki. Ale choć cały świat zna nazwisko przywódcy Chin, a tym bardziej Rosji, nie wszyscy Japończycy potrafią sobie przypomnieć, kto jest premierem ich kraju. Przez pół wieku Japończycy byli zajęci wyłącznie mnożeniem swego bogactwa. Teraz, gdy dopadł ich kryzys gospodarczy, stoi przed nimi jeszcze jeden problem: pytanie o własną rolę w XXI wieku. Japonia będzie chciała odejść od roli biernego sponsora sceny międzynarodowej, wykładającego grube miliony dolarów na działania innych, i stać się jej aktywnym współtwórcą.Dyplomacja japońska będzie się starała uniezależnić od amerykańskiej. Japonia ma co prawda całkiem dobrze uzbrojone i wyszkolone tzw. siły samoobrony, ale ze względów politycznych nie zostały one dotąd przekształcone w armię w pełnym tego słowa znaczeniu. Wszelka próba rozbudowy japońskich sił obrony czy zmiany ich statusu będzie wywoływać ostrą reakcję sąsiadów, szczególnie Chin. głośno wyrażany niepokój Po części stanowi wyraz autentycznych obaw z lat brutalnej japońskiej okupacji w pierwszej połowie XX wieku. Tak Pekin, jak Seul zwracają uwagę, że Tokio nigdy otwarcie nie przeprosiło za wyrządzone krzywdy i nie wyraziło z tego powodu skruchy. Ich zdaniem brak takich przeprosin świadczy o wciąż żywych militarystycznych ciągotach Japończyków.
TURNIEJ CZTERECH SKOCZNI Funaki znów wygrał - Mateja na 22. miejscu - Goldberger piąty Hasło do lotów Kazuyoshi Funaki - trzy konkursy, trzy zwycięstwa FOT. (C) AP ANDRZEJ ŁOZOWSKI z Innsbrucku Trzeci konkurs Turnieju Czterech Skoczni, rozegrany w Innsbrucku, wygrał Japończyk Kazuyoshi Funaki. Jest to trzecie z rzędu zwycięstwo tego skoczka i za dwa dni, w Bishofschofen, pewnie będzie podobnie. W finale skakał też Robert Mateja, który skończył konkurs na 22. miejscu. Miał być i jest tłum, ale nie tylko dlatego że dzisiaj skacze syn marnotrawny Andreas Goldberger. W górach nie ma śniegu i dzieci się nudzą, więc rodzice mają dla nich bardzo dobrą ofertę, tzn. konkurs skoków na Berg Isel. Dzieci jedzą ciastka i bawią się w berka, a rodzice piją piwo i łapią słońce. Miał być halny i zachmurzone niebo, tymczasem jest piękny, bardziej majowy niż styczniowy dzień. Śnieg jest tylko na rozbiegu i zeskoku, ale czy to na pewno śnieg, a nie jakaś chemiczna mieszanina białego koloru? Koniec marzeń Strasznie blisko leci Adam Małysz (88 m) i nie ma co marzyć, że będzie w finale. Ma w parze Austriaka Schwarzenbergera, który ląduje prawie dziesięć metrów dalej w stylu podobnym do Małysza, ale różnica w długości jest przytłaczająca na korzyść Austriaka. Nie ma co również marzyć o awansie z listy "szczęśliwych przegranych" - skok był po prostu słaby. To początek finałowego konkursu. Zaraz po Małyszu jest na rozbiegu Robert Mateja: 93,5 m, dużo dalej od Niemca Hornschuha i Mateja skacze dalej! Ten wykrzyknik jest dlatego, że na razie musimy zapomnieć o podium, pierwszych dziesiątkach i innych temu podobnych zaszczytach, bo na przełomie roku polskim skoczkom przejście pomyślnie kwalifikacji i - jak się uda - dostanie się do finału sprawia problem. Robert Mateja będzie miał dopiero 25. wynik eliminacji, ale trzeba się cieszyć z tego, co się ma. Jak samolot Najdłuższy skok eliminacyjnej serii (113 m) ma Japończyk Masahiko Harada, który dzień wcześniej leżał, ale stało się to przy tak wielkiej odległości (119 m), że mimo upadku pozostał on w konkursie. Kazuyoshi Funaki tym razem nie szarżuje, lecz w jak pięknym stylu ląduje na 108. metrze! Dwóch sędziów widzi to jak trzeba i daje mu maksymalne noty. Natomiast dlaczego pan Ralf Goertz z Niemiec ocenia ten skok na 19 punktów, pozostanie jego tajemnicą. Pewnie myśli perspektywicznie i przygotowuje grunt dla Dietera Thomy, który długością potrafi dorównać Japończykom, ale ląduje, nie przymierzając, jak samolot - na obie nogi. Skoro jesteśmy przy sędziach, to dlaczego przestraszyli się pierwszego finałowego skoku Rosjanina Kobylewa na odległość 111,5 m? Przekroczył on punkt konstrukcyjny o jeden metr, to prawda, ale po pierwsze to jest finałowa seria z udziałem trzydziestu najlepszych, a po drugie skok Kobylewa jest naprawdę perfekcyjny. On szybował tak daleko nie dlatego, że rozbieg jest zbyt długi, lecz dlatego, że "trafił na punkt", co i jemu i wielu innym zdarza się bardzo rzadko. Śmieszne spekulacje No, może przesadzam, bo kiedy finał dobiegał końca, zaczęły dziać się rzeczy niezwykłe. Hasło już nie do skoków, ale prawie lotów dał Andreas Goldberger, który wylądował na 115. metrze. Oczywiście objął prowadzenie, oczywiście był szał na trybunach, ale nie trwało to długo. Po "Goldim" Fin Ahonen ląduje na 117. metrze, potem Thoma na 112., po nim młodziutki Niemiec Hannawald ma 113,5 m i jest na prowadzeniu. Wtedy pojawił się na górze Funaki. Ma po pierwszej finałowej serii małą stratę do Harady i ponad pięciu punktów do Hannawalda. Może przegrać ten konkurs, jeśli pozwoli sobie na bezpieczny skok, niechby stylowo perfekcyjny. Za chwilę te spekulacje wydają się śmieszne, bo Funaki ląduje na 113. metrze, znowu jest 20. za styl i bezapelacyjnie wygrywa konkurs. Trzeci w tegorocznym Turnieju Czterech Skoczni i tylko wyjazd do domu może mu odebrać zwycięstwo w klasyfikacji łącznej. Po prostu kamikadze. Nasz Robert Mateja jest 22. Dobrze, że znalazł się w finale, szkoda, że tak daleko. Delikatny temat Na pytanie, czy najpierw była skocznia Berg Isel, czy położony w najbliższym sąsiedztwie cmentarz, nie otrzymuje się jednoznacznej odpowiedzi. Dość, że każdy uczestnik konkursu w Innsbrucku widzi dokładnie miejsce wiecznego spoczynku, kiedy pojawia się na rozbiegu i patrzy przed siebie. Różnie to opisywano w przeszłości, w zależności od taktu piszących. Niektórzy wypytywali skoczków, czy to ich mobilizuje, czy jest im obojętne. Byli i tacy, którzy o nic nie pytali, tylko walili prosto z mostu, że sąsiedztwo skoczni i cmentarza jest jak najbardziej prawidłowe, bo wiadomo jak niebezpiecznym sportem są skoki narciarskie. Temat jest delikatny, z gatunku tych, których lepiej nie poruszać, jeśli nie ma wyraźnej potrzeby, a dzięki Bogu takiej potrzeby nie było w ostatnich dziesięcioleciach i miejmy nadzieję że tak będzie nadal. Na pewno pobliski cmentarz nie robi żadnego wrażenia na Japończyku Kazuyoshim Funakim, który nie zwraca uwagi na to, gdzie skacze i co widzi na horyzoncie. Po wygraniu dwóch z czterech konkursów turnieju przyjechał do Innsbrucku z wyraźnym postanowieniem, by tak trzymać. W sobotniej serii kwalifikacyjnej lądował na 119. metrze (rekord skoczni - 120 m). Oczywiście nie miał konkurencji, bo pozostali z największym wysiłkiem przekraczali granicę 110 m. Mógł z nim powalczyć rodak Masahiko Harada, ale usiadł przy lądowaniu przy skoku na odległość 118,5 m. Wyglądało to nawet groźnie, bo Haradą cisnęło o śnieg jak workiem z cementem. Zaraz jednak wstał i na twarzy miał uśmiech od ucha do ucha, ale Harada zawsze się śmieje. Blady ze złości Do niedzielnego finału zakwalifikowało się dwóch naszych: Adam Małysz i Robert Mateja. Obaj na miejscu 21., bo mieli takie same skoki (po 104,5 m) i takie same noty (po 104,1 pkt.). To dobrze, że nie byli na końcu tych, którzy awansowali, bo nie musieli następnego dnia być parą dla Funakiego, Saitoha czy Thomy. Czy to jest promyk słońca na zachmurzonym od dobrego miesiąca niebie polskich skoków, czy Małysz z Mateją powoli dźwigają się z niemocy - naprawdę trudno powiedzieć. Bardzo biedny jest Krystian Długopolski, a biedny dlatego, że jego możliwości są o wiele większe niż osiągane wyniki. W sobotę miał tylko 88,5 m w serii kwalifikacyjnej (78. miejsce) i kiedy odpiął narty i wchodził po schodkach na górę, był blady ze złości. Na pytanie, czy nie lubi skoczni w Innsbrucku, machnął tylko ręką i powiedział, że nie wie, co się dzieje. Oczywiście nie jest jedynym przegranym, ale to dobrze, że jest tak zły na siebie. On może skakać, będzie skakać i powinno to mieć miejsce już niedługo. Czego nie można powiedzieć o Wojciechu Skupieniu, któremu chyba wystarczy to, co robi, a robi za tło dla Funakiego, Harady i innych. To jest w końcu wolny wybór.
Trzeci konkurs Turnieju Czterech Skoczni, rozegrany w Innsbrucku, wygrał Japończyk Kazuyoshi Funaki. Jest to trzecie z rzędu zwycięstwo tego skoczka. Hasło do lotów dał Andreas Goldberger, który wylądował na 115. metrze. Po "Goldim" Fin Ahonen ląduje na 117. metrze, potem Thoma na 112., po nim Hannawald ma 113,5 m i jest na prowadzeniu.Wtedy pojawił się na górze Funaki. Funaki ląduje na 113. metrze, jest 20. za styl i bezapelacyjnie wygrywa konkurs. Trzeci w tegorocznym Turnieju Czterech Skoczni i tylko wyjazd do domu może mu odebrać zwycięstwo w klasyfikacji łącznej. Nasz Robert Mateja jest 22. Dobrze, że znalazł się w finale, szkoda, że tak daleko.
Polityk jest z inteligenckiego punktu widzenia kretynem,a przedsiębiorca cwaniakiem. Podobną opinię na ten temat ma przeciętny Polak Zespoleni w klęsce RYS. PIOTR SIMICZYJEW JANUSZ A. MAJCHEREK Większość Polaków, jak wykazują badania, pożegnała stary rok w przekonaniu, że nie był pomyślny i powitała nowy bez nadziei, iż będzie lepszy. Stan nastrojów społecznych w Polsce nie odzwierciedla jednak obiektywnej sytuacji kraju, więc nie można go fetyszyzować ani liczyć na jego poprawę w wyniku zmiany tej sytuacji. "Polityczne i ekonomiczne zachowania ludzi zależą zarówno od obiektywnych warunków wyznaczających ich możliwości, jak i od subiektywnych ocen kształtujących indywidualne preferencje" - zauważył Arkadiusz Sęk z CBOS, omawiając wyniki sondaży rejestrujących społeczne oceny warunków życia i sytuacji kraju ("Ocena losu", "Rz" z 21 grudnia 1999 r.). Typowo polskie malkontenctwo, wyrażające się w postrzeganiu rzeczywistości jako gorszej niż jest faktycznie oraz dobieraniu z niej takich elementów, które pozwalają na okazywanie jej dezaprobaty i dystansu, wynikają z podmiotowych skłonności, a te mają związek z poczuciem własnej tożsamości i autoidentyfikacji. Kluczowa dla nich jest z kolei heroiczno-martyrologiczna wizja historycznego dziedzictwa, która ukształtowała mentalność współczesnych Polaków i ich stosunek do spraw publicznych. Konstytutywny dla niej jest natomiast etos klęski i ofiary w słusznej, a najlepiej świętej sprawie. Cnotliwość cierpiętnicza Heroizm i martyrologia splatają się w łańcuch fundamentalnych dla poczucia tożsamości Polaków reminiscencji, począwszy co najmniej od konfederacji barskiej, przez rozbiory, dwa nieudane powstania dziewiętnastowieczne, klęskę wrześniową, powstanie warszawskie, aż do podporządkowania sowieckiemu imperium, a nawet stanu wojennego (choć ten stosunkowo najświeższy okres jest jeszcze wciąż przedmiotem sporu i w społecznej pamięci nie nastąpiło rozstrzygnięcie czy włączyć go do zestawu narodowych nieszczęść). Polacy są najbardziej dumni z klęsk i ofiar w ich wyniku poniesionych, stanowią bowiem one potwierdzenie ich cnót publicznych. Jak zauważył ks. prof. Józef Tischner, cnota słabo uciskana nie jest dość poważana; nic tak nie potwierdza wartości i wielkości, jak rozmiary opresji i skala represji. Im więcej klęsk i ofiar, tym wyższe zatem poczucie własnej wartości. Niedole i cierpienia najsilniej integrują i umacniają Polaków, którzy nie przyjmują do wiadomości, że mogą one być wynikiem własnej głupoty czy nieudolności. Klęska jest więc dla Polaków chwalebna, sukces zaś podejrzany, tej pierwszej zaznaje się bowiem samemu w obronie wartości, ten drugi przypada innym i obcym z powodów niejasnych. Jeśli ona dowodzi cnót i wartości, to on sugeruje niecnotę i występek. Obce konteksty sukcesu Sukces jednak rzeczywiście dywersyfikuje i dezintegruje, gdyż nie mogą go doświadczyć wszyscy w równym stopniu. Dziejowa klęska może zintegrować, scalić i zespolić, społeczeństwo sukcesu jest rozwarstwione i podzielone według stopnia partycypacji w jego przysparzaniu i korzystaniu zeń, a każdy dostrzega tych, którzy mają się lepiej od niego, co pozwala mu czuć się pokrzywdzonym. W mijającej dekadzie Polacy osiągnęli i zaznali sporo sukcesów. Niepodległość, zewnętrzne bezpieczeństwo, demokratyczne państwo, samorządność, wolności polityczne i swobody obywatelskie, wolnorynkowa i rozwijająca się gospodarka, ideowy pluralizm i otwarcie na przyjazny świat, to tylko hasłowo ujęte obszary obiektywnych dobrodziejstw, jakich nie doświadczali od dziesięcioleci, a łącznie to może i od stuleci. Ale im częściej się o nich mówi, tym silniejsze to budzi protesty, im więcej przytaczanych przykładów i dowodów pomyślności, tym agresywniejsze ich kwestionowanie. Cytowanie pozytywnych opinii, formułowanych o sytuacji w Polsce przez instytucje i ośrodki zagraniczne, wywołuje wręcz przeciwne efekty, bo utwierdza malkontentów w przekonaniu, że sukces ma obce konteksty i niekoniecznie jest zgodny z naszym interesem. Rzeczywistość i utopia Skoro sukces może różnicować i dezintegrować zbiorowość społeczną, więc przez zwolenników kolektywizmu jest postrzegany jako niebezpieczny i deprecjonowany, a w ostateczności nie przyjmowany do wiadomości. Dotyczy to zwłaszcza niektórych kolektywistów o orientacji "narodowo-katolickiej" i "patriotyczno-niepodległościowej", zaprzeczających występowaniu w Polsce ostatniego dziesięciolecia jakichkolwiek sukcesów. Dla nich klęską było wszystko, począwszy od Okrągłego Stołu, przez program Leszka Balcerowicza, aż do reform wprowadzanych przez obecny rząd. W wyniku otrzymujemy paradoksalne sugestie, zgodnie z którymi gorliwość w wierze opartej na Dobrej Nowinie oraz żarliwość patriotyzmu i miłości ojczyzny mają się wyrażać poprzez kultywowanie poczucia klęski. Sukces staje się niebezpieczny dla religijnej i narodowej więzi, więc należy się przed nim bronić i wszystko obracać w chwalebne nieszczęście, przynajmniej propagandowo. Jeśli fakty przeczą tej wizji i propagandzie, tym gorzej dla faktów. Wieloletni i nieprzerwany wzrost produktu krajowego brutto oraz dochodów realnych ludności nie przeszkadza więc głosić tezy o postępującym ubożeniu kraju i społeczeństwa, a poszerzania obszarów wolności i swobód obywatelskich przedstawiać jako prowadzących do zniewolenia. Podobny rodzaj rozumowania prezentują rzecznicy kolektywizmu klasowego i zorientowanego socjalnie. Nie chodzi tu o lewicową opozycję polityczną, ochoczo ujmującą się za tymi, którym się nie powiodło i szermującą hasłami sprawiedliwości społecznej w koniunkturalnych celach propagandowych. W nurcie tym mieszczą się także niezależni komentatorzy, jak Karol Modzelewski czy Ryszard Bugaj. Z ich punktu widzenia sukcesu nie może być tam, gdzie nie wszyscy mogą z niego korzystać, więc jest on niemożliwy dopóty, dopóki nie nastanie utopia pomyślności "każdemu według potrzeb". Ta jednak, jak wiadomo, nie nastanie nigdy, co gwarantuje jej miłośnikom wieczyste prawo obrażania się na rzeczywistość. Zgodnie z supozycją, że sukces jest podejrzany, a odnoszący go ludzie są występni i obcy, wszyscy prawdziwi i uczciwi Polacy muszą żyć w poczuciu klęski. To oczywiste dla zwolenników opcji ultrakatolickiej i ultranarodowej, rozpaczających nad katastrofą, jaką jest wyprzedaż najcenniejszych polskich zasobów zachłannym zagranicznym hochsztaplerom i wciąganie najświętszej ojczyzny do europejskiego bagna. O tym, że prawdziwe sukcesy i pomyślność mogą zintegrować i umocnić katolickie, bogobojne i gorliwe patriotycznie społeczeństwo w europejskiej wspólnocie, jak udowodnili Irlandczycy, wielu Polaków nie słyszało. Inteligenckie resentymenty Na ukształtowanie poczucia sukcesu nie pozwalają też Polakom ich niektórzy inteligenccy mentorzy, interpretatujący ich losy. Sądzą bowiem, że jeśli oni sami, elity tego społeczeństwa, nie czują się zbyt dobrze, to i ono nie może rozwijać się pomyślnie. Punkt widzenia większości polskich inteligentów nie uwzględnia faktu, że ich na wpół samozwańcze role elity społecznej, politycznej i ekonomicznej, a nawet duchowej i intelektualnej, dobiegły historycznego finału wraz z pewną epoką. Dziś są przejmowane przez profesjonalnych polityków, przedsiębiorców, menedżerów, ekspertów i kreatorów. Nie chcą się z tym pogodzić, więc swoich zmienników uważają za oszustów, cwaniaków i uzurpatorów. A skoro to są właśnie ludzie sukcesu w III Rzeczypospolitej, to te sukcesy stają się w inteligenckich oczach podejrzane i wątpliwe. Ponieważ to takie osoby i środowiska tworzą klasę średnią, to jej istnienie jest kwestionowane, a oni karykaturyzowani. Polityk jest z inteligenckiego punktu widzenia kretynem, a przedsiębiorca cwaniakiem, co zgadza się z opinią, jaką ma na ich temat przeciętny Polak, tym łatwiej i chętniej przyjmujący taką diagnozę, że nie rozumie politycznych mechanizmów demokracji czy ekonomicznych reguł wolnego rynku. Na wszelki wypadek zatem uważa za podejrzanych wszystkich, którzy się w nich rozeznają i sprawnie poruszają. Liczne inteligenckie opinie utwierdzają więc Polaków w przekonaniu, że ich kraj znajduje się w rękach nieuków i cwaniaków, a sukces jest oszustwem, złudzeniem lub zagrożeniem. Sukces a propaganda sukcesu O tym, że ocena sytuacji w kraju zależy nie tyle od obiektywnych okoliczności, ile subiektywnych skłonności, świadczy wskazanie przez dwie trzecie Polaków na epokę gierkowską jako najbardziej pomyślny okres w powojennych dziejach kraju. W ten sposób ówczesna propaganda sukcesu święci pośmiertny triumf nad dzisiejszą propagandą klęski. Środowiska kwestionujące obraz obecnej Polski jako kraju sukcesu, a nawet samą możliwość jego odniesienia w tutejszych warunkach, są liczne, głośne i wpływowe. Sami ludzie sukcesu nie są zaś ani tak liczni, by tamtych zagłuszyć, ani tak zintegrowani, by się im przeciwstawić. Są podzieleni i odtrąceni. Patronujący im i reprezentujący ich Leszek Balcerowicz jest wręcz znienawidzony. Odmawia się im miana prawdziwych Polaków, patriotów, uczciwych ludzi, a nawet pełnoprawnych członków społeczeństwa. Prawdziwy sukces w społeczeństwie malkontentów jest jeszcze trudniejszy do przyjęcia niż do osiągnięcia. Na szczęście jest znacznie częściej osiągany niż przyjmowany. Zasoby decydujące o rzetelnym i rzeczywistym sukcesie to - zwłaszcza w społeczeństwie na dorobku, nie dysponującym zgromadzonymi kapitałami materialnymi - kapitał intelektualny, talenty operacyjne i zdolności organizacyjne. Mają one charakter indywidualny i zróżnicowany, nie można się nimi podzielić, a na pewno nie równo, jak biedą i utrapieniem. Niełatwo zaś pogodzić się z tym, że niektórzy mają ich więcej, a zatem ich powodzenie jest uzasadnione.
Większość Polaków pożegnała stary rok w przekonaniu, że nie był pomyślny i powitała nowy bez nadziei, iż będzie lepszy. Stan nastrojów społecznych w Polsce nie odzwierciedla obiektywnej sytuacji kraju. Klęska jest dla Polaków chwalebna, sukces podejrzany. W mijającej dekadzie Polacy osiągnęli i zaznali sukcesów. im częściej się o nich mówi, tym silniejsze to budzi protesty, im więcej przykładów i dowodów pomyślności, tym agresywniejsze ich kwestionowanie. Dotyczy to zwłaszcza niektórych kolektywistów o orientacji "narodowo-katolickiej" i "patriotyczno-niepodległościowej", zaprzeczających występowaniu w Polsce ostatniego dziesięciolecia jakichkolwiek sukcesów. Podobny rodzaj rozumowania prezentują rzecznicy kolektywizmu klasowego i zorientowanego socjalnie. Na ukształtowanie poczucia sukcesu nie pozwalają też Polakom ich niektórzy inteligenccy mentorzy. Polityk jest z inteligenckiego punktu widzenia kretynem, a przedsiębiorca cwaniakiem, co zgadza się z opinią, jaką ma na ich temat przeciętny Polak.
Komitety obywatelskie, czyli jak hartowała się demokracja Dzielenie tortu 18 grudnia 1988 roku. Pierwsze spotkanie w warszawskim kościele przy ul. Żytniej. Na zdjęciu - przy stole od lewej: Andrzej Wielowieyski, Bronisław Geremek, Lech Wałęsa, Leszek Kołakowski, Tadeusz Mazowiecki, Gustaw Holoubek FOT. ERAZM CIOŁEK MARCIN DOMINIK ZDORT Jest grudzień 1988 roku. Od kilku miesięcy trwają już negocjacje niektórych liderów podziemnej "Solidarności" z komunistycznymi władzami. Lech Wałęsa nie czuje jednak wystarczającego poparcia dla tych negocjacji w kierownictwie związku. On i jego ówczesne otoczenie - Bronisław Geremek, Jacek Kuroń, Adam Michnik - chcą utworzyć blok przychylnych sobie społecznych autorytetów, gotowych do poparcia kompromisu z komunistami. Po naradzie Wałęsa podejmuje decyzję - trzeba powołać komitet obywatelski przy przewodniczącym NSZZ "Solidarność". Tak rozpoczęła się ponaddwuletnia historia ruchu komitetów obywatelskich, które praktycznie znikły z firmamentu wraz z wyborami 1991 roku, gdy rolę reprezentanta obozu solidarnościowego przejęły partie polityczne. Kadry do wyborów Początek był 18 grudnia 1988 roku w warszawskim kościele przy ulicy Żytniej, gdzie spotkało się 135 osób zaproszonych przez Wałęsę do Komitetu Obywatelskiego. W gronie członków Komitetu nie znaleźli się politycy uważani przez otoczenie Wałęsy za zbyt skrajnych, nieskłonnych do porozumienia z władzą (KPN i Solidarność Walcząca) lub przez nich lekceważeni (gdański Kongres Liberałów). Osobami nadającymi ton pierwszemu i następnym spotkaniom byli - oprócz Geremka, Kuronia i Michnika - Stefan Bratkowski, Marcin Król, Tadeusz Mazowiecki, Jacek Moskwa, Witold Trzeciakowski, Andrzej Wielowieyski i Henryk Wujec, którego Komitet wybrał na sekretarza. Pierwsze zebrania to podział zadań i przygotowanie do obrad Okrągłego Stołu, które rozpoczęły się w lutym 1989 r. Niedługo po powstaniu Komitetu przy Lechu Wałęsie, wraz z sygnałami o liberalizacji postawy władz, w wielu miejscach Polski zaczynają działać regionalne komitety obywatelskie. To one - w trakcie przygotowań do wynegocjowanych przy Okrągłym Stole kontraktowych wyborów - odegrały rolę organizatorów kampanii i zgłaszały kandydatów na parlamentarzystów. Po zakończeniu negocjacji okrągłostołowych w Komitecie rozpoczęła się dyskusja na temat tego, jaką reprezentację powinna wystawić opozycja w wyborach. Aleksander Hall proponował zaproszenie do współpracy przedstawicieli tych organizacji opozycyjnych, które nie uczestniczyły w Okrągłym Stole lub wręcz go kontestowały. Zwyciężyła jednak koncepcja Kuronia i Geremka, aby nie poszerzać wyborczej reprezentacji. Mimo tego prowadzono rozmowy m.in. z Leszkiem Moczulskim, który jednak uznał zaproponowane mu trzy miejsca na listach Komitetu Obywatelskiego za niewystarczające. Postanowienie KO zaważyło na decyzjach m.in. Halla i Mazowieckiego, którzy uznali, że nie będą startować w kontraktowych wyborach. Początek sporu Po czerwcowym głosowaniu ośrodek decyzyjny przesunął się z Komitetu Obywatelskiego "Solidarność" do Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego, któremu przewodniczył Bronisław Geremek. Odsunięty został Wałęsa, który nie kandydował w wyborach. Jego dawne otoczenie zajęło się sprawowaniem władzy i pracami parlamentarnymi. Przewodniczący "Solidarności" zaczął tracić wpływy na rzecz swoich dawnych doradców, co mocno go zaniepokoiło. Niedługo po wyborach wraz z Krajową Komisją Wykonawczą "Solidarności" zdecydował więc o rozwiązaniu regionalnych komitetów obywatelskich. Ta decyzja przez kierownictwo OKP została jednak odrzucona i był to pierwszy widoczny sygnał rozpoczęcia sporu nazwanego później "wojną na górze". U jego źródeł stały dwie różne koncepcje rozwoju obozu solidarnościowego i kształtu politycznego państwa. Koncepcja Geremka, Kuronia i Michnika zakładała, że ruch obywatelski będzie trwał jako w miarę jednolita formacja dokonująca - jako zaplecze rządu Mazowieckiego - wspólnie z reformatorami z PZPR dzieła przebudowy ustrojowej i gospodarczej Polski. Miała to być formacja scentralizowana, nie deklarująca się ani jako prawica, ani jako lewica - te pojęcia przywódcy OKP uważali za nieaktualne. Przeciwnicy zarzucali Bronisławowi Geremkowi, że zmierza do utworzenia nowej "siły przewodniej narodu". Na czele grupy kontestującej pomysły kierownictwa OKP stanął Jarosław Kaczyński, podówczas senator powołany przez - niezadowolonego z sytuacji - Wałęsę na redaktora naczelnego "Tygodnika Solidarność". Sojusznikiem Kaczyńskiego został Zdzisław Najder, którego w lutym 1990 Wałęsa powołał na przewodniczącego Komitetu Obywatelskiego. Najder i Kaczyński zmierzali do wykształcenia się z solidarnościowego ruchu obywatelskiego nowego sposobu organizacji sceny politycznej. Rolę lewicy pełniłoby w nim stronnictwo Geremka, Kuronia i Michnika, prawicą byłaby partia tworzona właśnie przez Jarosława Kaczyńskiego - Porozumienie Centrum. Kaczyński liczył, że dzięki temu polska scena polityczna będzie w całości zagospodarowana przez partie solidarnościowe, a partia postkomunistyczna - choć będzie nadal funkcjonować - pozostanie na marginesie. Aby zrównoważyć układ sił w KO, na zaproszenie Zdzisława Najdera do Komitetu dokooptowano 24 nowe osoby - przedstawicieli dotychczas lekceważonych organizacji antykomunistycznych. Walka o komitety Objęcie kierownictwa KO przez Zdzisława Najdera nie odbyło się jednak bezkonfliktowo. Administrujący dotychczas Komitetem Henryk Wujec kontestował decyzje Najdera i utrudniał mu podejmowanie jakichkolwiek działań. Wałęsa podjął więc decyzję o odwołaniu Wujca ze stanowiska sekretarza Komitetu Obywatelskiego. Wujec nie przyjął dymisji do wiadomości, stwierdzając, że tylko Komitet może go usunąć ze stanowiska. Na to Wałęsa odpowiedział krótką depeszą: "Czuj się odwołany". Na forum Komitetu Obywatelskiego dochodziło już do otwartych spięć między Mazowieckim a Wałęsą, którzy prowadzili wojnę podjazdową. 17 czerwca 1990 roku Andrzej Wielowieyski zorganizował spotkanie przedstawicieli części komitetów obywatelskich, podczas którego - nie informując o tym Zdzisława Najdera - zwołano na 1 lipca posiedzenie ogólnopolskiej konferencji komitetów obywatelskich. Tego dnia miało dojść do przekształcenia komitetów w stałą organizację pod przywództwem Zbigniewa Bujaka, Geremka i Wujca. Jednocześnie miał zostać rozwiązany krajowy Komitet Obywatelski, którym kierował Najder. Lech Wałęsa i Zdzisław Najder uprzedzili plany swoich konkurentów i na 30 czerwca zwołali własne spotkanie komitetów. Jednak sytuacja wyjaśniła się już sześć dni wcześniej podczas spotkania krajowego Komitetu Obywatelskiego, gdzie Wałęsa ostro zaatakował swoich przeciwników, oni odpłacili mu pięknym za nadobne, a następnie wystąpili z Komitetu. Przeprowadzone w następnych dniach konkurencyjne konferencje regionalnych komitetów obywatelskich wykazały, że większą popularnością cieszy się Wałęsa. Na jego spotkanie przybyło ponad 170 delegatów, a na spotkanie zwołane przez Wujca i Wielowieyskiego zaledwie 70. Równocześnie z utarczkami na spotkaniach i konferencjach komitetów obywatelskich obie strony konfliktu budowały własne struktury polityczne. Rodzą się partie Jarosław Kaczyński utworzył Porozumienie Centrum (miało być szeroką koalicją ugrupowań centroprawicowych, udział w nim deklarowały początkowo m.in. Kongres Liberałów Janusza Lewandowskiego oraz jeden z odłamów PSL), natomiast Zbigniew Bujak, Adam Michnik i Henryk Wujec powołali lewicowy Ruch Obywatelski - Akcję Demokratyczną, która w obozie prorządowym współpracowała z konserwatywnym Forum Prawicy Demokratycznej Aleksandra Halla i Kazimierza Ujazdowskiego. Podział i rozpad komitetów obywatelskich ostatecznie przypieczętowały dwie kolejne kampanie wyborcze. W kampanii prezydenckiej 1990 roku komitety obywatelskie były wykorzystywane przez sztaby wyborcze Mazowieckiego i Wałęsy jako przyszły składnik budowanych wówczas intensywnie partii politycznych. Jednak jeszcze przed wyborami parlamentarnymi 1991 roku komitety obywatelskie były partnerem samodzielnym i atrakcyjnym politycznie - świadczyć może o tym kształt koalicji wyborczych, które utworzyły najważniejsze ugrupowania solidarnościowe. Najmniejszą część komitetów obywatelskich udało się uszczknąć Unii Demokratycznej - utworzonej przez Mazowieckiego po przegranej batalii o prezydenturę. Z komitetów skorzystały natomiast partie wspierające w kampanii zwycięskiego Wałęsę - PC startowało w wyborach wraz z częścią komitetów jako Porozumienie Obywatelskie Centrum, a Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe jako Wyborcza Akcja Katolicka w sojuszu ze zrzeszającym inną część komitetów Chrześcijańskim Ruchem Obywatelskim. ZChN, utworzone jeszcze w 1989 roku, nie brało oficjalnie udziału w walce o komitety obywatelskie, choć niewątpliwie z ich kadr korzystało. Wyraźnie poza sporem o komitety był też zawiązany w połowie 1990 roku Kongres Liberalno-Demokratyczny, budujący swoją tożsamość na nieco innych podstawach. Po 1991 roku nastał czas polityki partyjnej. Ci działacze ruchu komitetów, którzy nie wstąpili do żadnego stronnictwa politycznego, powoli tracili na znaczeniu. Tort, jakim były komitety obywatelskie, został podzielony. - Miało być pięknie i uroczyście - na niedzielę 17 czerwca 2001 r. zaplanowano uroczyste spotkanie jubileuszowe ruchu komitetów obywatelskich w Sali Kolumnowej Sejmu. W programie były przemówienia Lecha Wałęsy, Jerzego Buzka, Mariana Krzaklewskiego i Macieja Płażyńskiego. Niestety, pozostały tylko w programie. W dniu święta komitetów nie przybył żaden z mających przemawiać. Premier przysłał swojego doradcę ds. mediów Andrzeja Urbańskiego, który rozdał jubilatom medale. Przygotowaną wcześniej deklarację o konieczności zjednoczenia obozu posierpniowego przyjęto bez dyskusji.
Wałęsa podejmuje decyzję - trzeba powołać komitet obywatelski.Tak rozpoczęła się ponaddwuletnia historia ruchu komitetów obywatelskich, które praktycznie znikły z firmamentu wraz z wyborami 1991 roku, gdy rolę reprezentanta obozu solidarnościowego przejęły partie polityczne. Przewodniczący "Solidarności" zaczął tracić wpływy na rzecz swoich dawnych doradców, co mocno go zaniepokoiło. Niedługo po wyborach wraz z Krajową Komisją Wykonawczą "Solidarności" zdecydował więc o rozwiązaniu regionalnych komitetów obywatelskich.
FIRMY Przebieg restrukturyzacji przedsiębiorstw był i jest poważnie zakłócany przez ingerencje polityków i grup nacisku, ścieranie się sprzecznych interesów Stan chroniczny RYS. ROBERT DĄBROWSKI JERZY DRYGALSKI Eksperci i politycy są zaniepokojeni. Deficyt w handlu zagranicznym rośnie nieprzerwanie od 1991 roku. W 1998 roku osiągnął poziom 18,8 miliarda dolarów, w 1999 roku - 18,5 miliarda. Głównym powodem tak wysokiego deficytu jest niska konkurencyjność polskich firm. Z tego powodu deficyt w handlu zagranicznym może być - jeszcze przez wiele lat - chronicznym stanem polskiej gospodarki. Deficyt w bilansie handlowym przez lata nie budził większych zastrzeżeń. Panowało przekonanie, że jest to dowód szybkiego napływu nowoczesnych technologii i urządzeń do przedsiębiorstw w konsekwencji czego nastąpi ich modernizacja i wzrost konkurencyjności. To zaś umożliwi wzrost eksportu. Efekt miał być tym większy, że dopływ zachodnich maszyn i urządzeń był sprzęgnięty z prywatyzacją i restrukturyzacją sektora państwowego, bezpośrednimi inwestycjami zagranicznymi oraz rozwojem firm prywatnych. Polskie przedsiębiorstwa zrobiły wiele, aby dostosować się do wymogów gospodarki rynkowej. Efektem tego wysiłku jest wzrost produkcji, modernizacja firm, reorientacja eksportu, rozwój małego biznesu, postępy prywatyzacji. Są to fakty niepodważalne. Jednak dystans między zachodnimi i polskimi firmami jest nadal poważny. Dokonany postęp nie znalazł także odzwierciedlenia w eksporcie - w jego dynamice i strukturze. Nadto ujawniły się silne bariery rozwoju. Ślimacząca się restrukturyzacja Tempo modernizacji, prywatyzacji i restrukturyzacji poszczególnych branż i przedsiębiorstw było bardzo nierównomierne. W wielu branżach restrukturyzacja była podjęta zbyt późno, realizowana połowicznie lub błędnie. W niektórych branżach zmiany są więcej niż skromne. Przebieg restrukturyzacji przedsiębiorstw był i jest poważnie zakłócany przez ingerencje polityków i grup nacisku, ścieranie się sprzecznych interesów. Związki zawodowe uzyskały faktyczne prawo weta. Po dziesięciu latach daleko jest jeszcze do zakończenia restrukturyzacji i prywatyzacji. Uwaga wszystkich rządów koncentrowała się przede wszystkim na branżach politycznie i społecznie wrażliwych - górnictwie, hutnictwie, cukrownictwie, PKP, zbrojeniówce, energetyce. Aby uniknąć konfliktów, decydowano się na wiele ustępstw. Znany jest dyktat kopalń czy PKP. W konsekwencji rosły koszty i upływał czas. Przedłużanie procesu prywatyzacji i restrukturyzacji jest bardzo szkodliwe, cena zaniechania wysoka. Jest to okres konfliktów, niepewności, żmudnych prac przygotowawczych, niekończących się negocjacji, wystawania w ministerialnych przedpokojach. Menedżerowie nie są w stanie koncentrować się na rozwoju. A świat ucieka, konkurencyjne firmy modernizują się i poprawią efektywność. Dlatego w wielu branżach luka technologiczna nie zmniejsza się. Transformacja gospodarki dokonuje się w okresie gwałtownych zmian w gospodarce światowej i jej globalizacji. Restrukturyzacja, zwłaszcza branż społecznie wrażliwych, nie jest łatwa. Jednak można i trzeba było ją robić z większą determinacją. W Polsce stopniowo i stosunkowo długo następowało przewartościowanie poglądów na temat roli państwa w gospodarce, ochrony przedsiębiorstw, roli inwestorów zachodnich. Polska weszła w okres transformacji z anachroniczną strukturą gospodarki (dominacja branż tradycyjnych, wysoki stopień monopolizacji), dotkliwym brakiem kapitału i technologii. Prosta restrukturyzacja jest na ogół niewystarczająca. Konieczne są głębsze zmiany. To jednak oznacza ograniczenie roli tradycyjnych branż przemysłowych lub ich upadek oraz gwałtowny zwrot ku usługom i nowoczesnym technologiom. Ten proces obecnie zachodzi. Nadprodukcja Żywiołowa modernizacja ma i drugą stronę - prowadzi do nadmiernej rozbudowy mocy wytwórczych i w konsekwencji do ostrej walki konkurencyjnej, pogłębionej jeszcze przez otwarcie granic, zagraniczną konkurencję i szarą strefę. Ciężkie i niedoceniane są konsekwencje kryzysu rosyjskiego. Nadprodukcja nakłada kaganiec na wzrost cen produktów i usług oraz prowadzi do ograniczonego wykorzystania mocy wytwórczych. Dlatego w wielu branżach ceny sprzedawanych produktów nie nadążają za inflacją. W niektórych trwa wyniszczająca wojna cenowa. Tymczasem koszty rosną w zawrotnym tempie. Rozwierają się nożyce między tempem wzrostu cen produktów i usług a tempem wzrostu kosztów. Dlatego katastrofalnie - i to od kilku lat - kurczy się rentowność polskich firm. W 1999 roku wynik finansowy netto przedsiębiorstw pogorszył się aż o 82,7 procent. Rentowność obrotu netto spadła z 1,3 procent w 1998 do 0,2 w 1999 roku. Z kolei spadająca rentowność to kurczące się środki na rozwój i dalszą konieczną modernizację. Konieczną, ponieważ produktywność większości firm jest nadal niska. Nie byłoby tych problemów, gdyby polskie firmy były w stanie więcej eksportować. Mimo wysiłków eksport nie rośnie jednak wystarczająco szybko. Nadprodukcja i nasilająca się konkurencja na rynku wymuszały i wymuszają kolejną falę restrukturyzacji (fuzje, przejęcia upadłości i likwidacje, redukcje pracowników itd.). Upadają nawet całe branże (w przemyśle lniarskim pozostały na przykład dwie spółki, w tym jedna rentowna). Trudno jeszcze ocenić skutki tej fali. Ograniczony dostęp do kapitału Większość polskich firm charakteryzuje się słabą płynnością, niedoborem środków obrotowych i brakiem środków na rozwój. Dostęp do nich jest ograniczony. Realne oprocentowanie kredytów stale utrzymuje się w granicach 8 - 10 punktów powyżej inflacji. Dlatego spada rola kredytów jako źródła finansowania rozwoju. Oprocentowanie kredytów jest tak wysokie, ponieważ utrzymuje się relatywnie niska skłonność do oszczędzania ludności. To z kolei skłania banki do wysokiego oprocentowania kredytów dla przedsiębiorstw. Poza tym wiele firm nie spełnia kryteriów stawianych przez banki lub wręcz nie ma zdolności kredytowej. Banki po doświadczeniach z początku lat dziewięćdziesiątych są, i słusznie, ostrożne, a i tak procentowo w ich portfelach rosną kredyty III i IV grupy. Jest to sygnał narastających trudności firm. Brak wystarczających środków obrotowych prowadzi w wielu przypadkach do ograniczenia sprzedaży, rezygnacji z kontraktów itd., pogłębiając i tak trudną sytuację. Gorsze wyniki ograniczają środki na rozwój, zatem firmy zmniejszają inwestycje lub pożyczają za granicą. W 1999 roku środki własne przedsiębiorstw przeznaczone na cele rozwojowe zmalały w porównaniu z 1998 rokiem o 10,1 procent, z tego w produkcji o 21,8 procent. Zadłużenie zagraniczne przedsiębiorstw zwiększyło się do 25 miliardów dolarów i przypuszczalnie będzie rosło. Być może gdyby rząd wsparł rozwój rynku niepublicznego, gdyby bardziej aktywnie zachęcał do wejścia do Polski fundusze inwestycyjne typu venture capital, mogłoby być lepiej. Wymagałoby to jednak zmian w systemie podatkowym i generalnie zmiany sposobu podejścia Ministerstwa Finansów. Nadmierne obciążenia Transformacja musi kosztować. Rozbudzone są społeczne aspiracje. Ludzie chcą więcej zarabiać. Kosztuje modernizacja służby zdrowia, oświaty, sytemu emerytalnego. Konieczna jest także osłona socjalna zmian. Jest to zrozumiałe. Jednak przedsiębiorstwa są nadmiernie obciążane kosztami transformacji. Bardzo wysokie są koszty pracy i zwolnień pracowników. Wysokie są podatki - i te pośrednie, i te bezpośrednie. Firmy obciążane są rozmaitymi opłatami. Warto porównać całość obciążeń, w tym koszty uzyskania przychodów i stawki amortyzacyjne oraz bodźce do inwestowania u nas i w innych krajach. Nadto przepisy są w wielu przypadkach niejasne lub ciągle się zmieniają. Większość polityków dostrzega tę sytuację. Jednak poważne napięcia w budżecie skłaniają do skrzętnego - najczęściej kosztem przedsiębiorstw - poszukiwania dodatkowych dochodów. Słaba innowacyjność Dzięki dopływowi technologii do większości polskich firm modernizowano produkcję, jednak zazwyczaj nie były one w stanie dalej samodzielnie jej rozwijać. Konieczna dla poprawy konkurencyjności innowacyjność nigdy nie była silną stroną firm. Złożyło się na to wiele przyczyn. Gospodarka nakazowa wręcz zniechęcała do postępu. Był on "wtłaczany" z zewnątrz. W latach dziewięćdziesiątych działy badawczo-rozwojowe były w pierwszej kolejności likwidowane. Upadły instytuty naukowo-badawcze. Postęp wymaga też poważnych nakładów, a środki zawsze były dotkliwie ograniczane. W wielu branżach nawet środki z amortyzacji były przeznaczane na bieżące potrzeby. W sytuacji nierównowagi technologicznej - zapóźnienia większości firm - nie ma żadnych bodźców do rozwoju własnych technologii. Import jest tańszy i szybszy. Jednak import technologii i urządzeń nie wsparty własną myślą wymusza konieczność dalszego importu. Inwestycje zagraniczne, zwłaszcza firm działających globalnie, komplikują ten obraz. Transfer technologii odbywa się w ramach tych firm i jest podporządkowany ich globalnej polityce. Działając w polskim środowisku, pozytywnie na nie oddziałują, wymuszając modernizację i zmiany w kulturze korporacyjnej. Jednak znaczna część obrotów i więzi kooperacyjnych odbywa się w ramach samych firm i ich tradycyjnych kooperantów. Wyrazem tego jest wysoce ujemny - jak dotąd - wynik netto w obrotach tych firm. Mały biznes bez euforii Osobną kwestią jest nierozwiązany od lat problem wspierania rozwoju małego biznesu. Oprócz mnożenia programów postęp jest niewielki. Firm takich jest mało i są one słabe ekonomiczne. Na tysiąc obywateli przypada 27 firm, na Węgrzech 51, a w Czechach 68. Niskie są wydatki inwestycyjne tych firm. Konieczna reorientacja Truizmem jest, że podstawą zdrowej gospodarki są zdrowe przedsiębiorstwa. Nie jest jednak tak, że zdrowe przedsiębiorstwa powstają same z siebie. W latach dziewięćdziesiątych nastąpiła deregulacja, liberalizacja i demonopolizacja gospodarki. Dzięki temu uwolnione zostały przedsiębiorczość oraz siły konkurencji. Zabrakło jednak drugiego kroku - budowy trwałych, stymulujących rozwój ram ekonomicznych. Dlatego polskie firmy natrafiły na bariery rozwoju. Dwa problemy wydają się szczególnie ważne. Przede wszystkim konieczne jest przyspieszenie i zakończenie restrukturyzacji i prywatyzacji sektora państwowego. Cena zaniechania jest bowiem zbyt wysoka. Ślimaczenie się restrukturyzacji i zmian systemowych deformuje perspektywę i odciąga od myślenia o przyszłości. Należy też złagodzić różnego rodzaju obciążenia nałożone na przedsiębiorstwa i wesprzeć ich rozwój. Wymaga to przełamania dominującej w Polsce orientacji prosocjalnej, koncentracji na tym, jak zarobić i jak stymulować rozwój firm, nie zaś jak dzielić to, co one wytworzyły. Wymaga to zmian systemu podatkowego i kodeksu pracy oraz aktywnego i nowoczesnego wsparcia przedsiębiorstw przez rząd. Nie chodzi o dotacje i ulgi, ale o nowoczesny system regulacji, wsparcie informacyjne i instytucjonalne, stymulowanie rozwoju najnowocześniejszych branż. Autor był wiceministrem przekształceń własnościowych i szefem komisji likwidacyjnej RSW.
Eksperci i politycy są zaniepokojeni. Deficyt w handlu zagranicznym rośnie nieprzerwanie od 1991 roku. Głównym powodem jest niska konkurencyjność polskich firm.Przedłużanie procesu prywatyzacji i restrukturyzacji jest bardzo szkodliwe świat ucieka, konkurencyjne firmy modernizują się i poprawią efektywność. Większość polskich firm charakteryzuje się słabą płynnością i brakiem środków na rozwój. spada rola kredytów jako źródła finansowania rozwoju. innowacyjność nigdy nie była silną stroną firm. Upadły instytuty naukowo-badawcze. nie ma żadnych bodźców do rozwoju własnych technologii.
Z profesorem Mariuszem Łapińskim, ministrem zdrowia, rozmawia Małgorzata Solecka Społeczeństwo nie przeżyłoby kolejnej reformy FOT. MICHAŁ SADOWSKI Rz: Ledwo przyzwyczailiśmy się do istnienia kas chorych, a już słyszymy, że przestaną istnieć. Nie boi się pan kolejnej destabilizacji systemu ochrony zdrowia? MARIUSZ ŁAPIŃSKI: System w tej chwili działa chaotycznie. I na pewno nie ja go zdestabilizowałem. Nie chcemy żadnych rewolucyjnych zmian w organizacji ochrony zdrowia. Wiem, że społeczeństwo nie przeżyłoby kolejnej reformy. Trzeba uporządkować finansowanie, żeby państwo mogło prowadzić politykę zdrowotną. Trzeba przywrócić konstytucyjną odpowiedzialność rządu za ochronę zdrowia. Poprzedni rząd zwolnił się z tej odpowiedzialności, ale obywatele go z niej nie zwolnili. Wyniki wyborów są na to koronnym dowodem. Nie da się uniknąć likwidacji kas? Obecnie ustawa przewiduje możliwość ich łączenia. Dziś jest siedemnaście kas chorych. To znaczy - siedemnaście różnych systemów kontraktowania, wyceniania świadczeń, rozliczania umów. Kasy próbowały się między sobą porozumiewać, ale nic z tego nie wychodziło. Co zastąpi kasy? Premier zapowiadał powstanie kilku funduszy ochrony zdrowia, pan mówił o powołaniu jednego funduszu z szesnastoma oddziałami? Na razie pracujemy nad programem. Trzy koalicyjne partie są zgodne: kasy chorych przestaną istnieć. Co do szczegółów jeszcze nie zapadły rozstrzygnięcia. Ale jedno jest pewne: likwidacja kas nie oznacza, że wrócimy do systemu budżetowego. Chcemy utrzymać odrębność instytucji, która płaci za świadczenia. To, że pieniądze ze składek są wydzielone z budżetu, jest dużym osiągnięciem. A może to po prostu kwestia nazwy? Kasy chorych źle się kojarzą, więc trzeba je inaczej nazwać, zmniejszyć liczbę... To nie będzie prosty zabieg zmiany szyldu. Państwo musi odzyskać możliwość kreowania polityki zdrowotnej. Na przykład jedną z najważniejszych dla nas spraw jest wprowadzenie jednolitego modelu medycyny szkolnej. Nie jesteśmy w stanie narzucić kasom takiego rozwiązania - każda rozwiązuje problem po swojemu, niektóre w ogóle nie kontraktują takich usług. Następny problem - wiem, że niektóre kasy są w stanie zapłacić szpitalom więcej pieniędzy za usługi, tak by dyrektorzy mogli wypłacić pracownikom gwarantowane ustawą 203 złote podwyżki. Kasy tego nie robią i nie mam żadnej możliwości wpływu na ich decyzję. Prawo przewiduje kolejną podwyżkę w przyszłym roku. Jak pan sobie poradzi z tym problemem? Nie ja odpowiadam za tę ustawę, uważam, że to wyjątkowy bubel prawny. Ale jestem za tym, żeby zarobki w publicznej służbie zdrowia były regulowane ustawowo. Publiczne placówki to przede wszystkim szpitale. Wzrost płac będzie możliwy, kiedy poprawi się ich sytuacja finansowa. Trzeba zwiększać przychody i zmniejszać koszty. Ale o tym, czy pieniądze z kasy chorych wydać na podwyżki płac, spłacić zobowiązania, czy kupić nowy sprzęt, decyduje dyrektor. Na te decyzje też będzie pan chciał mieć wpływ? Nie, to jest zadanie właścicieli szpitali - samorządów, akademii medycznych. To oni powinni pilnować, na co pieniądze są wydawane. Nie zamierzam wkraczać w kompetencje organów założycielskich szpitali. Ale mówi pan o konieczności nadzoru ze strony administracji rządowej. W niektórych miastach są obok siebie szpitale podlegające trzem różnym właścicielom - staroście, marszałkowi i rektorowi uczelni medycznej. I nie ma sposobu na koordynację ich pracy - choćby w takiej sprawie jak wyznaczanie dyżurów. Chcę, żeby był taki ośrodek. Żeby wojewoda albo jego pełnomocnik koordynował ochronę zdrowia na swoim terenie. Ale nie on będzie rządził zakładami opieki zdrowotnej. Proszę mi wytłumaczyć, dlaczego w niektórych placówkach możliwa jest rejestracja na telefon, a w innych trzeba o piątej rano zgłaszać się po numerek? Telefoniczna rejestracja jest możliwa w placówkach sprywatyzowanych, a kolejki do rejestracji ustawiają się w ogromnych przychodniach rejonowych, takich, jakie przetrwały choćby w Warszawie. Dlatego szukam drogi prawnej - może to będzie rozporządzenie, a może potrzebna będzie zmiana w ustawie - żeby placówki świadczące podstawową opiekę zdrowotną mogły mieć pod swoją opieką nie więcej niż dziesięć, piętnaście tysięcy osób. To byłaby rewolucja... ... i trzeba będzie ją zrobić. Będzie pan wspierał dokończenie prywatyzacji? W lecznictwie otwartym absolutnie tak. Lecz te szpitale, które znajdą się na przygotowywanej przez nas liście, będą wyłączone z prywatyzacji. Musi istnieć sieć szpitali publicznych, żeby każdy obywatel miał zapewniony dostęp do bezpłatnego leczenia. Ale nie wszystkie szpitale, które teraz istnieją, znajdą się w takiej sieci? Na pewno nie. Te, które znajdą się poza nią, będą mogły się przekształcać, prywatyzować, będą mogły zostać zlikwidowane. Niektóre szpitale zresztą już teraz nie powinny działać ze względu na bezpieczeństwo pacjentów. Kiedy powstanie sieć szpitali? Kalendarz jest prosty - mamy cały 2002 rok na przygotowanie najważniejszych zmian. Chcę, żeby 1 stycznia 2003 roku nie było kas chorych, żeby działała sieć szpitali publicznych, możliwa była racjonalna polityka lekowa, a rejestr usług medycznych był w znacznym stopniu przygotowany. Tymczasem do końca tego roku zostały niecałe dwa miesiące, a kasy chorych do tej pory nie wiedzą, za co będą płacić, czy na przykład będą musiały finansować pomoc doraźną. Już jest przygotowana propozycja nowelizacji ustawy o państwowym ratownictwie medycznym. Chcemy, by ustawa weszła w życie, tak, jak jest w niej zapisane, 1 stycznia 2002 roku, ale jednocześnie o rok opóźniamy przejęcie finansowania systemu przez budżet państwa. Jeśli parlament się na to zgodzi, za karetki w przyszłym roku zapłacą kasy chorych. To wydatek niemal 800 milionów złotych. A pański poprzednik nałożył na kasy obowiązek finansowania niemal wszystkich procedur wysokospecjalistycznych. Ma je to kosztować dalsze kilkaset milionów. Czy pan podtrzyma tę decyzję? Nie. Za większą część tych procedur, a nie tylko za przeszczepy, jak proponował poprzedni minister, zapłaci jednak budżet. W tym tygodniu przekażę do kas chorych oficjalną informację w obu sprawach. Zapowiadał pan szybką nowelizację ustawy o powszechnym ubezpieczeniu zdrowotnym, która ma dać ministrowi zdrowia możliwość powołania nowych rad kas chorych. Jest już przygotowana, ale do Sejmu trafi z opóźnieniem, bo mamy pilniejsze od niej prace - musimy zająć się ratownictwem medycznym oraz Urzędem Rejestracji Leków i Wyrobów Medycznych. Jest ustawa, która go powołuje, ale brakuje do niej kilkudziesięciu rozporządzeń. Nic nie jest przygotowane, żeby powstał ten urząd. Dlatego trzeba koniecznie przesunąć wejście w życie tej ustawy o pół roku, bo inaczej przez kilka miesięcy byłaby niemożliwa rejestracja leków. Nowelizacja ustawy ubezpieczeniowej jest następna w kolejce. Będzie dotyczyła tylko powołania nowych rad kas? Nie, w ustawie jest kilka błędów, które trzeba naprawić. Obecnie pacjent ma nieograniczoną możliwość wyboru szpitala, teoretycznie każdy może chcieć być leczony w placówkach klinicznych. Rozszerzenie uprawnień do świadczeń stomatologicznych to nieprzemyślane do końca rozwiązanie, które powoduje olbrzymie koszty. Ale to SLD w poprzedniej kadencji opowiadał się za wprowadzeniem tej poprawki. Mnie w Sejmie wtedy nie było. Nie wszystkie pomysły moich kolegów były dobre. Chce pan jednym słowem ograniczenia kosztów, jakie pociągnęły za sobą ostatnie zmiany w ustawie? Poprzedni minister zdrowia szacował je nawet na miliard złotych... Chcę urealnienia przepisów. I tego, żeby publiczne pieniądze były racjonalnie wydawane. A skoro już rozmawiamy o pieniądzach - jaką składkę zapłacimy w przyszłym roku? W ustawie jest zapisane 8 procent... ... ale minister finansów proponuje zamrożenie składki na poziomie 7,75 procent. Jeśli miałaby rosnąć, oznaczałoby to dodatkowe obciążenia dla obywateli, bo nie będziemy mogli odpisać sobie całej składki od podatku. Jest pan zwolennikiem takiego rozwiązania? Przede wszystkim jestem zwolennikiem wzrostu składki, takiego, jaki jest przewidziany w ustawie, o ćwierć punktu procentowego rocznie, do 9 procent. Oczywiście byłoby najlepiej, gdyby zasady jej odliczania od podatku się nie zmieniły. Ale sytuacja finansów publicznych jest bardzo trudna. Jeśli możliwy jest wzrost składki tylko taką drogą, będę go popierał. Do systemu musi trafiać więcej pieniędzy. Są inne sposoby na zwiększenie dopływu pieniędzy, choćby przez rozszerzenie zasady współpłacenia przez pacjentów. Jestem przeciwnikiem takiego rozwiązania, tak jak jestem przeciwny wprowadzaniu tzw. koszyka świadczeń gwarantowanych. Płacący składki nie odczują bardzo boleśnie jej wzrostu, w skali miesiąca będzie to średnio kilka złotych. Dla mnie, socjaldemokraty, jest to łatwiejsze do zaakceptowania niż wprowadzenie opłat, które byłyby równoznaczne z ograniczeniem dostępności do świadczeń dla najbiedniejszych. Absolutnie się na to nie zgadzam. Ale kiedy składka zacznie bezpośrednio obciążać nasze kieszenie, nastąpi wzrost oczekiwań co do jakości świadczeń, ich dostępności. Ludziom trudniej będzie zaakceptować, że płacą kilkaset złotych miesięcznie do kasy chorych, a kiedy potrzebują pomocy, muszą płacić prywatnemu lekarzowi. Chcemy tak zmienić system, żeby wzrosła dostępność do lekarzy praktykujących w ramach ubezpieczenia zdrowotnego. Żeby z jednej strony ludzi nie odstraszała choćby wizja stania przed świtem w kolejce do rejestracji, z drugiej zaś - żeby ten lekarz rzeczywiście mógł pracować w dobrych warunkach, przyjmować pacjentów. W niektórych miejscach w Polsce na wizytę u kardiologa czy wielu innych specjalistów czeka się pół roku, czasem dłużej. Dostępność jest fikcją. Co do tego doprowadziło? Między innymi chore kontraktowanie usług. Trzeba odejść od płacenia za poradę na rzecz płacenia za leczenie. Teraz lekarz przyjmuje sześciu pacjentów w ciągu dnia, bo na tyle pozwala limit ustalony przez kasę chorych. A kolejki oczekujących rosną. W opiece podstawowej kasy płacą za każdego ubezpieczonego będącego pod opieką lekarza. I tam problem kolejek nie istnieje. To jest sukces reformy. Ale nie powtórzono go ani w specjalistyce, ani - zwłaszcza - w leczeniu szpitalnym. Szpitale, aby uzyskać z kas chorych więcej pieniędzy, przyjmują pacjentów, którzy wcale nie wymagają hospitalizacji. Pacjent dla szpitala oznacza po prostu przychód. Tego unikniemy, jeśli po prostu ustalimy poziom finansowania szpitali powiatowych, wojewódzkich i klinicznych. Kiedy kasa płaci za usługę, łatwiej jej kontrolować jakość świadczeń udzielanych przez szpital, łatwiej przeprowadzić kontrolę finansową. Chce pan odejść od tego, by płatnik sprawdzał, jak placówka wydaje pieniądze? Wręcz przeciwnie. Ale te kontrole muszą być racjonalne i nie mogą być pretekstem do rozrastania się biurokracji w kasach. Skoro mówimy o biurokracji, jakie zmiany zamierza pan wprowadzić w Ministerstwie Zdrowia? Pojawiła się informacja o szykowanych dużych zwolnieniach. Zwolnienia będą, i to spore. Ale niekoniecznie w samym ministerstwie. Wystarczy powiedzieć, że tu pracuje trzysta osób. A w różnego rodzaju nadzorowanych przez MZ instytucjach, biurach, których sens istnienia jest wątpliwy, jest zatrudnionych dziewięćset osób. Decyzje kadrowe są konieczne - muszę mieć zaufanie do ludzi, z którymi pracuję. Podczas pierwszego spotkania powiedziałem pracownikom, że liczą się dla mnie dwie rzeczy: lojalność i kompetencje. I tego się będę trzymał. -
Rz: Ledwo przyzwyczailiśmy się do istnienia kas chorych, a już słyszymy, że przestaną istnieć. Nie boi się pan kolejnej destabilizacji systemu ochrony zdrowia?MARIUSZ ŁAPIŃSKI: System w tej chwili działa chaotycznie. I na pewno nie ja go zdestabilizowałem.Nie chcemy żadnych rewolucyjnych zmian w organizacji ochrony zdrowia. Trzeba uporządkować finansowanie, żeby państwo mogło prowadzić politykę zdrowotną. Trzeba przywrócić konstytucyjną odpowiedzialność rządu za ochronę zdrowia. Na razie pracujemy nad programem. Trzy koalicyjne partie są zgodne: kasy chorych przestaną istnieć. Co do szczegółów jeszcze nie zapadły rozstrzygnięcia. Ale jedno jest pewne: likwidacja kas nie oznacza, że wrócimy do systemu budżetowego. Chcemy utrzymać odrębność instytucji, która płaci za świadczenia. Będzie pan wspierał dokończenie prywatyzacji?W lecznictwie otwartym absolutnie tak. Lecz te szpitale, które znajdą się na przygotowywanej przez nas liście, będą wyłączone z prywatyzacji. Musi istnieć sieć szpitali publicznych, żeby każdy obywatel miał zapewniony dostęp do bezpłatnego leczenia. jaką składkę zapłacimy w przyszłym roku?W ustawie jest zapisane 8 procent. jestem zwolennikiem wzrostu składki, takiego, jaki jest przewidziany w ustawie, o ćwierć punktu procentowego rocznie, do 9 procent. Do systemu musi trafiać więcej pieniędzy.Ale kiedy składka zacznie bezpośrednio obciążać nasze kieszenie, nastąpi wzrost oczekiwań co do jakości świadczeń, ich dostępności. Chcemy tak zmienić system, żeby wzrosła dostępność do lekarzy praktykujących w ramach ubezpieczenia zdrowotnego. W niektórych miejscach na wizytę u specjalistów czeka się pół roku. Dostępność jest fikcją.Co do tego doprowadziło?Między innymi chore kontraktowanie usług. Trzeba odejść od płacenia za poradę na rzecz płacenia za leczenie. Teraz lekarz przyjmuje sześciu pacjentów w ciągu dnia, bo na tyle pozwala limit ustalony przez kasę chorych. A kolejki oczekujących rosną. jakie zmiany zamierza pan wprowadzić w Ministerstwie Zdrowia? Pojawiła się informacja o szykowanych dużych zwolnieniach.Zwolnienia będą, i to spore. Ale niekoniecznie w samym ministerstwie. Decyzje kadrowe są konieczne - muszę mieć zaufanie do ludzi, z którymi pracuję. Podczas pierwszego spotkania powiedziałem pracownikom, że liczą się dla mnie dwie rzeczy: lojalność i kompetencje. I tego się będę trzymał.
ROZMOWA Bronisław Komorowski, minister obrony narodowej: W NATO nie istnieje mechanizm renegocjacji zobowiązań. Poważniejsze opóźnienie w wykonaniu celów podważyłoby naszą wiarygodność Cięcie przeciwpancerne Cele sojusznicze wykonamy, sfera wydatków związanych z NATO jest w przyszłorocznym budżecie specjalnie chroniona FOT. JAKUB OSTAŁOWSKI Rz: Państwo zamierza zaoszczędzić na wojsku jeszcze w tym roku prawie pół miliarda złotych. Przygotowujecie się do kolejnych cięć? BRONISŁAW KOMOROWSKI: Grozi to wszystkim resortom. W końcówce roku na płacach czy wydatkach na szkolenie nic nie da się zaoszczędzić, ewentualne ograniczenia dotkną więc przede wszystkim zakupów, a umowy są już pozawierane. Ponieważ większość zamówień składamy w krajowym przemyśle, liczę, że rząd weźmie to pod uwagę. Nie ukrywam, że ta bolesna decyzja postawiłaby mnie w wyjątkowo trudnej sytuacji, a jej niekorzystne skutki byłyby odczuwane również w przyszłym roku. Na razie szukamy sposobów na to, by złagodzić to uderzenie. Sprawa nie jest jeszcze jednak rozstrzygnięta i będzie przedmiotem obrad rządu. Dodam tylko, że od początku zabiegam, aby za wszelką cenę zagwarantować w państwie stabilizację nakładów na obronność, bez tego nie da się, zwłaszcza w wojsku, sensownie planować. Opóźnia się ostateczne opracowanie sześcioletniego programu modernizacji sił zbrojnych. To miało być dla MON przedsięwzięcie priorytetowe. Mówił pan, że plan sześcioletni, zgodny już z procedurami i kalendarzem planowania NATO, przesądzi wreszcie o kształcie polskiej armii. Kiedy więc będzie gotów? Powtórzę raz jeszcze to, co wielokrotnie mówiłem: to musi być plan realny. Prace nad nim rozpoczęto, kiedy wydawało się, że w budżecie państwa będzie trochę więcej pieniędzy na obronność. Okazało się, że jeszcze długo nakłady w tej dziedzinie nie będą takie, jakich byśmy w MON chcieli. Teraz szczegółowo dopasowujemy założenia planu do przyszłorocznych możliwości finansowych państwa. Budżet roku 2001 będzie stanowił podstawę do prognozowania finansowania całego programu sześcioletniego, zamierzamy więc oprzeć się na pewnym budżetowym minimum, czyli przyjmujemy wersję raczej pesymistyczną. Tym bardziej będziemy się cieszyć, jeśli pieniędzy nagle przybędzie. Będę zabiegał, aby na temat gotowego planu odbyła się polityczna dyskusja, która doprowadzi do konsensusu i parlamentarnego porozumienia wszystkich opcji politycznych w zasadniczej kwestii kierunków modernizacji polskich sił zbrojnych, a zwłaszcza gwarantowania długofalowych nakładów. Wymaga tego realizm: sześcioletni program będą realizowały przecież trzy kolejne parlamenty i każdy następny minister zderzy się z tymi samymi problemami, wobec których ja stanąłem. Sądzę, że trwałość polityki obronnej państwa przypieczętować mogłaby ustawa o finansowaniu programu sześcioletniego. Takie rozwiązania stabilizujące sytuację w sferze obronności zostały wprowadzone w wielu krajach NATO, na przykład w Danii. O konsekwencjach przyszłego planu sześcioletniego krążą legendy. Jaką armię będziemy mieli za sześć lat, jeśli, rzecz jasna, ziści się wariant optymistyczny? Jeżeli ten wariant się ziści, to trzecia część naszych sił zbrojnych osiągnie standardy sojusznicze, czyli średni poziom wyposażenia i wyszkolenia armii NATO. To oznacza też, że profesjonalizacja szeregów przekroczy pięćdziesiąt procent, jednostki będą wyposażone w nowoczesne systemy łączności i dowodzenia. Pojawią się nowe środki transportu - w tym samoloty transportowe umożliwiające dużą mobilność oddziałów. Do armii wejdzie nowy transporter kołowy i pozostaną w niej tylko najnowsze dzisiaj czołgi PT-91 i T-72, pojawi się rodzina rakiet przeciwpancernych. Siły reagowania staną się formacjami o wysokim poziomie profesjonalizacji, podobnie będzie w marynarce i lotnictwie. Zasadniczą cechą przyszłej armii powinna być też zmiana filozofii funkcjonowania sił zbrojnych. Powinny one pozbyć się wielu funkcji, które z powodzeniem i taniej wykonywać może sfera cywilna. Myślę na przykład o obsłudze świadczeń emerytalnych, zarządzaniu magazynami, stołówkami, ochronie obiektów i dziesiątkach innych usług, m.in. komputerowych, na które z powodzeniem można zawierać kontrakty z instytucjami konkurującymi na rynku poza armią. Czy to prawda, że w MON rozważane są koncepcje dalszego zmniejszania armii, poniżej zakładanych obecnie 150 tysięcy? Przychodząc do MON, zastałem konkretne założenia programu reformy kadrowej - w tym limit 150 tysięcy żołnierzy. Dziś minister nie dysponuje narzędziami prawnymi, które pozwalałyby łatwo dostosowywać strukturę kadry do potrzeb sił zbrojnych. Coraz częściej można się o tym przekonać w sądzie. W najbliższych latach zmiany kadrowe dotkną mniej więcej co dziesiątego żołnierza zawodowego, więc obecne lęki w wojsku są nieco wyolbrzymione i nieuzasadnione. Jeśli jednak nie wzrosną w przyszłych latach nakłady na obronność, mój następca stanie zapewne przed dylematem: albo zdobyć dodatkowe środki z budżetu, albo dokonać kolejnej weryfikacji założeń dotyczących liczebności armii. Redukcja szeregów jest jednak podstawowym sposobem szukania oszczędności, które pozwoliłyby na rzeczywistą poprawę jakości sił zbrojnych. Dotyczy to nie tylko Polski, ale nieomal wszystkich armii europejskich, zarówno NATO, jak i na przykład Rosji. Zejście do pułapu 150 tysięcy, które nastąpi, kiedy zostanie zakończone wprowadzanie w MON nowych norm etatowych (do końca 2002 roku), a także wspomniane już organizacyjne pociągnięcia i wycofywanie przestarzałego uzbrojenia oraz pozbywanie się przez wojsko zbędnych nieruchomości mają przynieść oszczędności sięgające w ciągu sześciu lat sześciu mliiardów złotych. To wciąż za mało, by przy utrzymaniu w kolejnych latach niskiego poziomu budżetu armia mogła zrobić szybko zasadnicze postępy w sferze modernizacji technicznej. Te oszczędności to jednak szansa na powstrzymanie groźby pogłębienia się procesów degradacji i na uruchomienie ograniczonych procesów modernizacji. Dowódca wojsk lądowych generał Edward Pietrzyk zapowiada konsekwentne pozbywanie się archaicznych tanków. W jednostkach dowódcy pytają: co w zamian? Nasz sąsiad, Słowacja, już wycofał wszystkie czołgi T-55, radykalnie zmniejszają swoje siły pancerne wszystkie armie NATO. Francja na przykład będzie miała mniej czołgów niż Polska. Wszyscy stawiają na broń nową, o wyższych bojowych możliwościach. My też jesteśmy zdecydowani zrezygnować z czołgów T-55, z wyjątkiem wyspecjalizowanych pojazdów na podwoziach czołgowych starszej generacji. Wycofamy samoloty MiG -21 i przynajmniej dwadzieścia najbardziej wyeksploatowanych okrętów z Marynarki Wojennej. Już dawno powinniśmy też pozbyć się z arsenałów pamiętających jeszcze ostatnią wojnę artylerii ciągnionej, bo jest bez szans na współczesnym polu walki. Przy współczesnych systemach rozpoznania artyleria, która nie może sama odjechać z miejsca oddania salwy w ciągu dwóch minut, zginie. Oczywiście wycofywany sprzęt będziemy próbowali sprzedać, reszta trafi na złom. Chcielibyśmy szybko, gdy ujawnią się pierwsze efekty programów oszczędnościowych, rozstrzygnąć przetarg na nowy i dostępny finansowo przeciwpancerny pocisk kierowany, a właściwie na całą rodzinę rakiet, które dałoby się potem stosować w zestawach przenośnych czy instalować na pojazdach i śmigłowcach. W przyszłorocznym budżecie nie ma pieniędzy na nowy samolot, tymczasem NATO nalega i regularnie przypomina o polskich obietnicach, że rozwiążemy ten problem do 2O03 roku. Jeszcze długo nie będzie nas stać na zakup nowych samolotów wielozadaniowych. Próbowałem znaleźć wyjście z tej sytuacji i wskazałem jeden z kierunków działania w warunkach ograniczeń finansowych - skorzystanie z możliwości użyczenia samolotu. Niedługo, zapewne już bez emocji, wrócimy do tej sprawy. Jest to bowiem kwestia naszych sojuszniczych zobowiązań i obietnic składanych w NATO. Czy w związku z ograniczonym przyszłorocznym budżetem MON nie pojawia się groźba niewykonania celów uzgodnionych z NATO? W ostateczności sięgnąć można przecież do rzadko stosowanej możliwości renegocjacji zobowiązań. Cele sojusznicze wykonamy, sfera wydatków związanych z NATO jest w przyszłorocznym budżecie specjalnie chroniona. W NATO nie istnieje mechanizm ani nawet obyczaj renegocjacji zobowiązań. Poważniejsze opóźnienie w wykonaniu celów podważyłoby naszą wiarygodność. Jesteśmy już elementem wielkiej sojuszniczej struktury, w której zasadniczą wartością jest zaufanie. Niestety, zdarzało się w przeszłości, że czyniliśmy deklaracje na wyrost. Bardzo wystrzegam się takich aktów chwilowego, fałszywego splendoru, nie tylko, gdy jestem w Brukseli. Bywa bowiem i tak, że pięć minut satysfakcji przy składaniu deklaracji bez pokrycia oznacza potem pięć lat wstydu. Czego przede wszystkim oczekuje NATO? Polskie zobowiązania sojusznicze splatają się nierozerwalnie z naszymi planami unowocześnienia armii. Można nawet zaryzykować tezę, że z celów uzgodnionych z sojuszem układa się w znacznej mierze nasz polski plan modernizacji sił zbrojnych. Koncentrujemy więc wysiłki na przyspieszeniu unowocześniania systemów łączności i dowodzenia oraz tworzenia wspólnej kontroli przestrzeni powietrznej. Wyznaczone polskie jednostki muszą być przystosowane do szybkiego przemieszczania się i działania w ramach sojuszniczych operacji niekiedy z dala od terytorium Polski. Siły reagowania powinny bez przeszkód, przez dostatecznie długi okres działać autonomicznie, niekiedy w znacznej odległości od swych stałych baz. Musimy dysponować odpowiednimi zapasami i wykazać się zdolnościami przetrwania w określonych warunkach. NATO oczekuje od nas wiarygodności. Oznacza to, że na przykład jeżeli deklarujemy jeden samolot, to powinien mieć on wszystkie systemy pozwalające na współdziałanie z siłami NATO, odpowiednie środki walki, zapasy i resursy. Nie musimy deklarować setki samolotów. Jakie jest stanowisko Polski w sporze o siły europejskie? Polska stara się nie dopuszczać do tego, by musiała decydować, czy bliższe jej są ściślejsze związki z USA i NATO w obecnym kształcie, czy też koncepcja obronna Unii Europejskiej. Jeśli jednak do takiego wyboru dochodzi, odpowiadamy stanowczo: jesteśmy zwolennikami budowania europejskiej zdolności obronnej, ale tylko na tej zasadzie, że jest to filar NATO, czyli część systemu sojuszniczego. Tym bardziej że europejskie siły chcą korzystać z zasobów natowskich. Mamy w tej sprawie prawo do decyzji jak każdy inny członek sojuszu. Ostatnio w Brukseli wyraziłem pogląd, że między tym, co proponują Europejczycy i czego oczekiwaliby Amerykanie, nie ma zasadniczej sprzeczności. Zależałoby nam więc jedynie na poszerzeniu formuły działania NATO na kontynencie, przy zachowaniu amerykańskiej obecności, a przede wszystkim sprawności funkcjonowania dotychczasowych mechanizmów przesądzających o skuteczności NATO. Pamiętajmy, że jesteśmy w NATO, a nie jesteśmy jeszcze w UE. Zgłosiliśmy do sił europejskiego korpusu "brygadę ramową", co to takiego? Jednostka o randze brygady ma wszelkie atrybuty, by działać samodzielnie i pod narodowym dowództwem. Poza tym odgrywa poważniejszą rolę niż mniejszy batalion i daje szansę na przygotowanie naszych kadr na wyższych szczeblach dowodzenia. "Ramowa" to znaczy, że będzie istnieć dowództwo jednostki dowodzenia i podstawowy zestaw batalionów. Jednak w zależności od potrzeb, od typu misji jej skład będzie się zmieniał, na przykład będzie w nim baon czołgów lub nie. W naszym przypadku jednostki kierowane do eurokorpusu wywodziłyby się spośród obecnych sił reagowania oddanych do dyspozycji NATO. Podobno przygotowujemy się już do przejęcia kolejnego amerykańskiego okrętu, trwają też rozmowy w sprawie używanych niemieckich czołgów "Leopard"... Analizujemy skutki finansowe przejęcia pierwszej fregaty. Sytuacja jest korzystna, tym bardziej że Amerykanie podjęli już bezprecedensową decyzję dotyczącą przekazania czterech śmigłowców stanowiących integralne uzupełnienie okrętu i bardzo zwiększających jego siłę bojową. Część z nich trafi do Polski w najbliższym czasie. Badamy też ofertę użyczenia leopardów, lecz nie ukrywamy, że będzie ona atrakcyjna pod warunkiem włączenia naszego przemysłu w przedsięwzięcia związane z produkcją czy remontami niemieckiej broni pancernej. Rozmawiał Zbigniew Lentowicz
Rz: Państwo zamierza zaoszczędzić na wojsku jeszcze w tym roku prawie pół miliarda złotych. Przygotowujecie się do kolejnych cięć?BRONISŁAW KOMOROWSKI: Grozi to wszystkim resortom. Na razie szukamy sposobów na to, by złagodzić uderzenie. Opóźnia się ostateczne opracowanie sześcioletniego programu modernizacji sił zbrojnych. Kiedy będzie gotów?Powtórzę raz jeszcze: to musi być plan realny. Prace nad nim rozpoczęto, kiedy wydawało się, że w budżecie państwa będzie trochę więcej pieniędzy na obronność. Teraz dopasowujemy założenia planu do przyszłorocznych możliwości finansowych państwa.
Kiedy najważniejsze jest zwycięstwo Dopingowe menu ŁUKASZ KANIEWSKI Rosjance Larysie Lazutinej i Hiszpanowi Johannowi Muehleggowi mimo odniesionych zwycięstw odebrano w Salt Lake City po medalu. Badania antydopingowe wykazały, że oboje zażywali darbepoetynę, środek wspomagający transport tlenu przez krew. Skąd wzięli substancję? Dostęp do niej nie jest trudny, można ją kupić choćby w Internecie. Jak wiele innych środków dopingujących darbepoetyna jest stosowanym w medycynie lekarstwem. Słowo doping pochodzi z języka rdzennych mieszkańców południowej Afryki. Używali napoju alkoholowego zwanego przez nich "dope", który sprawiał, że z większym zaangażowaniem oddawali się tańcom rytualnym. Ale współczesny doping nie ma już wiele wspólnego z piciem alkoholu. Zastąpiły go bardziej wyrafinowane substancje, produkowane w nowoczesnych laboratoriach. Można je podzielić na cztery grupy: środki pobudzające (jak amfetamina); sterydy anaboliczne (np. testosteron); środki moczopędne (pomagające zmniejszyć wagę ciała) oraz środki stosowane przy dopingu krwi - jak darbepoetyna. Każda z tych substancji powoduje poważne skutki uboczne - dlatego właśnie uznano je za niedozwolone. Definicja przyjęta przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski mówi bowiem, że doping to stosowanie substancji i metod treningowych szkodliwych dla zawodnika. Środki pobudzające Amfetamina poprawia refleks i sprawność fizyczną, przyspieszając oddech i akcję serca. Podwyższa ciśnienie krwi i zmniejsza apetyt. Pierwszy raz zastosowano ją podczas drugiej wojny światowej - żołnierzom amerykańskim pomagała walczyć z sennością. Po wojnie stała się popularna wśród sportowców. W roku 1960, podczas olimpiady w Rzymie po użyciu amfetaminy zmarł duński kolarz Kurt Jensen. 7 lat później zdarzyła się kolejna tragedia. Brytyjski kolarz Tommy Simpson zginął podczas wyścigu Tour de France. Jego śmierć, spowodowaną użyciem amfetaminy, oglądali na żywo kibice przed telewizorami. Amfetamina powoduje psychiczne uzależnienie. Wśród efektów ubocznych jej działania wymienić można zaburzenia widzenia, bezsenność i zły nastrój. Nieodpowiednie użycie zakłócić może akcję serca, a nawet spowodować zupełne załamanie fizyczne. Sterydy anaboliczne W 1927 roku Fred Koch, profesor chemii organicznej na uniwersytecie w Chicago, pobrał hormony z jąder byka i poddał je działaniu benzenu i acetonu. Wyprodukowany w ten sposób testosteron próbował na zwierzętach. Zanotował, że substancja wzmaga agresję i cechy męskie. Pierwsze przypadki podawania testosteronu ludziom miały miejsce podczas drugiej wojny światowej. Aplikowano go żołnierzom niemieckich oddziałów szturmowych, by pobudzić ich agresję. Testosteron oraz inne sterydy anaboliczne wprowadzili do sportu prawdopodobnie zawodnicy radzieccy. Pewne jest, że używali ich już w roku 1952 na olimpiadzie w Helsinkach. W krajach zachodnich popularne być zaczęły w roku 1958, wraz z wynalezieniem dianabolu. Sterydy cieszyły się olbrzymią popularnością w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, szczególnie wśród trenujących sporty siłowe. Powodują przyrost mięśni i wzrost siły fizycznej. Nieodpowiednie zażywanie sterydów anabolicznych powoduje skutki uboczne: guzy i nowotwory wątroby, wysokie ciśnienie krwi, żółtawe zabarwienie ciała, tkanek i płynów organicznych. U mężczyzn pojawić się może skurczenie się jąder, bezpłodność, łysienie i podwyższone ryzyko raka prostaty. U kobiet - zarost i inne cechy męskie. U dzieci - zatrzymanie wzrostu. Środki moczopędne (diuretyki) Zwiększają wydalanie wody i sodu z organizmu. Używane są w celu obniżenia wagi ciała zarówno przez odchudzające się kobiety, jak i przez sportowców. Sięgać po nie mogą zawodnicy dyscyplin, w których dużą rolę odgrywa stosunek siły do masy ciała. W sportach walki pomóc mogą w zakwalifikowaniu się do niższej kategorii wagowej. Środki moczopędne mają też inną cechę - z ich pomocą szybko wydalić można ślady innych substancji dopingowych. Zażywanie środków moczopędnych wiąże się z ryzykiem poważnego odwodnienia. Istnieje niebezpieczeństwo niedoboru potasu, co prowadzi do kurczów mięśniowych. Mogą wystąpić gwałtowne spadki ciśnienia tętniczego, zaburzenia rytmu serca, omdlenia. Wśród kulturystów, zażywających diuretyki w celu uzyskania pożądanej rzeźby ciała, zdarzały się nagłe zgony. Doping krwi Początek lat siedemdziesiątych to gwałtowny rozwój dopingu krwi. W wyniku doświadczeń zauważono, że jeżeli pobrać od zawodnika 900 mililitrów krwi, aby po 3 - 4 tygodniach ponownie wprowadzić ją do krwiobiegu, wydolność organizmu znacznie się poprawia. Pobór tlenu wzrasta o ponad 20 proc., poziom hemoglobiny o ponad 25 proc., a czas biegu na ruchomej bieżni (aż do wyczerpania) wydłuża się o ponad 30 proc. Ta bardzo niewygodna metoda została zastąpiona przez użycie preparatu zwanego EPO (erytropoetyna). Jest to wytwarzany przez nerki hormon, który pobudza produkcję czerwonych ciałek krwi przez szpik kostny. Krew z większą ilością ciałek czerwonych lepiej transportuje tlen. Po EPO często sięgają kolarze i narciarze biegowi. Uważa się, że nieodpowiednie użycie tego hormonu może być bardzo niebezpieczne. Występuje ryzyko udaru lub ataku serca. Wykryta u Lazutiny i Muehlegga darbepoetyna jest ulepszoną, 10 razy skuteczniejszą wersją EPO. *** W 1998 roku przeprowadzono następujące badanie: 198 sportowców najwyższej klasy zapytano, czy zdecydowaliby się wziąć środek, który zapewniłby im zwycięstwo w zawodach przez pięć lat, lecz następnie zabiłby ich. 52 proc. badanych odpowiedziało pozytywnie. Dopóki takie będą proporcje, dopóty problem dopingu nie zostanie rozwiązany. Opis działania środków dopingujących na podstawie materiałów Wydziału Chemii Uniwersytetu w Bristolu. Historia dopingu w kolarstwie na podstawie artykułu B. Barwińskiego, "Cyklista" 4/98. Krzysztof Chrostowski, Zakład Badań Antydopingowych Instytutu Sportu w Warszawie Nie sądzę, żeby nauka poradziła sobie z problemem dopingu. Coraz sprawniejsze laboratoria antydopingowe i coraz precyzyjniejsze testy wykrywające w organizmie niedozwolone w sporcie specyfiki nie spełnią swego zadania tak długo, dopóki w całej sferze sportu będzie panował relatywizm moralny - i nie jako margines, lecz niemal jako norma. A tak właśnie jest. Przejawia się on w specyficznej postawie, takiej mianowicie, że "dobre i dozwolone jest to, co dobre jest dla mnie, pomaga mi w zwycięstwie i w zarabianiu pieniędzy". Niestety, tego rodzaju postawę widzi się aż nazbyt często u zawodników oraz trenerów, a także działaczy, dla których dobry wynik ich zawodnika również oznacza korzyści. Prawda jest taka, że bez dopingu wielu wybitnych mistrzów nie uzyskałoby wybitnych rezultatów. W sporcie potrzebna jest uczciwość, a tej laboratoria antydopingowe nie wymuszą, choć oczywiście uczciwym mogą pomóc. NOT. K.K. Profesor Jerzy Smorawiński, rektor AWF w Poznaniu, przewodniczący Komisji Zwalczania Dopingu w Sporcie Walka z dopingiem ma dwa podstawowe cele. Po pierwsze ochronę równości szans, aby sportowcy, którzy nie chcą brać dopingu, nie byli pokrzywdzeni. Po drugie profilaktykę młodzieży. Wypadki śmiertelne spowodowane zażywaniem dopingu są częste. Niebezpieczeństwo to nie dotyczy mistrzów, którzy mają odpowiednich doradców i narażeni są na liczne kontrole, ale właśnie ludzi młodych, którzy gotowi są brać wszystko i w każdych ilościach. Dostęp do środków dopingowych nie jest trudny, istnieje bardzo dobrze rozwinięty czarny rynek, zakupy można zrobić w Internecie albo w fitness clubie. W Polsce laboratorium antydopingowe mamy jedno - w Instytucie Sportu w Warszawie. Jest dobrze wyposażone, choć nie ma jeszcze akredytacji MKOl. Na podstawie przeprowadzanych badań powiedzieć mogę, że plaga dopingu nie jest tak powszechna, jak się sądzi. Około 2 - 3 proc. testów ma wynik negatywny. Oczywiście rzeczywisty odsetek biorących doping jest trochę większy.
Definicja przyjęta przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski mówi, że doping to stosowanie substancji szkodliwych dla zawodnika.Amfetamina poprawia refleks i sprawność fizyczną. Testosteron oraz inne sterydy anaboliczne Powodują przyrost mięśni i wzrost siły fizycznej. Środki moczopędne Zwiększają wydalanie wody i sodu z organizmu. erytropoetyna to hormon, który pobudza produkcję czerwonych ciałek krwi przez szpik kostny.
ROZMOWA Tytus Wojnowicz: Nie zostałem wykreowany przez innych, po prostu miałem szczęście Śpiewający obój (C) SONY Spośród wielu młodych muzyków panu udało się zaistnieć na rynku. Płyta "Tytus" okazała się sukcesem, za nią poszły następne. Czy to pan miał pomysł na to, jak się wylansować, czy też szczęście sprzyjało? TYTUS WOJNOWICZ: Niewątpliwie miałem szczęście. Nie będę też udawał, że ja wymyśliłem "Tytusa". Chciałem wydać płytę z muzyką klasyczną, bo do niej byłem kształcony przez całe życie. Nagranie demo zaniosłem do wytwórni, gdzie nawet zostałem pochwalony, tym niemniej nie ukrywano, że większe zainteresowanie wzbudziłaby propozycja bardziej popularna. Tak więc pierwsza rozmowa skończyła się sugestią, bym przyszedł z innym materiałem. Nie było to specjalnie zachęcające. Ale wiedziałem, że pozostawiono mi otwartą furtkę. Musiało minąć kilka miesięcy, zanim wszystko przemyślałem, znalazłem aranżera i wróciłem z nową ofertą. Od tego momentu zdarzenia potoczyły się bardzo szybko. Okazało się, że trafiłem w pewną pustkę na rynku. Na Zachodzie opracowania muzyki klasycznej w wersji popowej są bardzo popularne, u nas nikt poważnie tego nie traktował. Do tego obój jest instrumentem dość egzotycznym i wzbudzającym zainteresowanie. Tak więc o moich losach zadecydowało kilka elementów. A może wielu muzyków nie ma odwagi pójść tą drogą, gdyż boją się, że zostaną posądzeni o obniżanie poziomu? Na pewno tak, ale mógłby to być problem dla tych, których sytuacja życiowa zmuszałaby do grywania tylko takich rzeczy. Natomiast ja cały czas zajmuję się muzyką klasyczną, co więcej, dzięki pewnej popularności, jaką osiągnąłem w muzyce lżejszej, mam tych propozycji więcej. I oba te gatunki traktuje pan w ten sam sposób? Tak, wynika to z szacunku dla moich słuchaczy. Oczywiście, muzyka rozrywkowa nie wymaga takich umiejętności technicznych, wysiłku i długiego okresu przygotowań jak klasyczna, ale tylko to je różni. Gdyby jednak wpłynęły do pana dwie oferty na ten sam dzień: popisowy koncert z dobrą orkiestrą w dobrej filharmonii i występ w charakterze gwiazdy na wielkim show, na co by się pan zdecydował? Względy artystyczne mają u mnie preferencje i dlatego wybrałbym ambitniejszą propozycję. No, chyba że przepaść finansowa między ofertami byłaby nie do zasypania Ale jeszcze nie zdarzyły mi się tego typu dylematy, a dochody, jak na razie, mam takie, że da się przeżyć. A jak się pan czuje, kiedy musi kreować siebie poprzez sesje zdjęciowe, teledyski, czego większość muzyków klasycznych u nas nie robi? To rzeczywiście było trudne. U nas dominuje amatorstwo, kiedy potrzebne są zdjęcia, prosi się o pomoc kolegów lub znajomych. Ale czyż każdy artysta nie powinien dbać o swój wizerunek? Na Zachodzie od dawna panuje pełny profesjonalizm. Skoro Anne-Sophie Mutter jest atrakcyjną kobietą, to swoją urodę umiejętnie eksponuje na okładkach płyt. Krystian Zimerman na zdjęciach wygląda zawsze bardzo naturalnie, ale wyboru jednego dokonuje się z setek propozycji. Na takie działania potrzebne są fundusze, których polskie wytwórnie zajmujące się muzyką klasyczną nie mają. Cieszy mnie, że otrzymałem taką szansę. Nie twierdzę przy tym, że bezbłędnie wiem, jak zachować się przed obiektywem, ale też Tytus Wojnowicz na zdjęciach czy teledyskach nie został całkowicie wykreowany przez innych. Teraz ukazała się kolejna, ale inna płyta. Tytus Wojnowicz gra koncerty obojowe Georga Philippa Telemanna. To pan je odkrył? Poniekąd tak. Oczywiście utwory są znane, ale rzadko były nagrywane. Telemann przez długi okres pozostawał w cieniu innych wielkich twórców. Napisał kilka tysięcy kompozycji i w tej ogromnej masie jest wiele rzeczy nieudanych czy powierzchownych. Ale są momenty, kiedy Telemann zbliża się do Bacha czy Haendla. Z pewnością ani talentu, ani warsztatu nie można mu odmówić. I to właśnie chciałem pokazać. Pięć koncertów obojowych wybranych na płytę jest bardzo różnych. Niektóre przejmujące, inne, rzec by można, o charakterze popowym, typowa muzyka rozrywkowa dla amatorów, bo w tamtych czasach amatorzy grywali je na domowych koncertach. Jeden z utworów jest właśnie taki: bardzo prosty formalnie i technicznie, inne zaś trudne i wirtuozowskie. A wszystkie ładne i niezwykle melodyjne, śpiewne, bo w czasach baroku obój uważano za instrument najbliższy głosowi ludzkiemu. Trudno jest śpiewać na oboju? Trudno, choć po latach ćwiczeń wydaje się to naturalne. Nie udaje się to jednak każdemu, zwłaszcza w początkowym etapie poznawania instrumentu, kiedy potrafimy z niego wydobyć przede wszystkim dźwięki twarde i nieprzyjemne. Przypominają się wówczas przodkowie oboju: szałamaja lub surma. Turcy używali surm do nadawania sygnałów w czasie walki, ponieważ ich przeraźliwy dźwięk był słyszany w największym zgiełku. Z czasem obój łagodniał i dziś, obok skrzypiec, najbliższy jest głosowi ludzkiemu. Na dodatek u Telemanna melodia była sprawą nadrzędną, co zresztą również zachęciło mnie do tego, by je przypomnieć. Nie jest to muzyka trudna dla słuchacza w sensie formalnym, cechuje ją prosta harmonia i wyraźna linia melodyczna, czyli to, co mamy we współczesnej muzyce popularnej. A więc Tytus Wojnowicz nie chce stracić fanów, których zyskał dzięki poprzednim płytom. Nie twierdzę, że wszyscy, którzy kupowali moje nagrania rozrywkowe, sięgną po koncerty Telemanna, ale jeśli uczyni tak przynajmniej 20 procent tamtych słuchaczy, będzie bardzo dobrze. Niektórzy się rozczarują, to nieuniknione, miewałem już takie sytuacje na koncertach. Przychodzili ludzie zachęceni moim nazwiskiem na plakacie i stykali się z zupełnie inną muzyką niż ta, którą znali. Ale części, mam nadzieję, Telemann się spodoba i zachęci do słuchania innej muzyki. To by mnie ogromnie ucieszyło. Trudno sądzić, że płyta przyniesie zysk, ale jeśli nie da strat, będzie to z pewnością bardzo duży sukces na naszym rynku. Ja zresztą swój już odniosłem, fachowcy z firmy Sony, słuchający setek nagrań zaakceptowali to, co zaproponowałem. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że podążam w dobrym kierunku i może dzięki temu zrodzi się kolejna płyta. A ma pan już na nią pomysł? Pomysłów mam aż za dużo, trzeba raczej je eliminować uwzględniając możliwość sprzedaży, lub to, czy danego utworu ktoś przede mną niedawno nie nagrał. Z pewnością czas pomyśleć o kolejnej płycie z muzyką rozrywkową, a z tego drugiego nurtu, moje osobiste marzenia sięgają raczej nowszych dzieł, tych XX-wiecznych. Są tu rzeczy trudniejsze dla odbiorcy, na przykład koncert Lutosławskiego, ale są i utwory bardziej przystępne, a także piękne: niedokończony koncert Barbera, koncert Martinu czy Williamsa utrzymany w nastroju szkockim. Jest wiele dobrej muzyki, którą chętnie bym nagrał. Rozmawiał Jacek Marczyński Tytus Wojnowicz studiował w Akademii Muzycznej w Warszawie u prof. Stanisława Malikowskiego oraz we Freiburgu u Heinza Holligera. W 1990 r. wygrał Ogólnopolski Konkurs Oboistów, a w 1993 r. zajął III miejsce na Isle Wight Oboe Competition. Od 10 lat jest członkiem Warszawskiego Kwintetu Dętego, z którym występował w Europie i w USA. Współpracował z wieloma orkiestrami, m.in. z Sinfonią Varsovią, Filharmonią Narodową i Polską Orkiestrą Radiową. Dużą popularność przyniosły mu płyty z muzyką klasyczną i popularną w wersji rozrywkowej ("Tytus", "Ocalić od zapomnienia", "Christmas Time"). Dla firmy Sony nagrał album z koncertami obojowymi Georga Philppa Telemanna.
Spośród wielu młodych muzyków panu udało się zaistnieć na rynku. pan miał pomysł na to, jak się wylansować, czy szczęście sprzyjało? TYTUS WOJNOWICZ: Niewątpliwie miałem szczęście. Nie będę też udawał, że ja wymyśliłem "Tytusa". Chciałem wydać płytę z muzyką klasyczną, nie ukrywano, że większe zainteresowanie wzbudziłaby propozycja bardziej popularna. Okazało się, że trafiłem w pustkę na rynku. Na Zachodzie opracowania muzyki klasycznej w wersji popowej są popularne. Do tego obój jest instrumentem dość egzotycznym i wzbudzającym zainteresowanie. jak się pan czuje, kiedy musi kreować siebie poprzez sesje zdjęciowe, teledyski, czego większość muzyków klasycznych u nas nie robi? To było trudne. Ale czyż każdy artysta nie powinien dbać o swój wizerunek? ukazała się kolejna płyta. Tytus Wojnowicz gra koncerty obojowe Georga Philippa Telemanna. To pan je odkrył? Poniekąd tak. utwory są znane, ale rzadko były nagrywane. Telemann przez długi okres pozostawał w cieniu innych wielkich twórców. ani talentu, ani warsztatu nie można mu odmówić. Trudno jest śpiewać na oboju? Trudno, choć po latach ćwiczeń wydaje się to naturalne. u Telemanna Nie jest muzyka trudna dla słuchacza, cechuje ją prosta harmonia i wyraźna linia melodyczna, czyli to, co mamy we współczesnej muzyce popularnej. Tytus Wojnowicz nie chce stracić fanów. Niektórzy się rozczarują, to nieuniknione. Ale części, mam nadzieję, Telemann się spodoba i zachęci do słuchania innej muzyki. czas pomyśleć o kolejnej płycie z muzyką rozrywkową.
REPORTAŻ Prokurator ustalił: filmowcy wypłoszyli z Żywkowa sześć bocianich par Lot nad bocianim gniazdem JERZY MORAWSKI Pilot pogonił motolotnię w stronę bocianów. Miał wykonać lot równoległy do lecącego ptaka. Operator kamery, umocowany w latającej maszynie, w pięciosekundowym kadrze powinien uchwycić piękno naszej krainy - zakładał scenariusz. Gdy motolotnia zbliżała się do ptaków, one zgodnie z instynktem dawały nura. Okazało się, że bociany są zwrotniejsze niż maszyna latająca. Powietrzny pojedynek bocianów z motolotnią oglądało z zadartymi głowami Żywkowo. Bociania wioska Żywkowo leży 300 m od obwodu kaliningradzkiego. Osada w zaniku. Dziewięć numerów. Na 40 mieszkańców przypada 45 gniazd zasiedlonych. I co tu kryć: nie ludzie, ale bociany ciągną Żywkowo do świata. Kurtka w górze Nim rozpoczęto łowy na szybujące ptaki, reżyser filmu musiał załatwić furę papierów. Sztab Generalny Wojska Polskiego za loty motolotnią w pogoni za bocianami pobrał 600 zł opłaty. Filmowcy, mający nakręcić wizytówkę z narodową maskotką na wystawę Expo 2000, uzyskali również pozytywną opinię co do lotów od Straży Granicznej. Straż Graniczna zawiadomiła rosyjskich pograniczników o motolotni wzbijającej się w powietrze w pasie nadgranicznym, aby nie wzięli jej za niezidentyfikowany obiekt latający. Bociany stawiły się na plan filmowy pod koniec marca. Prosto z Afryki. Kilka dni później przyfrunęła z Gdańska motolotnia. Filmowców przywitał z markotną miną Władysław Andrejew, prezes lokalnego koła zajmującego się bocianami. Zliczył na swojej chałupie, stodole, oborze i okolicznych wierzbach zaledwie dwadzieścia trzy gniazda z ptakami. Ktoś zadzwonił, że w innych wsiach wylądowało o pięć boćków więcej. Powiało grozą. Prezes wiedział, co oznacza rozejście się wieści, że Żywkowo ściąga w swe niskie progi, a raczej na dachy mniej boćków od innych. Prezes Adrejew postanowił dołożyć starań, aby chociaż w Hanowerze dowiedzieli się, że Żywkowo wciąż dzierży palmę pierwszeństwa w bocianach. Wsiadł na traktor i orał pole, aby zachęcić siedzące w gniazdach bociany do konsumpcji tak ulubionych pędraków. Ptaki się nie poderwały z gniazd, chociaż filmowcy zrobili klapsa. Motolotniarz z operatorem wbił się w przestworza. Robił puste kółka na Żywkowem. Andrejew przymknął oczy, gdy reżyser, widząc, że wali mu się fabuła, tupał i klaskał na bociany. Ostatecznie uciekł się do sposobu wypróbowanego przez gołębiarzy: zdjął kurtkę i wymachiwał nią w stronę ptaków mających za nic sztukę filmową. Kilka boćków poderwało się w niebo. Na to czyhał motolotniarz. Motolotnia uwijała się w powietrzu, podstępnie nadlatywała nad ptaki od tyłu, równała się z nimi, zalotnie machała skrzydłami wielkimi jak wierzeje stodoły. Bociany jednak za nic nie chciały statystować w filmie. Motolotniarz, doświadczony pilot wojskowy, gdy wylądował, wyrzucił z siebie: - Nigdy więcej. Żywkowo na Expo Mimo bojkotu bocianów filmowcy nakręcili trzyminutową etiudę. Pokazywana była gościom, tłumnie odwiedzającym polski pawilon na wystawie Expo 2000 w Hanowerze. Cieszy oko. Filmowcy szybko zapomnieli o przygodzie z ptakami. Ale wkrótce przygraniczne bociany zaklekotały im w głowach: otrzymali wezwania na komisariaty policji w różnych częściach kraju. Od Gdańska po Kraków, tam gdzie mieszkają. Na komisariatach policjanci zadali pytania: Czy ktoś z ekipy wymachiwał odzieżą? Jaki był sens wykorzystywania motolotni do zdjęć? Reżyser filmu na Expo 2000, Dariusz Małecki, przyznał się na komisariacie, że raz rzucił kurtkę w górę. - Nie bardzo rozumiałem związek podrzucenia w powietrze kurtki ze śledztwem w sprawie zniszczenia gniazd bocianich w Żywkowie - wspomina swoje zdziwienie reżyser Małecki, gdy usłyszał w komisariacie policji w podwarszawskim Nadarzynie, o co chodzi. Rolnik Władysław Andrejew dostrzega związek machania kurtką ze spadkiem pogłowia bocianów we wsi. Nie kryje oburzenia. Kręcili w Żywkowie - wylicza - zdjęcia do "Pana Tadeusza", z Gdańska film do Dwójki, kręcili "5-10-15", byli z teleranka, była francuska telewizja, była niemiecka. - Każdy zachował się po ludzku. Ale żeby motolotnią jeździć po niebie? A sam reżyser chodził po podwórkach, machał marynarką i płoszył bociany z jaj. Ja tego nie widziałem, ale sąsiedzi mówili. Taki chwyt jest niedozwolony - twierdzi. Dariusz Małecki wraz z ekipą spożywał posiłki w domu rolnika Andrejewa. Za gościnę zapłacił gospodarzowi, jak należy. Nie udobruchał go jednak. - Reżyser bezczelnie się zachowywał. To nie był miłośnik przyrody. To był miłośnik pieniędzy. Za wszelką cenę chciał zrobić dobry film. A co się narobiło? Po zadziałaniu podrzuconej marynarki reżysera - według Andrejewa - z gniazd bocianich poderwało się siedem par. Zbiegły na tydzień. Do opuszczonych gniazd zajrzały sroki i wydziobały jaja. Operator Szymon Tarwacki (również przesłuchiwany przez policję) z motolotni filmował bociany. Motolotnia zniżyła się do stu metrów nad gniazdami. - Bociany nic sobie nie robiły z naszej obecności. Były przyzwyczajone do ludzi. Gospodarz Andrejew ciął drewno piłą mechaniczną. Huk jak sto diabłów. Bociany nie drgnęły. Zaobserwował z powietrza sytuację, gdy jeden bocian przeganiał drugiego. To nie są takie niewinne ptaszki - dodaje. Niektóre samce przylatują do obcego gniazda, wyrzucają jaja i samca, który się tam gnieździł. Zajmują miejsce wyrzuconego i zapładniają zastaną samicę na nowo. Byłem tam świadkiem tego wiele razy - przekonuje Szymon Tarwacki. - Podejrzewam, że jeśli jakieś bociany opuściły swoje gniazda, to tylko z jednej przyczyny. Tam było za mało pokarmu, jak na taką liczbę bocianów. O co naprawdę chodzi? Policja goni filmowców Prokuratura Rejonowa w Bartoszycach już raz umorzyła postępowanie w sprawie zniszczenia gniazd bocianich w Żywkowie. Postanowienie to zostało zaskarżone przez Urząd Wojewódzki w Olsztynie, który w tej sprawie złożył doniesienie. Prokuratura Okręgowa skierowała sprawę bocianów ponownie na biurko prokuratora Mirosława Skowyry z Bartoszyc. Prokurator Skowyra zapytał biegłego z zakresu ochrony środowiska: czy szkody w świecie zwierzęcym miały znaczne rozmiary? (Przy "znacznych rozmiarach" reżyser Małecki może liczyć nawet na pięć lat więzienia). Biegły uznał, że szkód, jakie powstały w Żywkowie, nie można określić "jako znacznych rozmiarów". Biegły nie jest z zawodu ornitologiem, co wytknięto. Prokurator Skowyra przyznaje, że jest wyczulony na sprawy ekologiczne. - W czterech gniazdach nic się nie wykluło. Szkoda jest - akcentuje prokurator. Roman Kalski z Północnopodlaskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków traktuje Żywkowo jako jedną z trzech największych kolonii lęgowych bociana białego w kraju. Kalski uważa, że człowiek z kurtką, biegający po zagrodach i zrywający bociany do lotu, spowodował tragedię. - Doprowadził do opuszczenia gniazd, co wykorzystały sroki - wyjaśnia. W opinii do wojewódzkiego konserwatora przyrody w Olsztynie Roman Kalski wycenił straty, jakie poczyniła w Żywkowie ekipa filmowa, na 150 tys. zł. Policja w Górowie Iłoweckim na zlecenie prokuratury ustala szczegóły wyczynu filmowców. Wysyła faksy po kraju, zleca przesłuchania podejrzanych i musi oglądać filmy w telewizji, aby przeniknąć tajniki kuchni filmowców. Józef Gower z Komisariatu Policji w Górowie Iławeckim nie kryje rozczarowania filmowym akcentem swej pracy. Przesłuchał mieszkańców Żywkowa. - Z moich rozmów wynika, że nie doszło do wystraszenia bocianów - mówi. - Pełno rozbojów, złodziejstwa w okolicy. A policja goni filmowców, bo podobno pogonili ptaki. Teraz ekologia Chałupy w Żywkowie pod naporem bocianich gniazd (jedno waży pół tony) zaczęły się walić. Co roku dwa, trzy siedliska ptaków spadały. Groziły odloty bocianów. Organizacje wspierające ekologię, aby przytrzymać ptaki we wsi na granicy kraju, sypnęły groszem. Poustawiano na wyremontowanych dachach platformy pod gniazda. Wybudowano wieżę widokową, wydrukowano bilety (za 1 zł można sobie zajrzeć do gniazda bociana). Uruchomiono też izbę edukacji przyrodniczej. Wszystko za 150 tys. zł. - Sukces został odniesiony - przekonuje Roman Kalski. Przed modernizacją dachów było 38 par bocianów. Po - kolonia wzrosła o sześć par. Władysław Andrejew od sponsorów - jak określa organizacje ekologiczne - otrzymał zlecenie na wykonanie drewnianych podstaw pod nowe gniazda. Stare gniazda narzucił na podstawy. Bociany na wiosnę przyleciały i miały nowe chatki. - Czy chciały w nich mieszkać? - A miały wyjście? - odpowiada rolnik Andrejew. Andrejew wie, że rolnictwo przy granicy pada. - Ręce urobione, nogi wychodzone. Renty nie chcą dać - mówi. - Przestawiam się na ekologię.
Pilot pogonił motolotnię w stronę bocianów. Powietrzny pojedynek bocianów z motolotnią oglądało Żywkowo. Bociany stawiły się na plan filmowy pod koniec marca. Kilka dni później przyfrunęła motolotnia. Filmowców przywitał Władysław Andrejew, prezes koła zajmującego się bocianami. Zliczył zaledwie dwadzieścia trzy gniazda z ptakami. Adrejew Wsiadł na traktor i orał pole, aby zachęcić bociany do konsumpcji pędraków. Ptaki się nie poderwały z gniazd. reżyser, widząc, że wali mu się fabuła, zdjął kurtkę i wymachiwał nią w stronę ptaków. Kilka boćków poderwało się w niebo. Mimo bojkotu bocianów filmowcy nakręcili etiudę. Pokazywana była gościom, odwiedzającym polski pawilon na wystawie Expo 2000 w Hanowerze. Filmowcy szybko zapomnieli o przygodzie z ptakami. Ale wkrótce otrzymali wezwania na komisariaty policji. policjanci zadali pytania: Czy ktoś z ekipy wymachiwał odzieżą? Rolnik Władysław Andrejew dostrzega związek machania kurtką ze spadkiem pogłowia bocianów we wsi. Nie kryje oburzenia. Po zadziałaniu podrzuconej marynarki reżysera - według Andrejewa - z gniazd bocianich poderwało się siedem par. Zbiegły na tydzień. Do opuszczonych gniazd zajrzały sroki i wydziobały jaja. Prokuratura Rejonowa w Bartoszycach już raz umorzyła postępowanie w sprawie zniszczenia gniazd bocianich w Żywkowie. Prokuratura Okręgowa skierowała sprawę bocianów ponownie na biurko prokuratora. Biegły uznał, że szkód, jakie powstały w Żywkowie, nie można określić "jako znacznych rozmiarów". Roman Kalski z Północnopodlaskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków uważa, że człowiek z kurtką, zrywający bociany do lotu, spowodował tragedię. Chałupy w Żywkowie pod naporem bocianich gniazd zaczęły się walić. Poustawiano na wyremontowanych dachach platformy pod gniazda. Przed modernizacją dachów było 38 par bocianów. Po - kolonia wzrosła o sześć par. Władysław Andrejew od sponsorów otrzymał zlecenie na wykonanie drewnianych podstaw pod nowe gniazda.
DEMOGRAFIA Rozwój umożliwia dziś świadome rodzicielstwo, a nie zwiększanie zasobów "siły żywej" i "siły roboczej" Przyrost szczęścia nie daje JANUSZ A. MAJCHEREK Przyrost naturalny w Polsce zanikł i staje się ujemny, lecz choć wiele osób i środowisk alarmuje o nadciągających niebezpieczeństwach z tym związanych, trudno się dowiedzieć, na czym konkretnie miałyby one polegać. Wyjaśnień takich nie udzieliła ani pełnomocnik rządu do spraw rodziny Maria Smereczyńska (zob. "Dlaczego Polakom powinno zależeć, by było więcej Polaków", "Rz" nr 258 z 4 listopada 1999 r.), ani profesor Piotr Eberhardt, który dramatycznie ostrzega w swoim artykule, że "jeśli liczba urodzeń nadal będzie spadać, grozi nam demograficzna katastrofa", nie precyzując wszakże, w jakich zjawiskach miałaby się ona wyrazić ("Mało nas", "Rz" nr 297 z 21 grudnia 1999 r.). Nie jest zatem również jasne, dlaczego i jak państwo polskie miałoby prowadzić politykę pronatalistyczną. Pozycja nie liczebnością mierzona Niegdyś takie wątpliwości zostałyby pewnie uznane za dziwaczne. Liczebność grupy decydowała bowiem o sile i pozycji tworzonej przez nią wspólnoty. Liczniejsze armie wygrywały na ogół wojny, a siła oręża decydowała o przewadze nad wrogami. Ten czynnik nie tylko jednak przestał mieć znaczenie, lecz utracił także pozytywne konotacje. Sugerowanie Polkom, że powinny zwiększyć swoją płodność, by zapewnić mięso armatnie przyszłej armii, byłoby co najmniej niestosowne, nasuwając skojarzenia z polityką ludnościową III Rzeszy. Poza tym skuteczność współczesnej armii nie opiera się na liczebności (czego liczne przykłady mamy od czasów wojny zimowej 1940 roku między Finlandią a Związkiem Radzieckim, aż do wojny sześciodniowej na Bliskim Wschodzie), ale na wyposażeniu technicznym i profesjonalizmie jego obsługi; dlatego w przyszłości Wojsko Polskie będzie zapewne mniejsze niż obecnie i w pełni zawodowe. Program podniesienia dzietności Polek byłby z punktu widzenia bezpieczeństwa Polski równie sensowny, jak pomysł stworzenia własnego arsenału nuklearnego. Niegdysiejsze sugestie obecnego lidera ZChN, że zasoby ludności mają wpływ na zdolność zachowania niepodległości kraju, rozmijają się z faktami przeszłymi i aktualnymi. Rozmiary i wielkość zaludnienia dawnej Polski (sześciokrotnie większe niż na przykład Szwajcarii czy Danii) nie zapobiegły utracie przez nią niepodległości ponad dwieście lat temu, a liczebność Polaków na początku XX wieku (sześciokrotnie większa niż Finów, ale mniejsza niż Ukraińców) nie decydowała o jej odzyskaniu po pierwszej wojnie światowej. Niepodległość obecnej Polski nie jest zaś mniej lub bardziej zagrożona niż prawie trzykrotnie mniej ludnych i od dawna notujących ujemny przyrost naturalny Węgier ani wielokrotnie mniejszych pod każdym względem Irlandii, Portugalii czy Holandii. Wielkość populacji nie decyduje też o żywotności i zasięgu tworzonej przez nią kultury. Nieliczni Grecy stworzyli w starożytności kulturę oddziałującą na cały basen Morza Śródziemnego po utracie przez nich niepodległości. Cywilizacja europejska przez stulecia pozostawała pod wpływem antycznych wzorów i standardów nie istniejącego państwa rzymskiego. Polacy na znacznych obszarach przejmowali w średniowieczu wpływy niemieckie. Dbałość o kulturę polską i jej żywotność nie ma nic wspólnego z podnoszeniem dzietności Polek. Komu potrzebne dożywocie Jeśli nie militarna, ekonomiczna i kulturalna pozycja Polski w świecie, to być może jej sytuacja wewnętrzna zależy od liczebności albo demograficznej struktury ludności. Często jako zagrożenie wymieniane bywa starzenie się społeczeństwa oraz idące za tym pogorszenie relacji między liczebnością grup w wieku produkcyjnym i poprodukcyjnym. Straszy się, że w przyszłości nie będzie kto miał utrzymywać coraz większej rzeszy emerytów. Wprowadzenie nowego systemu ubezpieczeń kładzie jednak kres repartycyjnej formule pozyskiwania i dystrybuowania środków na świadczenia, w przyszłości będą one pochodzić z zasobów indywidualnie zgromadzonych przez zainteresowanego. Starzenie się społeczeństwa polskiego wynika nie tylko ze zmniejszenia liczby urodzeń, ale także spadku umieralności oraz wzrostu długości życia, co jest wielkim sukcesem ostatnich lat. Poprawia się również stan zdrowotny Polaków. Żyją coraz dłużej, zachowując sprawność i produktywność. To polityka socjalna, nie demograficzna zwiększa długość ich przebywania na emeryturze, bo tzw. niegdyś rentę starczą można w Polsce uzyskać już wkrótce po czterdziestce (na przykład górnicy), około pięćdziesiątki staje się ona powszechna, a przed sześćdziesiątką zamienia się w regułę (średni wiek przechodzenia na emeryturę to 55 lat dla kobiet i 59 dla mężczyzn). Uelastycznienie wieku emerytalnego i rynku pracy tworzyłoby właściwsze remedium na pogarszające się proporcje między pracującymi a świadczeniobiorcami niż stymulowanie rozrodczości i przenoszenie na nowoczesne stosunki społeczne archaicznej instytucji dożywocia. Każdy powinien sam zadbać o swoją przyszłość, a namawianie młodych Polek do rodzenia dzieci, które by nas utrzymywały na starość, jest co najmniej dwuznaczne. Zwłaszcza że najpierw trzeba utrzymywać wielodzietne rodziny, na ogół niesamodzielne ekonomicznie. Polityka socjalna, nie demograficzna W kraju, w którym jest ponad dwa miliony bezrobotnych, straszenie widmem braku rąk do pracy może wywołać zdziwienie. Mimo to groźba taka jest realna, lecz nie z powodów demograficznych, a socjalnych. Z ekonomicznego punktu widzenia należałoby się raczej obawiać spadającej liczby stanowisk pracy dla dorastającej młodzieży; nowoczesna gospodarka ogranicza bowiem zapotrzebowanie na siłę roboczą. W niektórych wysoko rozwiniętych krajach nawet w okresie koniunktury utrzymuje się znaczne bezrobocie, przy równoczesnym braku chętnych do świadczenia wielu usług. W bogatych społeczeństwach trudno znaleźć wykonawców prostych lub uciążliwych prac za adekwatne wynagrodzenie. Zapotrzebowanie to zaspokajają imigranci zarobkowi z krajów biedniejszych. Taki proces już zachodzi w Polsce, gdzie pracę i zarobek znajdują setki tysięcy przybyszy zza wschodniej granicy, przy oficjalnym jej braku dla dwóch milionów rodzimych bezrobotnych. Jest to wynik polityki socjalnej, zwłaszcza kształtującej koszty pracy, poziom płacy minimalnej i dostępność zasiłków. Stany Zjednoczone, które należą do najbogatszych krajów świata, notują od lat szybki wzrost gospodarczy, wchłaniają rzesze imigrantów napływających z całego świata, a praktycznie nie znają bezrobocia i nie narzekają na przyrost naturalny. Tam polityka gospodarcza, podatkowa, socjalna, imigracyjna i kulturalna po prostu nie zamienia naturalnych procesów w absurd. U nas wysyła się coraz młodszych pracowników na wcześniejsze emerytury, żeby zwolnić miejsca pracy dla bezrobotnych, którzy jednak nie mogą ich znaleźć, zajmują je bowiem wcześniejsi emeryci, korzystający skwapliwie z prawa do dodatkowego zatrudnienia. Różne sposoby na szczęście Można by się zgodzić z ewentualnymi argumentami, że wychowywanie dzieci ma pozytywne znaczenie socjokulturowe, rozbudzanie i zaspokajanie uczuć rodzicielskich wpływa korzystnie na osobowość, a udane i pełne życie rodzinne stanowi źródło radości i satysfakcji. Trudno jednak dowieść, że wszystko to jest niezadowalające w przypadku posiadania dwójki dzieci, czyli w modelu rodziny nie zapewniającej prostej zastępowalności pokoleń. Niedawno premier Jerzy Buzek odwiedził pewną małopolską wieś, mającą najwyższy w Polsce przyrost naturalny. Pokazywani przy tej okazji w mediach jej mieszkańcy robili wrażenie pogodnych i szczęśliwych w otoczeniu swoich licznych pociech. Nietrudno się było jednak dowiedzieć, jaki jest wśród nich odsetek bezrobotnych i korzystających z zasiłków, a i poziom ich życia nie mógł ujść uwagi i wzbudzić zazdrości. Nie wszyscy muszą pragnąć takiego modelu życia. Przyrost naturalny a czynniki "nienaturalne" Naprawdę nie jest łatwo zrozumieć, dlaczego większa populacja i prokreacja jest lepsza niż mniejsza. Analizy porównawcze dostarczają licznych przykładów wskazujących na odwrotne prawidłowości. Kraje bogate są mniej ludne i mają mniejszą rozrodczość niż biedne, borykające się z przeludnieniem i wysokim przyrostem naturalnym. Dlaczego mamy się martwić, że Polska znalazła się wśród tych pierwszych? Problemem demograficznym dla populacji ludzkiej jest jej nadmierny, a nie niski przyrost. Czy zatem chodzi o to, że proporcjonalny w niej udział Polaków spada? Zmiana tego trendu wymagałaby osiągnięcia przez Polskę przyrostu naturalnego nie mniejszego niż światowy, co dopiero groziłoby katastrofą demograficzną. W środowiskach ultrakatolickich najgłośniej nawołuje się do prowadzenia polityki prorodzinnej, skrywając pod tą nazwą sprzyjanie wielodzietności. Czy należy to rozumieć jako dążenie do zapewnienia jak największej rzeszy współwyznawców, czyli katolików? Gdyby rzeczywiście takie względy wchodziły w grę, to demografowie nie mogą ich brać pod uwagę. Populacja ludzka przez setki tysięcy lat była względnie stabilna i znikoma w porównaniu z obecną, będącą rezultatem eksplozji demograficznej dwóch ostatnich stuleci. Wiązało się to z osiągnięciem takiego poziomu cywilizacyjnego, który pozwalał na opanowanie masowych epidemii i zapewnienie warunków umożliwiających przeżycie coraz większej liczby ludzi. Konsekwencją rozwoju jest jednak również przejście na taki etap cywilizacji, który umożliwia świadome rodzicielstwo, a nie wymaga zwiększania zasobów ani "siły żywej", ani "siły roboczej".
Przyrost naturalny w Polsce zanikł i staje się ujemny, lecz choć wiele osób i środowisk alarmuje o nadciągających niebezpieczeństwach z tym związanych, trudno się dowiedzieć, na czym konkretnie miałyby one polegać. Nie jest zatem również jasne, dlaczego i jak państwo polskie miałoby prowadzić politykę pronatalistyczną. Niegdyś takie wątpliwości zostałyby pewnie uznane za dziwaczne. Liczebność grupy decydowała bowiem o sile i pozycji tworzonej przez nią wspólnoty. Ten czynnik nie tylko jednak przestał mieć znaczenie, lecz utracił także pozytywne konotacje. Jeśli nie militarna, ekonomiczna i kulturalna pozycja Polski w świecie, to być może jej sytuacja wewnętrzna zależy od liczebności albo demograficznej struktury ludności.Często jako zagrożenie wymieniane bywa starzenie się społeczeństwa oraz idące za tym pogorszenie relacji między liczebnością grup w wieku produkcyjnym i poprodukcyjnym. Wprowadzenie nowego systemu ubezpieczeń kładzie jednak kres repartycyjnej formule pozyskiwania i dystrybuowania środków na świadczenia, w przyszłości będą one pochodzić z zasobów indywidualnie zgromadzonych przez zainteresowanego. W kraju, w którym jest ponad dwa miliony bezrobotnych, straszenie widmem braku rąk do pracy może wywołać zdziwienie. Mimo to groźba taka jest realna, lecz nie z powodów demograficznych, a socjalnych. Można by się zgodzić z ewentualnymi argumentami, że wychowywanie dzieci ma pozytywne znaczenie socjokulturowe. Trudno jednak dowieść, że wszystko to jest niezadowalające w przypadku posiadania dwójki dzieci, czyli w modelu rodziny nie zapewniającej prostej zastępowalności pokoleń. Naprawdę nie jest łatwo zrozumieć, dlaczego większa populacja i prokreacja jest lepsza niż mniejsza. Analizy porównawcze dostarczają licznych przykładów wskazujących na odwrotne prawidłowości. Kraje bogate są mniej ludne i mają mniejszą rozrodczość niż biedne, borykające się z przeludnieniem i wysokim przyrostem naturalnym.
W oczach mieszkańców Unii Europejskiej Polak lepszy od Polski RYS. PAWEŁ GAŁKA EDMUND SZOT Polak jest w świecie postrzegany lepiej niż Polska - wynika z wyników badania przeprowadzonego na użytek naszego Instytutu Spraw Publicznych w pięciu krajach Unii Europejskiej. To mniej więcej tak, jak byśmy komuś powiedzieli: jesteś sympatyczny, ale w domu masz bałagan i wolelibyśmy cię nie odwiedzać. A u nas możesz bywać kiedy chcesz, jeśli tylko nie będziesz przychodził pijany i trochę się ogarniesz. I jeszcze jedno: nie próbuj nas przypadkiem "nawracać". Dlaczego sympatyczny mieszkaniec kraju między Bugiem a Odrą nie potrafi posprzątać w swoim domu? Dlaczego znalezienie w nim czegokolwiek (załatwienie jakiejkolwiek sprawy) zajmuje tyle czasu, a niekiedy jest niemożliwe, jeśli niektórym domownikom nie wręczy się bakszyszu? Dlaczego ten tak pracowity facet nie potrafi u siebie zarobić tyle, by starczało mu na jedzenie, ubranie, dom i samochód, na urlop w Alpach i na kształcenie dzieci? Odpowiedź rysuje się prosta: bo jego kraj jest źle rządzony. Winę za to, że w Polsce jest tak, jak jest, ponoszą nie szeregowi obywatele, ale rządząca nimi skorumpowana i niekompetentna oligarchia. W tym kraju nie funkcjonują właściwe mechanizmy wyłaniania wartościowych elit, a te już wyłonione - nawet jeśli były przedtem uczciwe - łatwo się demoralizują. Koligacje i deklamacje Wielkie szkody wyrządza Polsce m.in. to, że życie społeczne zostało do granic absurdu upolitycznione, że w niektórych państwowych instytucjach nawet sprzątaczka musi się wywodzić z szeregów rządzącej koalicji. Nie jest to zresztą nic nowego. "Człowiek utalentowany sam sobie wystarczy, ale żaden rząd, żaden naród bez ludzi prawdziwie zdatnych nie obstoi - pisał Hugo Kołłątaj. - Nieszczęśliwy to kraj, gdzie dla człowieka nie dosyć być zdatnym, gdzie za okrzykiem opinii nieuk na uwielbienie zasługuje, a utalentowany intrygi stać się musi ofiarą. (...) O tę wadę obwiniani jesteśmy Polacy, iż się do wszystkich urzędów i posług za zdolnymi sądziemy. (...) Dobierając ludzi, uważamy naprzód, kto jakiej partyi przychylnym będzie, kto pensyi do urzędu przywiązanej potrzebuje. Zdatność jest u nas rzeczą na ostatku uważaną albo wcale zapomnianą". Słowa jakże do dzisiaj aktualne! Drugim z kardynalnych grzechów życia naszego społecznego jest uleganie magii uroczystych słów. "Możesz kpem być i cymbałem, możesz dureń być siarczysty, byleś z mocą i zapałem kraj miłował macierzysty" - zauważył przed laty Adam Asnyk. Dziś też patriotyczna deklamacja jest wciąż w wyższej cenie od siermiężnej racji, zwłaszcza wtedy, gdy ta ostatnia niezbyt jest rodakowi miła. Deklamatorzy zawsze cieszyli się w Polsce większą estymą, niż ludzie obdarzeni rzeczywistym talentem. Pieśni śpiewano o Józefie Chłopickim, a nie o dużo zdolniejszym generale Ignacym Prądzyńskim. Od lat najwyższym uznaniem cieszy się w Polsce bitny, ale mało w sumie udany dowódca Kościuszko, gdy o znacznie odeń zdolniejszych wodzach: generale Henryku Dąbrowskim czy księciu Józefie Poniatowskim pamięć jest o wiele mniej uroczysta. "Dlatego to każdy upadek podobnej gwiazdy roztapia od razu łączący nas cement, ogół rozkłada się w cząstki. (...) Nie przegrana pod Maciejowicami, ale wzięcie Kościuszki, pomimo że on nie miał znakomitych zdolności wodza, zadało raz śmiertelny owczasowej sprawie" - wywnioskował Aleksander Fredro. Gdy przegrał prezydenckie wybory zdolny przywódca związkowy, niektórzy odczuli to jako "koniec świata". Oczywiście, ich świata: wielkości nadmuchanych przez media. Zacofany kraj młodego duchem narodu Nie dziwi, że Polska jest postrzegana jako kraj skrzywdzony przez historię, biedny, nieszczęśliwy, cierpiący. Cierpiący także z powodu zimna, jako że ankietowani lokują nas, widać, gdzieś koło Syberii. Wielu pytanych o to obywateli UE nie wie, że w Polsce istnieje system parlamentarny, że funkcjonuje u nas gospodarka rynkowa i że przestrzegane są swobody obywatelskie i prawa mniejszości. Na ogół nie dowierza się też temu, że w Polsce szybciej niż w krajach UE rośnie produkt krajowy brutto. Wie się natomiast, że istnieje w Polsce ogromna biurokracja, że panuje korupcja oraz że Kościół katolicki ma u nas zbyt duże wpływy. Ogólna ocena Polski widzianej oczami cudzoziemców da się streścić jednym słowem: jest to kraj "zacofany". Na tym tle Polak przedstawia się o wiele korzystniej: religijny (to zresztą uważane jest jako pewnego rodzaju "obciążenie"), pracowity, zdyscyplinowany(!), uczciwy (tak uważają przede wszystkim Francuzi, gdyż zdaniem większości Niemców Polak jest raczej nieuczciwy), odpowiedzialny i tolerancyjny. No, może trochę nadużywający alkoholu i cokolwiek też, niestety, podobnie jak jego kraj, "zacofany". Z faktu, że Polskę widzi się mimo wszystko jako bliskiego już członka Unii Europejskiej wynikałoby, iż dominuje przeświadczenie, że trapiące nasz kraj plagi da się z czasem z pomocą Brukseli wyeliminować lub przynajmniej ograniczyć, a sami Polacy wniosą do UE coś nowego i pożytecznego. Spontaniczność, fantazję, kreatywność, życzliwość dla innych itp. sympatyczne cechy, które są pożądane pod każdą szerokością geograficzną. Wydaje się, że stara Europa tęskni też za jeszcze jedną cechą Polaków, mianowicie za ich infantylizmem, czyli nieodłącznym atrybutem narodów młodych duchem. Przywódca z importu W opinii, że Polacy są narodem niezdolnym do wyłaniania wartościowych elit czai się też istotne niebezpieczeństwo: przekonanie, iż widocznie takich elit u nas nie ma! A zatem trzeba je importować. W historii mieliśmy importowane dynastie Jagiellonów, Wazów, Sasów, o krótkotrwałym incydencie z Henrykiem Walezym nie wspominając. Te nabytki miały różną wartość. Sprawdzili się Jagiellonowie, wielce udanym królem był też siedmiogrodzki książę Stefan Batory. Ale już takiego Zygmunta III Wazę, bigota i lubieżnika, mogliśmy wyhodować sobie w jakimkolwiek bądź polskim grajdole. "Najdzielniejsi z dzielnych, często przewodzeni przez najpodlejszych z podłych" - mówił o Polakach Winston Churchill. Podłość górnych warstw, ich samowola była w Polsce tak wielka, że niektórzy nawet taką klęskę jak rozbiory traktowali jako ratunek dla siebie. Objawy samowoli nie mogą już dziś przybierać takich form jak w końcu XVIII wieku. Czy jednak np. obecne niedofinansowanie samorządów lokalnych nie wynika z przeświadczenia centralnej władzy, że ona "wie lepiej"? Dlatego w Polsce nie było dotąd większych sprzeciwów wobec "wyprzedawania narodowego majątku w obce ręce". Większość społeczeństwa rozumie, że obecnie są to pojęcia cokolwiek zwietrzałe. Natomiast obce (narodowo) kierownictwo przedsiębiorstwa może się okazać w sumie korzystniejsze niż władztwo rodzimej kliki. Nie pociąga natomiast za sobą groźby wynarodowienia czy uzależnienia od obcych. Jeden z francuskich polityków dokonawszy kiedyś wysokiej oceny patriotyzmu i poświęcenia Joanny d'Arc zauważył po cichu: "swoją drogą, to ja nie bardzo rozumiem, po co tak zaciekle walczyła ona z tymi Anglikami. Przecież za sto lat i tak byliby oni Francuzami". -
Wielkie szkody wyrządza Polsce to, że życie społeczne zostało do granic absurdu upolitycznione. Drugim z kardynalnych grzechów życia społecznego jest uleganie magii uroczystych słów. Polska jest postrzegana jako kraj skrzywdzony przez historię, biedny, nieszczęśliwy, cierpiący. Wielu obywateli UE nie wie, że w Polsce istnieje system parlamentarny, że funkcjonuje u nas gospodarka rynkowa i że przestrzegane są swobody obywatelskie i prawa mniejszości. Na ogół nie dowierza się , że w Polsce szybciej niż w krajach UE rośnie produkt krajowy brutto. Wie się natomiast, że istnieje w Polsce biurokracja, panuje korupcja oraz że Kościół katolicki ma u nas duże wpływy.
W Mielcu udał się plan ratowania miasta bankrutującego wraz z upadającą fabryką Odbicie od dna - Zaczęliśmy podpatrywać pomysły zachodnie z wolnymi obszarami celnymi i zastanawiać się, że może warto byłoby coś podobnego utworzyć w Mielcu - mówi Mariusz Błędowski. Przepracował 26 lat przepracował w WSK, a dziś zarządza mielecką specjalną strefą ekonomiczną. FOT. KRZYSZTOF ŁOKAJ JÓZEF MATUSZ Jeszcze kilka lat temu Mielec umierał wraz z Wytwórnią Sprzętu Komunikacyjnego (WSK). Dziś stopa bezrobocia jest tu najmniejsza na Podkarpaciu. Duża w tym zasługa specjalnej strefy ekonomicznej, w której pracuje ponad sześć tysięcy osób. Dalszych kilka tysięcy zatrudniają spółki i instytucje obsługujące firmy ze strefy. Powoli z dna podnoszą się również spółki powstałe na bazie majątku upadłej WSK. Tradycje lotnicze w Mielcu zostały zachowane. Jest nadzieja, że wraz z zakupem samolotów wielozadaniowych dla naszej armii do Mielca w ramach offsetu trafią nowoczesne technologie. - Problemy są jak wszędzie, ale nie wyobrażam sobie miasta bez strefy. Miasto bankrutowało na naszych oczach. Znaleźliśmy jednak pomysł na ratowanie Mielca. Wprawdzie nie wszystkie założenia się powiodły, ale miasto odbiło się od dna - mówi Janusz Chodorowski, prezydent Mielca. Nobilitacja w WSK Pomysł ulokowania w Mielcu wielkiego przemysłu i produkcji lotniczej pochodzi od przedwojennego wicepremiera Eugeniusza Kwiatkowskiego. Polskie Zakłady Lotnicze były kluczową fabryką Centralnego Okręgu Przemysłowego. Przed wojną produkowano w Mielcu słynne superbombowce Łoś. Władze komunistyczne postanowiły kontynuować lotnicze tradycje, ale rynek zbytu towarów był jeden - wschód. We wczesnych latach pięćdziesiątych z linii produkcyjnych PZL Mielec (przemianowanych na WSK) schodziły radzieckie migi, które trafiały prosto na wojnę koreańską. W latach 60. produkowano tu popularne antki na potrzeby sowieckich kołchozów. W WSK powstawały też samochody, pompy wtryskowe, lodówki, chłodnie i silniki. Mielec uchodził za najbogatsze miasto w PRL, ale jego dobrobyt zależał od jednego zakładu. W fabryce pracowało ponad dwadzieścia tysięcy osób i w sześćdziesięciotysięcznym mieście trudno było znaleźć rodzinę, w której przynajmniej jedna osoba nie pracowałaby w WSK. Po szkole szło się prosto tam - i tak do emerytury. Fabryka budowała przedszkola, domy kultury, stadion. Dla pracowników były przydziały, talony na malucha i wczasy w Bułgarii. Dyrektor WSK był ważniejszy od pierwszego sekretarza komitetu miejskiego partii. Praca w WSK nobilitowała: z całego kraju zjeżdżała do Mielca kadra inżynierska. Janusz Chodorowski, zanim w 1994 roku został prezydentem miasta, też zaczynał karierę zawodową w wytwórni. - Fabryka dawała duże pole do popisu. W WSK były pierwsze komputery. Żyliśmy w przekonaniu, że w Mielcu robi się naprawdę wielkie rzeczy, i to w wymiarze światowym - wspomina. W latach 70. i 80. Mielec stał się sławny dzięki klubowi piłkarskiemu Stal Mielec, utrzymywanemu z pieniędzy WSK. Nazwiska: Lato, Szarmach, Kasperczak czy Domarski były znane szeroko za granicą. Mało kto pamięta, że WSK Mielec o kilka tygodni wyprzedziła gdański Sierpień. Załoga zastrajkowała, bo nie przywieziono ręczników. Trumny zamiast samolotów Szok przyszedł wraz ze zmianami polityczno-gospodarczymi w kraju. Jeszcze w 1989 roku do Związku Radzieckiego wysłano dużą partię samolotów, za które fabryka nie dostała pieniędzy. RWPG rozpadła się, a nikt inny nie chciał kupować samolotów z Mielca. Stanął zakład, a wraz z nim zaczęło umierać miasto. Zwolnienia, strajki, tragedie rodzinne. Gospodarka wolnorynkowa nie pasowała do Mielca. Jeśli ktoś przez dwadzieścia lat toczył takie same części, to nie miał pojęcia o samodzielnej działalności. Nowa władza nie miała pomysłu na Mielec, choć politycy często tu gościli. Niektórzy denerwowali załogę swymi wypowiedziami. Premier Jan Krzysztof Bielecki powiedział, że skoro WSK nie może sprzedawać samolotów, to niech produkuje igły. Wprawdzie igieł nie produkowano, ale przebojem eksportowym stały się trumny wysyłane do Niemiec. Pracownicy mówili, że wyrób trumien symbolizuje pozycję zakładu. Rodziły się pomysły, by w Mielcu wspólnie z Włochami produkować karetki pogotowia. Później miały być tam wytwarzane wozy strażackie i wagony dla warszawskiego metra. Wszystko kończyło się na pomysłach. Brnięto po omacku, a wszyscy zastanawiali się, czym to się skończy. W listopadzie 1992 roku do WSK przyjechał minister przemysłu Wacław Niewiarowski i długo tłumaczył załodze, że rząd chce pomóc fabryce i miastu. Odpowiedzią były gwizdy. Po jednym z pytań ministrowi puściły nerwy i powiedział: "A g... wy tu robicie". Niewiele brakowało, aby kilkutysięczny tłum zlinczował ministra. Irlandzki pomysł To właśnie od tej wizyty zaczęło się nowe w Mielcu. Rząd przygotowywał przepisy o strefach ekonomicznych. - Zaczęliśmy podpatrywać pomysły zachodnie z wolnymi obszarami celnymi i zastanawiać się, że może warto byłoby coś podobnego utworzyć w Mielcu - mówi Mariusz Błędowski, który przepracował w WSK 26 lat, a dziś zarządza strefą ekonomiczną w Mielcu. Agencja Rozwoju Przemysłu ogłosiła przetarg na restrukturyzację Mielca. Wygrała go irlandzka grupa konsultingowa Shannon Development. W Mielcu powstała specjalna grupa, nad którą pieczę sprawował wiceminister przemysłu Edward Nowak. Efektem było zdiagnozowanie istniejącego stanu i opracowanie planów wyjścia z zapaści. Irlandzko-polski program wskazywał, że należy: zrestrukturyzować przemysł i cały region, gdyż poza WSK istniało tam niewiele zakładów, i utworzyć w Mielcu specjalną strefę ekonomiczną. Pojawiły się pierwsze pieniądze z funduszu PHARE. - Wszystko było pionierskie i wówczas nikt w kraju takich rzeczy nie robił - dodaje Błędowski. Najtrudniej było z restrukturyzacją wytwórni. Fabryka zawarła ugodę z wierzycielami, głównie bankami, które stały się współwłaścicielami zakładu, choć nie były do tego przygotowane. W rezultacie nikt nie kwapił się, żeby modernizować fabrykę. Przeciągające się trudności postanowili wykorzystać inni. Kierownictwo WSK związało się ze spółką Grand Limited, zarejestrowaną na jednej z wysp Karaibów. Pełnomocnikami spółki byli pochodzący z Mielca bracia Józef i Andrzej Gaj - teraz nazywają ich tutaj Big Brothers. Grand miał wyłączność na doradztwo prawne, ale gdy zakładowi brakowało na wypłaty dla załogi, to właśnie Grand pożyczał pieniądze. W zamian przejmował w zastaw kolejne składniki majątku wytwórni, łącznie z lotniskiem. Finałem była tzw. afera mielecka i aresztowanie ścisłego kierownictwa WSK oraz pełnomocników spółki Grand. Pierwsza strefa w Polsce Mielec zaczął się jednak zmieniać. Powstała Mielecka Agencja Rozwoju Regionalnego, która uruchomiła inkubator przedsiębiorczości. Małym biznesmenom zapewniano pomieszczenia w halach produkcyjnych, obsługę księgową, kredyty, a nawet promocję. Mieli zdobyć doświadczenie, by samodzielnie poruszać się na rynku. Przełomem stała się jednak uchwala rządu z października 1994 roku o strefach ekonomicznych. Rok później w Mielcu powołano pierwszą w Polsce Specjalną Strefę Ekonomiczną Euro-Park, a organem zarządzającym została Agencja Rozwoju Przemysłu, której oddział powstał w Mielcu. Pierwszą kadrę stanowili byli pracownicy WSK. - Byliśmy pierwsi, więc wszystkiego musieliśmy się uczyć. Zamierzeniem było przyciągnięcie inwestorów, którzy mieli odmienić Mielec i zapewnić miejsca pracy. Wiedzieliśmy, że strefa nie będzie sklepem, przed którym ustawiają się kolejki. Ulgi podatkowe to nie wszystko. Inwestorów trzeba było jeszcze przekonać, że strefa to trwały twór ustanowiony na dwadzieścia lat. Mielec miał też ten atut, że dysponował w miarę dobrze wyszkoloną kadrą inżynierską - mówi Błędowski. Podkreśla, że wykorzystano sytuację, iż Mielec był pierwszy. Później powstawały kolejne strefy i brały przykład z Mielca. Niektóre, jak katowicka, gliwicka czy legnicka, stały się poważnymi konkurentami Mielca. Mimo to Mielec nadal zajmuje wśród nich czołową pozycję. Wszystko inaczej Dotychczas wydano ponad siedemdziesiąt pozwoleń na działalność w strefie, a produkcję rozpoczęło prawie pięćdziesiąt firm. Spółki zatrudniły ponad sześć tysięcy osób, a zainwestowały niemal 1,5 mld złotych. Od podstaw zbudowano dwadzieścia fabryk. Inne spółki ze strefy kompletnie zmodernizowały obiekty należące kiedyś do WSK. Miejsce stanowiącego kiedyś monokulturę przemysłu metalowego zajęły takie dziedziny, jak przemysł elektroniczny, motoryzacyjny, drzewny, papierniczy. Roczna sprzedaż wyrobów ze strefy wynosi 1,8 mld złotych: jedna trzecia tej kwoty to eksport. Cztery spółki z SSE znalazły się wśród pięciuset największych przedsiębiorstw w kraju w ostatnich rankingach "Rzeczpospolitej" i "Polityki". W niektórych firmach sprzedaż na jednego zatrudnionego przekracza milion złotych, a to już jest wydajność na poziomie światowym. Największa z tych spółek zatrudnia półtora tysiąca osób. Strefa odmieniła oblicze upadającego miasta. Powstało kilka tysięcy miejsc pracy w firmach i instytucjach współpracujących ze spółkami strefowymi. Dzięki SSE zatrudnienie mają transportowcy, kolejarze, agencje ochrony mienia itp. W mieście przybyło banków, a przed dwoma laty powstała tu Wyższa Szkoła Gospodarki i Zarządzania. Działa też Centrum Kształcenia Praktycznego, które szkoli ludzi "na zamówienie". Od dna odbijają się również spółki, które powstały z upadłej WSK. Polskie Zakłady Lotnicze regularnie zwiększają zatrudnienie. Największy kontrakt realizują dla Wenezueli, która zamówiła kilkadziesiąt samolotów Skytruck. Również polska armia w większym stopniu zainteresowana jest samolotami z Mielca. Marynarka Wojenna zamówiła kilkanaście samolotów Bryza. W PZL liczą na rozstrzygnięcie przetargu na samolot wielozadaniowy i związany z tym offset. Potrzebny następny plan Stopa bezrobocia w powiecie mieleckim wynosi 13,8 procent i jest najniższa w województwie podkarpackim (wyłączając powiaty grodzkie w Rzeszowie i Krośnie). Zarejestrowanych jest 9,5 tys. bezrobotnych. W większości są to pracownicy byłej WSK, gdyż strefa chłonie głównie ludzi młodych. Stanisław Stachowicz, kierownik Powiatowego Urzędu Pracy, przypomina, że w 1994 roku było ponad jedenaście tysięcy bezrobotnych. - O pracę jest trudno, ale co by było, gdyby nie powstała strefa? - pyta. W latach 1993-96 Mielec był rejonem szczególnie zagrożonym wysokim bezrobociem. Dzięki temu do Mielca wpływały większe środki na aktywne formy walki z bezrobociem. Z irlandzkiego planu ożywienia Mielca w pełni powiodło się utworzenie strefy. Gdyby jeszcze udała się restrukturyzacja WSK, to Mielec miałby szansę stać się rekinem gospodarczym w kraju. Pojawiają się jednak zagrożenia. Od stycznia obowiązują nowe przepisy, mniej korzystne dla chcących prowadzić działalność w strefach, a tym samym pojawia się mniej inwestorów. W Mielcu mówią, że przydałby się kolejny irlandzki plan ożywienia gospodarczego. -
Pomysł ulokowania w Mielcu produkcji lotniczej pochodzi od przedwojennego wicepremiera Kwiatkowskiego. Władze komunistyczne postanowiły kontynuować lotnicze tradycje, ale rynek zbytu towarów był jeden - wschód. Mielec uchodził za najbogatsze miasto w PRL, ale jego dobrobyt zależał od jednego zakładu. Praca w WSK nobilitowała. Szok przyszedł wraz ze zmianami polityczno-gospodarczymi w kraju. RWPG rozpadła się, a nikt inny nie chciał kupować samolotów z Mielca. Stanął zakład, a wraz z nim zaczęło umierać miasto. Nowa władza nie miała pomysłu na Mielec. przebojem eksportowym stały się trumny wysyłane do Niemiec. Pracownicy mówili, że wyrób trumien symbolizuje pozycję zakładu. Agencja Rozwoju Przemysłu ogłosiła przetarg na restrukturyzację Mielca. Wygrała go irlandzka grupa konsultingowa Shannon Development. W Mielcu powstała specjalna grupa. Efektem było zdiagnozowanie istniejącego stanu i opracowanie planów wyjścia z zapaści. Irlandzko-polski program wskazywał, że należy: zrestrukturyzować przemysł i cały region i utworzyć w Mielcu specjalną strefę ekonomiczną. Mielec zaczął się zmieniać. Powstała Mielecka Agencja Rozwoju Regionalnego, która uruchomiła inkubator przedsiębiorczości. Przełomem stała się uchwala rządu z października 1994 roku o strefach ekonomicznych. Rok później w Mielcu powołano pierwszą w Polsce Specjalną Strefę Ekonomiczną Euro-Park. Dotychczas wydano ponad siedemdziesiąt pozwoleń na działalność w strefie, a produkcję rozpoczęło prawie pięćdziesiąt firm. Spółki zatrudniły ponad sześć tysięcy osób, a zainwestowały niemal 1,5 mld złotych. Od podstaw zbudowano dwadzieścia fabryk. Inne spółki ze strefy zmodernizowały obiekty należące kiedyś do WSK. Strefa odmieniła oblicze upadającego miasta. Od dna odbijają się również spółki, które powstały z upadłej WSK. Stopa bezrobocia w powiecie mieleckim wynosi 13,8 procent i jest najniższa w województwie podkarpackim. Zarejestrowanych jest 9,5 tys. bezrobotnych. Z irlandzkiego planu ożywienia Mielca w pełni powiodło się utworzenie strefy. Gdyby jeszcze udała się restrukturyzacja WSK, to Mielec miałby szansę stać się rekinem gospodarczym.Pojawiają się jednak zagrożenia. Od stycznia obowiązują przepisy mniej korzystne dla chcących prowadzić działalność w strefach.
POLSKA - UNIA Tam, gdzie ziemia jest częścią obrotu kapitałem, nie ma możliwości, aby ów obrót hamować administracyjnie Anachroniczna walka o ziemię RYS. TOMASZ NIEWIADOMSKI KLAUS BACHMANN W negocjacjach z UE Polska ubiega się o pięcioletni okres przejściowy dla sprzedaży nieruchomości miejskich pod inwestycje i osiemnastoletni okres przejściowy dla gruntów rolnych i lasów. Jednak cel, do którego zmierza polski rząd, dałoby się łatwiej osiągnąć poprzez uchwalenie nowocześniejszej i bardziej realistycznej ustawy o obrocie nieruchomościami. Ustawa jest nieprecyzyjna. Dacze na terenach odrolnionych nie są bowiem objęte wnioskiem. Również niewiele wyjaśnia twierdzenie, że w polskim wniosku chodzi o dalsze obowiązywanie obecnej ustawy o sprzedaży nieruchomości obcokrajowcom po przystąpieniu do UE. Pojęcie "inwestycja", zasadnicze dla wniosku o okres przejściowy, w ogóle nie pojawia się w ustawie. Niejasne jest też, jaka część ustawy miałaby obowiązywać jeszcze przez pięć lat, a jaka część przez osiemnaście lat. Nieracjonalne ograniczenia Ustawa w obecnym brzmieniu i tak nie przeżyje negocjacji z UE, ponieważ znacznie odbiega od zasad stosowanych przez inne kraje UE, które w przeszłości uzyskały okresy przejściowe. Podczas gdy w Austrii i Danii ograniczenia w obrocie nieruchomościami są regionalnie regulowane, polska ustawa traktuje wszystkie regiony jednakowo, niezależne od tego, czy większy popyt na ziemię byłby tam korzystny, czy nie. W ten sposób tymi samymi ograniczeniami objęte są tereny upadłych pegeerów, gdzie napływ kapitału z zewnątrz mógłby rozwiązać problem strukturalnego bezrobocia, i wysoce atrakcyjne działki nad Bałtykiem, gdzie zbyt duży napływ kupców grozi wzrostem cen, wyparciem miejscowych mieszkańców i ekologicznymi problemami. Ustawa nie rozgranicza obcokrajowców z UE i obcokrajowców spoza niej, rozróżnia ich co prawda według statusu prawnego (czy mają kartę stałego pobytu), ale nie według stałego miejsca zamieszkania. Zawiera też anachroniczne ograniczenia obrotu nieruchomościami w strefie nadgranicznej, które Europejski Trybunał Sprawiedliwości uznał już kilka lat temu w przypadku Grecji za niezgodne z prawem europejskim. To wszystko jednak przesłania fakt, że cel, do którego zmierza polski rząd, da się łatwiej osiągnąć bez okresu przejściowego, poprzez uchwalenie nowocześniejszej i bardziej realistycznej ustawy regulującej obrót nieruchomościami. Byłoby to skuteczniejsze, zgodne z prawem europejskim i znacznie bardziej strawne dla negocjatorów "piętnastki". Jeżeli nie przez drzwi, to przez okno Po przystąpieniu do UE żaden okres przejściowy i żadna polska ustawa nie będą w stanie zapobiec wzrostowi cen nieruchomości - tak samo jak obecna ustawa o sprzedaży nieruchomości cudzoziemcom nie zapobiegła wzrostowi cen gruntów. Wzrost cen nie zależy bowiem od tego, czy bogaci kupcy będą kupować legalnie lub nielegalnie, lecz od tego, czy jest większy popyt, czy nie. Załóżmy, że polskiemu rządowi uda się przeforsować swój wniosek o okres przejściowy i że obejmie on też działki rekreacyjne i dacze. Wtedy zachodnia firma nie mogłaby bez zezwolenia kupić dużej działki rolnej na Mazurach. Ale polska firma mogłaby całkiem legalnie kupić na przykład dwieście tysięcy hektarów, a potem wypuścić akcje na giełdzie w Londynie, gdzie również całkiem legalnie może je objąć w stu procentach zagraniczny inwestor. Bez zezwolenia, ponieważ polskie prawo po przystąpieniu do UE nie może zakazać notowania akcji polskiej firmy na zagranicznej giełdzie, a brytyjskie prawo nie zakazuje przejęcia notowanej tam firmy przez kapitał zagraniczny. Zresztą byłoby to bardzo zabawne, gdyby na przykład niemiecka firma chcąca kupić akcje notowane na londyńskiej giełdzie musiała najpierw uzyskać zezwolenie na nabycie ziemi od polskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji. Nie broni, lecz szkodzi Widać jak na dłoni, że obecna ustawa o sprzedaży nieruchomości cudzoziemcom pochodzi z zupełnie innej epoki. Jak w świetle tej ustawy wygląda na przykład transakcja giełdowa, podczas której większość akcji firmy posiadającej ziemię w Polsce znajdzie się przez dwie godziny w rękach zagranicznego inwestora? Czy giełda zawiesza wtedy obrót na miesiąc, aby nowy inwestor mógł uzyskać odpowiednie zezwolenie? Czy MSWiA zamierza też blokować internetowy handel papierami wartościowymi, aby za każdym razem, kiedy rozproszeni akcjonariusze uczestniczący na przykład w przetargu internetowym przypadkiem - i być może wcale o tym nie wiedząc - nabywają razem więcej niż 50 procent kapitału polskiej firmy posiadającej nieruchomości? Tam, gdzie ziemia i nieruchomości są częścią obrotu kapitałem, nie ma ani sensu, ani możliwości, aby ów obrót hamować administracyjnie. Obecnie MSWiA jest jeszcze w stanie opracować wnioski o zezwolenie na nabycie gruntów. Jeśli jednak Polska stanie się bardzo atrakcyjnym terenem dla inwestycji zagranicznych, to wydawanie zezwoleń stanie się albo fikcją, albo wielkim hamulcem tych inwestycji. Więcej, jeżeli Polska będzie objęta wszystkimi dotacjami Wspólnej Polityki Rolnej i opłacalność rolnictwa znacznie wzrośnie (o co zabiega polski rząd) - to i polskie grunty orne staną się atrakcyjne dla inwestorów zagranicznych, przyspieszy to koncentrację gruntów, a bezrobotni na wsi znajdą nowe miejsca pracy, ponieważ wieś będzie miała większą siłę nabywczą. Jeżeli UE pozbawi polskich rolników dobrodziejstw Wspólnej Polityki Rolnej, to nie będzie powodu, dla którego zagraniczni inwestorzy mieliby tu kupować więcej niż dotychczas. Nieruchomości rolne i nierolne Mimo wszystko istnieje jednak parę powodów, dla których utrzymanie pewnej kontroli nad obrotem nieruchomości może być korzystne. Restrukturyzacji rolnictwa będzie towarzyszyć komasacja gruntów. Nagły wzrost cen może ją utrudnić, szczególnie wtedy, kiedy transakcje nieruchomościami nierolnymi będą silnie wpływały na poziom cen nieruchomości rolnych. Jeżeli w ramach komasacji gruntów rolnik chciałby objąć dodatkową działkę, a tuż przedtem wieść o usytuowaniu supermarketu w okolicach spowodowałaby nagły wzrost cen, to ów rolnik musiałby dużo dopłacić lub zdecydować się na mniejszą działkę. Można tego uniknąć, oddzielając rynek ziemi rolnej od ziemi nierolnej. Jeżeli Polska przejmie acquis communitaire z zakresu Wspólnej Polityki Rolnej, to bardzo trudno będzie nierolnikom kupić ziemię rolną w celach spekulacyjnych. Wtedy też wzrost cen ziemi odrolnionej nie będzie już tak wpływać na poziom cen gruntów ornych jak dziś. Pochodzenie i popyt na ziemię Problemy, które może spowodować liberalizacja handlu nieruchomościami, nie wiążą się z pochodzeniem nabywców. Są one wywołane nagłym wzrostem popytu na ziemię - obojętnie, czy stoją za tym niemieccy, angielscy, czy polscy klienci. Dlatego też nie ma sensu, aby z przyczyn ekonomicznych ograniczyć obrót nieruchomościami według obywatelstwa potencjalnego nabywcy. Stosowanie "klucza obywatelskiego" ma sens, ale w innych przypadkach. Duży napływ obcokrajowców może stanowić problem społeczny, zwłaszcza na obszarach, na których ludność polska żyje dopiero od 1945 i ma - co łatwo udowodnić za pomocą badań socjologicznych - słabe poczucie zakorzenienia. Jest to sytuacja, która ani w Alzacji, ani na Majorce, ani na pograniczu niemiecko-duńskim nie ma miejsca i która może usprawiedliwić wyjątkowe rozwiązania. Jest to uzasadnienie przekonujące na terenach zachodnich, natomiast nie ma powodu, aby z tej przyczyny domagać się szczególnego traktowania na przykład Podlasia, Podkarpacia lub Gór Świętokrzyskich. Ograniczenia w nabywaniu gruntów nie muszą też stanowić bariery w osiedlaniu się większej liczby obcokrajowców na jakimś szczególnie atrakcyjnym terenie - mogą oni tam po prostu wynająć mieszkania, w wyniku czego wzrastają najpierw czynsze, a potem ceny nieruchomości, a temu ani obecna ustawa, ani jakikolwiek okres przejściowy nie zapobiegną. Limity wzrostu cen Podstawowym problemem w negocjacjach z UE nie jest więc, jak bronić się przed wykupem nieruchomości przez obcokrajowców. Nawet nie wstępując do UE, Polska nie mogłaby się przed tym skutecznie chronić. Musiałaby zamknąć się, wprowadzić samowystarczalność gospodarczą, wyłączyć się z międzynarodowego podziału pracy, znieść obrót giełdowy i zakazać używania Internetu. Podstawowym problemem jest natomiast, jak bronić się przed niektórymi negatywnymi następstwami ewentualnego gwałtownego wzrostu cen nieruchomości po przystąpieniu do UE. Problemom wywołanym nagłym wzrostem popytu na nieruchomości można zapobiec za pomocą odpowiedniego mechanizmu przeglądowego, jaki zresztą polscy negocjatorzy sami zaproponowali w związku z okresami przejściowymi dotyczącymi ochrony środowiska. Mogłoby to wyglądać tak: Polska i UE ustalają pewne limity wzrostu cen na danym terenie (na przykład w powiatach). Jeśli wzrost cen w jednym powiecie będzie wyższy niż ów limit, MSWiA na wniosek starosty może ponownie wprowadzić obowiązek uzyskania pozwolenia na kupno nieruchomości przez osoby nie mieszkające na stałe w danym powiecie. Przepis ten nie stosuje sprzecznego z prawem europejskim "klucza obywatelskiego" i nie ogranicza swobody transferu kapitału dopóty, dopóki nie następuje istotnie zachwianie równowagi na rynku nieruchomości w danym powiecie. Do czasu pojawienia się rzeczywistego problemu praktyka będzie więc całkowicie zgodna z prawem europejskim. Lekkie naruszenie zasad Wspólnego Rynku - ale bez dyskryminacji według klucza obywatelskiego - następuje dopiero wtedy, kiedy rzeczywiście pojawi się problem. Obecne ustawodawstwo nakłada obowiązek uzyskania zezwolenia przez zagranicznego nabywcę nawet wtedy, kiedy jest on w całej Polsce jedynym chętnym do kupna jakiejś większej działki. Problem wody i betonu Pozostaje jeszcze wiele pozaekonomicznych problemów spowodowanych nagłym wzrostem popytu na nieruchomości, którym ani obecna ustawa, ani żaden okres przejściowy nie są w stanie zapobiec. Gwałtowny wzrost cen nieruchomości w Międzyzdrojach miał miejsce wskutek wielkiego popytu na "drugie miejsca zamieszkania" wśród berlińczyków, z których jednak wielu ma polskie paszporty. Problemem stają się tam nie konflikty narodowościowe lub komasacja gruntów (w obrębie Wolińskiego Parku Narodowego i tak nie ma rolnictwa), lecz brak wody pitnej i "zabetonowanie krajobrazu" - zjawiska znane skądinąd z wysp środziemnomorskich. Przed tym można się uchronić - ale nie za pomocą ustawy, która jedynie obcokrajowcom zakazuje zabetonowywanie polskiego Wybrzeża.
W negocjacjach z UE Polska ubiega się o pięcioletni okres przejściowy dla sprzedaży nieruchomości miejskich pod inwestycje i osiemnastoletni okres przejściowy dla gruntów rolnych i lasów. Jednak cel, do którego zmierza polski rząd, dałoby się łatwiej osiągnąć poprzez uchwalenie nowocześniejszej ustawy o obrocie nieruchomościami.Problemy, które może spowodować liberalizacja handlu nieruchomościami, nie wiążą się z pochodzeniem nabywców. Problemom wywołanym nagłym wzrostem popytu na nieruchomości można zapobiec za pomocą odpowiedniego mechanizmu przeglądowego.
Podjęty został zapomniany spór o wartości zasadnicze, nie tylko dla kultury Kongres troski obywatelskiej FOT. MARTA IGNERSKA KRZYSZTOF MASŁOŃ Musi nam o coś chodzić - Józef Szajna przekonywał uczestników zakończonego w niedzielę Kongresu Kultury Polskiej, dopytując się, dlaczego w Teatrze Narodowym, miejscu kongresowych obrad, nie ma tych wszystkich artystów, których tak często, a nawet - jak powiedział - "za często" widzimy na szklanym ekranie. Pytanie zasłużonego twórcy należało potraktować jako retoryczne. Wiadomo, że "ulubieńcy mas" nakręcali w tym czasie kolejne odcinki seriali, pilnując kolejki do kasy. Nie ma w tym zresztą nic nagannego, z wysoką kulturą nie mają oni jednak nic wspólnego. Co natomiast zademonstrowali uczestnicy Kongresu Kultury Polskiej? Pomysły rodem z całkiem innej epoki, postawę roszczeniową, wąsko pojęty egoizm środowiskowy i zawodowy? Żal za bezpowrotnie utraconą uprzywilejowaną pozycją u boku rządzących? - Poprzednia władza udawała, że nas kocha. Obecna nawet nie udaje - mówiła z żalem Joanna Kulmowa, dzieląc się marzeniem, "żebyśmy znów uwierzyli w skuteczność buntu przeciw władzy". Wyidealizowała przy okazji obraz przeszłości, twierdząc, że w 1981 r., podczas przerwanego stanem wojennym Kongresu Kultury Polskiej, "byliśmy razem". Zależy kto z kim. Podobnie jest i teraz. Wystąpienia o pieniądze dla filharmonii, teatrów, muzeów stanowiły jednak kongresowy margines. Podobnie jak nie najważniejsza dzisiaj kwestia uruchomienia wyspecjalizowanego, poświęconego kulturze kanału telewizyjnego. To, co stało się naprawdę istotnego na Kongresie Kultury Polskiej dotyczyło sfery wartości. Spór o nie zdominował to wyjątkowe spotkanie twórców i animatorów kultury i to on przesądzi o ostatecznej ocenie Kongresu. W moim przekonaniu, pozytywnej. Potrzeba terapii - Spór o kulturę jest nieodwołalnie sporem o filozofię - twierdził podczas jednej z najważniejszych dyskusji kongresowych Henryk Kiereś, wyraźnie zarysowując sprzeczność między ideałami życia chrześcijańskiego a postmodernizmem szermującym hasłami pluralizmu, tolerancji, wolności. Z naciskiem zaakcentował przy tym, że "pociąg kultury europejskiej odjeżdża z Aten". Jeszcze mocniej zabrzmiały, źle zresztą przyjęte przez wielu zebranych, słowa ks. Wiesława Niewęgłowskiego o toksyczności wielu dzieł współczesnej kultury. - Pluralizm, który zaistniał w okresie transformacji w Polsce, nie stał się dla nas nową szansą - mówił duszpasterz polskich środowisk twórczych. - Kulturze potrzebny jest pluralizm ekumeniczny, przyjmujący bogactwo i wielość, ale w odniesieniu do pewnej wspólnej bazy wartości. Tymczasem wiele dzieł zaciera różnicę między dobrem a złem, prawdą a kłamstwem. Potrzebna jest terapia oparta na personalizmie, uniwersalnych wartościach mających swoje źródło w prawach boskich. Kto chciał, znalazł w tym wystąpieniu zapowiedź zamachu na wolności twórcze artystów. Co jednak z tych wolności wynika dla naszej kultury? Ostatnie dziesięciolecie, poza kilkoma spektakularnymi sukcesami z Nagrodą Nobla dla Wisławy Szymborskiej na czele, było dla kultury polskiej czasem jałowym, czasem zmarnowanych szans i środowiskowej degrengolady. Kto jest winny temu, że związki i stowarzyszenia twórcze nie mają znaczenia, że ranga Polskiego Pen Clubu po śmierci Artura Międzyrzeckiego jest żadna? Jeśli zaś chodzi o akty twórcze, to warto przypomnieć zdanie Tomasza Burka, który wolność uprawianą przez młodsze pokolenie pisarzy nazwał samowolą, a najgłośniejsze książki kończącej się dekady ekstraktami kiczu. Kicz kultury ponowoczesnej porównał Lech Witkowski do, w jego opinii - równie groźnego, kiczu fałszywego uwznioślenia. Polemizował z miejscem odjazdu pociągu kultury europejskiej, upominając się o tradycje judaistyczne i filozofię przedsokratejską. Ponowoczesność nie zagraża polskiej kulturze - zapewniał Witkowski - z całej Polski dobiega zaś wołanie o nowoczesność, gdyż odczuwamy, podobno, bolesny jej deficyt. Bronił także, na przykładzie przedstawień Krystiana Lupy, postmodernistycznego dorobku naszych artystów. Miejsce za stołem Na podstawie tych kilku głosów widać, że w dyskusjach kongresowych panował niejaki chaos. Utożsamiano bowiem teorię postmodernizmu z jego praktyką, a w konsekwencji ze stanem kultury współczesnej, co jest sporym nieporozumieniem. W zasadzie jednak zgadzano się ze zdaniem Cezarego Michalskiego, który jakiś czas temu powiedział, że w postmodernizmie najgorszy jest człowiek nijaki. Zygmunt Bauman, który z kolei w filozofii ponowoczesnej czuje się jak ryba w wodzie, pewne niebezpieczeństwo dostrzega w człowieku bez odpowiedzialności. I jest to niebezpieczeństwo jak najbardziej realne. Leon Dyczewski zwrócił tu uwagę na pewien paradoks: twórcy i artyści niebezpieczeństwa tego z całą pewnością unikną, stanowią bowiem zbiór zbyt wielkich indywidualności, w nijakość ucieknie natomiast społeczeństwo. Zdecydowana większość wystąpień nacechowana była czymś, z czym nie zetknąłem się już bardzo dawno - troską obywatelską. Byliśmy świadkami sporów zażartych na zasadnicze tematy, jak ten choćby dotyczący spotkania dziedzictwa kulturowego i narodowego z ponowoczesnością, któremu tyle miejsca poświęcam tutaj. Słuchając Ryszarda Legutki i Zygmunta Baumana, niezależnie od tego, czyje racje są komu bliższe, odczuwać można było tylko satysfakcję, że żyjemy w kraju, w którym podobne dyskusje są możliwe - i to na Kongresie Kultury Polskiej. Niewątpliwie, gdzie indziej znaleziono by miejsce za kongresowym stołem tylko dla jednego z nich. Na Kongresie spierano się o model kultury w społeczeństwie samorządnym, o wieloetniczność kultury, role elit i autorytetów, wreszcie o istotę i przyszłość polskości. Tego zagadnienia dotyka bezpośrednio problem, postawiony przez Ryszarda Kapuścińskiego już w otwierającym Kongres wystąpieniu - globalizacji i łączącej się z nią amerykanizacji życia i kultury. Ostrożny optymizm Wbrew być może uzasadnionym obawom stanowisko w tych kwestiach nie jest wcale jednoznaczne. Nieprzypadkowo Tadeusz Nyczek podczas dyskusji literaturoznawczej, gdy uczestnicy zaczęli wykpiwać samo pojęcie literatury obywatelskiej, zwrócił uwagę na to, że nie gdzie indziej, a właśnie w Stanach Zjednoczonych literatura taka zawsze miała się dobrze. Adam Kilian pytał natomiast, czy przypadkiem stan współczesnej kultury nie jest rezultatem komercji, lecz odwrotnie, to handel wynika z kultury. Jest prawdą, co nieustannie akcentuje Ryszard Kapuściński, że najbiedniejsze społeczeństwa na globalnym wolnym rynku nie mają z czym wystąpić, nie mają nic do zaoferowania. Ale na Boga, to nie nasze zmartwienie. Kultura polska zawsze była tym, czym - w najgorszych nawet latach - mogliśmy pochwalić się przed światem. Tegoroczne doświadczenia z Expo w Hanowerze, a zwłaszcza z Targów Książki we Frankfurcie, dowodzą, iż w dalszym ciągu nie mamy się czego wstydzić, a nawet - pod warunkiem wszak, że ustanie wreszcie pauperyzacja środowiska, co w jakiejś mierze obiecał premier Buzek, zapowiadając rok 2001 jako Rok Kultury - można pozwolić sobie na ostrożny optymizm. Optymizm ten Kongres Kultury Polskiej czyni jeszcze bardziej uzasadniony. Sprawiła to wysoka temperatura dyskusji, zaciętość sporów, wspólna polemistom tęsknota za arcydziełem, a także, może jeszcze nie powszechna, świadomość własnej wartości. Świadomość tego również, że po zbyt długo trwającym okresie zagubienia i przerażenia skutkami urynkowienia kultury, pora znów nazywać rzeczy po imieniu: szmirę - szmirą, kicz - kiczem, ramotę - ramotą. A nie "postmodernistycznym doświadczeniem", bo społeczeństwo nie odwróciło się od kultury wysokiej, tylko pomieszano mu w głowach, nazywając wideoklipy dziełami filmowymi, grafomańskie popisy - literaturą, a błazenadę - sztuką, wszystko jedno - plastyczną, muzyczną, teatralną itd.
Kulturze potrzebny jest pluralizm ekumeniczny, przyjmujący bogactwo i wielość, w odniesieniu do wspólnej bazy wartości. wiele dzieł zaciera różnicę między dobrem a złem, prawdą a kłamstwem. Potrzebna jest terapia oparta na personalizmie, uniwersalnych wartościach mających źródło w prawach boskich.Ostatnie dziesięcioleciebyło dla kultury polskiej czasem jałowym, czasem zmarnowanych szans i środowiskowej degrengolady.
BUDŻET 2000 Posłowie bardziej pamiętali o swoich wyborcach, niż o potrzebach kraju Co winien żubr, że nie żyje na Podkarpaciu RYS. MARCIN CHUDZIK KATARZYNA JĘDRZEJEWSKA Jeszcze nigdy decyzje o kształcie przyszłorocznego budżetu nie były podejmowane pod taką presją interesów lokalnych, jak stało się to kilka dni temu w Sejmowej Komisji Finansów Publicznych. Zarówno w trakcie kilkutygodniowych prac, jak i w momencie podejmowania ostatecznych decyzji komisja wykazała niewielkie zainteresowanie podstawami przyszłorocznego budżetu, a o słusznych wnioskach wysnuwanych podczas prac nad głównymi pozycjami w budżecie posłowie szybko zapomnieli, kiedy dzielono pieniądze. Nie były to zresztą wielkie pieniądze. W tym roku komisja postanowiła niemal w pełni zawierzyć rządowym wyliczeniom, więc kwota, na jaką obcięła wydatki niektórym resortom i instytucjom, nie przekroczyła 66 mln zł. Dla porównania: rok temu posłowie znaleźli oszczędności na ponad 220 mln zł, dwa lata temu - na 278 mln zł, trzy lata temu - na prawie 650 mln zł. Z oświaty na oświatę Mimo powszechnego przekonania o zbyt szczupłym budżecie policji i wojska, posłowie nie zwiększyli wydatków na obronę, a policji przyznali zaledwie 20 mln zł, które udało im się zaoszczędzić dzięki wcześniejszym cięciom. Przy zaplanowanym na przyszły rok prawie 4,7-mliliardowym budżecie policji była to kropla w morzu. Ktoś mógłby spytać: a GROM? Przecież komisja zwiększyła budżet tej jednostki o ponad 8 mln zł. To prawda, tyle że jednocześnie zabrała je z wydatków na... bezpieczeństwo publiczne. Było to więc tylko zwykłe przesunięcie, spowodowane przeniesieniem GROM z jednego resortu (MSWiA) do drugiego (MON). Nie inaczej było z oświatą i zdrowiem. Najpierw członkowie komisji zgodnie przyznawali, że wydatki na szkoły i opiekę zdrowotną nie wystarczają na pokrycie potrzeb, gdy jednak doszło do ostatecznych decyzji, zwiększyli środki na Internet w gimnazjach, zabierając je z... rezerwy na reformę oświaty. Natomiast zaplanowana przez rząd druga rezerwa - na działania osłonowe i restrukturyzację w ochronie zdrowia - posłużyła komisji za doskonałe źródło, z którego można było sfinansować wydatki na wybrane szpitale w wybranych województwach. Zabrać żubrom, dać Bieszczadom Nie był to jedyny przejaw partykularyzmu. Właściwie dwa ostatnie dni, kiedy komisja podejmowała w głosowaniach decyzje, stały się dla wielu posłów najlepszą okazją, by "załatwić" większą dotację do szpitala, straży pożarnej czy przejścia granicznego we własnym regionie. Bez najmniejszego zażenowania grupa posłów AWS złożyła około 26 odrębnych wniosków dotyczących jednego tylko województwa - podkarpackiego (propozycji dotyczących tego regionu było więcej, ale często sprowadzały się do jednego wniosku, rozpisanego pod kilkoma pozycjami). To nic, że posłowie, przyznając większe środki na zabytki podkarpackie, zabierali jednocześnie pieniądze zabytkom krakowskim, a zwiększając wydatki na trzy przejścia drogowe na Podkarpaciu, zmniejszali jednocześnie środki na przejścia drogowe w całej Polsce. Nie pamiętali przy tym lub nie chcieli pamiętać, że jedno z tych trzech przejść, w Korczowej, dostało już w tym roku dodatkowe środki, które miały wystarczyć na dokończenie jego budowy. Absurdalna była propozycja odebrania miliona złotych Krajowemu Centrum Doradztwa, Rozwoju Rolnictwa i Obszarów Wiejskich, by pieniądze te przekazać na doradztwo rolnicze w województwie podkarpackim. Jeszcze bardziej groteskowo brzmiało uzasadnienie: pozostawienie środków w Krajowym Centrum byłoby przejawem centralizacji, a my jesteśmy za decentralizacją (jednocześnie wnioskodawcy zapomnieli, że rok temu nie sprzeciwiali się, by wydatki na to samo Krajowe Centrum Doradztwa zwiększyć aż trzynastokrotnie). Trudno odmówić słuszności ich obecnej argumentacji, ale dlaczego akurat decentralizacja miałaby oznaczać przesuwanie środków do jednego województwa? Nie inaczej trzeba ocenić propozycję, by pół miliona złotych zabrać Białowieskiemu Parkowi Narodowemu i przekazać go dwóm innym parkom: Bieszczadzkiemu i Magurskiemu. Wnioskodawcy argumentowali, że chcieliby, aby dodatkowe środki posłużyły na odbudowę stacji meteorologicznej na bazie upadłego Igloopolu. Dlaczego akurat miałoby to się odbyć kosztem białowieskich żubrów? Wy nas - my was Z propozycji zgłaszanych przez tę grupę posłów można było wysnuć wniosek, że na Podkarpaciu nie ma pieniędzy absolutnie na nic: ani na straż pożarną, ani na inspekcje sanitarne i weterynaryjne, pomoc społeczną i wiele innych dziedzin życia. Za to mieszkańcom pozostałych regionów powodzi się nadzwyczaj dobrze. Ale można też było dojść do innej konstatacji: im więcej zgłosi się propozycji dotyczących własnego okręgu wyborczego, tym bardziej wzrosną szanse na "przepchnięcie" choćby kilku z nich. Zwłaszcza jeśli uda się to zrobić na zasadzie wymiany: wy nam poprzecie przejście graniczne na Podkarpaciu, my pomożemy wam dostać więcej pieniędzy na regionalny ośrodek pomocy społecznej na Podlasiu. Wskutek takich lub podobnych układów grupa posłów z województwa podkarpackiego wywalczyła dla swojego regionu 26 mln zł. To więcej, niż dostała policja, i więcej, niż otrzymała oświata w całej Polsce. - Zdziwiłabym się, gdyby w drugim sejmowym czytaniu budżetu nie zebrały się grupy posłów z innych województw, by złożyć wnioski o zwiększenie wydatków w ich regionach - podsumowała postępowanie kolegów posłanka UW Helena Góralska. Nie czas na założenia Wyraźnie zabrakło za to w komisji całościowego podejścia do projektu budżetu. Bez próby polemiki przyjęto zapewnienia Ministerstwa Finansów, że przyszłoroczna inflacja średnioroczna wyniesie 5,7 proc., a kurs dolara - 4 złote i 4 grosze. Nie chodzi o to, by z góry podważać resortowe wyliczenia (tak jak to robili kilka dni później posłowie opozycyjnego SLD), ale można było przynajmniej spytać przedstawicieli ministerstwa, czym uzasadniają tak duży optymizm i jakie wyjścia awaryjne przewidują na wypadek, gdyby wskaźniki wyraźnie się pogorszyły. Na nic zdały się pytania dwojga posłów Unii Wolności (Heleny Góralskiej i Andrzeja Wielowieyskiego) oraz posła PSL (Mirosława Pietrewicza), skoro ich dociekliwości nie wsparli koledzy z AWS. Nie spisali się także sprawozdawcy przedstawiający budżety poszczególnych resortów i instytucji. Wielu z nich ograniczyło się jedynie do prezentacji danych liczbowych i mało brakowało, by bez zastrzeżeń "przeszedł" budżet takich instytucji, jak Państwowa Inspekcja Pracy czy Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Nie budził podejrzeń sprawozdawcy ani planowany zakup 40 samochodów przez PIP, ani koszty budowy siedziby tej inspekcji we Wrocławiu, ani nawet brak informacji o przewidywanym wzroście płac. Idealnie wypadł w ocenie innego posła sprawozdawcy złożony w ostatniej chwili plan finansowy PFRON. Dopiero później okazało się, że nie ma w nim wielu istotnych danych o planowanych na 2000 rok wydatkach, a z tych, które PFRON przedstawił, wynikało, iż niektóre formy jego działalności będą... zanikać (na przykład tworzenie miejsc pracy, dofinansowanie usług transportowych dla niepełnosprawnych dzieci i młodzieży). W przypadku instytucji, która miałaby w 2000 roku wydać 1,6 mld zł, a oprócz tego trzymać 305 mln zł w bonach skarbowych, ponad 51 mln w akcjach i przeszło 79 mln zł na rachunkach bankowych, informacja o ograniczaniu niektórych form pomocy dla niepełnosprawnych mogła wydawać się co najmniej dziwna. Pokrzyczymy, darujemy Ale nawet tam, gdzie od początku pojawiały się zastrzeżenia, komisja w swoich ostatecznych decyzjach nic nie zmieniała. Czasami czyniła wręcz odwrotnie. Z niezrozumiałych względów przyznała na przykład dodatkowy milion złotych Urzędowi Ochrony Konkurencji i Konsumentów, choć zastrzeżeń do słabych efektów pracy tej instytucji miała niemało. Po wielokrotnym ponaglaniu rządu, by uregulował wszystkie zaległe zobowiązania z tytułu przynależności Polski do międzynarodowych organizacji, posłowie postanowili ostatecznie... obciąć budżet MSZ o 20 mln zł zaplanowanych właśnie na te składki. Po ujawnieniu bulwersujących informacji o trzydziestopięciomilionowym środku specjalnym w Urzędzie Nadzoru nad Funduszami Emerytalnymi (trzykrotnie wyższym niż środki z budżetu państwa na funkcjonowanie tej instytucji), jeden z posłów postanowił złożyć wniosek o... zwiększenie budżetu UNFE o 10 mln zł (na szczęście wniosek nie uzyskał większości w komisji). Właściwie tylko w przypadku Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji posłowie zachowali się konsekwentnie, krytykując i ostatecznie obcinając budżet tej instytucji o prawie 22,8 mln zł. Idealnie też nie bywało Niekonsekwencji podczas tegorocznych prac sejmowej komisji było znacznie więcej. Nie twierdzę, że w latach poprzednich było idealnie. Zasadą kilku ostatnich budżetów stało się na przykład lukrowanie prognoz dotyczących dochodów tylko po to, by zawyżone "papierowe" wpływy przekazać na z góry upatrzone cele. W tym roku - trzeba przyznać - dzielenia skóry na niedźwiedziu nie było. Nie było też zwiększania wydatków na własne diety i biura poselskie, przy jednoczesnych cięciach wydatków na płace w innych urzędach. A tak zdarzyło się rok temu. Ale nie sposób też nie zauważyć, że gdy dzielono wówczas budżetowe nadwyżki, dostawali je rolnicy, uczniowie i chorzy w całym kraju. Nie tylko na Podkarpaciu.
Jeszcze nigdy decyzje o kształcie przyszłorocznego budżetu nie były podejmowane pod taką presją interesów lokalnych, jak stało się to kilka dni temu w Sejmowej Komisji Finansów Publicznych. komisja wykazała niewielkie zainteresowanie podstawami przyszłorocznego budżetu, a o słusznych wnioskach wysnuwanych podczas prac nad głównymi pozycjami w budżecie posłowie szybko zapomnieli, kiedy dzielono pieniądze. Bez najmniejszego zażenowania grupa posłów AWS złożyła około 26 odrębnych wniosków dotyczących jednego tylko województwa - podkarpackiego. Z propozycji zgłaszanych przez tę grupę posłów można było wysnuć wniosek, że na Podkarpaciu nie ma pieniędzy absolutnie na nic. Za to mieszkańcom pozostałych regionów powodzi się nadzwyczaj dobrze.Ale można też było dojść do innej konstatacji: im więcej zgłosi się propozycji dotyczących własnego okręgu wyborczego, tym bardziej wzrosną szanse na "przepchnięcie" choćby kilku z nich.
ROZMOWA NA GORĄCO Ulrich Wachter, wiceprezes Lufthansy AG ds. europejskich Chcemy współpracować z LOT Rz: Czy lotnictwo cywilne nadal silnie odczuwa niekorzystne efekty ataków terrorystycznych z 11 września? ULRICH WACHTER: Nadal wielu Amerykanów boi się latać, ale Europejczycy powoli zapominają ten horror. W dalszym ciągu jest zapaść na rynku japońskim. Mam jednak nadzieję, że jeśli w ciągu najbliższych 2-3 miesięcy nie wydarzy się jakaś kolejna tragedia, sytuacja powoli unormalizuje się. Zapełnienie samolotów Lufthansy wygląda nieźle - 67,6 procent. To o 4,2 proc. mniej niż w dobrym 2000 roku. Ale trzeba pamiętać, że od początku 2001 roku odczuwaliśmy oznaki spowolnienia gospodarczego na świecie i sytuacja już wcześniej nie była zadowalająca. 11 września ją jeszcze pogorszył. Wyłączyliśmy z latania 44 samoloty, czyli nasze moce przewozowe spadły o 15 procent. Tak więc, chociaż wskaźnik zapełnienia samolotów nie wygląda źle, musimy go poprawić. Jak to ograniczenie mocy odbiło się na sytuacji całej firmy? Wprowadziliśmy kilka programów oszczędnościowych, ale nie zwolniliśmy nikogo z pracy. Zaoferowaliśmy korzystne warunki dla tych, którzy sami zrezygnują z pracy lub wcześniej odejdą na emeryturę. Zlecamy wykonywanie niektórych prac firmom spoza Lufthansy. A żadnego odchodzącego pracownika nie zastępujemy nowym. Czy pasażerowie odczuli oszczędności Lufthansy w jakiś sposób? Nie powinni tego akurat odczuwać. Natomiast warunki podróżowania po 11 września zdecydowanie się zmieniły. W lotach atlantyckich trzeba zdejmować buty do prześwietlenia, nie można mieć scyzoryka w bagażu podręcznym, a je się plastikowymi sztućcami. O innych wie tylko personel pokładowy. Pasażerowie nie mogą także zauważyć, w jaki sposób zostały wzmocnione drzwi do kabiny pilotów. W jaki sposób uczestniczenie w sojuszu pomaga w wypracowaniu lepszych wyników finansowych? W systemie, do którego należy kilku przewoźników, można sprzedać lepszą usługę, niż jest to w stanie zrobić jedna linia samodzielnie, więc pasażerowie kupując bilet mają to na uwadze. To się przekłada na wyniki. Star Alliance jest dużą grupą - należy do niego 15 przewoźników. Przez jakiś okres ją rozbudowaliśmy. Teraz chyba już nie powinna być poszerzana, natomiast warto zacieśnić współpracę w jej ramach. Polskie Linie Lotnicze otrzymały sygnał od Lufthansy, że ma szanse znaleźć się w Star. Pan teraz mówi, że na razie nie przewiduje się rozszerzania aliansu, któremu przewodzi Lufthansa? Czy nie ma w tym sprzeczności? Gdyby nadarzyła się okazja pozyskania do naszej grupy przewoźnika, który wypełni jakąś lukę, trzeba z niej skorzystać i Star powiększy się. Gdyby nie interesowała nas wieloletnia bliska współpraca z LOT, nie złożylibyśmy oferty trzy lata temu. Nadal jesteśmy zainteresowani tą współpracą. LOT pokrywa połączenia w Europie Środkowej, ale i Lufthansa, tak samo jak SAS i Austrian Airlines, latają już z polskich portów regionalnych. Po co więc rozszerzać Stara o LOT. Przecież te połączenia by się dublowały? Rzeczywiście, jako Star mamy dobre połączenia. Lufthansa sama także ma dobrą siatkę połączeń w Europie Środkowej i Wschodniej. Tyle że poszczególni członkowie aliansu starają się nie konkurować ze sobą na tych rynkach. Mamy już centra przesiadkowe we Frankfurcie, Monachium czy Wiedniu i Star rzeczywiście ma silną pozycję w tym regionie. Nadal jednak uważam, że na każdym dużym rynku europejskim jest miejsce dla narodowego przewoźnika. Jako linia z obcego kraju możemy starać się konkurować kompetencjami z przewoźnikiem z danego kraju, możemy uzupełnić jego usługi, ale nigdy go nie zastąpimy. I to ma specjalne znaczenie w przypadku takiego kraju jak Polska - gdzie mieszkają ludzie lubiący podróżować, mający interesy i kontakty praktycznie na całym świecie. To wielki potencjał dla przewoźnika lotniczego. Dla LOT doskonałe możliwości rozwoju widzę w przewozach do i ze Skandynawii, na południe Europy, także ze wschodu na zachód. Jeśli więc nie popełni błędów, ma przed sobą bardzo dobrą przyszłość. Jakie błędy, pana zdaniem, może popełnić teraz LOT? Wybrać nieodpowiedni sojusz. Wybór Swissaira był błędem. Miałem tę świadomość od początku. Brałem także udział w przygotowaniu oferty Lufthansy dla polskiego przewoźnika i gdyby to ona zwyciężyła, LOT byłby w stanie stawić czoła konkurencji. Wówczas jednak Swissair gotów był zapłacić o 10 milionów dolarów więcej. Uważam, że z trzech ofert złożonych - i naprawdę staram się być tak neutralny, jak tylko jest to możliwe - nasza oferta była najlepsza. Mogło jednak powstać uczucie, że Lufthansa chciałaby kontrolować LOT. To nieprawda. Zawsze byliśmy bardzo ostrożni, aby nie powstało takie wrażenie. Natomiast teraz wiarygodność przewoźników można ocenić po sposobie w jaki wychodzą z kryzysu. Ja jestem przekonany, że Lufthansa - jeśli nie popełni jakiegoś błędu - poradzi sobie z nim, podczas gdy inni mają i będą mieli kłopoty. Muszę jednocześnie przyznać, że LOT jest też na dobrej drodze do rozwoju. Gdybym ujawnił niektóre liczby, ale nie mogę tego zrobić, dowiodłyby one, że Lufthansa zaczyna przegrywać na niektórych trasach, gdzie konkuruje z LOT. W ubiegłym roku odczuliśmy to wyraźnie. I po raz pierwszy od lat nie byliśmy w stanie zwiększyć przewozów na trasach między Polską i Niemcami i nie miało to żadnego związku z sytuacją lotnictwa na świecie. LOT odebrał nam pasażerów, umocnił się jako narodowy przewoźnik i wypiera zagraniczne linie, bo jest coraz silniejszy. Chyba jednak wówczas nie chodziło tylko o pieniądze. Swissair oferował również rozwój przewoźnika i Warszawy jako centrum przesiadkowego. Czy, pana zdaniem, LOT nie rozbudował się zbytnio? Nie. Tłumaczy to wielkość rynku własnego i potencjał rozwoju. LOT powinien pozostać linią międzynarodową. Ale nie będzie się liczył, jeśli pozostanie sam. Lufthansa bez partnerów też nie miałaby szans. Żyjemy w epoce globalizacji i ten fakt musimy zaakceptować. Które posunięcie LOT było najbardziej dotkliwe dla Lufthansy? Zwiększenie częstotliwości lotów pomiędzy Niemcami, a Polską. LOT zwiększył liczbę miejsc, my pozostawiliśmy ją na tym samym poziomie. LOT wymienił duże samoloty na małe i latał częściej, pasażerom było wygodniej. Ludzie, którzy podróżują służbowo, lubią mieć kilka możliwości do wyboru. Gdyby więc LOT i polskie władze zdecydowały się na wybór Lufthansy i Star, jako partnera, co to oznaczałoby dla LOT? Taką linię jak Lufthansa lepiej jest mieć jako partnera, a nie jako przeciwnika. Ale nie wiem, czy w obecnej chwili Lufthansa byłaby w stanie kupić udziały w LOT. Finansowa sytuacja w lotnictwie zmieniła się diametralnie w stosunku do czasów, kiedy LOT sprzedawano po raz pierwszy. Za zeszły rok odnotujemy stratę, tak jak większość przewoźników. Nie będzie ona wysoka jak na firmę o takich rozmiarach jak Lufthansa. Rozmawiała Danuta Walewska
Rz: Czy lotnictwo cywilne nadal silnie odczuwa niekorzystne efekty ataków terrorystycznych z 11 września? ULRICH WACHTER: Nadal wielu Amerykanów boi się latać, ale Europejczycy powoli zapominają ten horror. W dalszym ciągu jest zapaść na rynku japońskim. Mam jednak nadzieję, że jeśli w ciągu najbliższych 2-3 miesięcy nie wydarzy się jakaś kolejna tragedia, sytuacja powoli unormalizuje się.Zapełnienie samolotów Lufthansy wygląda nieźle - 67,6 procent. To o 4,2 proc. mniej niż w dobrym 2000 roku. Ale trzeba pamiętać, że od początku 2001 roku odczuwaliśmy oznaki spowolnienia gospodarczego na świecie i sytuacja już wcześniej nie była zadowalająca.Wprowadziliśmy kilka programów oszczędnościowych, ale nie zwolniliśmy nikogo z pracy. W jaki sposób uczestniczenie w sojuszu pomaga w wypracowaniu lepszych wyników finansowych? W systemie, do którego należy kilku przewoźników, można sprzedać lepszą usługę, niż jest to w stanie zrobić jedna linia samodzielnie, więc pasażerowie kupując bilet mają to na uwadze. To się przekłada na wyniki. Star Alliance jest dużą grupą - należy do niego 15 przewoźników. Nadal uważam, że na każdym dużym rynku europejskim jest miejsce dla narodowego przewoźnika. Dla LOT doskonałe możliwości rozwoju widzę w przewozach do i ze Skandynawii, na południe Europy, także ze wschodu na zachód. Jeśli więc nie popełni błędów, ma przed sobą bardzo dobrą przyszłość.
Ponad dwa lata po przejęciu przez Chiny, Pekin nie wtrąca się w wewnętrzne sprawy Hongkongu Oaza swobody pod okiem Pekinu Dopóki głównym celem chińskiej dyplomacji jest powrót Tajwanu pod chiński sztandar, dopóty Hongkong pozostanie Hongkongiem, najbardziej wolnym rynkiem świata. FOT. ANNA BRZEZIŃSKA PIOTR GILLERT z Hongkongu Na pytanie, co zmieniło się w Hongkongu od czasu przejęcia tej byłej brytyjskiej kolonii przez Chiny, większość Hongkończyków przez chwilę się zastanawia, po czym odpowiada mniej więcej tak, jak Helen Mun-ying Woo, bibliotekarka z Uniwersytetu Hongkońskiego. - Od jakiegoś czasu dostajemy rachunki za prąd i wodę w języku chińskim - mówi. - Co poza tym? Poza tym wszyscy chcą się uczyć chińskiego, a z angielskim coraz gorzej. Wbrew obawom Zachodu Pekin, jak dotąd, nie zniszczył tej oazy obywatelskich swobód i wolnego rynku, jaką pozostawili po sobie Brytyjczycy. Chińczycy nie tknęli niezawisłych sądów, wolnych mediów, uszczypliwej opozycji, a przede wszystkim - bo Hongkong tym właśnie stoi - nie próbują regulować rynku. Pozostaje pytanie, na jak długo starczy im cierpliwości i czy proces subtelnego "dokręcania śruby" już się nie zaczął. Kłopoty z gospodarką Najwyraźniej widoczną zmianą na gorsze po lipcu 1997 roku był kryzys gospodarczy. W zeszłym roku, po raz pierwszy od czasu, gdy przed 38 laty zaczęto zestawiać dane gospodarcze, całoroczne PKB zmniejszyło się, i to aż o 5,1 procent. Wiele firm obniżyło zarobki pracownikom, niektóre zaczęły zwalniać ludzi. Nikt nie ma jednak wątpliwości, że ta zapaść nie miała związku z przejęciem Hongkongu przez Chiny, lecz była spowodowana głębokim kryzysem finansowym, który rozpoczął się właśnie w 1997 roku w Tajlandii, a potem przeniósł się po kolei na wszystkie kraje regionu. Według tegorocznego Indeksu Wolności Gospodarczej, publikowanego przez Heritage Foundation, Hongkong pozostaje (od pięciu już lat) najbardziej wolnorynkową gospodarką świata. - Pekin nie wtrąca się w nasze sprawy finansowe i gospodarcze - mówi Manohar Chugh, biznesmen i przewodniczący komisji europejskiej w Hongkońskiej Izbie Handlowej. - Nawet więcej, swą spokojną, odpowiedzialną polityką finansową pomógł nam przetrwać najgorsze momenty. Ten rok jest już lepszy dla hongkońskiej gospodarki i wszystko wskazuje na to, że odbiła się od dna. Jak zauważa Chugh, biznesmeni są generalnie zadowoleni z rządów mianowanego przez Pekin szefa lokalnych władz Tung Chee-hwa. Wolna prasa samoocenzurowana Gazety w Hongkongu nadal są najlepszym na świecie źródłem rzetelnej, dogłębnej informacji o tym, co dzieje się w chińskiej polityce. Gdy Pekin wypuszczał z więzienia dysydentów Wei Jingshenga i Wang Dana lub gdy 10 tysięcy zwolenników sekty Falun Gong demonstrowało przed siedzibą władz ChRL, prasa w Chinach milczała. Wystarczyło jednak, by mieszkaniec Shenzhen, przy granicy z Hongkongiem, przeszedł na drugą stronę granicy, a dowiedział się wszystkiego ze szczegółami z pierwszych stron hongkońskich gazet. Dziennikarze w Hongkongu narzekają jednak, że wolność słowa ma od czasu przejścia pod chińskie panowanie pewne granice. - Jeśli chodzi o krytykowanie lokalnych władz, to mamy pełną swobodę - mówi jeden z dziennikarzy, prosząc o zachowanie anonimowości. - Ale o władzach w Pekinie musimy pisać bardzo ostrożnie, może nie tyle przeinaczając informacje, ile powstrzymując się od naprawdę ostrych komentarzy. Przyczyną nie są zresztą naciski bezpośrednio z Pekinu. Komentatorzy w Hongkongu zgodnie zauważają, że chodzi tu raczej o samocenzurę - właściciele gazet sami powstrzymują co bardziej krewkich dziennikarzy od ataków na Pekin, bo większość z nich prowadzi różne interesy w ChRL i nie chce zadzierać z tamtejszymi władzami. Jak zauważa jednak dziennikarz, ta samocenzura jest dość subtelna, bo hongkoński czytelnik, przyzwyczajony do miarodajnych opinii, szybko wyczuje fałsz. Ostatnio największe poruszenie opinii publicznej w Hongkongu wywołała sprawa Cheung Man-yee, szefowej publicznej stacji telewizyjno-radiowej RTHK, która od lat pełni w Hongkongu rolę podobną do BBC w Wielkiej Brytanii - a więc medium sponsorowanego z państwowej kasy, ale niezależnego i często krytycznego wobec rządu. Niepokojąca sprawa pani Cheung Cheung bywała bardzo krytyczna i już przed dwoma laty ściągnęła na siebie ataki, m.in. ze strony propekińskich polityków w lokalnym parlamencie. Latem tego roku zaprosiła do studia przedstawiciela Tajwanu w Hongkongu, by wyjaśnił znaczenie deklaracji swego prezydenta Lee Teng-hueia w sprawie międzypaństwowego statusu stosunków między Pekinem i Tajpej. Pekin odebrał tę deklarację jako krok w kierunku formalnego oderwania się wyspy od ChRL. Dlatego też władze chińskie musiały być wściekłe, że w tym samym czasie, gdy w całych Chinach media jednym głosem potępiają Lee - jako zdrajcę narodu - hongkońska telewizja państwowa nadaje wypowiedzi przedstawiciela tegoż Lee. Przed trzema tygodniami władze niespodziewanie ogłosiły, że Cheung zostaje przeniesiona na stanowisko przedstawiciela handlowego do Tokio. W mediach zawrzało. Mimo zaprzeczeń, zarówno ze strony Tung Chee-hwa, jak i samej Cheung, większość komentatorów jest zdania, że szefowa RTHK została - choć w sposób możliwie mało bolesny - ukarana za "aferą tajwańską". Zdaniem Danny'ego Gittingsa, komentatora dziennika "South China Morning Post", przyczyna przeniesienia Cheung do Tokio jest oczywista. - Cheung podejmowała wiele decyzji kontrowersyjnych dla rządu - uważa Gittings. - Jej przeniesienie to sygnał dla innych urzędników rządowych, żeby nie zapominali, kto tu rządzi. Znany z ostrych wystąpień przeciw Pekinowi przywódca partii demokratycznej Martin Lee idzie jeszcze dalej: jego zdaniem cała sprawa to początek końca wolności słowa w Hongkongu. Parę dni po tym, jak ogłoszono przeniesienie Cheung do Tokio, w telewizji RTHK nadano na żywo dyskusję panelową, której uczestnicy krytykowali władze za próbę kontrolowania tejże telewizji. Nawet jeśli sprawa Cheung jest niepokojącym sygnałem na przyszłość, to na razie widzowie RTHK mogą spać spokojnie. Słaba opozycja a Tajwan Gdy podczas wizyty Jiang Zemina w Londynie brytyjska policja w wyjątkowo ostry sposób tłumiła wszelkie próby demonstracji obrońców praw człowieka, Emily Lau, jedna z liderek prodemokratycznej hongkońskiej opozycji, przyznała, że "chyba jest u nas pod tym względem nieco lepiej niż w Wielkiej Brytanii". W Hongkongu nawet antypekińskie demonstracje odbywają się w biały dzień bez żadnych przeszkód. (Choć Tung Chee-hwa wezwał niedawno ugrupowania prodemokratyczne, by zaprzestały corocznych zgromadzeń w rocznicę masakry na placu Tienanmen, jest mało prawdopodobne, by ktokolwiek go posłuchał.) Opozycja ma inny problem: coraz mniej ludzi chce jej słuchać. Ostatnie sondaże wykazują malejące zainteresowanie polityką, co oznacza ogólną aprobatę dla władz ("można zostawić politykę w ich rękach i zająć się biznesem") i rosnącą obojętność wobec opozycji, która jeszcze za rządów brytyjskich pełniła rolę nie tyle alternatywnego ośrodka władzy, ile cenzora rządu. - Opozycja, która w dużej mierze zawdzięczała swą popularność temu, że miała odwagę krytykować dwa wielkie mocarstwa - Londyn i Pekin - nagle nie ma się komu przeciwstawiać - uważa profesor Lau Siu-kai, renomowany socjolog i politolog z Uniwersytetu Hongkońskiego. - Ponieważ Pekin w zasadzie dotrzymuje słowa i nie wtrąca się w wewnętrzne sprawy Hongkongu, a lokalny rząd, określany jako "propekiński" nie prześladuje przeciwników Pekinu w Hongkongu, opozycji brakuje szlachetnej sprawy, na której mogłaby oprzeć swój prestiż. Skąd tak liberalne podejście Pekinu do spraw Hongkongu? - Erozja wolnej prasy i swobód obywatelskich nie byłaby korzystna dla Pekinu - twierdzi główny redaktor polityczny "South China Morning Post" Chris Yeung. - Sprawiłaby ona bowiem, że konstrukcja "jedno państwo, dwa systemy" stałaby się całkiem nieatrakcyjna dla 22 milionów Tajwańczyków, którzy widzieliby w niej zapowiedź podobnego losu dla siebie. Dopóki głównym celem chińskiej dyplomacji jest powrót Tajwanu pod chiński sztandar, dopóty Hongkong pozostanie Hongkongiem, najbardziej wolnym rynkiem świata. Gdyby Pekin próbował zbyt mocno dokręcić śrubę, pierwsza powiadomi nas o tym telewizja RTHK.
Wbrew obawom Zachodu Pekin nie zniszczył tej oazy obywatelskich swobód i wolnego rynku, jaką pozostawili po sobie Brytyjczycy. Chińczycy nie tknęli niezawisłych sądów, wolnych mediów, uszczypliwej opozycji, a przede wszystkim - bo Hongkong tym właśnie stoi - nie próbują regulować rynku. Według tegorocznego Indeksu Wolności Gospodarczej, publikowanego przez Heritage Foundation, Hongkong pozostaje (od pięciu już lat) najbardziej wolnorynkową gospodarką świata. Gazety w Hongkongu nadal są najlepszym na świecie źródłem rzetelnej, dogłębnej informacji o tym, co dzieje się w chińskiej polityce. Dziennikarze w Hongkongu narzekają jednak, że wolność słowa ma od czasu przejścia pod chińskie panowanie pewne granice. Przyczyną nie są zresztą naciski bezpośrednio z Pekinu. Komentatorzy w Hongkongu zgodnie zauważają, że chodzi tu raczej o samocenzurę.
RZĄD O wsi, stanowiskach negocjacyjnych z Unią Europejską i mieszkaniach Dwukrotna renta dla rolnika Rolnik, który pięć lat przed przejściem na emeryturę przekaże (sprzeda) innemu rolnikowi gospodarstwo rolne powyżej 5 hektarów, będzie mógł dostawać przez te pięć lat rentę strukturalną równą dwukrotności renty minimalnej. Powstałe w wyniku takiego przekazania gospodarstwo nie może jednak mieć mniej niż 15 ha - postanowił wczoraj rząd, przyjmując jeden z dwóch nie uzgodnionych w ubiegłym tygodniu punktów "Spójnej polityki strukturalnej obszarów wiejskich i rolnictwa". Rząd spodziewa się, że zainteresowanie rolników rentami strukturalnymi może być bardzo duże, więc dla ostrożności przyjmuje, że rocznie na tego typu rentę będzie przechodzić 10 tys. rolników. Wypłata rent będzie kosztować rocznie ok. 50 mln zł. Licząc, że przez trzy lata co roku przybywałoby kolejnych 10 tys. rolników zainteresowanych rentami, łączny koszt ich wypłat wyniósłby przez ten czas 300 mln zł. Te trzy lata to okres przed przyjęciem do UE, kiedy to renty strukturalne musiałyby być w całości finansowane z budżetu państwa. W okresie poakcesyjnym (cztery lata) mogłyby być w 75 proc. finansowane przez Unię Europejską. Rolnik, który chciałby dostać rentę, musiałby w całości sprzedać innemu rolnikowi swoje gospodarstwo. W zamian, do czasu przejścia na zwykłą emeryturę, dostawałby rentę strukturalną równą 2-krotności renty minimalnej. Jeżeli gospodarstwo byłoby przekazywane przez małżeństwo rolników, to każde z nich mogłoby dostać 1,5 renty minimalnej, a więc oboje dostawaliby w sumie 3-krotność renty minimalnej. Warunkiem wejścia w życie tego programu jest, by był on spójny z dotychczasowym programem przechodzenia na wcześniejszą emeryturę i by nie doszło do nagłego odejścia z gospodarstw zbyt wielu rolników. Dziś, przy obecnym systemie wcześniejszych emerytur, przechodzi na nie rocznie ok. 15 tys. rolników. Rząd liczy, że w nowym systemie przechodzących będzie mniej, bo nie każdy rolnik ma gospodarstwo o powierzchni co najmniej 5 ha. - Na 15 krajów Unii Europejskiej 10 z nich stosuje taki system rent - powiedział po posiedzeniu rządu wiceminister rolnictwa Henryk Wujec. Rząd przyjął też drugi nie uzgodniony w ubiegłym tygodniu punkt "Spójnej polityki strukturalnej", dotyczący poprawy oświaty na wsi. Pakt dla rolnictwa Ministrowie zaakceptowali wstępnie "Pakt dla rolnictwa i obszarów wiejskich", przedstawiający średnio- i długookresowe działania na rzecz rolnictwa. Pakt musi być zgodny z przygotowywaną ustawą budżetową na 2000 r., więc rząd przyjmie go prawdopodobnie w przyszłym tygodniu. Podstawowym celem paktu jest zrównanie szans rozwoju ludności zamieszkującej obszary wiejskie z tymi, jakie ma ludność miejska. Jak powiedział wczoraj wiceminister Wujec, rząd chciałby, by w okresie przed i poakcesyjnym w rolnictwie powstało ponad 600 tys. nowych miejsc pracy, wybudowanych zostało 80 tys. dróg, a zalesionych byłoby ok. 200 tys. ha gruntów, zaliczanych do V i VI klasy. Na realizację paktu potrzebne będą niemałe środki finansowe, które w części będą pochodzić z bezzwrotnej pomocy Unii Europejskiej. Szansa uzyskania tego wsparcia (w wysokości blisko 200 mln euro rocznie przez okres 7 lat) powstanie już w przyszłym roku (tzw. fundusz SAPARD). O tym, czy zostanie ona wykorzystana, przesądzi jakość przygotowanych przez Polskę projektów restrukturyzacji rolnictwa i wsi oraz gotowość rządu do współfinansowania tych przekształceń. Tymi właśnie kwestiami zajmuje się "Spójna polityka strukturalna rozwoju obszarów wiejskich i rolnictwa", który to dokument przekazany zostanie wkrótce Unii Europejskiej. Kolejne stanowiska Oprócz stanowiska negocjacyjnego w dziedzinie swobodnego przepływu kapitału (problem nabywania ziemi przez cudzoziemców), rząd przyjął również dwa inne stanowiska negocjacyjne, w kwestii polityki transportowej i swobody świadczenia usług. W obu przypadkach Polska wystąpi o pewne okresy przejściowe. W dziedzinie transportu rząd wystąpi o 3-letni okres przejściowy po przystąpieniu do UE przed ostatecznym otwarciem rynku transportu lotniczego. Wcześniej jednak, zapewne 1 stycznia 2001 r., Polska przystąpiłaby do tzw. europejskiego obszaru swobodnego nieba, znosząc kontrolę cen biletów lotniczych i dopuszczając do obsługi lotów tzw. przewoźników "trzecich" (nie będących przewoźnikiem narodowym kraju docelowego linii). Stopniowo gwarantowany udział LOT w rynku malałby z 45 do 40, 35 i 30 proc. Równocześnie jednak polski przewoźnik miałby prawa do przejęcia 55, 60, 65 i 70 proc. rynku, gdyby ukazał się konkurencyjny. Pozwoliłoby to na zasadniczy spadek cen biletów i poprawę jakości usług. 1 stycznia 2006 r. nastąpiłaby pełna liberalizacja rynku - każdy unijny przewoźnik mógłby bez ograniczeń obsługiwać linie wewnątrz Polski oraz z Polski i do Polski. Stanowisko rządu, zakładające szybką prywatyzację LOT, jest dość ambitne i jest mało prawdopodobne, aby Brukseli udało się wymusić skrócenie tego kalendarza. Również kilka lat po przystąpieniu do UE (zapewne w 2006 r.) Polska wypełni unijny wymóg przywrócenia rentowności kolei. Nie sprecyzowano natomiast, jak szybko nasz kraj dostosuje się do unijnych norm twardości dróg, które wytrzymują 11,5 tony nacisku na oś (w Polsce najczęściej mniej niż 5 ton). Zdaniem przedstawicieli rządu, potrzeba na to 15-25 lat. Rząd odstąpił natomiast od ubiegania się o okres przejściowy przed przyjęciem unijnych norm bezpieczeństwa, socjalnych, technicznych czy ekologicznych wobec krajowych firm transportowych. W przyjętym wczoraj stanowisku w sprawie swobody przepływu usług rząd wystąpił natomiast do UE o odłożenie o 5 lat poza datę członkostwa wymogu posiadania przez banki spółdzielcze 1 mln euro kapitałów. Dziś z tego powodu większość z nich musiałaby zrezygnować ze swojej działalności. Program mieszkaniowy Rząd przyjął założenia polityki mieszkaniowej państwa na lata 1999-2003. Punktem wyjścia jest likwidacja od 2000 r. "dużej" ulgi budowlanej i "małej" ulgi remontowej. Osoby, które już zaczęły lub jeszcze zaczną do końca 1999 r. inwestycję, mogłyby korzystać z ulgi podatkowej maksymalnie przez trzy lata, a więc do końca 2002 r. Stopniowo wygasałby też system dopłat do starych kredytów spółdzielczych, których wielkość ocenia się na ok. 5,5 mld zł (jesienią ma być gotowa ustawa o restrukturyzacji PKO BP). Docelowo wygasałyby też wypłaty premii gwarancyjnych dla właścicieli książeczek mieszkaniowych. W zamian ruszyłby program "Własne mieszkanie" dla rodzin, które nie mają wystarczająco dużo pieniędzy na zakup mieszkania i muszą korzystać z kredytu bankowego. Rząd postanowił, że nie będzie można odliczać odsetek od tego kredytu od podstawy opodatkowania. Ministrowie wybrali inny wariant pomocy państwa: budżet dopłacałby do odsetek od kredytu (dopłaty sukcesywnie malałyby). W sierpniu mają trwać prace nad ustawą o tym programie. Prowadzone byłyby też prace nad ustawą o kredycie remontowym oraz ustawą zmieniającą system kas mieszkaniowych (zakładającą regularne oszczędzanie na porównywalnej do rynkowej stopie procentowej, z promesą uzyskania taniego kredytu po zakończeniu oszczędzania). Urząd Mieszkalnictwa i Rozwoju Miast zakłada, że w październiku rząd przyjąłby te projekty i przesłał do Sejmu. Natomiast w najbliższym czasie powinien trafić do KERM projekt ustawy o zmienionych dodatkach mieszkaniowych (dotacje budżetowe przekazywane gminom na dodatki byłyby powiązane z polityką czynszową; ma to zmusić gminy, by ustalały czynsze na poziomie pozwalającym pokryć koszty eksploatacji i remontów budynków). Wkrótce do KERM ma być też przesłany projekt ustawy o ochronie lokatora oraz socjalny program mieszkaniowy. Natomiast wczoraj rząd przyjął projekt nowelizacji ustawy o własności lokali. W 1999 r. wydatki budżetu na sferę mieszkaniową i podatkowe ulgi budowlane będą kosztować łącznie 5,4 mld zł. W 2000 r. byłoby to 5,9 mld zł, w 2001 r. - 5,3 mld zł, w 2002 r. - 5,4 mld zł, w 2003 r. - 5,5 mld zł. - Rada Ministrów przyjęła sprawozdanie finansowe z działalności Agencji Mienia Wojskowego za okres od 1 października 1997 r. do 31 grudnia 1998 r. D.E.
Ministrowie zaakceptowali wstępnie "Pakt dla rolnictwa i obszarów wiejskich". rząd wystąpi o 3-letni okres przejściowy przed otwarciem rynku transportu lotniczego. odstąpił od ubiegania się o okres przejściowy przed przyjęciem unijnych norm wobec firm transportowych. wystąpił o odłożenie o 5 lat poza datę członkostwa wymogu posiadania przez banki spółdzielcze 1 mln euro kapitałów. przyjął założenia polityki mieszkaniowej.
Prezydent Joseph Estrada utracił poparcie społeczne i oddał ukochaną władzę Koniec filipińskiego Nikodema Dyzmy Odsunięty od władzy Joseph Estrada żegna grupę swoich zwolenników z pokładu barki, którą odpłynął z pałacu prezydenckiego. Estradzie zarzuca się, że okradł państwo na około 2,6 miliona dolarów. Nowa prezydent Gloria Macapagal-Arroyo zapowiedziała, że jej poprzednik odpowie przez sądem za "grabież ekonomiczną". (C) EPA STANISŁAW GRZYMSKI Piętnaście lat temu dyktatora Filipin, Ferdinanda Marcosa, obalała biedota wspierana przez Kościół katolicki i zbuntowane odziały armii. Teraz przeciwko prezydentowi Josephowi Estradzie, wystąpiły burżuazyjna elita, wielki biznes i generalicja, które nie cierpiały plebejskiego idola. Byłego aktora, pijaka, kobieciarza, rozpustnika i hazardzisty nie znosił też od samego początku Kościół, a arcybiskup Manili, kardynał Jaime Sin nazwał go nawet "kreaturą z piekła rodem". Najbardziej uwielbiali go natomiast bezrobotni, bezdomni i biedacy z podmiejskich slumsów. Kilkuset takich biedaków poniosło śmierć na jesieni ubiegłego roku na wielkim śmietnisku w Paytas, pod Manilą, gdy wielka hałda gnijących odpadków zapaliła się i runęła na ich budy, zbudowane z kartonu i kawałków blachy. Miał odebrać bogatym Kilka milionów żyjących w nędzy Filipińczyków głosowało w wyborach prezydenckich w 1998 roku na Josepha Estradę, ubóstwianego filipińskiego Robin Hooda z seriali telewizyjnych, który obdzierał bogaczy ze skóry i wszystko, co zdobył, oddawał biednym. Ludzie ci wierzyli, że taki naprawdę jest ich ulubieniec i że spełni on obietnice składane w czasie kampanii wyborczej. A przyrzekał milionom ubogich poprawę poziomu życia, skorumpowanym urzędnikom zaś groził więzieniem. - Osobiście przypilnuję, aby bogacze płacili wszystkie podatki - zapowiadał na jednym z wieców. Estrada dobrze wiedział, że na Filipinach wystarczy być postacią znaną i głosić populistyczne hasła, aby zdobyć władzę. Po drabinie kariery piął się w stylu Nikodema Dyzmy. Był bardzo sprytny i miał nosa. Źródłem jego sukcesu były role macho lub dobroczynnego rozbójnika, jakie grał w kilkudziesięciu filmach. Był powszechnie lubiany i szybko zdobywał przyjaciół. W czasach rządów swego poprzednika, generała Fidela Ramosa, był już wiceprezydentem. Skłonność do pijaństwa, gier hazardowych i rozpusty początkowo nie szkodziły Estradzie w karierze. Z powodu licznych przywar Filipińczycy uznali go za równego chłopa. Nadali mu przydomek "Erap", co w filipińskim języku tagalog oznacza "kumpel". Estrada nigdy nie ukrywał skłonności do kobiet, alkoholu i hazardu. - Wszyscy wiecie, że nie jestem świętym i nigdy nie miałem się za takiego. Mam wady jak każdy człowiek. W jednym z wywiadów radiowych przyznał, że ma wiele kochanek i liczne potomstwo ze związków pozamałżeńskich. Nowy styl Estrada jako polityk nie wykazywał specjalnych zdolności, otoczył się natomiast gronem utalentowanych doradców. Nie najlepiej się czuł wśród ludzi establishmentu, w towarzystwie dyplomatów, elity kulturalnej. Lubił natomiast przebywać z ludźmi prostymi, rozmawiać z przechodniami na ulicy, dawać żebrakom jałmużnę lub drobne upominki. Urzędnicy z jego otoczenia opowiadają, że prezydent nie miał koncepcji sprawowania władzy, a debaty polityczne go nudziły. Jeśli już brał udział w oficjalnym posiedzeniu rządu, to na ogół milczał, zasypiał lub po krótkim czasie wychodził. Sprawy państwowe były natomiast często omawiane nieformalnie w jadalni pałacu prezydenckiego przy suto zastawionym stole. Estrada lubił zwłaszcza wieczorne dyskusje przy kieliszku, które często trwały aż do rana. Na te nietypowe spotkania przychodzili członkowie rodziny prezydenta, jego dawni szkolni koledzy, a przede wszystkim ludzie, z którymi prowadził interesy, niektórzy o nie najlepszej reputacji, czasem wręcz mafiosi. Jednym z bywalców przyjęć był Luis Singson, feudalny kacyk, gubernator północnej prowincji Ilocos Sur. Szybko wkradł się w łaski prezydenta i często chwalił się, że jest jego przyjacielem. Singson, który żyje w świecie rewolwerów i samochodów z kuloodpornymi szybami, odegrał ważną rolę w doprowadzeniu do upadku Estrady. Złożył zeznania w parlamencie o przyjmowaniu przez prezydenta wielkich łapówek. Gdyby nie te zeznania, Estrada pewnie dotrwałby do końca kadencji (jeszcze dwa lata). Singson ujawnił, że przekazywał prezydentowi część wpływów z nielegalnej loteryjki liczbowej Juteng, bardzo popularnej wśród biedoty. Prezydent miał otrzymać łącznie ponad 400 milionów peso (8,5 miliona dolarów). W przeszłości bardzo często wysuwano wobec Estrady zarzuty o korupcję, naruszanie konstytucji i nadużywanie władzy, ale tym razem miarka się przebrała. Zeznania gubernatora posłużyły opozycji, która od dawna gromadziła przeciwko prezydentowi dowody w celu złożenia w parlamencie wniosku o postawienie Estrady w stan oskarżenia z powodu korupcji. Dziewięć grzechów głównych Lista zarzutów, które znalazły się w formalnym akcie oskarżenia, była długa: 1) przyjęcie wspomnianej łapówki od Singsona, 2) bezpośrednie lub pośrednie wykorzystanie na cele osobiste 130 milionów peso (2,765 miliona dolarów) z kwoty 200 milionów peso, jaka wpłynęła do budżetu z opodatkowania plantatorów tytoniu, 3) bezpośredni udział w transakcjach nieruchomościami, prowadzonych przez firmę kontrolowaną przez jego rodzinę. 4) zatajenie przed urzędem podatkowym wpływów osiąganych przez niego i jego najbliższą rodzinę w licznych przedsiębiorstwach, 5) złamanie prezydenckiej przysięgi i nadużycie stanowiska podczas interwencji w Komisji Papierów Wartościowych na korzyść swego przyjaciela, którego firma BW Resource Corp dopuściła się karygodnych manipulacji giełdowych, 6) nadużycie publicznego zaufania z powodu przyznania fundacji, organizowanej przez jego żonę, rządowej dotacji w wysokości 100 milionów peso (2,127 miliona dolarów). 7) mianowanie krewnych i przyjaciół na stanowiska państwowe, 8) rozdanie swym sekretarzom i innym faworyzowanym urzędnikom 52 luksusowych limuzyn, skonfiskowanych przemytnikom przez urząd celny, 9) niezgodne z konstytucją wyznaczanie niektórych członków swego gabinetu na inne jednoczesne stanowiska rządowe.Szef państwa stanął przed trybunałem. Kolegium sędziowskie stanowiło 22 senatorów, którzy przywdziali na tę okazję czarne togi. Wytrwać jak Bill Clinton Ale do wydania wyroku nie doszło, gdyż lojalni wobec prezydenta senatorzy większością głosów nie dopuścili do ujawnienia operacji bankowych, dokonywanych przez prezydenta bezpośrednio lub z jego upoważnienia. Mogłoby się bowiem okazać, że ogromne kwoty, jakimi obracał, pochodziły z łapówek, które otrzymywał od ludzi interesu, w tym od mafii. Oskarżyciele, wyłonieni spośród deputowanych Izby Reprezentantów, zdominowanej przez opozycję, podali się do dymisji na znak protestu przeciwko decyzji Senatu. Nowi nie zostali wyznaczeni. Proces prezydenta została praktycznie zawieszony na zawsze. Estrada łudził się, że wyjdzie z opresji obronną ręką, tak jak to się udało Billowi Clintonowi. Przyjął zresztą podobną taktykę jak były prezydent USA w aferze z Moniką Lewinsky: zaprzeczać wszystkim oskarżeniom i czekać, aż znajdą się dowody. Wierzył, że jego zwolennicy w Senacie nie dopuszczą do ich znalezienia. Twierdził do końca, że nie jest winien, że padł "ofiarą spisku bogatych, a lud go nadal popiera". Mylił się. Po ujawnieniu afery łapówkarskiej wszystko zaczęło się nagle walić. Prezydenta zaczęli opuszczać najbliżsi współpracownicy. Odeszli ministrowie, doradcy ekonomiczni i polityczni oraz kongresmani z jego własnej partii. Dymisji Estrady zażądały koła biznesu, przerażone fatalnym stanem gospodarki. Po stronie opozycji stanęła w końcu armia. Los prezydenta był już przesądzony. Nie tylko na Filipinach Przypadek Estrady jest typowy dla wysoko postawionych ludzi w wielu krajach azjatyckich i nie tylko. Na Filipinach, gdzie system feudalny jest silnie zakorzeniony, obowiązuje tradycyjny system patronacki. Prezydent kupuje sobie lojalność podwładnych za pieniądze z rządowych funduszy, rozdaje stanowiska, mianuje gubernatorów prowincji w zamian za głosy wyborców, ułatwia biznesmenom zawieranie kontraktów w zamian za finansowanie kampanii wyborczej. Skorumpowani poborcy fiskalni przymykają oczu na dochody prezydenta i jego faworytów. Filipiny, była kolonia USA, przyjęły model amerykańskiej demokracji i jej system prawny. W raporcie organizacji Transparency International znajdują się one na liście najbardziej skorumpowanych państw świata. Raport sporządzony przez Dziennikarskie Centrum Dochodzeniowe ujawnił, że prezydent Estrada zadeklarował w 1999 roku dochody tylko 2,3 miliona pesos (46 tysięcy dolarów), które pokrywały zaledwie wynajęcie willi dla jednej z jego kochanek, podczas gdy rzeczywiste jego dochody netto wyniosły w tymże roku 35,8 miliona pesos (716 tysięcy dolarów). - Oskarżony o korupcję prezydent Filipin, Joseph Estrada, złożył w sobotę dymisję pod presją opozycji i prawie półmilionowego tłumu demonstrantów. Obowiązki szefa państwa przejęła dotychczasowa wiceprezydent Gloria Macapagal-Arroyo. Rozgrywające się w weekend wydarzenia na Filipinach przypomniały swoim tempem rewolucję przeciwko dyktatorowi Ferdinandowi Marcosowi w 1986 roku. Gdy prezydent Joseph Estrada nie odpowiedział na ultimatum opozycji, żądającej jego dymisji do godziny 6 rano w sobotę, na jego oficjalną rezydencję ruszyły dziesiątki tysięcy gniewnych mieszkańców Manili. Usiłowało ich zatrzymać kilkuset bosych biedaków, zwolenników prezydenta. Doszło do starć i interwencji policji. Aby nie dopuścić do rozlewu krwi, Sąd Najwyższy obwieścił wakat na stanowisku szefa państwa. Po tej decyzji Estrada złożył na piśmie rezygnację z urzędu. Wkrótce potem, w obecności tysięcy rodaków zgromadzonych w historycznej świątyni Edsa, kolebce "rewolucji ludu" z 1986 roku, wiceprezydent Gloria Macapagal-Arroyo została zaprzysiężona na nowego szefa państwa. Przy triumfalnym aplauzie tłumów Joseph Estrada opuścił wraz rodziną prezydencką siedzibę Malacanang na pokładzie barki, która czekała na niego na rzece, przepływającej w pobliżu pałacu. Odpływając, Estrada powiedział, siląc się na uśmiech: "Salamat!" (dziękuję). Nie wiadomo, jakie są jego dalsze plany. Krążą pogłoski o jego planowanej ucieczce z kraju, mimo iż przyrzekł, że "będzie żyć na Filipinach i tu umrze". Pani prezydent Arroyo zapowiedziała, że jej poprzednik odpowie przez sądem za "grabież ekonomiczną". Estradzie zarzuca się, że okradł państwo na około 2,6 mln dolarów. Za defraudację z kasy publicznej co najmniej 1 mln dolarów grozi w tym kraju kara śmierci. Szczęśliwy epilog wydarzeń położył kres najgroźniejszemu od lat kryzysowi politycznemu na Filipinach, gdzie od grudnia na forum izby wyższej parlamentu toczył się proces o impeachment, czyli pozbawienie prezydenta urzędu. Proces w Senacie zablokowali jego zwolennicy, nie dopuszczając do przedstawienia dowodów winy prezydenta. W takiej sytuacji opozycja uciekła się częściowo do środków pozakonstytucyjnych. Na jej wezwanie na ulice Manili wyległy dziesiątki tysięcy ludzi, formując "marsz sprawiedliwości i prawdy". W piątek do dymisji podał się rząd, posłuszeństwo Estradzie wypowiedziała armia. Po objęciu obowiązków szefa państwa Gloria Arrayo natychmiast przystąpiła do formowania nowego gabinetu. Przyjęła również rezygnację szefa policji gen. Panfilo Lacsona, któremu opozycja zarzucała łamanie praw człowieka w okresie rządów Estrady. Arroyo zdaje sobie sprawę, że czeka ją niezwykle trudne zadanie. Przejmuje rządy w chwili wielkiej euforii po odejściu niewiarygodnego Estrady i musi stawić czoło wielkim oczekiwaniom społeczeństwa. - Jest jak czerwony kapturek wśród głodnych wilków - powiedział agencji Reuters jeden ze znawców filipińskich realiów, Nelson Navarro. S.G.
Piętnaście lat temu dyktatora Filipin obalała biedota wspierana przez Kościół katolicki i zbuntowane odziały armii. Teraz przeciwko prezydentowi Josephowi Estradzie, wystąpiły burżuazyjna elita, wielki biznes i generalicja. Skłonność do pijaństwa, gier hazardowych i rozpusty początkowo nie szkodziły Estradzie. Estrada lubił zwłaszcza wieczorne dyskusje przy kieliszku. Jednym z bywalców przyjęć był Luis Singson. Singson ujawnił, że przekazywał prezydentowi część wpływów z nielegalnej loteryjki liczbowej Juteng. Zeznania posłużyły opozycji w celu złożenia w parlamencie wniosku o postawienie Estrady w stan oskarżenia z powodu korupcji.
Cnota politycznego umiarkowania RYS. ROBERT DĄBROWSKI PIOTR WINCZOREK "Umiarkowanie ludzi szczęśliwych płynie ze spokoju, jakim pomyślność ich darzy" (La Rochefoucauld) Wedle reprezentatywnych badań CBOS, których wyniki ogłosiła "Gazeta Wyborcza" z 17 - 18 stycznia br., opinia obywateli o rzetelności i uczciwości w pracy ludzi związanych z wykonywaniem w państwie funkcji władczych jest mało pochlebna. Jedynie 8 proc. mieszkańców naszego kraju uznaje za uczciwych i rzetelnych polityków, 12 proc. - urzędników gminnych, 13 proc. - posłów, 17 proc. - wysokich urzędników państwowych. Uzyskane przez nich wyniki wydają się szczególnie mierne, gdy porówna się je z ocenami, jakie otrzymali naukowcy (55 proc.), pielęgniarki (51 proc.) czy nauczyciele (41 proc.). Jakkolwiek oceny te kształtują się prawdopodobnie pod wpływem upraszczających rzeczywistość stereotypów, to jednak muszą nastrajać pesymistycznie. Słabe stopnie, jakie otrzymują dziś w Polsce ludzie władzy, nie są czymś zaskakującym, gdy uwzględni się, że w świecie demokratycznym oceny wystawiane zawodowym politykom nie są na ogół zbyt wygórowane. Wynika to między innymi stąd, iż tylko w demokracji można wyrobić sobie i, co najważniejsze, publicznie ujawnić, opinię o dokonaniach i właściwościach ludzi piastujących stanowiska urzędowe. Ich działania i zaniechania są bowiem jawne i bywają przedmiotem otwartej debaty, ich cnoty i wady są wystawiane na pokaz, a przez to stają się obywatelom powszechnie znane. W systemach autokratycznych wszystko to jest skryte, co niekiedy prowadzi do sytuacji, gdy obywatele cenią sobie tyrana, ponieważ naiwnie i nieświadomie przypisują mu zalety, których on nie ma. Mając na względzie te dosyć banalne i niejednokrotnie przypominane prawdy, nie można jednak powiedzieć, że ich znajomość oddala niepokój, jaki wzbudzać muszą niskie oceny uczciwości i rzetelności naszych polityków, posłów i urzędników. Są one wyrazem braku zaufania nie tylko do ludzi pełniących te funkcje, lecz i (choć być może w mniejszym już stopniu) do instytucji, w których funkcje te są sprawowane. Stąd podejrzenia o brak uczciwości i nierzetelność przenoszone są z polityków, posłów czy urzędników na państwo, jego urządzenia ustrojowe i obowiązujące w nim prawo. W rezultacie na usprawiedliwienie w oczach wielu obywateli zasługuje unikanie ciężarów, jakie na nich nakłada prawo, omijanie zakazów i nakazów które ono ustanawia, a nawet powstrzymywanie się od korzystania z uprawnień obywatelskich, które są przez nie potwierdzane. Słaba frekwencja wyborcza, choćby w ostatnich polskich wyborach parlamentarnych, może być tego przykładem. Są to wszystko objawy osłabienia więzi obywateli z państwem. Osłabienie takie nie może wyjść na dobre ani obywatelom, ani państwu. Gdy zapytamy o przyczyny rysującego się stanu rzeczy, odpowiedzi będzie wiele, a większość ma charakter hipotetyczny. Wśród nich jedna wydaje mi się szczególnie prawdopodobna. Politycy przyczyniają się do erozji swego osobistego prestiżu i osłabiają zaufanie obywateli do państwa po części na skutek własnych poczynań. Wielu z tych poczynań można by bez trudu uniknąć, gdyby w świecie ludzi władzy silniej ugruntowana była cnota politycznego umiarkowania. Polityk czy ugrupowanie polityczne pozbawione instynktu władzy to twory sprzeczne z naturą. Ważne jest jednak nie tylko ku jakim celom, poza samym sprawowaniem władzy, jest ów instynkt skierowany, ale aby były to granice wyznaczone umiarkowaniem w korzystaniu z wolności, jaką daje prawo. Jak bowiem pisał przed 250 laty Karol Monteskiusz; "w państwie, to znaczy w społeczności, w której są prawa, wolność może polegać jedynie na tym, aby móc czynić to, czego powinno się chcieć." Byłoby grubą przesadą i niesprawiedliwością twierdzić, że politycy polscy doby współczesnej, to istoty nie znające żadnego umiarkowania w życiu publicznym. Niemniej jedno ze zjawisk naszego życia politycznego przeczy tej optymistycznej hipotezie. Jest nim nadmierne, zdaniem wielu, wykorzystywanie zwycięstw wyborczych dla opanowywania istotnych stanowisk publicznych. Zjawisko to określane jako "pazerność na urzędy" było już niejednokrotnie opisywane i krytykowane. Na wyrazy ostrej nagany narazili się politycy rządzący Polską w okresie poprzedzającym wybory z września 1997 r., gdy pospiesznie obsadzali swoimi ludźmi liczne posady w administracji różnych pionów i szczebli oraz w instytucjach gospodarczych. Niektórzy obserwatorzy wyrażali wówczas nadzieję, że brak uznania ze strony opinii publicznej dla tego typu postępowania będzie przestrogą dla przyszłych ekip kierowniczych. Sądzili, że zawołanie "zwycięscy biorą wszystko" nie zyska już zwolenników. Niestety tak się nie stało. Jak na razie nie sprawdziły się też nadzieje, że ustanowienie instytucji służby cywilnej zapobiegnie nadmiernej polityzacji państwa i jego aparatu administracyjnego. Przypuszczam, że negatywne opinie dotyczące zarówno niedawnej przeszłości, jak i dnia dzisiejszego wzbudzą zastrzeżenia. Ci z przeszłości powiedzą pewno, że za ich czasów było jednak znacznie lepiej i że to dopiero obecnie dzieje się naprawdę źle. Ci z teraźniejszości znajdą zaś argumenty, iż właśnie ich działania przywracają normalność naruszoną przez poprzedników. Taka jest jednak właściwość erystyki politycznej. Polityk, który twierdzi, iż to nie on ma rację, nie on czyni dobro, nie on unika zła, lecz jego przeciwnik, to zjawisko w przyrodzie nie znane. Dotychczasowe doświadczenie polskie, zebrane po 1989 roku, świadczy jednak, że społeczeństwo nasze nie lubi gwałtownych sporów i waśni. Ceni natomiast umiarkowanie, wspaniałomyślność, zgodę, porozumienie i współpracę. Politycy, którzy to w odpowiednim czasie pojęli, odnaleźli się w wyborach na ogół lepiej, niż ci, którzy uwierzyli w perswazyjną siłę agresji. Do kategorii politycznego nieumiarkowania należy pragnienie przejęcia przez siły zwycięskie wszystkich dostępnych prawnie stanowisk w państwie. Wprawdzie za realizacją takiego zamiaru przemawia szereg ważnych argumentów, jak choćby konieczność zapewnienia jednolitości politycznej i ideologicznej w kierowaniu wspólnotą państwową oraz zagwarantowania, iż ważne stanowiska znajdą się w rękach ludzi lojalnych wobec aktualnej ekipy przywódczej, lecz ludzi zdolnych do zajmowania stanowisk w państwie znaleźć można także w różnych obozach politycznych. Szkoda, aby talenty, których nigdy nie za wiele marnowały się tylko dlatego, że nie są to "nasze" talenty. Wystarczy, aby w rękach zwycięskich ugrupowań znalazły się stanowiska kluczowe, takie jak ministerialne; obsada urzędu prezesa jakiejś rządowej agencji gospodarczej, nie musi być już dokonywana w podobny sposób. Szkody, jakie wywołuje nadmierne dążenie do swego mają charakter głównie psychologiczny. Wywołują bowiem w znacznej części opinii publicznej przeświadczenie, że chodzi tu raczej o "zawłaszczenie państwa" niż o jego rzeczywiste dobro. Na długą metę obraca się to przeciw tym, którzy choć mają polityczne - wynikające z wygrania wyborów - i konstytucyjne prawo do wzięcia państwa w swoje ręce, nie uważają za konieczne wykazać się tu koniecznym umiarkowaniem. Gdy przychodzi chwila wyborczego rozliczenia i wypada ono na niekorzyść dotychczas rządzących, są oni podobnie potraktowani przez nowych zwycięzców. A później koło rusza - da capo! Choć skuteczność rozstrzygnięć prawnych jest w takich wypadkach ograniczona, należałoby, być może, ustanowić pewne mechanizmy, które powstrzymałyby, lub choćby spowolniły obroty tego koła. Przykładem takich rozwiązań na gruncie parlamentarnym są postanowienia obowiązującego regulaminu Zgromadzenia Państwowego Republiki Słowenii. Jest to akt wyjątkowo kurtuazyjny wobec opozycji. Przewiduje on na przykład, że w części debaty poświęconej pytaniom poselskim trzy pierwsze pytania zadają rządowi i jego członkom politycy opozycji, skład organów roboczych Zgromadzenia (tj. komitetów i komisji) oraz rozdział w nich stanowisk kierowniczych ustala się z uwzględnieniem liczebności klubów poselskich, a nawet proporcjonalnie do liczby posłów koalicji rządzącej i opozycji, funkcje kierownicze w organach roboczych, które sprawują nadzór nad służbami bezpieczeństwa, informacyjnymi, wywiadu oraz nad budżetem państwa i finansami publicznymi przypadają, z mocy samego prawa, przedstawicielom klubów opozycyjnych. Może zatem nie trzeba się uczyć od razu od diabła, skoro wystarczy od przyjaciela.
Wedle reprezentatywnych badań CBOS, których wyniki ogłosiła "Gazeta Wyborcza" z 17 - 18 stycznia br., opinia obywateli o rzetelności i uczciwości w pracy ludzi związanych z wykonywaniem w państwie funkcji władczych jest mało pochlebna. Uzyskane przez nich wyniki wydają się szczególnie mierne, gdy porówna się je z ocenami, jakie otrzymali naukowcy (55 proc.), pielęgniarki (51 proc.) czy nauczyciele (41 proc.).
ŻEGLARSTWO Wielki wyścig - Niespokojny duch Kolumba - Trasa najtrudniejsza z możliwych - Mają jeden obowiązek: opłynąć lewą burtą trzy przylądki. Przylądek Dobrej Nadziei, Przylądek Leuuwin i Horn Ze sztormu w sztorm MAREK JÓŹWIK To ma być największe widowisko sportowe przełomu tysiącleci. Będzie 31 grudnia, rok 2000. Wyruszą z Marsylii albo z Barcelony, żeby opłynąć świat. To będzie wyścig największych i najszybszych jachtów, jakie kiedykolwiek zbudowano. Najlepszych żeglarzy, jacy pływają po oceanach. Bez zawijania do portów. Bez pomocy z zewnątrz. Bez ograniczeń. Ale z kamerami telewizji na pokładach. Dostępny na stronach Internetu. Z udziałem polskiej załogi, którą pokieruje Roman Paszke, kapitan jachtowy żeglugi wielkiej. Ten projekt porusza wyobraźnię. Jest metaforą godną milenium. Człowiek, ocean, satelita w otwartym tunelu czasu i cyber przestrzeni. Stary i nowy świat spięte żaglem i obrazem cyfrowym na żywo. Czyż można bardziej lapidarnie streścić dwa tysiące lat i lepiej oznaczyć ten punkt, w którym jesteśmy na mapach dziejów, w przesmyku do trzeciego tysiąclecia? Nie sposób wskazać człowieka, który poddał pomysł tego rejsu. Można wskazać na wielu ludzi. Może był nim Jules Verne, który napisał książkę "W osiemdziesiąt dni dookoła świata", może Yves Le Cornee, który wymyślił regaty Jules Verne Trophy. Może Bruno Peyron, który pierwszy okrążył ziemię szybciej od Phileasa Fogga, bohatera Verne'a. A może po prostu był nim ten ktoś, kto zobaczył wielką górę i na nią wszedł, albo ten, który stanął nad oceanem i poczuł, że musi go przepłynąć, inaczej nie zazna spokoju, i zrobił to. Każdy nosi w sobie swój przylądek Horn i swój Mount Everest, lecz tylko najlepsi z nas nigdy nie rezygnują. Fanaberia i kaprys Roman Paszke i Mirosław Gospodarczyk pocięli palnikiem dwie tony ołowiu. W Górkach pod Gdańskiem wykopali na przystani dół, rozpalili ognisko, przetapiali ołów i wlewali w drewniane formy, które zbili z kawałków desek. Zatruli się oparami, lecz mieli balast do łódki. Wtedy wszyscy gdzieś pracowali. O szesnastej, po pracy, przyjeżdżali do Górek i budowali jacht do trzeciej w nocy. Tyrali jak stachanowcy. W dwanaście tygodni zbudowali Gemini 2. Pierwszy polski jacht z włókien węglowych. Roman Paszke dołączył do żeglarzy z Zachodu, którzy dawno wysiedli z ciężkich łódek z poliestru. Włókno, kevlar, aluminium i tytan to było to, na czym pływali i co trzeba było mieć, żeby się liczyć. Tamci mogli to kupić. Paszke musiał wychodzić, wydreptać po urzędach, załatwić. W Polsce były inne priorytety. Takie środki ochrony roślin, bardzo proszę. Ale włókno węglowe na jachty? To fanaberia i kaprys! Marzenia? Owszem, każdy mógł je mieć. Powiedzmy zwiększenie wydajności z jednego ha, ale szybki jacht pełnomorski to było marzenie wskazujące na znaczące znamiona luksusu, by nie powiedzieć - na odchylenie prawicowe. Podpadało to pod określoną ustawę, która nie zabraniała marzyć, ale zabraniała mieć. Zresztą był Gemini 1 i oni na nim pływali, więc wyraźnie coś się w głowie pomieszało temu Paszkemu. Zanim zaczął wytapiać ołów z "Miśkiem" Gospodarczykiem, swoim bosmanem i przyjacielem, Roman odbył bolesną drogę krzyżową po gabinetach instytucji i urzędów. Wspomina to z rozbawieniem. - Najtrudniej było uzasadnić, że potrzebujemy innego jachtu, chociaż mamy taki jeden, który pływa. Kiedy wystartowaliśmy na Gemini 1 za granicą, to tylko oglądaliśmy rufy łódek rywali. W tych regatach, między innymi, startował jacht Rodeo, na którym pływały kobiety. Bardzo zdrowe, pokaźne niemieckie kobiety. I one nas wyprzedziły. Już wtedy było widać, że na tym jachcie nic nie wskóramy. Był zbudowany w Stoczni im. Conrada metodą, jakby to najdelikatniej ująć, tradycyjną. Był bardzo ciężki. Miał duży kambuz nawigacyjny, kabiny dla załogi. Był po prostu konstrukcyjnie przestarzały. Po tych regatach powiedziałem, że na tę łódkę więcej nie wsiądę. Korona Himalajów kapitalizmu Paszke był zdeterminowany. Włókno węglowe figurowało na liście materiałów o znaczeniu strategicznym, których nie wolno było przewozić z Zachodu na Wschód. Jednak pomogli przyjaciele. W oficjalnych papierach paczki zawierały szkło. To był szmugiel w zbożnym celu i Pan Bóg przymknął oko - konkretnie celnikom i straży granicznej po tamtej stronie. Gemini 2 wygrał mistrzostwa w Świnoujściu właściwie bez walki. Był lekki, szybki, zwrotny i rufę tego jachtu studiowali bez przyjemności żeglarze wielu krajów. Potem było pływanie na MK Cafe. W 1997 Roman Paszke zdobył Admirals Cup i tytuł Żeglarza Roku. Zrealizował swoje marzenie, został jednym z najlepszych, ale jeszcze nie pokonał swojego Hornu. Kto wie, może wcale nie chodzi o to, żeby to zrobić. Może ważniejsze jest samo dążenie. - Z Paryża wrócił Rolf Vrolijk i to on zaczął Romka namawiać na projekt Rejsu 2000 - mówi Alina Paszke, żona żeglarza. - A Roman zaczął przekonywać Marka Kwaśnickiego, właściciela MK Cafe. Kwaśnicki na początku był tym projektem zainteresowany, ale później ostygł. Budowa katamarana i udział w regatach to gigantyczne przedsięwzięcie finansowe. Ludziom z najpotężniejszych firm buzuje elektrolit w szarych komórkach, kiedy siadają nad rachunkami. Z drugiej strony kupno, sprzedaż i dystrybucja widowiska to wielkie wyzwanie dla świata mediów i świata finansów. To swoista Korona Himalajów kapitalizmu. THE RACE 2000 będzie dysponować najwyższym budżetem multimedialnym w dziejach. To już wiadomo, choć konkretna suma na razie jest tajemnicą. Paryski Disneylend, Francuski Interministerialny Komitet Obchodów Roku 2000, Volvo i France Telekom organizują ten wielki wyścig po morzach i oceanach. Trans World International kupiła prawa transmisji i dystrybucji telewizyjnej tej imprezy. TWI to filia International Management Group, założonej w 1960 roku przez Marka McCormacka, która zatrudnia 1600 pracowników, posiada 70 biur w 27 krajach świata. IMC/McCormack zarządza m.in. turniejami tenisowymi, brytyjskimi turniejami golfowymi, ponadto fundacją Nobla, Uniwersytetem Harvarda itd. TWI zajmowała się dotychczas z powodzeniem regatami Whitbread i America's Cup. TWI zleciła badanie rynku agencji Carat, największemu medialnemu konsorcjum konsultingowemu w Europie. Według szacunków agencji THE RACE 2000 uplasuje się na piątym miejscu pod względem oglądalności zawodów sportowych. Po mistrzostwach świata w piłce nożnej, olimpiadzie w Atlancie, mistrzostwach Europy w piłce nożnej i mistrzostwach świata Formuły 1. Są to, trzeba przyznać, bardzo zachęcające prognozy na ciasnym rynku niezwykle ostrej dzisiaj konkurencji. David Ingham odpowiada w TWI właśnie za żeglarstwo i wiele sobie obiecuje po kolejnej inwestycji firmy. - Myślę, że oglądalność programów o żeglarstwie szybko rośnie. Regaty Whitbread stały się najbardziej nośnym w dziejach telewizji żeglarskim wydarzeniem... Myślę, że Wyścig będzie jeszcze bardziej oglądany. I jeszcze szerzej dostępny z powodu przekazów na żywo i z powodu Internetu. Będziemy także realizowali programy specjalne, dla poszczególnych stacji albo dla konkretnych krajów. To są ekscytujące możliwości. Roman przyciąga ludzi Na razie są setki spraw do załatwienia każdego dnia. Roman telefonuje do Londynu. Dopina odbiór nowego masztu. Poprzedni złamał się na Zalewie Zegrzyńskim zaraz po regatach. Lepiej w Zegrzu niż na Pacyfiku - przymilnie pocieszałem Romana, bo maszt runął, jak tylko wsiadłem do katamarana, więc sumienie mnie gryzło okropnie. Romek przez grzeczność nie zaprzeczał. Maszt ma być obrotowy czy nie? Na pewno będzie niższy o cztery metry. Trzeba dogadać szczegóły z Londynem. Mirosław Gospodarczyk już rozgrzewa busa. On pojedzie odebrać maszt. Trzeba załatwić bilety na prom dla bosmana. Cztery doby podróży non stop i będzie po sprawie. Bosman nie takie szpagaty ćwiczył z kapitanem. Kiedyś w sztormie na Morzu Północnym zatykał palcem dziurę, przez którą wypadł im wał silnika. - Mieliśmy kwadratowe oczy. Parę razy spadliśmy z fali, miała sześć czy siedem metrów. Szliśmy na silniku, żeby się schować przed wiatrem za wyspą. Stanęliśmy na beczce, znaczy na boi. Ledwie zdążyliśmy się za nią złapać, jak wyleciał nam ten wał. Wetknąłem palec w dziurę. Łódka szybko nabierała wody. Zanim Romek znalazł kołek, żeby ten otwór zabić, ja robiłem za korek. Gdyby wał wyleciał kwadrans wcześniej, kiedy byliśmy w morzu, byłoby po nas. Bosman umie się poświęcić dla sprawy. Nawet wtedy, kiedy nie wierzy w powodzenie, robi swoje najlepiej, jak potrafi. Nie wierzył, że wyjdzie ten program z MK Cafe, lecz kiedy Roman w to wszedł i on to zrobił. Nie wierzył w Rejs 2000. Wątpił, czy uda się zebrać pieniądze, zgromadzić grupę sponsorów i zbudować kolosa pod żaglami, ale był przy tym z Romanem od początku. Są przyjaciółmi i to wystarcza. Roman ma wielu przyjaciół. Roman przyciąga ludzi. Roman umie sprawić, że inni zaczynają myśleć tak jak on. Zaczynają wierzyć w to, w co on wierzy, i czuć, że są to ich marzenia. Marek Kondrat, Bogusław Linda, Kazimierz Kaczor pomagają mu, odkąd zabrał się za projekt tego rejsu. Linda ma popłynąć w załodze. Ala Paszke, jak ze śmiechem opowiada, dała się wpuścić w maliny. Roman, zgodnie z prawdą, powiedział żonie, że rejs potrwa dwa miesiące. Dyskretnie jednak przemilczał, że praca nad projektem to bite dwa lata młyna, ciągłych wyjazdów, dużych wydatków własnych. Ala wspiera Romana jak zawsze. Jednak jest kobietą, a kobiety są bardziej praktyczne, zwłaszcza od mężów marzycieli, choćby nawet tak pragmatycznych jak Roman. - Na początku było trudno. Wszystkie pieniądze, jakie zarobiliśmy, inwestowaliśmy w ten projekt, nie mając żadnej gwarancji, że to się uda - mówi Alina Paszke. - Roman wyjeżdżał do Warszawy dwadzieścia razy w miesiącu. Warszawa była wtedy jego drugim, a właściwie pierwszym domem. Gdyby musiał mieszkać w hotelach, to by nas zrujnowało. Mieszkał u przyjaciół. Każda meta to nowy start W grupie warszawskiej, jak Roman ich nazywa, wyobraźnia zadziałała. Rozmach tego rejsu, symbolika podróży w czasie, przejście pod żaglami przez granicę tysiącleci, nie może nie poruszyć wyobraźni tych, którzy ją mają. I klimat wielkiego wyścigu. Bo historia ludzi na ziemi to wyścig. Historia odkryć, historia władzy. Historia każdego życia. W wyścigu ktoś wygrywa i ktoś przegrywa. Jedni giną, a innym udaje się przetrwać. Ten wyścig ma wiele nazw i wiele aren, lecz wszyscy bierzemy w nim udział. Nie ma takich, których to nie dotyczy. Tylko cele i mety są różne. A każda meta to nowy start. Tak jest urządzony świat. I nie warto przywiązywać się do słów. Słowa, pojęcia, etykiety są względne i złudne. Gdyby Kolumb żył w naszych czasach, byłby tylko rekordzistą Europy, bo dotarł tam, gdzie nie dotarł przed nim żaden Europejczyk. Kto wie, może tak byłoby lepiej. Nazywamy go odkrywcą, choć wcale nie odkrył Ameryki. Jak można odkryć ląd, na którym żyli, rodzili się i umierali ludzie od setek lat? To arogancka teoria. Czy ten Indianin, który pierwszy stanął na naszym kontynencie, też odkrył Europę? Historia ludzi to historia wielu wyścigów, a ten rejs będzie jednym z nich. Ci żeglarze nie odkryją nowego lądu. Odkryją nowe możliwości technologii, nawigacji i ludzkich sił. Kiedy dopłyną do Marsylii czy Barcelony, wszyscy będziemy jakoś bogatsi. Czegoś się dowiemy i o nich, i o nas. I chyba zawsze o to chodzi. Ktoś rzuca wyzwanie, ktoś zaczyna nowy wyścig i nie wie, co jest za metą. Wyrusza, żeby się dowiedzieć. A kiedy już tam dotrze, gdy osiągnie cel, to ma przed sobą linię horyzontu jak ta, do której płynął. Do tej linii popłynie ktoś inny, kto nie będzie mógł zasnąć, dopóki się nie dowie, co za nią jest. Człowiek nigdy nie zdąży na spotkanie morza z niebem, ale nigdy nie przestanie próbować, bo - być może - po to tutaj jest. Pływające monstrum Wielkie wyzwania rodzą się z tysiąca drobnych spraw. Jedziemy z Romanem do Górek. Trzeba trochę przebudować jacht ALKA-PRIM. Skrócić stalowe liny i część dziobową. Być może dodać nową belkę wzmacniającą. ALKA-PRIM przy superjachcie, na którym wyruszą w rejs, to mikrus. Biuro konstrukcyjne Gillesa Olliera w Paryżu zaprojektowało tamto pływające monstrum. Jedenastopiętrowy wieżowiec to jego maszt. Powierzchnia żagli to tyle, co obszar boiska piłkarskiego. Ten katamaran ma tyle żagli na jednym maszcie, co Dar Młodzieży na trzech. Będzie rozwijał prędkość ponad 40 węzłów, więc prawie 80 km/godz. W drodze do Górek Roman objaśnia mi technikę żeglowania, systemy nawigacji, sposoby zliczania dystansu. On chce opłynąć ziemię w czasie krótszym niż 60 dni, a to oznacza piekło na pokładzie. Będą płynąć za dnia i będą płynąć w nocy. Z możliwie maksymalną prędkością w każdej chwili. Roman dokładnie zna trudności trasy. - Trasa jest najtrudniejsza z możliwych. Mamy jeden obowiązek: opłynąć lewą burtą trzy przylądki. Przylądek Dobrej Nadziei, Przylądek Leuuwin i Horn. Reszta to wolny wybór skipperów. Trasa będzie tym szybsza, im będzie krótsza. A krótsza będzie wtedy, im bliżej Arktyki pobiegnie . Im niżej zejdziemy, im bardziej się zbliżymy do granicy lodów, tym większe mamy szanse napotkania sztormowych wiatrów. Cała strategia walki na trasie polegać będzie na tym, żeby przeskakiwać z niżu w niż. Ze sztormu w sztorm. Poniżej pięćdziesiątek, sześćdziesiątek zdarza się trzysta dwadzieścia dni sztormowych w roku. Tak mówią statystyki. Taka tam jest cyrkulacja. Żeglowanie w sztormach, góry lodowe. Lekko nie będzie. Dużo więcej adrenaliny Roman Paszke nie mówi o strachu. Mówi, że do startu jest zbyt daleko, żeby się bać. Żeby w ogóle o tym myśleć. Żyje teraz w ciągłym biegu, złe myśli przywala tona codziennych spraw. A może nie chce o tym mówić. Żeglarze są przesądni. Nieszczęścia się zdarzają albo nie, po co prowokować los. Wiadomo, że trzeba mieć szczęście. Kto będzie miał mniej kłopotów, ten zwycięży w tym wyścigu. Ryzyko jest duże. Wiadomo, co może się stać, gdy rozpędzony nocnym sztormem kolos staranuje zatopiony kontener, górę lodową albo wieloryba. Gdy kogoś zmyje fala z plastikowej siatki rozpiętej między pływakami przy prędkości 80 kilometrów na godzinę. I będzie noc, i będzie sztorm. Katamaran to nie jacht jednokadłubowy, który ma dwie tony ołowiu w kilu. Jeżeli się wywróci, to jak podnieść na ocenie coś, co ma na maszcie płótno rozmiarów boiska do futbolu, a ten maszt ma jedenaście pięter? Jak to zrobić bez pomocy z zewnątrz, w dziesięciu ludzi na wodach Hornu albo Arktyki? Ten, kto wyjedzie na maszt, nawet przy spokojnym morzu, będzie tam siedział jak w diabelskim młynie. Szczyt masztu będzie się odchylał po dwa metry w lewo i w prawo, więc ten ktoś będzie się bujał po cztery metry. Jaka to będzie bujanka przy sztormie, można sobie wyobrazić, a trzeba będzie przeżyć. - Codziennie będziemy wyjeżdżać na maszt dla sprawdzenia, czy jest OK. Ważny będzie zgrany zespół. Umiejętność rozwiązywania konfliktów. Ludzie kłócą się po czterech dniach regat, a co dopiero po dwóch miesiącach. Jeden drugiego musi mobilizować. Ktoś będzie słabszy, ktoś silniejszy w danym momencie. Każdy musi umieć zastąpić każdego - mówi Wojtek Długozima, jeden z kandydatów do załogi. Mocny chłopak, pływał z Romanem na MK Cafe. Paszke zestawia drużynę z młodych, ale już doświadczonych żeglarzy. Liczy się zaprawa w pływaniu na katamaranach. Robert Janowicz ma za sobą taką szkołę. - Katamaran jest bardzo specyficzny i w prowadzeniu, i w trymowaniu. Łódka jest bardziej wymagająca od jednokadłubowca. Jej prowadzenie wymaga większej uwagi. Każdy błąd może kosztować dużo więcej. Ta łódka może się wywrócić. Ona jest stabilna tylko do pewnego momentu. Jest to łódka bardziej ekstremalna, ale daje też większą przyjemność żeglowania. Jest bardziej efektowna na wodzie. No i dostarcza więcej adrenaliny. Dużo więcej adrenaliny. Elektroniczna chmura Fajne są te chłopaki, pełne zapału. Mariusz Piratowicz, Zbigniew Gutkowski, Kamil Ortyl, Krzysztof Owczarek, Jarosław Kubik też kandydują do załogi kapitana Romana Paszkego, choć żaden nie jest pewny swego miejsca. Trenują na jachcie ALKA-PRIM, po to go zbudowano, ale droga na superjacht nie będzie łatwa. Największe widowisko sportowe przełomu tysiącleci. Zdanie jak pocisk, który ma przebić na wylot tę chmurę elektroniczną, z której spada na ziemię powszedni deszcz obrazów i słów, i zostać w naszych głowach. Zdanie wycelowane w masową wyobraźnię. Zdanie, którego spece od reklamy, fachowcy od marketingu używać będą na globalnej aukcji produktów medialnych. Zdanie, w które potężne koncerny inwestują wielkie pieniądze, żeby zarobić jeszcze większe. Niczego nie zostawia się przypadkowi. Wszystko jest dokładnie policzone, przeliczone, zsumowane. Rachunki oglądalności wystawiono w bilionach kontaktów, skumulowane zakresy dotarcia wyceniono na 7,5 miliarda odbiorców. Cyber Quest w Internecie już prezentuje przeboje techniki, jakie będą stosowane w przekazach. Każdy syndykat, każda drużyna będzie miała swoją stronę w Internecie. Zdalnie sterowane kamery będą podawać czteromegabitowy obraz z jachtów. Zagubionych na oceanie, ale łatwo odnajdywalnych za pomocą pilota od telewizora czy w komputerze. Tego jeszcze nie było. Chyba żaden żeglarz na morzu nie dzielił swej samotności z milionami świadków. Multimedialna armada żaglowców kusi sponsorów i przyciąga ich pieniądze. - Jeśli dopłyną do mety, uznam to za promocyjny sukces firmy - mówi Mirosław Mironowicz, prezes zarządu i dyrektor generalny zakładów farmaceutycznych POLPHARMA S.A. ze Starogardu Gdańskiego. To oni wyłożyli pieniądze na ALKA-PRIM i współfinansują budowę superjachtu. - Znamy historię i Gemini, i MK Cafe. Podejmując decyzję o sponsorowaniu, zapoznaliśmy się ze skutkami marketingowymi, jakie przyniosły poprzednie akcje promocyjne. Oceniliśmy efekty jako pozytywne. Promocja przez sport jest tańsza niż bezpośrednia promocja medialna. Jeśli jacht wystawiony przez polski kapitał ukończy regaty, to będzie duży sukces. Jeżeli wygra, to będzie sukces jeszcze większy. Może tylko Bóg to wie Wielkie marzenia rzadko się spełniają bez wielkich pieniędzy. Tak jest urządzony ten świat i Krzysztof Kolumb też by nam coś o tym opowiedział. Najszybszym jachtem na oceanach jest obecnie PLAYSTATION Steve Fosseta, amerykańskiego multimilionera. Ten katamaran kosztował 4,5 miliona dolarów. Fosset też wystartuje w Wielkim Wyścigu. Faceta roznosi energia, chyba karmi się adrenaliną z puszek. Ma 54 lata i uprawia triatlon, ściga się psimi zaprzęgami na Alasce, przepływa wpław kanał La Manche, bierze udział w 24-godzinnych wyścigach samochodowych na torze w Le Mans. Próbował okrążyć balonem ziemię, ale mu się nie udało. Udało mu się ustanowić rekord szybkości na jachcie. Płynął dobę i uzyskał średnią prędkość 45 węzłów. Można powiedzieć - ekscentryczny milioner. Można powiedzieć - bogaty snob. Ale to są łatwe uproszczenia. Gość ma takie pieniądze, że mógłby na nich leżeć i pozwolić się wachlować kobietom pięknym, acz wyuzdanym, lecz coś go gna. On czegoś szuka. Czego? Ludzie robią różne dziwne rzeczy, choć dokoła jest tyle problemów. Taki jest porządek spraw Będzie 31 grudnia 2000 roku, kiedy wyruszą z Marsylii albo z Barcelony, żeby opłynąć Ziemię w wielkim wyścigu. Zostawią za sobą cały ten zgiełk. Trzeba wierzyć, że im się uda. Roman ma takie powiedzenie - Sto procent optymizmu, zero pesymizmu. I tego się trzyma, jest mężczyzną. Jednak Ala, jego żona, musiała znaleźć własny sposób, żeby normalnie funkcjonować tutaj, gdy on jest tam. - Nie jestem Penelopą - mówi o sobie. Prowadzi firmę, wychowuje córkę, remontuje dom. Żyje aktywnie i do przodu, lecz gdy na Bałtyku szaleje sztorm, chwyta za telefon i dzwoni do Romana, który gdzieś tam na Karaibach wypatruje szkwałów i mew. Każdy potrzebuje cichej, bezpiecznej przystani, żeby przeczekać czas rozstania. Ala ma swoją przystań. Zdarzyło się coś, co sprawiło, że uwierzyła w przeznaczenie, chociaż ona tak tego nie nazywa. - Jechaliśmy do Elbląga do moich rodziców, kiedy w Gdańsku o szóstej rano wyleciał w powietrze dom. Na skutek wybuchu gazu. Ludzie spali w swoich łóżkach. Niektórzy wybierali się na rezurekcję do kościoła. Ten wypadek mną wstrząsnął. Pomyślałam, Boże, gdzie można czuć się bezpieczniej niż we własnym domu, we własnym łóżku. A jednak to się zdarzyło. Nie mamy wpływu na los. Są rzeczy poza nami. Co ma być, to będzie, i trzeba się z tym pogodzić. To jest tak, jak mówi Romek. Byleby odepchnąć się od kei. Wtedy przychodzi spokój. W domu życie spokojnie się toczy. Tam na morzu on jest szczęśliwy. Taki jest porządek spraw.
To ma być największe widowisko sportowe przełomu tysiącleci. Będzie 31 grudnia, rok 2000. Wyruszą z Marsylii albo z Barcelony, żeby opłynąć świat. To będzie wyścig największych i najszybszych jachtów, jakie kiedykolwiek zbudowano. Najlepszych żeglarzy, jacy pływają po oceanach. Bez zawijania do portów. Bez pomocy z zewnątrz. Bez ograniczeń. Ale z kamerami telewizji na pokładach. Dostępny na stronach Internetu. Z udziałem polskiej załogi, którą pokieruje Roman Paszke, kapitan jachtowy żeglugi wielkiej. THE RACE 2000 będzie dysponować najwyższym budżetem multimedialnym w dziejach. Według szacunków THE RACE 2000 uplasuje się na piątym miejscu pod względem oglądalności zawodów sportowych. Roman chce opłynąć ziemię w czasie krótszym niż 60 dni, a to oznacza piekło na pokładzie. Ryzyko jest duże. Ważny będzie zgrany zespół. Umiejętność rozwiązywania konfliktów. Paszke zestawia drużynę z młodych, ale już doświadczonych żeglarzy. Liczy się zaprawa w pływaniu na katamaranach. Multimedialna armada żaglowców kusi sponsorów i przyciąga ich pieniądze. Wielkie marzenia rzadko się spełniają bez wielkich pieniędzy.
ROZMOWA Profesor Tadeusz Wilczok, prorektor do spraw nauki Śląskiej Akademii Medycznej Jeszcze o plamie na honorze nauki polskiej Panie profesorze, na pana spadł obowiązek wyjaśnienia sprawy słynnego już plagiatu. Kiedy przed dwoma laty uczelniana Komisja Dyscyplinarna umarzała postępowanie w sprawie plagiatu, jaki popełnił doktor Andrzej Jendryczko ("Rz" opisała sprawę 8 stycznia), postąpiła, jak państwo twierdzicie, zgodnie z prawem. Czy prawo rzeczywiście uniemożliwia karanie naukowców, którzy popełnili plagiat, lub temu przeszkadza? TADEUSZ WILCZOK: Zapis w ustawie o szkolnictwie wyższym w części dotyczącej spraw dyscyplinarnych jest bardzo niekorzystny dla ścigania wszelkiego rodzaju przestępstw. Jeżeli badany czyn został popełniony przed trzema laty lub więcej, nie ma podstaw do tego, by zajmowała się nim komisja dyscyplinarna. Jest to fatalne. Przy czym plagiat jest tu tylko jednym z przypadków. Dotyczy to każdego wykroczenia przeciw regulaminowi akademickiemu. Czy to oznacza, że rektor nie może zwolnić pracownika naukowego, który, popełniając plagiat, zachował się głęboko nieetycznie, czy nie może go zwolnić choćby dlatego, że jest to słaby pracownik? W każdej firmie takiego pracownika po prostu się zwalnia. Jeśli pracownik ten nie popełnił czynu, który został mu udowodniony przez sąd, w wyniku postępowania karnego, to praktycznie nie ma żadnych podstaw do zwolnienia. Można skierować sprawę do Komisji Dyscyplinarnej. Ma ona prawo dawać nagany, upomnienia, aż do odsunięcie od wykonywania zawodu, lecz pod warunkiem, że nie nastąpiło przedawnienie sprawy. Przyznam, że budzi to zdumienie... Moje również. Jeśli jestem niezadowolony z nauczyciela akademickiego, bo źle prowadzi zajęcia ze studentami, albo jeśli jestem niezadowolony z kierownika katedry, bo prowadzi fatalnie badania naukowe, nie mam prawa go zwolnić. Raz na cztery lata jest oceniany ustawowo przez komisję, lecz nawet negatywna opinia nie jest powodem do zwolnienia. Trzeba mu jeszcze pozwolić na pracę przez rok. Po drugiej negatywnej opinii komisji można zastanawiać się, jak rozwiązać z nim stosunek pracy. A sprawa pierwszego plagiatu pana Andrzeja Jendryczki i kilku autorów dotyczyła roku 1995, kiedy to duński Komitet do spraw Nierzetelności w Nauce wystąpił do kierownika Katedry Biochemii i Chemii profesora Drożdża, w której był zatrudniony doktor Jendryczko, informując, że został popełniony plagiat pracy autorów duńskich. Profesor Drożdż (wpisywany jako współautor, zrzekł się stanowiska kierownika katedry - B.C.) poinformował o tym rektora. Ten skierował sprawę do rzecznika dyscyplinarnego. Rzecznik potwierdził zarzuty duńskiego komitetu. Rektor (wtedy był to profesor Władysław Pierzchała - B.C.) zawiesił pana Jendryczkę na sześć miesięcy, bo tyle było mu wolno... Wiemy już, że nie mógł go natychmiast zwolnić... Nie mógł go zwolnić, a jedynie zawiesić na pół roku, stwarzając mu komfortowe warunki, ponieważ ten pan nie musiał przychodzić do pracy, nie musiał niczego wykonywać, a pierwszego przychodził jedynie po pieniądze. Dotyczy to każdego zawieszonego pracownika naukowego, nie tylko Jendryczki. A czy Komisja Dyscyplinarna, zgodnie z prawem umarzając sprawę, uważała, że już wszystko jest w porządku? Z całą pewnością nie. Wykonała rzecz bez precedensu. Zwróciła się do trzech profesorów prawa, aby wyjaśnili, jak należy rozumieć zapis tej ustawy. Profesorowie stanęli na stanowisku, że plagiat plagiatem, my, profesorowie, nim się nie zajmujemy. Tępimy plagiaty, lecz jeśli chodzi o merytoryczną stronę, to sprawa jest przedawniona. Na podstawie tych właśnie opinii prawnych komisja, po rocznym postępowaniu, dziesiątkach posiedzeń i wyjaśnień, zajęła stanowisko takie: my, komisja, potępiamy plagiaty, natomiast w konkretnym przypadku odstępujemy od dalszego postępowania poprzez umorzenie sprawy. Dlaczego jednak komisja nie zawiadomiła pism medycznych, a szczególnie "Przeglądu Lekarskiego", o popełnieniu plagiatu? Komisja nie jest ciałem stałym. Działała w najlepszej wierze, o czym jestem głęboko przekonany, ale nie wiedziała, przez nikogo nie została poinformowana, że tak należy postąpić. Nie ma tu znów żadnych wytycznych, a byłoby to rozwiązanie. A pan Jendryczko mógł spokojnie sam odejść z uczelni... Szczęśliwie złożyło się, że panu Jendryczce kończył się kontrakt na kierowanie katedrą. Była to Katedra Chemii i Analizy Leków. Kiedy minęło sześć miesięcy "zawieszenia", rektor musiał przywrócić go do pracy, ale już nie na stanowisko kierownika katedry. Pan Jendryczko po kilku miesiącach wyraźnego niezadowolenia poprosił nas o zgodę na jego przejście do pracy w Politechnice Częstochowskiej. Dostał ją natychmiast. Został zatrudniony na stanowisku profesora. Nikt z częstochowskiej uczelni nie pytał państwa o opinię? Nie uznaliście, że należy poinformować nowego pracodawcę o popełnionym plagiacie? Nie zostaliśmy o opinię poproszeni, choć powinno tak zawsze być. W związku z tym nikt panu Jendryczce nie wystawiał żadnej opinii. Czy nie wydaje się panu profesorowi, że jest to luka w mechanizmach akademickich? Jest to luka. Uczelnia może, ale nie musi wystawiać opinii. Nie jest też nigdzie powiedziane, że uczelnia musi zasięgać opinii z poprzedniego miejsca pracy. Ciekawe, jak teraz, po ujawnieniu ponad trzydziestu kolejnych plagiatów, zachowa się obecny pracodawca pana Jendryczki, rektor Politechniki Częstochowskiej. A jakie instytucje oprócz uczelni zajmowały lub powinny zajmować się tego typu sprawą? Nikt się nią nie zajmował oprócz uczelni. W takich przypadkach, jeśli obwiniony czuje się poszkodowany, ma prawo odwołać się do Komisji Dyscyplinarnej przy Radzie Głównej Szkolnictwa Wyższego i Nauki. Nic takiego się nie stało, wszyscy byli zadowoleni. Czy nie wydaje się panu profesorowi, że coś więcej należało uczynić, powiedzieć o sprawie głośno, uprzedzić innych naukowców, by nie powoływali się na plagiaty Andrzeja Jendryczki? Dzisiaj wydaje mi się, że będąc członkiem Komisji Dyscyplinarnej - mając bardzo krytyczny stosunek do plagiatów - napisałbym votum separatum i spowodował przesłanie sprawy do tejże Głównej Komisji Dyscyplinarnej. Ale to jest moje stanowisko dzisiaj, a nie wiem, czy dwa lata temu postąpiłbym tak samo. Dziś już wiemy, że pan Jendryczko plagiatów popełnił ponad trzydzieści. Wprawdzie nie mówi się o tym głośno, lecz wiadomo, że plagiaty naukowe nie są niczym nowym. Tak, to bardzo przykre i, niestety, ma miejsce na całym świecie. Także w najwybitniejszych instytucjach naukowych. Co ciekawe, po ujawnieniu plagiatu jednostka nie traci prestiżu, dalej jest świetną jednostką naukową, mimo że pozbyła się plagiatora. Może właśnie oczyszczanie się i mówienie wprost o winach jest lepsze niż ich tuszowanie. Czy środowisko medyczne ma swój kodeks etyczny, nie lekarski, a naukowy? O tej sprawie mówi się dużo i głośno. Profesor Kornel Gibiński jest przewodniczącym Komitetu Etyki Polskiej Akademii Nauk. To jest bardzo aktywne ciało kolegialne, które piętnuje w sposób jednoznaczny działania niegodne uczonego czy nauczyciela akademickiego. Natomiast nie ma przekładni prawnej. Brakuje nam możliwości odwołania się do litery prawa. Szkoda wobec tego, że komitet nie zajął stanowiska w sprawie Andrzeja Jendryczki... Może powinniśmy w Polsce utworzyć na wzór duński niezależny od uczelni komitet badania nierzetelności naukowej? Oczywiście, powinniśmy utworzyć reprezentatywne ciało, w którym zasiadałyby autorytety w nauce, by wywierały presję na tych, którzy postępują tak niegodnie. Osobę popełniającą plagiat należy potępić, zwolnić natychmiast z pracy, zakazać jej pracy naukowej i dydaktycznej. rozmawiała Barbara Cieszewska
Zapis w ustawie o szkolnictwie wyższym w części dotyczącej spraw dyscyplinarnych jest niekorzystny dla ścigania przestępstw. Jeśli pracownik nie popełnił czynu, który został mu udowodniony przez sąd, to nie ma żadnych podstaw do zwolnienia. sprawa plagiatu pana Andrzeja Jendryczki dotyczyła roku 1995. Rektor zawiesił pana Jendryczkę na sześć miesięcy. nie mógł go zwolnić.
REPORTAŻ Z pamiętnika rezerwisty w polskim oddziale KFOR Wielki post w Osiemnastym Batalionie Punkt kontrolny w Drajkovcach obsadzają Ukraińcy. Gości częstują gorącą kawą z ogromnego czajnika. FOT. RYSZARD BILSKI PORUCZNIK RYSZARD BILSKI z Kosowa - Umartwimy tu pana jak należy - mówi ksiądz kapelan Marek Strzelecki. Na kolację idę jeszcze jako cywil. W jadłospisie ryba. - Lubi pan rybę? - pyta podchwytliwie ksiądz Marek. - Wprost przepadam - odpowiadam szczerze. - Takim trzeba w inny sposób dać odczuć, że to wielki post. 10 marca 2000 roku, pierwszy piątek wielkiego postu, mój pierwszy dzień w bielskim batalionie desantowo-szturmowym, który wchodzi w skład międzynarodowych sił wojskowych KFOR w Kosowie, zakończył się oficjalnym wcieleniem rezerwisty do armii. - Po całości czy jedna druga? - pyta Dawid, żołnierz z Wodzisławia, dorabiający do żołdu jako batalionowy fryzjer. Major Zbigniew Tłok-Kosowski, szef logistyki, zaprasza do magazynu mundurowego: - Spodnie za długie, a w pasie za wąskie jak u każdego rezerwisty. To samo z mundurem. Nakładki na pagony, trzy gwiazdki. To aż za dużo jak na rezerwistę dziennikarza. Większość pańskich kolegów po fachu wymigała się od wojska. Buty - czterdziestka. Wszystkie berety za ciasne, szukają numeru pięćdziesiąt dziewięć. - Lepsza - widzę na oko - byłaby nawet sześćdziesiątka, łeb słusznej wielkości - mówi major, czuwający nad tym, abym wyglądał nie jak oferma batalionowa, lecz jak oficer armii, która od roku jest członkiem NATO. Czy ja to udźwignę? Kurtka z podpinką, kamizelka kuloodporna, blacha pancerna, hełm... Żniwa z kostuchą w tle Zamieszkałem w kontenerze. Wygodne metalowe łóżko, stolik nakryty ceratowym obrusem, szafki, dwa krzesła, czajnik elektryczny, kaloryfer olejowy na prąd. Przypominają mi się sierpniowe noce spędzone w namiotach. Przed przemarznięciem uratował mnie śpiwór, który zafasowałem przezornie w Skopje w tworzonej tam wówczas przez podpułkownika Jarosława Szyksznię polskiej bazie logistycznej. Tamte dni to był wielki koszmar i sprawdzian dla spadochroniarzy z 18. Batalionu Desantowo-Szturmowego z Bielska-Białej, którzy z końcem czerwca wylądowali w szczerym polu pomiędzy Uroszevacem a Kaczanikiem u zbiegu dwóch dolin. - Logika nakazywała, by tu właśnie założyć obozowisko, bo ukształtowanie terenu dawało gwarancje dobrej łączności radiowej. Dodatkowym argumentem był też niewielki las. Później okazało się, że było to jedno z nielicznych miejsc, gdzie można się dowiercić do wody - mówi major Kosowski. - Wczesnym rankiem stanęliśmy przed łanem zboża. Co ja tu robię? Przyjechałem na żniwa czy na misję wojskową? Nic, tylko brać za kosę. Lepsza byłaby snopowiązałka. A może kombajn? Ale ja, góral, jestem przyzwyczajony do kosy, bo na nasze stromizny nie wjedzie się z żadną maszyną. Tu, w tym zbożu w Kosowie, mogła czyhać kostucha. Wszędzie miny. Siusiać nie można pod drzewkiem ani nawet na poboczu, tylko po kole samochodu. Na każdym kroku groziło niebezpieczeństwo. Przecież to było zaledwie kilkanaście dni po zawarciu rozejmu - wspomina starszy kapral Sławomir Pytel z Juszczyny koło Żywca. Major Tłok-Kosowski wskoczył na spychacz i zaczął niwelować teren pod bazę batalionu. Przed oczyma - nie zaprzecza dziś - przesunął mu się film z całego życia. W każdej chwili mógł wylecieć na minie. Jakąś tam ochronę dawała solidna konstrukcja spychacza, a także kamizelka kuloodporna, blacha pancerna i hełm. Ale co by było, gdyby wjechał na niewybuch większego kalibru? Po południu żołnierze zaczęli już stawiać namioty, wieczorem zjedli gorący posiłek ugotowany na wodzie mineralnej - przez pewien czas nawet myli się w takiej wodzie, co uchroniło ich przed zatruciem i epidemią - a w nocy wyjechali na pierwsze patrole. Następnego ranka w całej okolicy było już głośno o Polakach. Spokój nad rzeką Ibar 11 marca, sobota. Tuż po śniadaniu (owsianka, kiełbasa na gorąco, chleb, dżem, miód, herbata) wyjazd do Kosovskiej Mitrovicy. Za kierownicą honkera podpułkownik Krzysztof Klimaszewski, pomocnik dowódcy batalionu do spraw prawa i dyscypliny. Z trudem przeciskamy się przez mitrovicki rynek, na którym handluje się już nie tylko ciuchami, warzywami i coca-colą, ale także samochodami. Mercedes - 3,5 tysiąca marek, golf - 2,5 tysiąca marek, lecz bez dowodów i tablic rejestracyjnych. Chętnych nie brakuje. Kogo obchodzi źródło pochodzenia pojazdu? Tu prawie wszystkie samochody są niewiadomego pochodzenia. Policja międzynarodowa, nie mówiąc już o lokalnej, albańsko-serbskiej, utworzonej jesienią ubiegłego roku (Serbów w niej jak na lekarstwo, można ich spotkać tylko w serbskich enklawach), patrzy na to przez palce. Amerykańscy żandarmi wypowiedzieli walkę jedynie piractwu drogowemu i ostro karzą za przekraczanie dozwolonej prędkości. Mandat zapłacił nawet dowódca polskiego batalionu. Kierowcy albańscy bez mrugnięcia okiem płacą mandaty, nawet po kilkaset marek, byle im nie zaglądano w papiery. Co innego na granicy. Tu są dokładnie kontrolowani. Kiedyś na przejście graniczne pomiędzy z Kosowem a Macedonią zajechał jaguar. Właściciel miał tylko paszport. Twierdził, że bardzo się spieszy, a dokumenty zostawił w drugiej marynarce. Poszedł je przynieść i do tej pory nie wrócił, choć minęły już trzy miesiące. Od trzech dni siły KFOR w Mitrovicy wzmacnia ponadstuosobowa polska grupa bojowa, którą dowodzi major Tomasz Bąk. Na rzece Ibar, dzielącej Kosovską Mitrovicę na część serbską i albańską, niemal każdego dnia dochodziło do starć Albańczyków z Serbami w pobliżu głównego mostu. Albańczycy próbowali przedostać się do swoich enklaw w północnej części miasta, a Serbowie - do południowej. Spadochroniarze z Bielska-Białej wzięli się ostro do roboty. Dzień i noc patrole, stałe posterunki w newralgicznych punktach miasta. Kontrolują nawet pojazdy organizacji charytatywnych. Są równie nieustępliwi wobec Serbów i Albańczyków. Sytuacja w mieście wciąż jest napięta, ale nikt nikogo nie obrzuca już kamieniami, nie strzela, ustały prowokacje. Trzeźwy jak Polak Polski posterunek przed cerkwią. Dawniej w albańskiej części miasta mieszkało około czterech tysięcy Serbów, teraz - łącznie z rodziną prawosławnego księdza - żyje tu zaledwie dwadzieścia osób. Pukam do drzwi domu popa. Mówię głośno w języku serbskim: dobar dan. Głucho. - Może z drugiej strony, oni raczej używają tamtego wejścia Obawiają się albańskiego snajpera - mówi wartownik. Miał rację. Na schodach oczekują nas żona oraz córka popa, Sneżana. Proponują kawę i rakiję. Poprzestajemy na kawie. W batalionie obowiązuje całkowita prohibicja. Z początku niektórzy wyśmiewali "nieżyciowy zakaz dowódcy", ale teraz są z siebie dumni, że nie piją. - Nie wiem, co się ze mną stało, dawniej przepustka kojarzyła mi się tylko z wiśnióweczką. Do tego piwko i człowiek był już na obrotach. Teraz nawet w domu na urlopie wolę iść z dziewczyną na soczek, na hamburgerka. Było kilku wariatów, nie wytrzymali, urżnęli się. Jak wytrzeźwieli, szef żandarmerii zaprosił ich na "pogadankę" i wręczył im bilety powrotne do kraju. Wiadomość, że Polacy nie piją, rozeszła się wśród ludności miejscowej. Ludzie częstują rakiją, bo mają to w zwyczaju, ale nie nalegają, a w dowództwie KFOR, szczególnie Amerykanie, nie mogą wyjść z podziwu dla Polaków. Sneżana przynosi dzbanek z kawą. Pracuje po stronie serbskiej, w służbie zdrowia. Zarabia sto marek miesięcznie. Z domu wychodzi tylko pod eskortą żołnierzy KFOR albo policji międzynarodowej. Codziennie wolontariusze z organizacji humanitarnych przynoszą im chleb, dwa razy w miesiącu owoce i warzywa. Dziś pop ma pochować Serba we wsi Zubcze, ale żeby tam się dostać, musi przejechać przez albańską wieś. Nie może się doczekać eskorty francuskiej. Prosi Polaków. Sprawa jest załatwiona od ręki. Sneżana opowiada o tym, jak Albańczycy chcą ich zastraszyć i zmusić do ucieczki. Podchodzą w nocy blisko domów, obserwują ich przez lornetki. - Żyjemy tu jak w getcie. Pustynia w Kosowie 12 marca, niedziela. Leje jak z cebra. O trzeciej nad ranem przyjechały trzy autobusy z Bielska-Białej i z Krakowa z żołnierzami powracającymi z dwutygodniowego urlopu. Natychmiast rozjechali się do Strpc i Brezovicy, ci z Kaczanika wysiedli wcześniej. O dziewiątej msza święta. - Pierwsza niedziela wielkiego postu. Pan Jezus przebywał przez czterdzieści dni i nocy na pustyni. Dla nas tą pustynią jest pobyt tu, w Kosowie, z daleka od rodzin - mówi ksiądz Marek. Jego słowa zagłusza warkot autobusów przejeżdżających obok kaplicy. Do kraju na dwa tygodnie odjechała kolejna zmiana urlopowiczów - jutro wieczorem będą już w Bielsku-Białej, w Krakowie - wśród nich kapitan Mirosław Wiklik, dowódca kompanii wsparcia. To on właśnie przygarnął starego rezerwistę z "Rzeczpospolitej". By skrócić mi - po kilkudziesięcioletniej przerwie - okres rekrucki, oddał mnie w solidne ręce swego najlepszego dowódcy plutonu, porucznika Romana Korzeniewicza. Już po pierwszym spotkaniu nie mam wątpliwości, że jeśli w elementarzu miałby się znaleźć rysunek i opis żołnierza, to za model powinien służyć właśnie on. Jest to bowiem "żołnierz regulaminowy" i myślący zarazem. W strugach deszczu żegnamy odjeżdżających. W batalionie zrobiło się smutno i cicho. Ci, którzy przyjechali, odpoczywają, są jeszcze myślami w swych domach, ci, którzy pozostali, a pojadą w następnej turze - za dwa tygodnie - już myślą o swych rodzinach. Patrole, jak każdego dnia, wyjeżdżają w teren. Na obiad rosół, kurczak pieczony, banany. Ciszę poobiednią przerywa komunikat ogłaszany w radiowęźle batalionowym: - Kierowca dowódcy zgłosi się natychmiast do samochodu. Nagły wyjazd do wsi Donja Bitinja. Osiem samochodów albańskich wjechało bez zgody Serbów w ich enklawę. Albańczycy chcą odwiedzić swoje domy. Serbowie mówią: my ich wpuścimy, jeśli pozwolą nam odwiedzić nasze domy w Prizrenie i Uroszevacu. Albańskie samochody zostały zablokowane. Serbowie chwycili za kamienie. To odwet za piątek. Gdy dowódca batalionu, podpułkownik Roman Polko, negocjuje z Serbami, kilkanaście osób atakuje jego samochód, w którym znajdują się kierowca i tłumacz (Albańczyk). Napastnicy usiłują wyciągnąć tłumacza, a gdy to się nie udaje - zamknęli się od wewnątrz - próbują przewrócić pojazd. Dowódca oddaje w górę cztery strzały ostrzegawcze. To odwraca uwagę atakujących i kierowca ucieka samochodem z niebezpiecznej strefy. Język jest niewinny 13 marca, poniedziałek. Patrol w składzie: dowódca - porucznik Korzeniewicz - kierowca, dwóch żołnierzy, ksiądz kapelan i ja. Wyjazd w rejon Kaczanika. Tu dołącza do nas drugi honker. W góry, gdzie kręte i wąskie drogi, muszą jechać co najmniej dwa pojazdy. Co pewien czas dowódca melduje przez radio, gdzie jesteśmy. Mała górska wioska Krivenik. Tuż przy granicy z Macedonią. Zaledwie kilkanaście domów. Już z daleka widać budynek szkoły. Tam właśnie jedziemy. Kapelan wiezie ze sobą tysiąc marek w prezencie dla szkoły od wiernych z Bielska-Białej. To taca z kilku niedziel, kiedy kazania głosił kapelan "osiemnastki". Mówił o nienawiści i pojednaniu właśnie na przykładzie Kosowa. Propozycji, by za te pieniądze kupić szkole telewizor i antenę do odbioru programów satelitarnych, nauczyciele z wioski nie akceptują, bo mają pilniejsze potrzeby. Prowadzą nas do jednej z klas, gdzie natychmiastowej wymiany wymaga podłoga. Zgoda, na to pójdą pieniądze. Rozmawiam z nauczycielami, najpierw po angielsku, ale oni znają ten język jeszcze słabiej niż ja, więc proponuję przejść na serbski. Nie protestują. Nauczony doświadczeniem, nie omieszkałem jednak powiedzieć na samym początku, że język nie jest "kriv" (winien) nieszczęść, które wydarzyły się w Kosowie. Przytakują. Pokazują stare jugosłowiańskie bunkry, które znajdują się kilkaset metrów za szkołą. Dalej iść nie można - miny. Serbowie zaminowali całą granicę z Macedonią. Pytam, ilu mieszkańców wsi zginęło z rąk serbskiej policji i podczas nalotów NATO? Okazuje się, że nikt. Przeżyli wszyscy. Tajna broń 17 marca, piątek. Na śniadanie zupa mleczna, jajecznica, ser, miód. Rano powrócili żołnierze z Kosovskiej Mitrovicy. Po obiedzie uroczysty apel, na którym dowódca wręcza "mitroviczanom" dyplomy za dobrze wykonane zadanie. Podczas ich pobytu nie doszło do najmniejszego nawet zatargu pomiędzy Albańczykami i Serbami. Tylko wyjechali, może byli kilkadziesiąt kilometrów za Mitrovicą, gdy przy "moście niezgody" na rzece Ibar ponownie wybuchły zamieszki. Światowe agencje prasowe pisały: "Polacy mają jakąś tajną broń i sposób na zneutralizowanie agresji wśród Serbów i Albańczyków". - Osiem godzin służby, cztery odpoczynku, patrole dzień i noc, na ulicach, a nie w kafejkach, to nasza broń i sposób - mówią żołnierze. Chorąży Sławomir Zoń przeżył w Mitrovicy w ostatnim dniu pobytu, podczas przekazywania służby fińskiemu oficerowi niecodzienną przygodę. Obaj szli w kierunku cerkwi na skróty przez kałuże, chorąży pół kroku za oficerem, i rozmawiali. W pewnej chwili rozmowa się urwała, chorąży zamilkł. Fin obejrzał się i stwierdził, że nie ma Polaka. W kałuży pływał tylko jego beret. Nagle tuż obok wybuchł "wodny wulkan" i ukazała się głowa chorążego. Wpadł do otwartej studzienki kanalizacyjnej. Potem koledzy nadali mu przydomek "szambonurek". Chorąży uratował się tylko dzięki refleksowi i niebywałej sprawności fizycznej. Jako jedyny w batalionie, a być może i w Wojsku Polskim, ćwiczy na trapezie w kamizelce kuloodpornej i w hełmie. Post scriptum 19 kwietnia, ostatnia środa wielkiego postu. W nocy trzema autobusami bielskiej firmy transportowej "Aga-Travel" powrócili urlopowicze. - Zaraz idę na siłownię, wieczorem patrol. Po pierwszym patrolu człowiek przestaje rozmyślać o domu, o narzeczonej, która żegnała mnie ze łzami, zobaczymy się dopiero pod koniec lipca, jak zjadę z misji - mówi starszy kapral Pytel. Przed południem do kraju wyjechali następni. Pożegnał ich podpułkownik Roman Polko. Szczególnie serdecznie. Odchodzi bowiem z batalio
10 marca 2000 roku, pierwszy piątek wielkiego postu, mój pierwszy dzień w bielskim batalionie desantowo-szturmowym, który wchodzi w skład międzynarodowych sił wojskowych KFOR w Kosowie, zakończył się wcieleniem rezerwisty do armii.Tamte dni to był koszmar i sprawdzian dla spadochroniarzy z 18. Batalionu Desantowo-Szturmowego z Bielska-Białej, którzy z końcem czerwca wylądowali pomiędzy Uroszevacem a Kaczanikiem. - stanęliśmy przed łanem zboża. Nic, tylko brać za kosę. Wszędzie miny. to było zaledwie kilkanaście dni po zawarciu rozejmu - wspomina starszy kapral Sławomir Pytel. żołnierze w nocy wyjechali na pierwsze patrole. 11 marca, sobota. wyjazd do Kosovskiej Mitrovicy. Z trudem przeciskamy się przez mitrovicki rynek. Od trzech dni siły KFOR w Mitrovicy wzmacnia polska grupa bojowa. Na rzece Ibar, dzielącej Kosovską Mitrovicę na część serbską i albańską, każdego dnia dochodziło do starć Albańczyków z Serbami. Spadochroniarze z Bielska-Białej wzięli się do roboty. Sytuacja w mieście wciąż jest napięta, ale nikt nikogo nie obrzuca kamieniami. Polski posterunek przed cerkwią. Dawniej w albańskiej części miasta mieszkało około czterech tysięcy Serbów, teraz żyje tu dwadzieścia osób. Pukam do drzwi domu popa. Na schodach oczekują nas żona oraz córka popa. Proponują kawę i rakiję. Poprzestajemy na kawie. W batalionie obowiązuje całkowita prohibicja. Wiadomość, że Polacy nie piją, rozeszła się wśród ludności miejscowej. 12 marca, niedziela. przyjechały trzy autobusy z żołnierzami powracającymi z urlopu. msza święta.- Pierwsza niedziela wielkiego postu. Pan Jezus przebywał przez czterdzieści dni i nocy na pustyni. Dla nas tą pustynią jest pobyt tu, w Kosowie, z daleka od rodzin - mówi ksiądz Marek. Nagły wyjazd do wsi Donja Bitinja. Osiem samochodów albańskich wjechało bez zgody Serbów w ich enklawę. Albańskie samochody zostały zablokowane. Gdy dowódca batalionu negocjuje z Serbami, kilkanaście osób atakuje jego samochód. Dowódca oddaje w górę cztery strzały ostrzegawcze. To odwraca uwagę i kierowca ucieka samochodem z niebezpiecznej strefy. 13 marca, poniedziałek. Wyjazd w rejon Kaczanika. z daleka widać budynek szkoły. Tam jedziemy. Kapelan wiezie ze sobą tysiąc marek w prezencie dla szkoły od wiernych z Bielska-Białej. Rozmawiam z nauczycielami, najpierw po angielsku, ale oni znają ten język jeszcze słabiej niż ja, więc proponuję przejść na serbski. nie omieszkałem powiedzieć, że język nie jest "kriv" (winien) nieszczęść, które wydarzyły się w Kosowie. 17 marca, piątek. powrócili żołnierze z Kosovskiej Mitrovicy. uroczysty apel, na którym dowódca wręcza "mitroviczanom" dyplomy za dobrze wykonane zadanie. Podczas ich pobytu nie doszło do najmniejszego zatargu pomiędzy Albańczykami i Serbami. Światowe agencje prasowe pisały: "Polacy mają jakąś tajną broń i sposób na zneutralizowanie agresji wśród Serbów i Albańczyków". 19 kwietnia, środa. powrócili urlopowicze.- Po pierwszym patrolu człowiek przestaje rozmyślać o domu - mówi starszy kapral Pytel.
Rumunia Cyganie biorą swój los we własne ręce Romowie w mundurach Wiosny Ludów Maj 1998 - taniec protestacyjny przed budynkiem MSW w Bukareszcie po zabiciu Cygana przez policję (C) ARCHIWUM CENTRUM ROMÓW W BUKARESZCIE Bogumił Luft z Bukaresztu Kilka lat temu pochodzący z zasymilowanej cygańskiej rodziny Vasile Ionescu, urzędnik rumuńskiego Ministerstwa Kultury, o wyglądzie długowłosego kontestatora, poszukiwał po omacku sposobów i możliwości działania na rzecz ludu, z którego się wywodzi. Dziś, ostrzyżony i starannie ubrany, przedstawia się jako "menedżer Centrum Romów". - Widząc, że i z lewicą, i z prawicą trudno się nam dogadać, próbujemy działać sami - mówi Ionescu. Urzędnikiem pozostał, ale jednocześnie stał się jednym z czołowych animatorów cygańskich organizacji pozarządowych. Przyjmuje mnie na dziedzińcu siedziby Centrum Romów w dzielnicy starych, parterowych domów na obrzeżach śródmieścia Bukaresztu. W pomieszczeniach Centrum roi się od komputerów. Na ścianach niezliczone fotografie w znacznym powiększeniu. Na jednej z nich - prezes sejneńskiej Fundacji Pogranicze Krzysztof Czyżewski, odwiedzający podbukareszteńską wieś, w której za czasów Ceausescu siłą osiedlono cygański tabor. Ta wieś to miejsce niezwykłe. Pod rządami postkomunistów urzędnicy miejscowej gminy traktowali "problem cygański" - tak jak i niemal wszystkie rumuńskie władze - jako problem policyjny: trzymać pod kontrolą kryminogenny żywioł. Od wyborów samorządowych w 1996 roku gminą rządzi jednak marginalna w skali kraju partia monarchistyczna, której lokalny lider, odtąd na stanowisku wójta, uznał, że Cyganie to tak samo ważni poddani żyjącego na emigracji w Genewie Michała I jak inni mieszkańcy rumuńskiego państwa. Dlatego zresztą wygrał wybory - był, nie wiedzieć czemu, jedynym kandydatem, który Cyganów odwiedził, wysłuchał ich skarg, zanotował sobie ich problemy i namówił ich do pójścia do urn. Vasile Ionescu, z którym odwiedziłem go rok później, znalazł w siedemdziesięcioletnim wójcie, skromnym emerytowanym nauczycielu, dobrego partnera do realizacji wspieranych przez Radę Europy projektów pomocy dla Romów. Ani z królem, ani z Partidą W ciągu ostatnich kilku lat zasymilowana, wykształcona elita rumuńskich Cyganów wykazała się sporą aktywnością obywatelską, przede wszystkim tworząc liczne (dziś jest ich 102) stowarzyszenia i fundacje. Tak powstał trzeci, najbardziej nowoczesny nurt samoorganizacji i uczestnictwa w życiu publicznym rumuńskiej społeczności cygańskiej, liczącej według danych oficjalnych 400 tysięcy osób, a według ostrożnych szacunków - 2 miliony. Pierwszy - to tradycyjne cygańskie struktury, włącznie z tymi, które tworzą wokół siebie król i cesarz - postacie raczej folklorystyczne. Drugi - to Partida Romilor, stowarzyszenie prowadzące działalność polityczną. Partida przez całe lata 90. szła ręka w rękę z postkomunistami, którzy rządzili do 1996 roku, a dziś są w opozycji. Ruch stowarzyszeń, których większość zrzeszyła się w Alternatywie Obywatelskiej Romów, nie jest z nią skłócony, ale sam odcina się od polityki, a co za tym idzie - i od Partidy. Już ten fakt oraz fascynacja zachodnim stylem działania i zachodnimi wartościami zbliża w naturalny sposób Alternatywę do obecnej centroprawicowej koalicji. Dwa lata temu powstała Grupa Robocza Stowarzyszeń Romów, której celem miało być udzielenie pomocy rządowi w wypracowaniu strategii działania na rzecz społeczności cygańskiej. Dziś jednak Vasile Ionescu nie jest zadowolony z rezultatów tej współpracy. Jego zdaniem, ani lewica, ani prawica w Rumunii nie uczyniły zbyt wiele w sprawie rozwiązania problemów Romów. Taniec protestacyjny Centrum Romów stworzyło 6 najpoważniejszych rumuńskich stowarzyszeń i fundacji cygańskich realizujących projekty finansowane między innymi przez Fundację Sorosa, program PHARE, rząd Holandii, ambasady państw zachodnich, w tym Republiki Czeskiej. Wspólnie organizują różne konferencje i spotkania, założyli w Bukareszcie specjalistyczną bibliotekę, zorganizowali ośrodki dokumentacji sytuacji Romów w 16 z 42 rumuńskich województw. W Centrum jest reprezentowana między innymi Agencja Rozwoju Wspólnotowego "Razem", która w ramach międzynarodowego programu finansowanego przez Radę Europy buduje osiedla dla bezdomnych Cyganów. Z kolei fundacja "Chodźcie z nami", której prezesem jest Ionescu, sporządza ekspertyzy dotyczące polityki państwa wobec Romów, współpracuje z prasą, gromadzi dokumentację prawną, prowadzi działalność wydawniczą. Jest też Stowarzyszenie Kobiet Romskich, które - jak zaznacza Ionescu - nie ma nic wspólnego z ruchem feministycznym. Jest wreszcie Stowarzyszenie Romów Kotlarzy, którzy do lat sześćdziesiątych prowadzili żywot nomadów. Wielu z nich i dziś jeszcze sezonowo, w lecie, wyrusza na wędrówkę. W całej Rumunii żyją w 38 szatrach - zamkniętych społecznościach, rządzących się własnymi, egzotycznymi prawami. Zdecydowana większość to analfabeci i do prowadzenia działalności swego stowarzyszenia potrzebowali kogoś z zewnątrz - tak Vasile Ionescu został ich sekretarzem generalnym, jako jedyny członek stowarzyszenia spoza społeczności Kotlarzy. Najbardziej rzuca się w oczy działalność Związku Studentów i Młodych Romów Antyrasistów, który ma około 500 członków w siedmiu ośrodkach uniwersyteckich. To oni organizują demonstracje uliczne - przeważnie w formie malowniczych, kolorowych happeningów. Dwa lata temu, na znak protestu po zabiciu Cygana przez policjantów rewidujących jego dom, tańczyli w tradycyjnych, cygańskich strojach przed budynkiem Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. W 150. rocznicę Wiosny Ludów zorganizowali marsz ulicami Bukaresztu, w wojskowych mundurach i cywilnych strojach z epoki, przypominając, że rumuńscy rewolucjoniści proklamowali wówczas zniesienie niewolnictwa Cyganów. Gdy przywódca skrajnie nacjonalistycznej Partii Wielkiej Rumunii Corneliu Vadim Tudor zaproponował zamknięcie Cyganów w specjalnych obozach, pomaszerowali pod parlament i siedzibę rządu z przypiętymi na piersiach żółtymi gwiazdami nawiązującymi do czasów holokaustu oraz transparentem: "Kolonia karna C. V. Tudora". Gdy Cygan jest ofiarą Siódmą organizacją pozarządową reprezentowaną w Centrum Romów jest fundacja Echosoc założona przez grupę młodych rumuńskich socjologów nie mających, z punktu widzenia etnicznego, nic wspólnego z cygaństwem. Echosoc - Fundacja na Rzecz Odzyskania, Integracji i Promocji Społecznej istnieje od czterech lat i zajmuje się problemami grup społecznie upośledzonych. Między innymi prowadzi wszechstronne doradztwo na rzecz cygańskich stowarzyszeń i fundacji. - Instytucjonalna dyskryminacja Romów w Rumunii jest ewidentna, głównie gdy chodzi o dostęp do nauki i lecznictwa - mówi trzydziestoparoletni prezes Echosoc Sorin Cace, pracownik naukowy w Instytucie Jakości Życia Akademii Rumuńskiej. - Dopiero niedawno zrobiło coś Ministerstwo Edukacji, wprowadzając częściowe nauczanie w języku romskim w niektórych szkołach. Natomiast dochodzenia w sprawach o zabójstwo, gdy Rom jest ofiarą, a nie zabójcą, z reguły ślimaczą się, często tak długo, aż sprawa się przedawnia. Zdaniem Cace, u podstaw tego wszystkiego leżą dość upowszechnione w społeczeństwie rasistowskie stereotypy, zgodnie z którymi każdy Cygan jest przestępcą. A Romowie są w większości przede wszystkim biedni - nędza jest głównym problemem tej społeczności. Perspektywa zmiany stanu rzeczy otworzyła się ostatnio, gdy Departament do spraw Mniejszości Narodowych rządu Rumunii stworzył wreszcie kompleksowy program działania. - Powstaje wprawdzie komitet, złożony z przedstawicieli ministerstw i romskich organizacji, mający nadzorować jego realizację od jesieni tego roku, ale trudno będzie coś zrobić bez silniejszego niż dotąd wsparcia politycznego - twierdzi Sorin Cace. Na szczęście pojawiło się przynajmniej źródło finansowania. Pod auspicjami Rady Europy (RE) i pod szczególną opieką rządu Holandii powstał ramowy program na rzecz Cyganów w pięciu krajach Europy Środkowowschodniej, na który RE, UE, Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju oraz Fundacja Sorosa przeznaczyły łącznie 50 milionów euro. Sorin Cace jest nieco zdziwiony, że na Rumunię, gdzie Romów jest najwięcej, przypadło tylko 5 milionów, ale dobre i to. Praca nie dla Cygana Cygańskie stowarzyszenie Romani Criss poinformowało wczoraj w Bukareszcie, że złożyło oficjalny protest w Ministerstwie Pracy przeciw opublikowaniu przez państwowy urząd zatrudnienia oferty pracy zawierającej klauzulę wykluczającą Romów z grona adresatów oferty. Według Costela Bercusa z Romani Criss, podobne klauzule zawiera rosnąca liczba ofert pracy i usług oraz ogłoszeń drobnych o wynajmie mieszkań. Romów nie wpuszcza się też do niektórych restauracji i dyskotek. Organizację zaniepokoił szczególnie fakt, że tym razem publikacji oferty patronowała instytucja państwowa. Jednocześnie Bercus wyraził radość z powodu zarzucenia przez policję niektórych dyskryminacyjnych praktyk wobec społeczności romskiej. (AFP)
Kilka lat temu pochodzący z zasymilowanej cygańskiej rodziny Vasile Ionescu, urzędnik rumuńskiego Ministerstwa Kultury, poszukiwał po omacku sposobów i możliwości działania na rzecz ludu, z którego się wywodzi. Dziś przedstawia się jako "menedżer Centrum Romów". W ciągu ostatnich kilku lat zasymilowana, wykształcona elita rumuńskich Cyganów wykazała się sporą aktywnością obywatelską, przede wszystkim tworząc liczne stowarzyszenia i fundacje.
POWÓDŹ Trzy lata po przejściu wody tysiąclecia Tylko głupi się nie boi Opole 1997 FOT. MACIEJ SKAWIŃSKI MAREK SZCZEPANIK W Opolskiem ciągle żywa jest sprawa powodzi. Trzy lata po przejściu wody tysiąclecia samorządowcy alarmują - przedłużają się prace przy likwidacji skutków powodzi, brakuje pieniędzy na konieczne remonty. Mimo zaawansowanych prac przy modernizacji umocnień groźba powodzi jest nadal realna. - Nigdzie na świecie nie buduje się wałów na ochronę przed wodą, która statystycznie przypada raz na tysiąc lat - tłumaczy kierownik opolskiego oddziału Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej Tadeusz Pawłowski, do którego należy m.in. administrowanie opolskim odcinkiem koryta Odry. - Wały są obliczane i budowane na wodę stuletnią. Nie należy zapominać, że ochrona przeciwpowodziowa to nie tylko wysokie wały. W przyszłym roku zakończymy prace, których celem jest zwiększenie przepustowości rzek w Kędzierzynie-Koźlu i Opolu, a tym samym odciążenie miejskich umocnień. Sama przebudowa węzłów wodnych w Kędzierzynie-Koźlu i Opolu zapewni znaczącą ochronę mieszkańców tych miast przed powodzią. Przez cały czas zbiorniki koło Nysy są gotowe do przyjęcia stu milionów metrów sześciennych wody. Już dziś jest znacznie lepiej niż w 1997 roku, a kiedy zostanie wybudowany zbiornik w Raciborzu, możemy zapanować nawet nad bardzo dużą wodą - zapewnia Pawłowski. Uniknąć tych samych błędów Tego optymizmu nie podziela burmistrz Głuchołaz Jan Szawdylas. - Cieszę się, że mieszkańcy Kędzierzyna i Opola mogą spać spokojniej. Mnie jednak interesuje moja gmina i problemy jej mieszkańców, a te są ciągle związane z powodzią. Niestety, ta zawsze dociera najpierw do nas - mówi Szawdylas. Na poparcie swoich słów pokazuje pismo do marszałka Sejmu, w którym prosi o pomoc w odbudowie zniszczonego w 1997 roku muru oporowego na Białej Głuchołaskiej. Przez wyrwę w tym murze woda wdarła się do uzdrowiskowej części miasta. - W ubiegłym roku znowu mieliśmy powódź i kolejny raz woda weszła do miasta. Jesteśmy miastem uzdrowiskowym, ale ludzie nie przyjeżdżają do nas, bo i do czego. Kto zainwestuje pieniądze w terenie ciągle narażonym na zalanie i gdzie miasto ma znaleźć piętnaście milionów złotych na odbudowę zdroju, skoro od trzech lat nie ma z niego dochodów - denerwuje się burmistrz. - Staramy się zrobić jak najwięcej - mówi odpowiedzialny za odbudowę i modernizację wałów dyrektor Wojewódzkiego Zarządu Melioracji i Urządzeń Wodnych Tadeusz Cygan. - Powódź ujawniła wszystkie błędy. Teraz staramy się je wyeliminować. Dlatego jako główny cel przyjęto ochronę dużych skupisk ludzkich. Zgodnie z planami główne prace w Kędzierzynie-Koźlu i Opolu powinny zostać zakończone w przyszłym roku. Mamy nadzieję, że w tym samym czasie w rejonie Opola rozpocznie się budowa obszaru zalewowego, do którego będzie kierowana woda z fal powodziowych. Po zbudowaniu siedmiu kilometrów wałów powstanie teren zalewowy o pojemności przekraczającej dwadzieścia milionów kubików. Zdaniem szefa WZMiUW do zadań pilnych należy jeszcze zaliczyć budowę dziesięciu kilometrów nowych wałów chroniących wsie gminy Lubsza i ulepszenie zabezpieczeń Lewina Brzeskiego i Nysy. Bez zapłaty Tempo i priorytety robót zależą od pieniędzy. Tu zaczyna się problem. Od początku roku firmy pracujące na rzecz WZMiUW nie otrzymują zapłaty za wykonane prace. Jak tłumaczy Cygan, nie mogą jej dostać, bo na jego konto do tej pory nie wpłynęła złotówka z funduszy pomocowych przewidzianych w rezerwie budżetowej i Funduszu Rozwoju Społecznego Rady Europy. Mimo to firmy nie przerywają pracy. Prezes spółki Polwod Stanisław Staniszewski, którego firma wykonuje gros robót przy odbudowie i modernizacji wałów, na swoją działalność bierze już komercyjne kredyty. Mniejsi wykonawcy nie mają takich możliwości. Wśród przedsiębiorców mówi się o kilku firmach, które zbankrutowały, nie doczekawszy się należności. Dyrektor Cygan powodów takiego stanu upatruje w skomplikowanych procedurach rozliczeń prac i w związanych z nimi zasadach uruchamiania nowych transz pieniędzy. - Na ten rok na prace przy wałach przyznano mi 12,5 miliona złotych. Już wykonane prace pochłonęły 70 procent tej kwoty. A mam informację, że przyznany limit może zostać zredukowany. Prac nie mogę cofnąć, więc w lipcu powinienem wstrzymać roboty - rozważa Cygan. Zdaniem zadłużonych przedsiębiorców wstrzymanie prac oznacza dla części z nich likwidację. Sytuację komplikuje system prowadzenia prac. W Opolu na przykład jest trzech inwestorów. RZGW modernizuje kanał Ulgi, WZMiUW obwałowanie na lewym brzegu wyspy Bolko. Prawy brzeg tego samego odcinka przypadł miastu. Każdy inwestor pieniądze pozyskuje w różny sposób i w różnym tempie. WZMiUW ze swoimi pracami (podwyższenie o metr istniejących wałów) chce uporać się przed końcem roku, a wtedy dopiero miejska część inwestycji się rozpocznie. Gdyby więc przyszła woda w wysokości podobnej do tej sprzed trzech lat, zalałaby prawobrzeżną część miasta w rejonie Komendy Wojewódzkiej Policji. Nadzieja w smoku W Urzędzie Wojewódzkim opracowano plany mobilizacji sił i środków koniecznych do ewakuacji ludzi z miejsc zagrożonych powodzią. Aby jednak system ewakuacji zadziałał na czas, konieczne jest uruchomienie nowoczesnego monitoringu rzek. System monitoringu ochrony kraju ma dopiero powstać. Alarmowany przez mieszkańców przy każdym deszczu burmistrz Głuchołaz ma już swój system pomiaru wód. Jeździ w sobie znane miejsca na rzece i w ten sposób stara się określić skalę grożącego Głuchołazom niebezpieczeństwa. Powodzi nadal boją się mieszkańcy gminy Lubsza. - Nasze wsie leżą na terenie położonym poniżej koryta Odry - opowiada wójt Lubszy Wojciech Jagiełłowicz. Co gorsza, wybudowane jeszcze przez Niemców umocnienia opierają się na niestabilnym gruncie. W kasie rolniczej gminy, gdzie co piąty dorosły ma prawo do zasiłku dla bezrobotnych, brakuje pieniędzy na wszystko. Także na odbudowę zniszczeń powodziowych (woda zalała 70 procent powierzchni gminy). Woda przyniosła też straty niematerialne. W ocenie pracującej w Lubszy psycholog Teresy Brandys-Tylipskiej u powodzian widoczne są objawy zespołu stresu pourazowego, objawiające się m.in. zmniejszoną aktywnością, osłabieniem więzi społecznych. - Tylko głupi się nie boi, a woda nie będzie czekać, aż ludzie zrobią umocnienia - mówi Jan Mykita z całkowicie zalanego przez powódź Dobrzynia. Takiej wody nic nie powstrzyma. Syn już przygotował na strychu miejsce na meble, gdyby znowu nas zalało. Tu nie ma życia. Przez cały czas szukam miejsca, żeby przenieść chociaż część swojej szkółki krzewów, bo tu nie chcą nawet nas ubezpieczyć. Żeby chociaż ktoś dał mi gwarancję, że w tym roku nas nie zaleje. Ale czy ktoś taki istnieje? - martwi się gospodarz. - Zrobiono bardzo dużo i nie można tego negować. Jednak gdyby przyszła taka fala jak w 1997 roku, obecne umocnienia nie zapewnią pełnego bezpieczeństwa ludziom mieszkającym w sąsiedztwie Odry i jej dopływów - mówi były wojewoda opolski Ryszard Zembaczyński. Wiadomo, że wały buduje się na wodę "stuletnią". W razie wody "tysiącletniej" czy "trzystuletniej", która nawiedziła Górny Śląsk w 1985 roku, ważne jest szybkie obliczenie, dokąd woda dojdzie i skąd należy ewakuować ludzi i ich mienie. Do tego konieczne jest utworzenie nowoczesnego systemu monitoringu stanu wód opartego na automatycznych pomiarach i komputerach, a nie archaicznych wodowskazach odczytywanych przez strażników wałowych, jak jest teraz. Informacje o tym, że budowa systemu przekładana jest na kolejne lata, są po prostu zatrważające. Boję się, że gdyby dziś przyszła fala podobna do tej z 1997 roku, naszą najmocniejszą stroną kolejny raz okazałaby się improwizacja - uważa były wojewoda opolski Ryszard Zembaczyński.
W Opolskiem groźba powodzi jest nadal realna. zbiorniki koło Nysy są gotowe do przyjęcia stu milionów metrów sześciennych wody. optymizmu nie podziela burmistrz Głuchołaz. W ubiegłym roku znowu mieliśmy powódź. Od początku roku firmy pracujące na rzecz WZMiUW nie otrzymują zapłaty za wykonane prace.konieczne jest uruchomienie monitoringu rzek. Zrobiono dużo. Jednak obecne umocnienia nie zapewnią bezpieczeństwa.
ROZMOWA Prezes NBP Hanna Gronkiewicz-Waltz o projekcie budżetu na 2001 rok Podwyższenie stóp jest realne FOT. ANDRZEJ WIKTOR Rz: Rząd przyjął w piątek założenia budżetowe na 2001 rok. Jak się Pani podoba ten projekt? HANNA GRONKIEWICZ-WALTZ: Każdy budżet trzeba oceniać z dwóch perspektyw: krótkookresowej, dotyczącej roku, w którym będzie obowiązywał, i średnio- czy też długoterminowej, a więc jego skutków na kolejne lata. Ta druga jest bardzo ważna dla Narodowego Banku Polskiego. Z punktu widzenia tylko 2001 roku można powiedzieć, że jest to budżet trochę bardziej restrykcyjny, zmniejszający deficyt finansów publicznych, w porównaniu z obecnym rokiem. Ale dla NBP ta restrykcyjność nie jest wystarczająca, bo nie zmniejszy deficytu obrotów bieżących bilansu płatniczego, który jest największym zagrożeniem dla stabilizacji makroekonomicznej. A więc już jako budżet na rok 2001 stanowi on za mały postęp w stosunku do 2000 roku. Oczywiście jest poprawa w liczbach, bo deficyt finansów publicznych na poziomie 1,7 proc. jest o 1 pkt. proc. mniejszy niż 2,7 proc. zakładane w tym roku. Ale trzeba pamiętać, że ten postęp będzie osiągnięty poprzez utrzymanie wydatków budżetowych na zbliżonym poziomie, a jednocześnie nastąpi jednorazowe zwiększenie dochodów dzięki sprzedaży licencji na telefonię komórkową UMTS. Gdyby nie ten zabieg, deficyt fiskalny wyniósłby aż 2,6 proc. PKB. Ten dodatkowy dochód z UMTS jest mylący w ocenie finansów publicznych w średniej perspektywie kilku lat. NBP walczy o to, żeby deficyt budżetowy spadał systematycznie, tymczasem zmniejszanie deficytu w 2001 roku jednorazowym dochodem z UMTS, tak jak jednorazowe są dochody z prywatyzacji, takiej szansy nie daje. Prywatyzacja będzie dobiegać końca, dochody z tego tytułu kurczą się, licencje zostaną sprzedane, i w 2003, a nawet w 2002 r. mogą pojawić się już napięcia w budżecie. Na te lata przypada bowiem znaczny wzrost kosztów obsługi zadłużenia zagranicznego. Z punktu widzenia średniookresowego jest to więc budżet zdecydowanie za mało restrykcyjny, który zwiększa ryzyko destabilizacji gospodarczej w roku 2002 i kolejnych latach. A jeśli dodamy do tego wybory parlamentarne i niepewną sytuację polityczną, to ryzyko może się zwiększyć już w 2001 roku. Chociaż rozumiem, że minister finansów nie miał wielkiego pola manewru, jeśli ponad 60 proc. przyszłorocznych wydatków stanowią wydatki sztywne. Jaka będzie w tej sytuacji polityka pieniężna? Ciężar odpowiedzialności przesuwa się znów na politykę pieniężną. Chcielibyśmy, żeby ten używany przez Ministerstwo Finansów deficyt ekonomiczny był obniżony do ok. 0,5 proc. Wtedy ryzyko inwestowania w Polsce nie zwiększyłoby się. Wyższy deficyt będzie ciążył na polityce pieniężnej i znów to "policy mix" będzie niewłaściwe: zbyt luźna polityka fiskalna i restrykcyjna, prawdopodobnie nawet bardziej niż obecnie, polityka pieniężna. Wysokie stopy procentowe spowodują wolniejszy wzrost inwestycji i prognoza wzrostu produktu krajowego brutto o 5,7 proc. w 2001 roku okaże się nierealna. Wydatki będą takie, jakie są, bo znaczna część jest sztywnych, a dochody się zmniejszą i wtedy deficyt finansów publicznych wzrośnie. W ocenie NBP, prognoza 5,7 proc. wzrostu PKB jest zbyt optymistyczna. Minister Bauc założył, że w tym roku obniżki stóp procentowych nie będzie i to zgodne jest z oczekiwaniami rynku. A co z podwyżką? Czy jest możliwa? Ostatecznie decyduje o tym 10-osobowa Rada Polityki Pieniężnej. W moim odczuciu, dzisiaj wyraźnie widać, że podwyżka stóp procentowych w lutym była za mała, żeby zbliżyć się do celu inflacyjnego. Jej skala powinna być zbliżona do tej z listopada 1999 roku i wynieść 2-3 punkty procentowe. Żaden ruch prawdopodobnie nie wpłynie już na wykonanie celu inflacyjnego na 2000 rok. I dlatego należy jak najszybciej, czyli w sierpniu, określić cel inflacyjny na 2001 rok. Nie może on być zbyt łatwy, ale też musi być realny. Nie można sobie pozwolić na to, żeby kolejny rok nie wykonać celu. Wtedy zastanowimy się, jaką politykę stóp procentowych prowadzić, żeby cel - przy pewnym wysiłku - osiągnąć. Jeśli trzeba będzie, to zaostrzyć ją. Być może wykonanie celu na 2001 rok będzie wymagało zwiększenia restrykcyjności polityki pieniężnej już w tym roku, bo takie decyzje skutkują z kilkumiesięcznym opóźnieniem. Zaostrzanie polityki pieniężnej może być rozumiane dwojako: jako utrzymywanie niezmienionych stóp procentowych przy spadającej inflacji, jak również jako podwyższanie stóp. Które z nich ma Pani na myśli? Obie możliwości wchodzą w grę. Podwyższenie stóp jest realne. Ale to, moim zdaniem, będziemy wiedzieć po określeniu celu inflacyjnego na 2001 rok. Z tego, co powiedziała Pani o zbyt małej lutowej podwyżce, wynika, że jest Pani zwolennikiem zdecydowanych posunięć w polityce pieniężnej. Tak. W naszych warunkach, inflacji dwucyfrowej lub bliskiej tego poziomu, jestem zwolennikiem ruchów większych. To nie znaczy, że nie można czasem podnieść stóp o 1 punkt, dla wygładzenia pewnych trendów, jeśli na przykład ryzyko niewykonania celu inflacyjnego jest bardzo małe. Ale tendencję inflacyjną można odwrócić tylko istotniejszą podwyżką stóp. Jestem za ostrożnymi obniżkami, a bardziej zdecydowanymi podwyżkami stóp procentowych. Moim zdaniem, to jest bardziej skuteczne. Oczywiście zawsze decyzja Rady Polityki Pieniężnej jest kompromisem między indywidualnymi punktami widzenia. Czy przedstawiona w założeniach budżetowych prognoza inflacji średniorocznej w 2001 r. na poziomie 6,1 proc. jest realna? NBP posługuje się wskaźnikiem liczonym w skali grudzień do grudnia. Nie mieliśmy specjalnych zastrzeżeń do rządowej prognozy indeksu średniorocznego. Ale pozostaje moje wcześniejsze zastrzeżenie. Jeśli PKB nie osiągnie zakładanego poziomu wzrostu w wysokości 5,7 proc., to przy niezmienionych wydatkach budżetowych, a przecież większość jest sztywna, ten wskaźnik inflacji staje się mniej realny. A jaka będzie inflacja na koniec tego roku? Cel 5,4-6,8 proc. na pewno jest zagrożony, ale moim zdaniem tegorocznymi decyzjami już tego zagrożenia prawdopodobnie nie zmniejszy się. Powiedziała Pani, że projekt budżetu nie jest korzystny dla obrotów bieżących. Tak, bo nie zmniejsza popytu wewnętrznego. Czy bardzo dobre dane o obrotach bieżących w maju były jednorazowe, czy też mamy szansę na utrzymanie się tej tendencji? Rzeczywiście, maj był nadspodziewanie dobry, a moim zdaniem pozytywna tendencja będzie się utrzymywać. Nie wydaje mi się, by deficyt poniżej 400 mln USD miał szansę się powtórzyć, ale myślę, że każdy kolejny miesiąc będzie lepszy od wyniku osiągniętego w podobnym okresie ubiegłego roku. A ile wyniesie deficyt obrotów bieżących na koniec tego roku? Zakładamy, że ok. 7,5 proc. zarówno w tym roku, jak i następnym. I to jest ciągle niebezpieczny poziom. Może się też tak zdarzyć, że ten rok będzie lepszy, a przyszły na poziomie 7,5 proc. PKB. I to będzie psychologicznie niedobre, bo nastąpiłby wzrost deficytu obrotów bieżących. Dane majowe poprawiły nastroje na rynku, rzadziej teraz mówi się o możliwości wystąpienia kryzysu walutowego w Polsce. Czy sądzi Pani, że jesteśmy już bezpieczni? Sytuacja jest niewątpliwie lepsza niż była, ale w perspektywie kilku lat będzie zależała od determinacji w ograniczaniu deficytu finansów publicznych. Ryzyko destabilizacji cały czas istnieje. Poziom deficytu obrotów bieżących 7,5 proc. PKB jest zbyt ryzykowny. Może on pojawić się przejściowo, ale nie na dłużej. Za stabilny, choć ciągle wysoki, uznałabym ok. 6 proc. Wyższy oznacza, że pojedyncze negatywne wydarzenie w Polsce czy na zewnątrz wystawia nas na ryzyko destabilizacji. Każde może być katalizatorem. Nie musi doprowadzić do kryzysu, ale może. Rozmawiała Anna Słojewska
Prezes NBP Hanna Gronkiewicz-Waltz o projekcie budżetu na 2001 rok budżet na rok 2001 stanowi za mały postęp w stosunku do 2000 roku. nastąpi jednorazowe zwiększenie dochodów dzięki sprzedaży licencji na telefonię komórkową UMTS. Ten dodatkowy dochód z UMTS jest mylący w ocenie finansów publicznych w średniej perspektywie kilku lat. NBP walczy o to, żeby deficyt budżetowy spadał systematycznie, tymczasem zmniejszanie deficytu w 2001 roku jednorazowym dochodem z UMTS, tak jak jednorazowe są dochody z prywatyzacji, takiej szansy nie daje. Z punktu widzenia średniookresowego jest to więc budżet zdecydowanie za mało restrykcyjny. Ciężar odpowiedzialności przesuwa się znów na politykę pieniężną. Wyższy deficyt będzie ciążył na polityce pieniężnej i znów to "policy mix" będzie niewłaściwe: zbyt luźna polityka fiskalna i restrykcyjna, prawdopodobnie nawet bardziej niż obecnie, polityka pieniężna. należy jak najszybciej, czyli w sierpniu, określić cel inflacyjny na 2001 rok. Nie może on być zbyt łatwy, ale też musi być realny. Zaostrzanie polityki pieniężnej może być rozumiane dwojako: jako utrzymywanie niezmienionych stóp procentowych przy spadającej inflacji, jak również jako podwyższanie stóp. Obie możliwości wchodzą w grę. tendencję inflacyjną można odwrócić tylko istotniejszą podwyżką stóp. Jestem za ostrożnymi obniżkami, a bardziej zdecydowanymi podwyżkami stóp procentowych. Sytuacja jest niewątpliwie lepsza niż była, ale w perspektywie kilku lat będzie zależała od determinacji w ograniczaniu deficytu finansów publicznych. Ryzyko destabilizacji cały czas istnieje.
Historyk CIA o najważniejszym szpiegu zimnej wojny Utracona cześć pułkownika Kuklińskiego Posiedzenie Układu Warszawskiego w Moskwie, luty 1980 rok. Ryszard Kukliński stoi za generałem Jaruzelskim. FOT. (C) PAP Sprawa Ryszarda Kuklińskiego jest prosta, a równocześnie złożona. Pułkownik dumnie i otwarcie mówił o tym, co zrobił. Przez dziesięć lat przekazywał amerykańskiemu wywiadowi tajemnice Układu Warszawskiego. Kontrowersje dotyczą nie tego, co zrobił, ale jego motywów - zdradzieckich lub patriotycznych - oraz odpowiedzi na pytanie, czy jego działania pomogły, czy też zaszkodziły Polsce. BENJAMIN B. FISCHER Przez lata instytuty badania opinii publicznej śledziły nastawienie Polaków do Kuklińskiego, jakby miało to polityczne znaczenie na skalę narodową. I rzeczywiście odzwierciedlało ono zarówno kontynuację, jak i zmiany zachodzące w polskim krajobrazie politycznym. Polska posunęła się dalej niż inne kraje dawnego bloku sowieckiego na drodze do demokracji i wolnego rynku, jednak zrobiła mniej, by uzyskać konsensus w sprawie komunistycznej przeszłości. W badaniach przeprowadzonych dwa lata temu, kiedy Kukliński pierwszy raz po 17 latach przyjechał do Polski, nieomal 10 lat po upadku komunizmu - więcej Polaków (34 proc.) uznawało go za zdrajcę niż za bohatera (29 proc.). Jednak największa część badanych nie była w stanie się zdecydować. Dwuznaczność i ironia dominują w historii Kuklińskiego. Przeciwnicy Przez siedem lat kliku generałów, dawnych komunistycznych przywódców, próbowało blokować prawne oczyszczenie Kuklińskiego. Po historycznej klęsce generalskie lobby zawarło, jak ujął to jeden z obserwatorów, "dziwne przymierze" z dawnymi działaczami solidarnościowymi przeciwnymi Kuklińskiemu. Generałowie gardzili Kuklińskim, gdyż swoim istnieniem przypominał im, że w rzeczywistości byli jedynie sowieckimi oficerami w polskich mundurach. Lech Wałęsa, przywódca "Solidarności" i pierwszy wybrany w wolnych wyborach prezydent Polski, nazwał Kuklińskiego zdrajcą i odmówił ułaskawienia go. Solidarnościowa zbiorowość obawiała się, że heroiczne działania Kuklińskiego uszczuplą uznanie, jakie należało się robotnikom za rozpoczęcie buntu, który położył kres sowieckiemu imperium. U niektórych Polaków Kukliński swoją postawą budził nieprzyjemne wspomnienia kolaboracji z narzuconym przez Sowietów reżimem. Część lewicy żywiła obawę, że stanie się on ikoną antyrosyjskiej prawicy, a co gorsza, może powrócić do kraju i zaangażować się w politykę. Urban wypowiada wojnę Świat prawdopodobnie nigdy nie usłyszałby o Ryszardzie Kuklińskim, gdyby Jerzy Urban nie próbował wprowadzić w zakłopotanie Ronalda Reagana. W 1986 roku Urban był rzecznikiem prasowym rządu PRL. Znany ze swojego sarkastycznego poczucia humoru i ciętego języka, Urban wyróżniał się spośród bezbarwnych biurokratów, którzy rządzili Polską. Był zawsze bojowy i nigdy apologetyczny, nawet kiedy bronił bezprawnego rządu, który zlikwidował pierwszy w bloku sowieckim niezależny związek zawodowy. Warszawie nie udało się znormalizować lub choćby poprawić stosunków z Waszyngtonem. Wprawdzie Biały Dom zniósł większość sankcji, które nałożył na Polskę w 1981 roku, jednak najpoważniejsze, łącznie z wycofaniem statusu najwyższego uprzywilejowania, pozostawały w mocy. Urban i jego zwierzchnicy wiedzieli, że Stany Zjednoczone sekretnie wspierają opozycję w Polsce, "aby podtrzymać przy życiu ducha »Solidarności«" i że National Endowment for Democracy, prywatno-państwowe przedsięwzięcie, otrzymało od Kongresu USA około miliona dolarów dla "Solidarności". Jaruzelski i jego towarzysze byli w kiepskim nastroju, gdyż nie mogli wygrać wojny z podziemiem, a gospodarka była w stanie gorszym niż kiedykolwiek. Nie znosili Ronalda Reagana, który po Janie Pawle II i Lechu Wałęsie był postacią cieszącą się w Polsce największym uznaniem. "Imperium zła", retoryczna figura użyta przez prezydenta USA, tak kontrowersyjna w jego kraju, dodawała Polakom ducha w ich walce z sowiecką hegemonią. 3 czerwca 1986 roku Urban spotkał się z Michaelem Dobbsem, byłym korespondentem "The Washington Post" w Warszawie, przeniesionym potem do Paryża. Urban sprzedał Dobbsowi sensację: za kilka dni polski minister spraw wewnętrznych ogłosi, że CIA miała w sztabie generalnym agenta, który skopiował operacyjny projekt stanu wojennego. CIA ewakuowała agenta i jego rodzinę z Warszawy 8 listopada 1981 roku i zapewniła mu bezpieczeństwo w Stanach Zjednoczonych. Być może dlatego, że sprawa Kuklińskiego była kłopotliwa dla Wojska Polskiego i służb bezpieczeństwa, Urban chciał podać ją w mediach amerykańskich, zanim zostanie ujawniona w Polsce. Chciał również, aby potwierdziła ją administracja Reagana. Toteż w rozmowie z Dobbsem podkreślał, że jego rewelacji nie można wykorzystać dopóty, dopóki "The Washington Post" nie otrzyma oficjalnego amerykańskiego komentarza na ich temat. Jeśli to była intencja Urbana, została uwieńczona sukcesem. Następnego dnia pierwszą stronę "The Washington Post" otwierał artykuł podpisany przez Dobbsa i wsławionego ujawnieniem afery Watergate dziennikarza Boba Woodwarda. Ogłaszał on to, co Urban powiedział Dobbsowi: "Amerykańska administracja mogła ujawnić światu plany stanu wojennego. Gdyby to zrobiła, to jego wprowadzenie byłoby niemożliwe". Z żoną wkrótce po ślubie. Dwóch synów Kuklińskiego zginęło na emigracji w tajemniczych, dotąd nie wyjaśnionych okolicznościach. FOT. (C) PAP/CAF Polityka moralnie odrażająca Na konferencji prasowej Urban skomentował waszyngtońskie rewelacje na temat tego, że CIA była w kontakcie z wyższym oficerem polskiej armii, zaangażowanym w planowanie stanu wojennego. Skoro CIA wycofała Kuklińskiego, stwierdził Urban, rząd polski uznaje, że Waszyngton mógł ostrzec swoich przyjaciół z "Solidarności" - Urban często sarkastycznie określał polską opozycję jako "przyjaciół USA" czy "sojuszników" - i w ten sposób pokrzyżować plany stanu wojennego. - Mimo to Waszyngton zachował milczenie - oświadczył Urban. - Nie ostrzegł swoich sojuszników. Administracja Reagana "okłamywała własny naród i swoich przyjaciół w Polsce", kiedy negowała swoją wiedzę o stanie wojennym. Kukliński, zauważył Urban, jest żywym dowodem na coś wręcz przeciwnego. Urban twierdził też, że prezydent Reagan "mógł zapobiec aresztowaniom i internowaniom" przywódców "Solidarności", ale nie zrobił tego, gdyż miał nadzieję sprowokować "krwawą łaźnię na europejską skalę". Miał zamiar użyć "Solidarności" jako narzędzia w geopolitycznej rywalizacji ze Związkiem Sowieckim. Reagan - uważał Urban - nie był przyjacielem Polski, a jego polityka była "moralnie odrażająca". Niektórzy Polacy czuli się zdradzeni. Ile prawdy jednak było w oskarżeniach Urbana? Niedużo. Przekazany przez Kuklińskiego plan był jednym z wariantów, nad którymi pracowały władze. Utraciwszy swoje źródło, CIA nie wiedziała i nie mogła przewidzieć, czy plan zostanie zastosowany, a jeśli tak, to kiedy. Co ważniejsze świat polityki (a szczerze mówiąc wywiadu również) był jak "sparaliżowany przez wizję sowieckich oddziałów wkraczających do Polski" po miesiącach wymachiwania szabelką przez Moskwę i ciągłych manewrów militarnych wzdłuż granic Polski. Wymachiwanie szabelką spełniło swoje zadanie. Zachód był zdezorientowany, "Solidarność" zastraszona, a Jaruzelski mógł deklarować, że ogłoszenie stanu wojennego było "mniejszym złem" (wewnętrzne represje), które pozwoliło uniknąć większej katastrofy (zewnętrznej interwencji). Oświadczenie Urbana, że Stany Zjednoczone chciały krwawej łaźni w Polsce, było szczególnie odrażające. Administracja Reagana, tak jak wcześniej Cartera, robiła wszystko, aby tego uniknąć. Jak powiedział były sekretarz stanu Alexander Haig, nawet gdyby Biały Dom wiedział o wprowadzeniu stanu wojennego, on sam radziłby nie ostrzegać przed tym "Solidarności" w obawie przed sprowokowaniem opozycji do samobójczego oporu. Kukliński wychodzi z ukrycia Ostatecznie Urban wpadł we własne sidła. Upubliczniając historię Kuklińskiego, umożliwił pułkownikowi przedstawienie swojej wersji w długim wywiadzie dla emigracyjnego miesięcznika "Kultura". Kukliński ujawnił, że planowanie stanu wojennego zaczęło się pod koniec 1980 roku, dużo wcześniej niż przyznawały to władze, które zamierzały zgnieść "Solidarność", oficjalnie deklarując wolę negocjacji. Kukliński ujawnił także, że Sowieci wywierali presję na władze, aby wprowadziły stan wojenny, i zadał w ten sposób kłam oświadczeniom Warszawy, że była to jej wewnętrzna decyzja. Zapytany, czy Jaruzelski to bohater, czy zdrajca, pułkownik odpowiedział: "W Polsce była realna szansa uniknięcia i radzieckiej interwencji, i stanu wojennego. (...) Gdyby wspólnie [generał Jaruzelski] ze Stanisławem Kanią znaleźli w sobie więcej godności i siły, gdyby nie okazywali uległości wobec Moskwy, lecz stanęli uczciwie na gruncie zawartych umów społecznych, Polska prawdopodobnie wyglądałaby dziś zupełnie inaczej". Jaruzelski kontratakuje Osobista batalia między Kuklińskim a Jaruzelskim pomagała odpowiedzieć Polakom na pytanie, kto był zdrajcą, a kto narodowym bohaterem. Była także symbolem historii Polski od roku 1945 i konfliktu lojalności występującego w PRL, który przetrwał w III Rzeczypospolitej. Batalię rozpoczął Jaruzelski. W 1984 roku skłonił sąd Warszawskiego Okręgu Wojskowego do skazania Kuklińskiego na karę śmierci i przepadek mienia. Zostało ono sprzedane po zaniżonej cenie jednemu z ministrów, który natychmiast odsprzedał je z poważnym zyskiem. Jedynym dowodem w tym fikcyjnym tajnym procesie były świadectwa Jaruzelskiego i kilku sztabowych generałów. Generał Jaruzelski reprezentuje polską orientację rusofilską. Urodzony w szlacheckiej rodzinie na wschodnich terenach Polski, lata szkolne spędził w katolickim internacie. Jego życie zmieniło się na zawsze we wrześniu 1939 roku, kiedy Stalin, zgodnie z paktem zawartym z Hitlerem, wcielił do swojego państwa wschodnie tereny Polski. W ramach akcji, którą dziś nazwalibyśmy czystką etniczną, NKWD deportowało ponad milion ludzi na Syberię i do Azji Centralnej. Rodzina Jaruzelskiego uciekła do niepodległej Litwy, ale Stalin wtargnął i tam. Ojciec Wojciecha zmarł wkrótce po zwolnieniu z sowieckiego obozu koncentracyjnego. Jaruzelski, jego matka i siostra zostali deportowani na Syberię, gdzie w obozie pracowali przy wycinaniu lasu. Mimo tych doświadczeń Jaruzelski zaakceptował Związek Sowiecki jako swoją drugą ojczyznę, nauczywszy się strachu i szacunku do jego porażających rozmiarów i potęgi. Został świeżo upieczonym komunistą. Porównywał swoje nawrócenie do doświadczenia religijnego, nazywając je "odrodzeniem". Kukliński przeszedł drogę odwrotną: w młodości przyjął komunistyczną wiarę, aby później przeżyć dramatyczną konwersję. Po latach, kiedy sowieckie politbiuro debatowało nad tym, czy Jaruzelski będzie spełniał sowieckie rozkazy, Breżniew uznał, iż generał jest godny zaufania dlatego właśnie, że: "wycierpiał dużo z naszej strony, ale nie żywi do nas żalu". Dziwne, że Jaruzelski negował zawsze znaczenie swej sowieckiej kariery w przedsięwzięciu z 1981 roku. - Stan wojenny był mniejszym złem dla wszystkich. Umożliwił Polakom uniknięcie katastrofy. I proszę nie mówić mi, że wykonałem robotę za Sowietów. To jest obelga - powiedział do dziennikarzy telewizji francuskiej w 1992 roku. Zdarzyło mu się jednak freudowskie przejęzyczenie, kiedy w wywiadzie dla "Der Spiegel" powiedział: "Przyjmując strategiczną logikę tamtych czasów, prawdopodobnie zareagowałbym tak samo, gdybym był generałem sowieckim. W tamtej epoce polityczne i strategiczne interesy sowieckie były zagrożone [przez zaburzenia w Polsce]". - Zareagowałbym? A może - zareagowałem? Generał spędził tak dużą część swojego życia, działając jak gdyby "był sowieckim generałem", że mógł zrobić to nieświadomie. Jak mógł mi pan to zrobić! Pretendowanie Jaruzelskiego do występowania w roli zbawcy ojczyzny było oparte na twierdzeniu, że stanął wobec wyboru między stanem wojennym a sowiecką interwencją. Na nieszczęście dla niego wszystkie dowody, które zostały ujawnione od 1991 roku, wskazują, że Kreml nie miał zamiaru interweniować. Najbardziej zaskakujące rewelacje na ten temat zostały znalezione w archiwach sowieckich. Co gorsze, istnieją podstawy, by twierdzić, że Jaruzelski wolał sowiecką interwencję niż stan wojenny. Najprawdopodobniej namawiał Sowietów, aby zrobili za niego brudną robotę, a kiedy spotkał się z odmową, domagał się zapewnienia militarnego wsparcia, jeśli polskie oddziały okazałyby się niezdolne do zgniecenia "Solidarności". Władze sowieckie odmówiły również temu żądaniu. Największe upokorzenie Jaruzelski przeżył podczas amerykańsko-polsko-rosyjskiej konferencji historycznej w Jachrance w listopadzie 1997 roku. Marszałek Wiktor Kulikow, były dowódca sił Układu Warszawskiego, zaprzeczył, aby ZSRR miał zamiar interweniować w Polsce albo interwencją groził. Podczas przerwy Jaruzelski zawołał do Kulikowa po rosyjsku: - Jak mógł pan to powiedzieć! Jak mógł mi pan to zrobić wobec Amerykanów! Zapiski ze spotkań sowieckiego politbiura potwierdzają słowa Kulikowa. Na ich podstawie można nawet wysnuć dalej idące wnioski - że Kreml przygotowany był, w razie konieczności, na rezygnację z Polski, również gdyby znaczyło to koniec komunistycznych rządów w tym kraju. 10 grudnia, przed wprowadzeniem stanu wojennego, Jurij Andropow, szef KGB i późniejszy następca Breżniewa, powiedział do członków politbiura: - Nie mamy zamiaru wprowadzać wojska do Polski. To jest nasza właściwa pozycja i musimy wytrwać na niej do końca. Nie wiem, jak potoczą się sprawy w Polsce, ale gdyby nawet Polska dostała się pod kontrolę "Solidarności", musimy się tego trzymać. Na tej samej sesji minister spraw zagranicznych ZSRR Andriej Gromyko zauważył, że politbiuro musi rozwiać wrażenie, jakie mają Jaruzelski i inni polscy przywódcy na temat interwencji "naszych wojsk. Nie może być żadnej interwencji". Największą obawą Jaruzelskiego nie była, jak utrzymuje, interwencja wojsk sowieckich - był nią jej brak. Jak twierdzi jeden z obserwatorów, "przebieranie się Jaruzelskiego w kostium zbawcy ojczyzny było aktem transwestyty". Kukliński w 1987 roku powiedział, że zdecydowana postawa Jaruzelskiego i Kani wobec ZSRR umożliwiłaby wypracowanie z "Solidarnością" kompromisu, wobec którego Moskwa musiałaby się wycofać. Być może Polska mogłaby stać się kolejną Finlandią. Zamiast tego Polacy musieli znosić najbardziej represyjne rządy w swojej poststalinowskiej historii, a następnie kolejnych sześć lat nieudolnej władzy Jaruzelskiego, która doprowadziła kraj na skraj ekonomicznej katastrofy. Z szablą otrzymaną od premiera Jerzego Buzka w Waszyngtonie podczas szczytu NATO w 1999 roku FOT. (C) PAP-RADEK PIETRUSZKA Po stronie Zachodu W 1992 roku Kukliński wyznał: - Zadawałem sobie pytanie: czy mam moralne prawo to zrobić. Byłem Polakiem. Wiedziałem, że Polacy powinni być wolni i że Stany Zjednoczone są jedynym krajem, który może wesprzeć ich w tej walce. Wybrał współpracę z amerykańskim wywiadem jako formę oporu. Kilku oficerom zaproponował kontakty z Zachodem. Przygotowywali się do sabotażu sowieckiej machiny wojennej w razie konfliktu z NATO. Oficerowie ci, polscy patrioci, zdecydowali się działać, ponieważ mieli dostęp do sowieckich planów wojskowych. Pokazywały one jasno, że w wypadku wojny Polska ma dostarczyć mięso armatnie oraz stanowić drogę inwazji na Zachód i że przy realizacji tych założeń zostanie zniszczona. Plany te były, zdaniem Kuklińskiego, jednoznacznie ofensywne, tworzone z myślą o zaatakowaniu i podbiciu wszystkich krajów Europy. Polska miała odgrywać rolę centralną. Jej wojsko miało być użyte jako taran przeciwko siłom NATO. Według Kuklińskiego NATO, zmuszone do użycia taktycznej broni jądrowej w celu przeciwstawienia się przewadze Układu Warszawskiego w broni konwencjonalnej, zamieniłoby większą część Polski w nuklearną pustynię. Pierwszym etapem samobójstwa Polski miało być zmuszenie jej do wypełnienia funkcji agresora, co za ironia dla kraju, który był regularnie najeżdżany przez swoich sąsiadów. Dwie z trzech polskich armii miały przejść równiny niemieckie w kierunku Holandii, Belgii i Francji, podczas gdy trzecia miała zdobyć i okupować Danię. Chcąc uratować Polskę, Kukliński zdecydował się prowadzić wojnę przeciwko sowieckiej potędze na niewidzialnym froncie. Postanowił zawiadomić Zachód, co czeka go, i Polskę, w razie wojny ze Związkiem Sowieckim. Superszpieg Pytany o znaczenie Kuklińskiego, szef zespołu strategicznych ekspertów CIA nazwał go "naszym drugim Pienkowskim". Pułkownik GRU (wojskowego wywiadu ZSRR) Oleg Pienkowski dostarczał informacji Stanom Zjednoczonym i Wielkiej Brytanii podczas krytycznych 17 miesięcy w latach 1960 - 1961. Wielu wierzy, że informacje Pienkowskiego były kluczowe dla uzyskania wiedzy o sowieckim potencjale nuklearnym i odegrały zasadniczą rolę podczas kryzysu berlińskiego i kubańskiego. Niektórzy określają go jako "szpiega, który ocalił świat". Ale porównanie obu pułkowników jest niesprawiedliwe dla Kuklińskiego. Prowadził on swoją działalność dziesięć lat i dostarczył 35 tysięcy stron dokumentów, a Pienkowski - osiem tysięcy. Kukliński nie tylko przesyłał dokumenty, ale ustnie przekazywał najbardziej znaczące szczegóły. Generał Czesław Kiszczak, oceniając szkody spowodowane przez pułkownika, przyznał: "Kiedy zaczęliśmy analizować rangę informacji, które wykradł, zrozumieliśmy, że wiedział tak dużo, iż nie ma sensu zmieniać czegokolwiek (w polskich planach wojskowych), ponieważ musielibyśmy zmienić wszystko". Kukliński przekazał na Zachód sowiecki plan ofensywnej wojny przeciwko NATO. Informacje te, jak powiedział amerykański ekspert strategiczny, "pozwoliły nam posiąść głęboką wiedzę o sposobie ich działania. Było to ostrzeżenie nie do oszacowania". Kukliński wiedział o trzech, otoczonych głęboką tajemnicą, podziemnych bunkrach, które na czas wojny zostały skonstruowane dla dowództwa w Polsce, ZSRR i Bułgarii. Określił dokładne położenie, konstrukcję i system komunikacyjny kompleksu polskiego. Jak powiedział ekspert od spraw narodowego bezpieczeństwa prezydenta Cartera, Zbigniew Brzeziński: "Informacje Kuklińskiego umożliwiły nam przygotowanie planów zniszczenia systemu dowodzenia i kontroli, zamiast zmasowanego kontrataku na czołowe pozycje przeciwnika, co uderzyłoby w całą Polskę." Pierwszy polski oficer w NATO We wrześniu i grudniu 1992 roku Benjamin Weiser opublikował w "The Washington Post" serię artykułów na temat życia Kuklińskiego. Wrześniowy artykuł wywołał w Polsce sensację. Polacy po raz pierwszy dowiedzieli się, że Kukliński współpracował z wywiadem amerykańskim przez dziesięć lat. "Niech sądzą mnie na podstawie tego, co zrobiłem" - powiedział Weiserowi. Dwa dni po artykule w "The Washington Post" Jarosław Kaczyński, przywódca Porozumienia Centrum, wysłał list do prezydenta Wałęsy, wzywając go do ułaskawienia Kuklińskiego. W oświadczeniu ogłoszonym w "Gazecie Wyborczej" Wałęsa odpowiedział, że jest to skomplikowana kwestia: z jednej strony można podziwiać pułkownika za jego odwagę, z drugiej, jego historia zawiera jeszcze wiele białych plam, które oczekują na wyjaśnienie. Dopiero historia wyda ostateczny werdykt. To przerzucanie się odpowiedzialnością będzie trwało przez następne pięć lat. Zbigniew Brzeziński był najwcześniejszym i najbardziej skutecznym obrońcą Kuklińskiego. To on ukuł określenie "pierwszy polski oficer w NATO", które stało się wezwaniem do oczyszczenia pułkownika z zarzutów. W liście do Lecha Wałęsy Brzeziński powoływał się na rolę Kuklińskiego w powstrzymaniu sowieckiej interwencji w 1980 roku. "Nie był on zwykłym agentem USA, a jedynie odważnym sojusznikiem, i to kiedy całe dowództwo Wojska Polskiego było zaprzedane Sowietom - powiedział polskiej telewizji w grudniu 1990 roku. - Pułkownik Kukliński, ryzykując życiem nie tylko swoim, ale i swojej rodziny, godnie zasłużył się Polsce i dlatego nowo wybrany prezydent RP powinien nadać mu wysokie odznaczenie bojowe i przywrócić go do czynnej służby wojskowej". Apele te nie znajdowały jednak posłuchu. Wałęsa powtarzał, że sprawa wymaga "czasu i przygotowań". Były lider opozycji potrzebował współpracy z ministrem obrony narodowej i sztabem, który składał się z oficerów starego układu. - Armia podlega rozkazom i każdy pułkownik nie może wybierać sobie sojuszników - twierdził Wałęsa. Stan wyższej konieczności Mimo że opinia na temat Kuklińskiego pozostawała podzielona, wielu Polaków oczekiwało jednoznacznego rozwiązania. Nową i decydującą przesłanką ku temu były polskie aspiracje przystąpienia do NATO. 30 marca 1995 roku pojawił się pierwszy sygnał zmiany. Pierwszy prezes Sądu Najwyższego wniósł rewizję nadzwyczajną od wyroku skazującego Kuklińskiego na 25 lat więzienia za zdradę i dezercję, powołując się na "rażące naruszenie procedury prawnej i brak wystarczających dowodów." Izba Wojskowa Sądu Najwyższego uchyliła ten wyrok w maju 1995 roku i przekazała sprawę naczelnemu prokuratorowi wojskowemu dla uzupełnienia śledztwa. Wojskowy prokurator przysłał Kuklińskiemu wezwanie do przybycia do Polski na przesłuchanie, proponując mu list żelazny umożliwiający powrót do Stanów Zjednoczonych. Kukliński odmówił z gniewem, twierdząc, że ponowny proces nie ma dla niego osobiście żadnego znaczenia. - Nie jestem winny. Wszystko, co zrobiłem, zrobiłem dla Polski - powiedział. Przeciwnicy Kuklińskiego poczuli, iż ich pozycja staje się niepewna i że nadeszła pora kontrataku. Jaruzelski wysłał do Sejmowej Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej list, w którym twierdził, że sowieckiej interwencji zapobiegł stan wojenny - a więc on osobiście. Atakował także w liście motywy Kuklińskiego, a więc i podstawę decyzji sądu. Jaruzelski nazywał go zwykłym szpiegiem, który usiłuje się bronić, przypisując sobie szlachetne intencje. 2 września 1997 roku, z niechętną akceptacją prezydenta Kwaśniewskiego, Prokuratura Wojskowa wycofała wszystkie zarzuty przeciw Kuklińskiemu, pozwalając powrócić mu do domu jako wolnemu człowiekowi. Zostały mu przywrócone prawa obywatelskie i stopień wojskowy. W uzasadnieniu uznano, że podejmując współpracę z Amerykanami, pułkownik Kukliński "działał w stanie wyższej konieczności, dla dobra Polski". Pułkownik powiadomiony został o tym 4 września, ale oficjalnie decyzja została ogłoszona 22 września, dzień po wyborach parlamentarnych. - Decyzję przywracającą mi dobre imię i honor przyjmuję z ulgą, jakkolwiek po 16 latach życia na uchodźstwie i tragedii, jaką moja rodzina tu przeżyła (dwóch synów Kuklińskiego zginęło w tragicznych, niewyjaśnionych okolicznościach), ma to dla mnie raczej symboliczne niż praktyczne znaczenie. Dziękuję Bogu, że pozwolił mi dożyć tego momentu - powiedział. Kwaśniewski powiedział później, że powodowało nim pragnienie dobrych stosunków ze Stanami Zjednoczonymi i że omawiał tę sprawę z prezydentem Clintonem podczas jego wizyty w Warszawie. Polski prezydent miał poważne powody, by sprawę tę załatwić. Amerykańscy przeciwnicy przystąpienia Polski do NATO grozili zablokowaniem go w Senacie pod pretekstem sprawy Kuklińskiego. Zwolennikom Polski w Warszawie i Waszyngtonie potrzebne było usunięcie tego problemu. Wałęsa nazwał tę decyzję reklamową sztuczką postkomunistów, chcących zademonstrować swój patriotyzm. Oczyszczenie szpiega nie jest dobrym przykładem dla Polski, powtórzył, nie wiadomo który raz. Nie tylko on okazywał niezadowolenie. "Jeśli Kukliński jest bohaterem, co ma to znaczyć dla reszty nas wszystkich?" - zapytywał Jaruzelski. Rola Brzezińskiego Lewica w Polsce zareagowała na te wypadki z oburzeniem. Mieczysław Wodzicki napisał w "Trybunie": "Stała się zła rzecz. Pułkownik Ryszard Kukliński - szpieg, dezerter i zdrajca - przez prawicę przetworzony został w model cnót i w narodowego bohatera". Natomiast prawica akceptowała decyzję prokuratury. Wielki tytuł na pierwszej stronie konserwatywnego dziennika "Życie" głosił: "Kukliński niewinny!". Jaruzelski przyjął nowy kurs. Zaczął twierdzić w swoich publicznych wystąpieniach, że Kukliński nie mógł odsłonić sowieckich planów, ponieważ nie miał do nich dostępu. Władze sowieckie nie dzieliły się, wedle generała, swoimi wojskowymi tajemnicami nawet z takimi aliantami jak Jaruzelski. Miały one zostać pogrzebane w głębokich bunkrach. To, co Kukliński mógł co najwyżej przekazać, to plany armii polskiej i uzbrojenia znajdującego się na terenie Polski. A to, kontynuował generał, było już znane Amerykanom dzięki satelitom i informacjom wymienianym w czasie negocjacji nad kontrolą zbrojeń. Jaruzelski nie przejmował się sprzecznościami między tymi twierdzeniami a swoimi wcześniejszymi oświadczeniami na temat poważnych szkód, które Kukliński wyrządzić miał polskiemu systemowi bezpieczeństwa. Jaruzelski i 31 innych emerytowanych generałów zaatakowało decyzję wojskowego prokuratora, domagając się jej wycofania. W pierwszym z trzech listów Jaruzelski stwierdził, że "gloryfikowanie działalności Kuklińskiego automatycznie rzuca moralny cień na mnie i innych polskich oficerów". Kluczową rolę w uniewinnieniu Kuklińskiego odegrał Brzeziński, za pomocą sekretnych negocjacji, które podjął z postkomunistycznym rządem w Polsce w początkach 1997 roku. W kwietniu tego roku zorganizował on czterodniowe spotkanie w Center for Strategic and International Studies w Waszyngtonie. Brali w nim udział: Kukliński, jego adwokat, polski ambasador i dwóch oficerów z wojskowej prokuratury. Oficerowie przywieźli ze sobą wielostronicowy dokument zawierający uzasadnienie decyzji o wycofaniu sprawy. Kukliński naciskał, aby zwracano się do niego per pułkowniku. Na wiosnę 1998 roku Kukliński odbył triumfalną podróż po kraju. Odwiedził sześć miast, odbierając liczne honory. Prasa polska w większości prezentowała wobec niego stosunek pozytywny. Kukliński spotkał się z ministrem spraw zagranicznych i innymi przedstawicielami rządu, jednak nie z prezydentem Kwaśniewskim. Wałęsa ignorował Kuklińskiego całkowicie, oświadczając, że może się z nim spotkać tylko wtedy, kiedy on o to poprosi. Kukliński odmówił. Musimy z tym żyć Lewica nie chciała się pogodzić z oczyszczeniem Kuklińskiego. Adam Michnik, więzień stanu wojennego, a obecnie redaktor naczelny "Gazety Wyborczej", w komentarzu wymierzonym w Kuklińskiego, ganił go za współpracę z amerykańskim wywiadem, twierdząc, że przekroczył on próg, poza który nie posunęła się nawet opozycja. Jednak Michnik bardziej zainteresowany był bieżącą polityką niż minionymi wydarzeniami. Ostrzegał, że Kukliński stał się nowym, wywołującym entuzjazm tłumów symbolem prawicy, po który "może [ona] sięgnąć w przyszłości." Skarżył się także, iż "Kukliński pozwolił zrobić z siebie sztandar nie tych sił, które chcą pojednania i szerokiego konsensusu w drodze Polski do NATO i UE". Jednak najgorsze ze wszystkiego było to, że w oczach Michnika Kukliński symbolizował polską służalczość wobec Stanów Zjednoczonych. "Jeśli cały ten festiwal ma oznaczyć, że stosunek do Kuklińskiego i amerykańskich służb specjalnych stanie się testem na patriotyzm Polaków, będzie to żałosny finał polskiego marzenia o wolności." Polska nie powinna stać się "kolektywnym Kuklińskim". Michnik wydawał się sądzić, że NATO i Układ Warszawski były organizacjami działającymi w taki sam sposób. A przecież NATO jest dobrowolną koalicją suwerennych państw, które połączyły się dla wspólnej obrony. Układ Warszawski zaś był częścią imperialnego systemu służącego podporządkowaniu wschodnioeuropejskich armii sowieckiemu dowództwu. ZSRR zgromadził wszystkich "aliantów" w Warszawie w 1955 roku bez uprzednich konsultacji i zmusił ich do podpisania paktu obronnego z niejawnym aneksem określającym rodzaje wojskowych kontyngentów, jakie kraje te musiały dostarczyć w wypadku wojny. Być może dlatego, że jarzmo sowieckie uwierało Polaków bardziej niż innych, stali się klasą dla siebie w demonstrowaniu jedności i zaangażowania na rzecz przystąpienia do NATO. Czyniąc to, Polacy poszukiwali bezpieczeństwa, ale także pragnęli uniknąć tragicznych wyborów, jakich musieli dokonywać w przeszłości. Jeden z prawicowych komentatorów krytykował tekst Michnika jako "zwyczajny polityczny manewr, którego celem było oczyszczenie" komunistycznej Polski. Mógł jeszcze dodać: "i podsycenie antyamerykańskich nastrojów". Jednak nawet krytyk Michnika mógłby zgodzić się z puentą jego artykułu: "Czas zrozumieć, że zawsze będą w Polsce ludzie, którzy będą uważali Kuklińskiego za bohatera, i tacy, którzy za bohatera uznają gen. Jaruzelskiego. I z tym musimy żyć". - Dr Benjamin B. Fischer, historyk, pracuje w Centrum Studiów Wywiadu przy Centralnej Agencji Wywiadowczej w Waszyngtonie. Specjalizuje się w historii służb wywiadowczych państw byłego ZSRR i Europy Wschodniej. Jego artykuł o pułkowniku. Kuklińskim ukazał się w nr 9, 2000 historycznego biuletynu CIA "Studies in Intelligence" pod tytułem "The Vilification and Vindication of Colonel Kuklinski". Redakcja "Rz" dziękuje Autorowi za zgodę na przedruk skróconej wersji artykułu.
Przez lata instytuty badania opinii publicznej śledziły nastawienie Polaków do Kuklińskiego. W badaniach przeprowadzonych dwa lata temu, kiedy Kukliński pierwszy raz po 17 latach przyjechał do Polski, nieomal 10 lat po upadku komunizmu - więcej Polaków (34 proc.) uznawało go za zdrajcę niż za bohatera (29 proc.). Jednak największa część badanych nie była w stanie się zdecydować. Dwuznaczność i ironia dominują w historii Kuklińskiego.Przez siedem lat kliku generałów, dawnych komunistycznych przywódców, próbowało blokować prawne oczyszczenie Kuklińskiego. Generałowie gardzili Kuklińskim, gdyż swoim istnieniem przypominał im, że w rzeczywistości byli jedynie sowieckimi oficerami w polskich mundurach.Lech Wałęsa, przywódca "Solidarności" i pierwszy wybrany w wolnych wyborach prezydent Polski, nazwał Kuklińskiego zdrajcą i odmówił ułaskawienia go. Solidarnościowa zbiorowość obawiała się, że heroiczne działania Kuklińskiego uszczuplą uznanie, jakie należało się robotnikom za rozpoczęcie buntu, który położył kres sowieckiemu imperium.Osobista batalia między Kuklińskim a Jaruzelskim pomagała odpowiedzieć Polakom na pytanie, kto był zdrajcą, a kto narodowym bohaterem. Była także symbolem historii Polski od roku 1945 i konfliktu lojalności występującego w PRL, który przetrwał w III Rzeczypospolitej.Pretendowanie Jaruzelskiego do występowania w roli zbawcy ojczyzny było oparte na twierdzeniu, że stanął wobec wyboru między stanem wojennym a sowiecką interwencją. Na nieszczęście dla niego wszystkie dowody, które zostały ujawnione od 1991 roku, wskazują, że Kreml nie miał zamiaru interweniować. Kukliński wybrał współpracę z amerykańskim wywiadem jako formę oporu. Chcąc uratować Polskę, Kukliński zdecydował się prowadzić wojnę przeciwko sowieckiej potędze na niewidzialnym froncie. Postanowił zawiadomić Zachód, co czeka go, i Polskę, w razie wojny ze Związkiem Sowieckim.Mimo że opinia na temat Kuklińskiego pozostawała podzielona, wielu Polaków oczekiwało jednoznacznego rozwiązania. 30 marca 1995 roku pojawił się pierwszy sygnał zmiany. Pierwszy prezes Sądu Najwyższego wniósł rewizję nadzwyczajną od wyroku skazującego Kuklińskiego na 25 lat więzienia za zdradę i dezercję. Izba Wojskowa Sądu Najwyższego uchyliła ten wyrok w maju 1995 roku i przekazała sprawę naczelnemu prokuratorowi wojskowemu dla uzupełnienia śledztwa.2 września 1997 roku, z niechętną akceptacją prezydenta Kwaśniewskiego, Prokuratura Wojskowa wycofała wszystkie zarzuty przeciw Kuklińskiemu, pozwalając powrócić mu do domu jako wolnemu człowiekowi. Lewica w Polsce zareagowała na te wypadki z oburzeniem. Natomiast prawica akceptowała decyzję prokuratury. Na wiosnę 1998 roku Kukliński odbył triumfalną podróż po kraju. Odwiedził sześć miast, odbierając liczne honory. Prasa polska w większości prezentowała wobec niego stosunek pozytywny. Kukliński spotkał się z ministrem spraw zagranicznych i innymi przedstawicielami rządu, jednak nie z prezydentem Kwaśniewskim. Wałęsa ignorował Kuklińskiego całkowicie.
Z Cezarym Banasińskim, prezesem Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, rozmawia Hanna Fedorowicz Krótka historia, silna pozycja FOT. JAKUB OSTAŁOWSKI Tegoroczny Raport Okresowy Komisji Europejskiej w części dotyczącej polityki konkurencji i konsumentów stwierdza, że Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów utrwalił swoją pozycję w strukturze organów państwa. CEZARY BANASIŃSKI: Bardzo mnie to cieszy. Pozycja Urzędu była budowana stopniowo. Powstał on 10 lat temu i jest centralnym organem administracji państwowej. Zmiany przepisów nakładały na niego kolejne zadania: realizowanie polityki ochrony konkurencji, ochronę konsumentów, ochronę rynku przez zwalczanie nieuczciwej konkurencji oraz pomoc publiczną. Nadzorowanie pomocy publicznej jest stosunkowo najnowszym zadaniem. Przez cały czas istnienia Urzędu dążono do umacniania jego pozycji, co jest zrozumiałe ze względu na jego orzeczniczą funkcję. Wydaje on decyzje w sprawach praktyk monopolistycznych, koncentracji przedsiębiorców, może także zakazać sprzedaży produktów niebezpiecznych dla życia i zdrowia konsumentów. Sprawuje także nadzór nad udzielaniem pomocy publicznej zgodnie z unormowaniami Unii Europejskiej. Tak więc historia Urzędu jest krótka, ale jego pozycja stosunkowo silna. W Unii rola urzędów antymonopolowych ma jeszcze wzrosnąć. Mają one przejąć znaczną część uprawnień Komisji Europejskiej, która m.in. pełni funkcję organu antymonopolowego. Przewiduje się decentralizację jej uprawnień w zakresie prawa konkurencji. Mamy tego świadomość. Przy czym należy wskazać przynajmniej dwa powody wzrostu pozycji Urzędu po wejściu Polski do Unii. Po pierwsze - ze względu na wagę, jaką ma konkurencja w ramach jednolitego rynku opartego na swobodzie przepływu usług, kapitału, towarów i osób. Żadna z tych swobód nie może funkcjonować bez jednakowych zasad konkurencji, które pozwalają na rozwój konsolidacji jednolitego rynku. Po drugie - w Unii zapowiadane są obecnie zmiany prawa konkurencji. W Białej Księdze z 1999 r. w sprawie modernizacji stosowania przepisów dotyczących praktyk monopolistycznych Komisja podniosła m.in. konieczność zwiększenia efektywności w stosowaniu wspólnotowych reguł konkurencji. Ma to być realizowane w drodze ograniczenia kompetencji Komisji do podejmowania działań z urzędu jedynie w sprawach mających charakter najpoważniejszych ograniczeń konkurencji, zwłaszcza zwalczania karteli na rynkach skoncentrowanych i świeżo zliberalizowanych, na których działają byli monopoliści. Jest to równoznaczne ze zdecentralizowaniem stosowania wspólnotowych reguł konkurencji na rzecz krajowych organów ochrony konkurencji. Równocześnie Komisja zaproponowała odejście od obecnego, scentralizowanego w gestii Komisji, systemu indywidualnych wyłączeń porozumień ograniczających konkurencję na rzecz systemu wyłączeń wpisanych do ustawodawstw państw członkowskich. Projekt ten spotkał się z aprobatą Parlamentu Europejskiego, Komitetu Gospodarczo-Społecznego i wszystkich państw członkowskich Unii. Oznacza to, że już wkrótce dojdzie do likwidacji dotychczasowego monopolu Komisji w tym zakresie i wzmocnienia organów antymonopolowych państw członkowskich. Rangę Urzędu podkreślają również sędziowie sądu antymonopolowego. Ich zdaniem decyzje, jakie podejmuje ten Urząd, powinny podlegać wyłącznie kontroli sądowej. Cieszy mnie stanowisko Sądu Antymonopolowego. Konieczność zachowania niezależnej pozycji Urzędu odnotowuje również tegoroczny Raport Okresowy. Niezależność tę gwarantować ma zarówno podporządkowanie Urzędu prezesowi Rady Ministrów, dzięki czemu wolny jest od wpływów koniunkturalnej polityki resortowej, jak i kadencyjność stanowiska prezesa Urzędu. Oba elementy są równie istotne i wzajemnie powiązane. Nawiasem mówiąc, kwestię niezależności Urzędu w strukturze administracji rządowej jako gwarancji skutecznej ochrony konkurencji podnosi się także w Raporcie OECD z maja tego roku. Trzeba jednak dodać, na co zwraca się zresztą uwagę w obu wspomnianych raportach, że materialną przesłanką niezależności Urzędu jest jego zdolność administracyjna, a zwłaszcza, co odnotowano również w raporcie OECD, jego możliwości finansowe. W tzw. Strategy Paper - dokumencie, który zostanie rozpatrzony przez Radę Europejską w Leaken w połowie grudnia 2001 r. - Komisja Europejska zapowiedziała zdecydowane egzekwowanie zdolności administracyjnej instytucji, co traktuje jako konieczny element procesu integracji i zarazem warunek uczestnictwa w Unii. Podejście takie jest w pełni zrozumiałe, jeśli Urząd ma skutecznie reagować na patologie rynku, gdy chodzi o konkurencję. Reagowanie na praktyki ograniczające konkurencję jest wyjątkowo trudne, wymaga w równym stopniu wiedzy prawniczej i ekonomicznej, i to w odniesieniu zarówno do konkretnej sytuacji, jak i stanu konkurencji na całym rynku. Stąd konieczność przyciągnięcia do Urzędu dobrej kadry, a tę trzeba odpowiednio opłacać, trzeba też prowadzić na bieżąco analizy ekonomiczne rynku w różnych sektorach, co wymaga znacznych nakładów finansowych. A jak raport ocenia kreowanie polityki konsumenckiej przez Urząd? Unia przywiązuje do tego dużą wagę, jej regulacje w dziedzinie ochrony praw konsumentów są dość liczne. Urząd przygotował praktycznie wszystkie akty prawne, których wymaga Unia, i proces harmonizacji prawa na tym etapie został zakończony. Nie znaczy to jednak, że nie trzeba będzie podjąć nowych inicjatyw ze względu na zmieniające się dynamicznie acquis communautaire (dorobek wspólnotowy - przyp. red.). Komisja Europejska przyjęła w zeszłym miesiącu tzw. Zieloną Księgę uczciwych praktyk handlowych. Jej celem jest wywołanie szerokiej debaty nad poprawieniem funkcjonowania handlu między firmami a konsumentami na obszarze jednolitego rynku. Komisja poddała pod dyskusję dwie główne opcje dalszego rozwoju regulacji Unii w obszarze ochrony konsumentów. Pierwsza zakłada strategię bazującą na dalszej harmonizacji regulacji prawnych państw członkowskich chroniących konsumentów w poszczególnych dziedzinach gospodarki. Druga przewiduje uzupełnienie dotychczasowej tendencji ramową dyrektywą obejmującą praktyki handlowe. Zielona Księga oferuje przy tym wybór miedzy koncepcjami "uczciwych praktyk handlowych" a "wprowadzającymi w błąd i oszukańczych praktyk". Obie mają podstawy w istniejącym prawie Unii, jednak koncepcja uczciwych praktyk handlowych jest szersza, obejmuje bowiem zasadę dobrej wiary na etapie przed zawarciem umowy, chociażby przez ujawnienie istotnych informacji dla konsumenta. Przesłanie Zielonej Księgi jest jasne. Chodzi o przesunięcie punktu ciężkości z ochrony konsumentów traktowanej instrumentalnie na kreowanie skutecznej polityki ochrony konsumentów. Wpasowując się w ten nurt myślenia, Urząd przygotowuje projekt takiej polityki na najbliższe dwa lata, tj. do planowanej w 2004 r. akcesji Polski do Unii. Czy w raporcie nie było żadnych krytycznych uwag? Dopiero od stycznia tego roku funkcjonuje u nas pomoc publiczna dla przedsiębiorców. W sferze polityki antymonopolowej Komisja dość pozytywnie oceniła działalność Urzędu, zaleciła jednak, aby w związku ze znaczną liczbą rozpatrywanych spraw prowadzenie polityki nastawione było na jakość orzeczeń i jednocześnie uznanie za priorytetowe tych kwestii, które powodują największe zakłócenia konkurencji. Pozytywnie oceniono także regulację prawną dotyczącą pomocy publicznej. Zaznaczono jednak, że szybkie jej wprowadzenie nie przełożyło się na równie intensywne stosowanie prawa. Podkreślono wprawdzie niezależność Urzędu w nadzorze nad monitorowaniem pomocy publicznej, jednak zwrócono uwagę, że niektóre problemy, np. specjalne strefy ekonomiczne, nie zostały jeszcze rozwiązane. Komisja podkreśliła konieczność zwiększenia kontroli wszystkich środków pomocy, nie tylko w ramach specjalnych stref ekonomicznych, ale także w wypadku tzw. sektorów wrażliwych (stalowy, motoryzacyjny). Problem specjalnych stref ekonomicznych jest jednym z przedmiotów polskiego stanowiska negocjacyjnego i wymaga uzgodnień z rządem.
Tegoroczny Raport Okresowy Komisji Europejskiej w części dotyczącej polityki konkurencji i konsumentów stwierdza, że Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów utrwalił swoją pozycję w strukturze organów państwa. Powstał on 10 lat temu i jest centralnym organem administracji państwowej. Zmiany przepisów nakładały na niego kolejne zadania. W Unii rola urzędów antymonopolowych ma jeszcze wzrosnąć.
ROZMOWA NA GORĄCO Jean Philippe Courtois, wiceprezes Microsoft Corporation Duża firma w trudnych czasach Rz: Jak zmiana nastrojów w gospodarce światowej odbiła się na Microsofcie? JEAN PHILIPPE COURTOIS: Recesja na razie jest w Stanach Zjednoczonych oraz w Niemczech. W innych krajach świata gospodarka może nie kwitnie, ale też nie odczuwa poważnych kłopotów. W Europie, według najnowszych danych, w tym roku wydatki na IT mają wzrosnąć o 11 procent. W przyszłym roku tempo wzrostu ma spaść, ale nadal będzie rosło, nawet w Stanach Zjednoczonych o około 8 procent. Jak na kraj, o którym się mówi, że jest w recesji, to niezła prognoza. Dzieje się tak, bo coraz więcej przedsiębiorstw zdaje sobie sprawę, że wykorzystując nowoczesne technologie potrafi sprzedać więcej, szybciej dociera do klienta i spadają koszty tego dotarcia. Ale z drugiej strony widać, że przemysł IT oszczędza. Chyba już wszystkie wielkie firmy z branży ograniczyły zatrudnienie? Nie tylko nasze. Dotyczy to również firm telekomunikacyjnych. Podobnie jest z biurami podróży, liniami lotniczymi, ubezpieczeniami. Rzeczywiście jest trudniej. Czy przewidując nadejście cięższych czasów Microsoft zmienił politykę cenową? Do trudniejszych warunków na rynku przygotowywaliśmy się wcześniej. Pół roku temu zmieniliśmy politykę licencyjną wobec naszych największych klientów. Daliśmy im możliwość "prenumeraty" nowych produktów. Druga oferta, to wprowadzanie niezbędnych zmian w tych wszystkich produktach, które sprzedaliśmy wcześniej. Nadal trudno mi zrozumieć tak duży wzrost w tym sektorze, podczas gdy inne tracą aż tyle. Czy zmieniło się coś w sposobie poszukiwania nowych klientów, którzy nie wiedzieli, że istnieją odpowiednie produkty właśnie dla nich? Wśród naszych zagranicznych klientów jest ok. 10 tysięcy największych firm w Europie, na Bliskim Wschodzie oraz w Azji. To 50 procent naszych obrotów. Kolejne 40 procent to małe i średnie firmy. Mamy wśród nich 20 milionów klientów. Pozostałe 10 procent to odbiorcy bezpośredni, pojedynczy. Taki podział klientów jest także efektem naszych poszukiwań dotarcia do nowych możliwości. Zauważyliśmy w porę, że gwałtownie wzrasta zainteresowanie IT właśnie ze strony małych firm. A po wynikach wszystkich widać, że większe wykorzystanie Internetu pomaga w uzyskaniu większej konkurencyjności. Dla agencji podróży koszty transakcji związanej ze sprzedażą biletu lotniczego wcześniej wynosiły ok. 70 dolarów. Teraz ten koszt spadł do 7 dolarów. Podobna sytuacja jest w wydawnictwach prasowych. Jeśli chce się ogłoszeniem prasowym w "The New York Times" dotrzeć do ponad miliona czytelników, trzeba wydać 150 tysięcy dolarów. Jeśli takie samo ogłoszenie zamieści się w Internecie, wyda się jedną dziesiątą tej sumy i dotrze się do 15 mln czytelników. To, co obecnie obserwujemy na świecie, to wielki odwrót od ogłoszeń drobnych publikowanych w gazetach, właśnie na rzecz publikowania ich w sieci. Zmieniły się również sposoby robienia zakupów przez firmy. To także pozwala wprowadzić wielkie oszczędności, w efekcie obniżyć koszty i ceny. To wyjaśnia skąd bierze się motywacja zwiększania wydatków na IT. Czy w tym wzroście popytu na usługi i produkty IT zagrożeniem nie jest piractwo? Zaskakujące, ale piractwo uległo ograniczeniu. W Europie 44 procent rynku to produkty i usługi pirackie. Jeśli chodzi o Polskę, jest to 55 procent. I udział ten szybko spada ze względu na podjętą walkę z piractwem komputerowym. Zdarza się naturalnie, że jakieś małe firmy kupują program i potem kilka razy go kopiują, ale coraz więcej ludzi rozumie, że jest to zwykła kradzież. Co robi Microsoft, by zabezpieczyć się przed nielegalnym kopiowaniem i sprzedawaniem swoich produktów? Część strategii to uproszczenie polityki licencyjnej. Wiele także można zrobić, jeśli chodzi o technologię. Wprowadzamy coraz doskonalsze programy, które uniemożliwiają nielegalne kopiowanie, ponieważ nie będą funkcjonowały w wersji, która nie jest oryginalna. Przyjechał pan do Polski z prezentacją najnowszego programu Microsoftu Windows XP. Czy nie sądzi pan, że to zbędny wysiłek w przypadku kraju, który przeżywa kłopoty gospodarcze? Rozumiem, że polskie PKB przestało rosnąć w tempie 5-6 procent rocznie i spadło do nieco ponad 1 procentu wzrostu. To przecież nie recesja. Polska wydaje na inwestycje w IT 1,7-1,8 proc. PKB, podczas gdy średnia europejska wynosi 3,5-3,6 procentu. Kiedy więc bierzemy pod uwagę polskie ambicje szybkiego wejścia do Unii Europejskiej jest dla nas zrozumiałe, że nie może to nastąpić bez posiadania odpowiedniej infrastruktury technologicznej. I tak postępuje większość kandydatów do UE. Czesi mieli 5-6 lat temu taki sam poziom wydatków, jak obecnie Polska, dzisiaj osiągnęli już średni poziom europejski. I nie jest to sztuka dla sztuki. Dzięki sprawnemu systemowi łączności, w tym Internetowi, zyskują przede wszystkim małe i średnie firmy, które łatwiej mogą się ze sobą komunikować. W efekcie powstaje samonapędzający się proces: więcej możliwości, większa produkcja, większe zatrudnienie. Zresztą i władze niektórych krajów europejskich starają się zrobić coś, aby ułatwić działalność firmom. I nie chodzi tylko o zmiany przepisów na prostsze, ale na przykład poprawiają komunikację pomiędzy poszczególnymi resortami i decyzje wydawane są szybciej. Szybciej następuje obieg dokumentów, mniej jest biurokracji. To również wpływ przedsiębiorstw na administrację, które wiedzą, że przyspieszenie obiegu informacji jest w ich interesie. Jak pan widzi możliwości rozwoju biznesu w Polsce? Z waszym krajem wiążemy duże nadzieje. Z drugiej strony, dla Polski korzystne jest to, że - decydując się na pewne rozwiązania później niż kraje rozwinięte przemysłowo - korzysta z nowocześniejszych rozwiązań niż podobne firmy w Europie Zachodniej, a zwłaszcza na południu kontynentu. Kilka miesięcy temu rozmawiałam z jednym z dyrektorów francuskiego ministerstwa zatrudnienia i solidarności. Poprosiłam też mojego rozmówcę o zeskanowanie i przysłanie mi elektronicznie zdjęcia. Powiedział, że nie ma takiej możliwości, bo komputery są stare, a skanerów nie mają. Czy we Francji ten resort jest waszym klientem? Tak, to nasz klient i wiemy, że mamy tam jeszcze wiele do zrobienia. Otoczenie, w którym działa pana firma jest niesłychanie konkurencyjne, zmienia się także bardzo szybko. Jak zmienia się sam Microsoft? Mam za sobą 18 lat pracy w Microsofcie. Wtedy pracowało w firmie 250 osób. Zawsze poruszały mnie w tej firmie stałe kontakty z klientami, wieloletnia współpraca i trwałe zobowiązania. Działamy jednocześnie w konkurencyjnym, ale też ryzykownym otoczeniu. Rzeczywiście kilka razy zaryzykowaliśmy i byliśmy w tym bardzo konsekwentni. Pierwszym takim projektem był pecet. Był to początek lat 80., w Microsofcie pracowało wtedy 50 osób, a największym naszym klientem był IBM. Jeszcze w 1985 roku ludzie śmiali się, kiedy sprzedawaliśmy Windows. Uważano, że jest zbyt wolny, że nie ma przyszłości, że nigdy nie uda nam się z nim przebić. Teraz wiadomo, że nie mieli racji. W jaki sposób wpłynął na działalność Microsoftu spór z administracją w Stanach Zjednoczonych? Jak wiadomo został niedawno polubownie załatwiony, ale to doświadczenie było bardzo bolesne dla firmy. Nikomu nie życzę, aby przydarzyło się firmie, w której pracuje. My z kolei zrozumieliśmy, że jeśli osiągnie się na rynku jakąś pozycję, o nowych produktach i planach dalszych innowacji, powinno się informować w sposób bardzo przemyślany i odpowiedzialny. Była to także lekcja, jak wprowadzać nowe produkty na rynek. Nie ukrywam, że chcielibyśmy o tym incydencie jak najszybciej zapomnieć. Rozmawiała Danuta Walewska
Jak zmiana nastrojów w gospodarce światowej odbiła się na Microsofcie? JEAN PHILIPPE COURTOIS: Recesja na razie jest w Stanach Zjednoczonych oraz w Niemczech. W innych krajach gospodarka nie odczuwa poważnych kłopotów. Czy przewidując nadejście cięższych czasów Microsoft zmienił politykę cenową? zmieniliśmy politykę licencyjną wobec naszych największych klientów. zmieniło się coś w sposobie poszukiwania nowych klientów? Zauważyliśmy w porę, że gwałtownie wzrasta zainteresowanie IT ze strony małych firm. większe wykorzystanie Internetu pomaga w uzyskaniu większej konkurencyjności. zagrożeniem jest piractwo? piractwo uległo ograniczeniu. W Europie 44 procent rynku to produkty i usługi pirackie. Jeśli chodzi o Polskę, 55 procent. udział ten spada ze względu na walkę z piractwem. Wprowadzamy doskonalsze programy, które uniemożliwiają nielegalne kopiowanie.
PKP Stan finansów narodowego przewoźnika kolejowego jest tragiczny Najlepiej - szybko sprywatyzować RYS. SYLWIA CABAN HENRYK KLIMKIEWICZ Problemy finansowe PKP narastają: strata bilansowa za 1998 rok wyniosła 1367 mln złotych, strata z działalności w pierwszym kwartale tego roku - 529 mln zł, bieżące zadłużenie kolei sięga 4,5 mld złotych, banki odmawiają dalszego kredytowania. Prezes Zarządu PKP Jan Janik informuje, że w najbliższym czasie wyczerpią się możliwości zdobywania środków na wynagrodzenia i konieczne jest zwolnienie 60 tys. pracowników. Ton tych informacji jest całkowicie odmienny od tego sprzed roku czy dwóch lat, gdy pojawiały się wiadomości o najlepszym w ostatniej dekadzie wyniku finansowym (w 1997 roku strata była minimalna - 50 mln zł), o przetargach na kilkanaście najnowocześniejszych zestawów pociągów z wychylnym pudłem (wartości 263 mln USD) czy o zamiarze zakupu przez PKP czterystu autobusów szynowych po 2 mln USD każdy. Skąd taka zmiana? Zaczęło się dobrze Polskie Koleje Państwowe w lata dziewięćdziesiąte weszły, jak cała gospodarka, z balastem kłopotów utrudniającym przystosowanie się do wymogów rynku. Działania kierownictwa przedsiębiorstwa (politycznie mocno zróżnicowanego) były, jak na tamte czasy, odważne, a przy tym rozsądne. Ograniczono zatrudnienie o 50 tys. osób, wydzielono ze struktur firmy zakłady naprawy taboru, wyłączono z użytkowania ponad 2 tys. km linii, powstrzymano spadek przewozów ładunków przez utworzenie kilku firm spedycyjnych, których PKP były udziałowcem, przestrzegano dyscypliny finansowej. Przy dotacji państwa do przewozów pasażerskich, wynoszącej w latach 1991 - 1994 od 1200 do 1500 milionów złotych (według dzisiejszej wartości złotego), stabilność finansową utrzymywano dzięki wysokiej rentowności przewozów towarowych: w latach 1995 - 1996 wynosiła ona 34 - 35 proc. PKP wykorzystywały pozycję przewoźnika monopolisty. Głównymi kontrahentami kolei w przewozach towarów były (i są) duże przedsiębiorstwa państwowe (kopalnie, huty), które nie naciskały zbyt mocno na obniżkę stawek przewozowych, gdyż jednocześnie były poważnym dłużnikiem PKP. Względnie stabilna sytuacja finansowa PKP w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych stała się - paradoksalnie - jednym z powodów przyszłych kłopotów. Rząd powoli zmniejszał dotacje budżetowe (w roku 1998 wyniosły 560 mln zł, tj. 8 proc. całości przychodów). Jednocześnie pod wpływem nacisków społecznych państwo nie rezygnowało z ingerencji w przewozy pasażerskie. Suwerenność PKP była skutecznie ograniczana w kształtowaniu cen przewozów przez utrzymywanie dużych ulg przejazdowych, zbyt dużej infrastruktury torowej i zmuszanie firmy do prowadzenia połączeń o niskiej frekwencji podróżnych. Deficyt przewozów pasażerskich rósł z roku na rok: w 1998 roku strata z tego tytułu wyniosła 2,7 mld zł, a po uwzględnieniu dotacji - 2,1 mld zł. Kłopoty z inwestycjami W pierwszych latach tej dekady kolej uruchomiła obszerny program inwestycyjny, zwłaszcza jeżeli chodzi o infrastrukturę, korzystając z zachodnich kredytów inwestycyjnych. Te kosztowne wydatki odbywały się z pełną aprobatą rządu. Inwestycje były ukierunkowane głównie na osiągnięcie dużej szybkości podróżowania - od 160 do 250 km/h. Zakupy nowoczesnych lokomotyw, wagonów czy całych pociągów odkładano, ponieważ polski przemysł nie opanował nowoczesnych technologii spełniających europejskie standardy techniczne. Nie wszystkie inwestycje zostały zakończone. Brakuje nowoczesnych urządzeń sterowania ruchu, które umożliwiają prowadzenie pociągów z szybkością ponad 200 km/h. Nie ma pieniędzy na zakup nowoczesnych jednostek, które mogą wykorzystać osiągnięte parametry techniczne torowisk, a już trzeba spłacać kredyty. Ciężar wydatków inwestycyjnych podnoszących szybkość podróży obciąża, przy poprawnych rozliczeniach kosztów, wyłącznie przewozy pasażerskie: do przewozu ładunków wystarczy szybkość nie przekraczająca 100 km/h. Firma szczególna Przeświadczenie o nietypowości i wyjątkowości polskich kolei zaowocowało ustawą o PKP z 6 lipca 1995 roku. Nie jest to zbyt szczęśliwe rozwiązanie. Konstrukcja prawna PKP zawiera elementy przeniesione z ustawy o przedsiębiorstwach państwowych i elementy wzorowane na prawie o spółkach (zarząd, prezes zarządu - dyrektor generalny, rada PKP zamiast rady nadzorczej, obligatoryjny udział w radzie trzech przedstawicieli związków zawodowych, uprawnienia właścicielskie ministra transportu itp.). Ustawa, która miała uniezależnić PKP od wpływów politycznych, w rezultacie je wzmocniła. PKP miały i mają silną reprezentację związkową. Dziewiętnaście związków zawodowych skupia 90 proc. pracowników z ponad dwustutysięcznej załogi. Siła związków spowodowała przyjęcie przez PKP wewnętrznych regulacji, które spłaszczają poziom wynagrodzeń, eksponują ponad miarę element stażu pracy, konserwują wśród pracowników postawy roszczeniowe i zachowawcze. W PKP od kilkunastu lat nie ma praktycznie dopływu nowych pracowników. Pracownicy z wyższym wykształceniem to zaledwie 4,1 proc. ogółu zatrudnionych. Silne wpływy związkowe, mocno akcentowane wśród pracowników poczucie nietypowości firmy, przekonanie, że PKP muszą istnieć, spowodowały wyhamowanie zmian z początków dekady. Załamanie z lat 1997 - 1998 Przełomowe znaczenie dla PKP miały lata 1997 - 1998. Firma tworzyła bardzo scentralizowaną instytucję, której funkcjonowanie opierało się na ścisłym przestrzeganiu procedur oraz dyscypliny finansowej. Taka kolej na pewno nie grzeszyła nowoczesnością, ale była przewidywalna. Rozpoczęty w 1997 roku proces restrukturyzacji firmy - choć ostrożny i wydłużony w czasie - zachwiał wypracowaną przez lata jej stabilnością organizacyjną i kadrową. Nie dostrzeżono w porę sygnałów o załamywaniu się rynku przewozów towarowych w drugiej połowie 1997 roku wskutek restrukturyzacji sektora węglowego i hutnictwa. PKP przyjęły nierealne plany przewozów ładunków towarowych na 1998 rok. W rezultacie, przy zahamowaniu zmniejszania zatrudnienia, koszty płac (mimo niewygórowanego przeciętnego wynagrodzenia) stanowiły już 53 proc. całości kosztów. W dobrze zarządzanych kolejach amerykańskich udział kosztów osobowych wynosi około 30 proc. Obecnie stan PKP jest tragiczny. Świadomie używam tak drastycznego określenia. Pętla zadłużenia paraliżuje możliwość normalnego funkcjonowania firmy. Spadają, dotąd zawsze wysokodochodowe, przewozy ładunków. Strata za pierwszy kwartał tego roku wyniosła 529 mln zł. Nie ma złudzeń co do tego, że strata roczna przekroczy 2 mld zł. Ta wysokość deficytu występuje przy ograniczeniu prawie do zera wydatków inwestycyjnych (150 mln zł na ten rok, choć odpisy amortyzacyjne za ten okres przekroczą 1,5 mln zł). Inicjatywa dobra, ale spóźniona Niedawno minister transportu i gospodarki morskiej Tadeusz Syryjczyk zaprezentował "ratunkową" wersję restrukturyzacji PKP. Jest to inicjatywa mocno spóźniona. PKP powinny jak najszybciej zostać przekształcone w spółkę akcyjną i pełnić funkcję agencji restrukturyzacyjnej, której zadaniem będzie wyłonienie zdolnych do samodzielnego funkcjonowania podmiotów gospodarczych (spółek infrastruktury, przewozów towarowych i pasażerskich). Zamierzenia obejmują również urynkowienie zorganizowanych części mienia PKP, spełniających w stosunku do spółek wiodących funkcje usługowe, i zagospodarowanie majątku zbędnego. Spółki przewozowe powinny tworzyć firmy (operatorów kolejowych) oparte na rynkach przewozów towarów i korytarzach transportowych dla ruchu pasażerskiego. Podmioty te następnie będą zbywane prywatnym inwestorom. Porządek na torach ma zagwarantować Urząd Regulatora Kolei. Proponowane rozwiązania oparte są na doświadczeniach prywatyzacyjnych kolei angielskich. Model ten wymaga jednak przystosowania do polskich warunków. Polska nie jest wyspą i należy liczyć się z bardzo silnymi naciskami kolei sąsiedzkich, żeby umożliwić im wjazd na polską sieć kolejową. Myślę, że nie tyle należy bronić dostępu do polskiego rynku, ile uwarunkować ten dostęp uczestnictwem w kosztach restrukturyzacji PKP. Jakie szanse, jakie pieniądze Zamiar ministra transportu jest sensowny i konieczny. Jakie ma szanse realizacji? Pomijam aspekt społeczny, skądinąd ważny, bo bez przyzwolenia głównych central związkowych trudno wyobrazić sobie jakąkolwiek restrukturyzację PKP. Bardziej interesująca jest realność finansowa tego przedsięwzięcia. Resort transportu zakłada oddłużenie przedsiębiorstwa przez umorzenie całości zobowiązań PKP wobec skarbu państwa według stanu na koniec 1998 roku (czyli 768 mln zł). Zakłada się zaciągnięcie dodatkowych, specjalnych kredytów, także w Banku Światowym, oraz emisję wieloletnich (10 - 20 lat) euroobligacji. Pojawia się pytanie, jak duże środki finansowe uda się zgromadzić? Koszty oddłużenia i niezbędnych działań naprawczych włącznie z restrukturyzacją zatrudnienia należy szacować na 6 - 10 mln zł, zależnie od tempa przeprowadzania zmian. Plan Syryjczyka rozłożony jest na cztery lata. Sprzedaż spółek przewozowych miałaby się rozpocząć w 2002 roku. Oznacza to, że koszty restrukturyzacji osiągną górny poziom. A gdzie środki na rozwój, w sytuacji, w której ciężar finansowy samej restrukturyzacji jest wystarczająco przygnębiający? Gdzie środki na pilne inwestycje? To kolejne miliardy. PKP szacują niezbędne koszty zakupu taboru na 15 mld zł. Stan infrastruktury torowej wprawdzie się poprawił, ale do zakończenia zakładanych inwestycji potrzeba kolejnych 15 mld zł. Obawiam się, że państwo przecenia aktywa PKP, które mogłyby stać się zabezpieczeniem dla pożyczkodawców. Najbardziej wartościowe nieruchomości zostały już zastawione, a wartość majątku produkcyjnego kolei jest niska i szybko degraduje się. Nie tylko jednostki trakcyjne, ale też większość wagonów pasażerskich i towarowych nie spełniają międzynarodowych standardów technicznych, co jest warunkiem dopuszczenia do ruchu po europejskich drogach kolejowych. Nawet najlepszy pomysł na naprawę polskich kolei nie powiedzie się bez koniecznych środków finansowych. Czy państwo jest dziś w stanie przy takich ogromnych problemach budżetowych wyłożyć 10 mln zł? Kto da gwarancję, że pieniądze te będą właściwie wykorzystane? Rozwiązanie jest tylko jedno. Skrócić w czasie program restrukturyzacji. Przyśpieszyć realną prywatyzację. Wprowadzić na tory kolejowe prywatnych przedsiębiorców. Na inne, bardziej łagodne rozwiązania nie ma już czasu. Autor jest prezesem Zespołu Doradców Gospodarczych "TOR".
Problemy finansowe PKP narastają: ieżące zadłużenie kolei sięga 4,5 mld złotych, banki odmawiają dalszego kredytowania. Prezes Zarządu PKP Jan Janik informuje, że w najbliższym czasie wyczerpią się możliwości zdobywania środków na wynagrodzenia i konieczne jest zwolnienie 60 tys. pracowników. Polskie Koleje Państwowe w lata dziewięćdziesiąte weszły z balastem kłopotów utrudniającym przystosowanie się do wymogów rynku. Działania kierownictwa przedsiębiorstwa były, odważne, a przy tym rozsądne. Przy dotacji państwa do przewozów pasażerskich stabilność finansową utrzymywano dzięki wysokiej rentowności przewozów towarowych. PKP wykorzystywały pozycję przewoźnika monopolisty. Głównymi kontrahentami kolei w przewozach towarów były (i są) duże przedsiębiorstwa państwowe. W pierwszych latach tej dekady kolej uruchomiła obszerny program inwestycyjny, zwłaszcza jeżeli chodzi o infrastrukturę. Inwestycje były ukierunkowane głównie na osiągnięcie dużej szybkości podróżowania. Obecnie stan PKP jest tragiczny. Pętla zadłużenia paraliżuje możliwość normalnego funkcjonowania firmy. minister transportu i gospodarki morskiej Tadeusz Syryjczyk zaprezentował "ratunkową" wersję restrukturyzacji PKP.
RYZYKO FINANSOWE Jak ubezpieczyć działalność przedsiębiorstwa Nie tak drogo, jak się wydaje Zabezpieczenie transakcji dokonywanych za granicą i narażających firmę na ryzyko jest takim samym posunięciem, jak ubezpieczenie samochodu, domu i rodziny - uważają przedstawiciele amerykańskiego banku Chase Manhattan. Powinny to robić firmy, które mają dużo kontraktów zagranicznych lub biorą kredyty w obcych walutach. Wielkość firmy nie jest ważna. Michele Maffei, szef departamentu obrotu instrumentami pochodnymi (derywaty) Chase twierdzi, że zawieranie transakcji zabezpieczających (hedging) jest znacznie tańsze, niż to może się wydawać, chociaż w niektórych przypadkach pierwszy rok jest dość drogi w obsłudze tego instrumentu finansowego. - O zabezpieczeniu transakcji finansowych trzeba myśleć jako o zobowiązaniu wobec akcjonariuszy przedsiębiorstwa. Te transakcje są zwłaszcza wskazane w sytuacji, kiedy wiadomo, że kurs waluty nie jest stabilny - podkreśla Maffei. Jak skalkulować Często zdarza się, że polska firma bierze kredyt w euro lub w dolarach i za te pieniądze finansuje bieżącą działalność. Jeśli cykl produkcyjny, na którego sfinansowanie został zużyty ten kredyt, trwa np. trzy lata, na taki właśnie okres firma powinna się zabezpieczyć. Nie ma znaczenia, że kredyt został udzielony na okres na przykład pięcioletni. Trzeba zrobić kalkulację: w jakim okresie czasu jesteśmy w stanie tak wykorzystać kredyt, żeby przyniósł dochód. Ten okres właśnie zabezpieczamy. - Zabezpieczenie transakcji finansowej ma inny charakter, niż zwykłe ubezpieczenie - ostrzega Jarosław Kochaniak, nowy szef Chase Manhattan Polska. W przypadku ubezpieczenia zawieramy umowę, płacimy składkę i nie zajmujemy się tym aż do momentu, kiedy trzeba z niego skorzystać. Zabezpieczenie transakcji finansowej jest bardziej skomplikowane, ponieważ ryzykiem zarządza się na bieżąco. Zawarcie umowy zabezpieczenia transakcji lub jej rozwiązanie jest możliwe w momencie, który jest najdogodniejszy. Drogo, ale może być drożej Zabezpieczenie transakcji finansowych nie jest tak drogie, jakby to mogło się wydawać - przekonuje Michele Maffei. - Przedsiębiorca powinien raczej zadać sobie pytanie, czy chce odczuwać wahania kursu własnej waluty w prowadzonym przez siebie biznesie - dodaje Matthew Hunt, wiceprezes rynku derywatywów Chase Manhattan. - Doskonale widać było te tendencje w roku ubiegłym, kiedy kurs złotego wahał się wielokrotnie, w efekcie doszło do deprecjacji polskiej waluty o ok. 20 proc. Wraz z nią spadły dochody przedsiębiorstw, które eksportowały i korzystały z zagranicznego finansowania. Prognozy dotyczące polskiej waluty wskazują, że i w przyszłości jej kurs będzie podlegał wahaniom. Firmy zaciągające kredyty za granicą odczuły to boleśnie, a stan ich finansów był bardziej uzależniony od deprecjacji złotego, niż od sytuacji rynkowej. Dlatego w wielu przypadkach finansowe wyniki polskich firm były znacznie gorsze, niż wyniki gospodarki, jako całości. - Koszt transakcji zabezpieczających jest wysoki w pierwszym roku - mówi Matthew Hunt. Ale jeśli spojrzymy na deprecjację złotego w ubiegłym roku, okazuje się, że koszt ubezpieczenia finansów był znacznie niższy. Z tej formy zabezpieczenia powinny korzystać firmy, które mają znaczną część dochodów w walutach zagranicznych albo zobowiązania zagraniczne. Nie jest ważna wielkość przedsiębiorstwa, ale procent transakcji finansowych dokonywanych w walutach obcych. - Na przykład jeśli firma jest niewielka, powiedzmy ma trzech wspólników, ale 90 proc. jej transakcji jest dokonywana w walutach obcych i oczekuje się znacznego wzmocnienia kursu złotego, jej właściciele powinni zastanowić się na zabezpieczeniem transakcji finansowych przed ryzykiem walutowym. Dotyczy to także takich transakcji, kiedy surowiec do produkcji jest importowany, a produkt końcowy jest sprzedawany na miejscowym rynku i w miejscowej walucie. Trzeba więc będzie sprzedać złotego, kupić np. euro i kupić surowiec. W efekcie firma jest wystawiona na ryzyko nie tylko możliwej zwyżki cen surowca, ale i aprecjacji waluty, w której surowiec będzie kupować. To ryzyko dotyczy także firm telekomunikacyjnych, które są znaczącymi importerami sprzętu, finansują swoją działalność w walutach obcych, a sprzedają usługi w złotych. Bolesne skutki O skutkach braku zabezpieczenia od ryzyka finansowego boleśnie przekonali się przedsiębiorcy w Ameryce Łacińskiej i Azji dwa lata temu. Przekonani, że ich waluta pozostanie silna, tak jak to było przez wiele lat, zapożyczali się za granicą, bo oprocentowanie było korzystniejsze. Tymczasem kryzys finansowy w Azji pokazał, że nawet najstabilniejsze waluty - takie jak malezyjski ringgit, tajlandzki baht oraz koreański won - zostały zdewaluowane, a koszty zagranicznego finansowania stały się ogromne, dla wielu firm nie do udźwignięcia. To był prawdziwy szok, ponieważ korzystanie z zagranicznych kredytów było znacznie prostsze, niż w przypadku banków miejscowych. Podobnie było w przypadku Brazylii, gdzie w styczniu 1999 roku doszło do 75-proc. dewaluacji. - To wcale nie oznacza, że do podobnej sytuacji może dojść w Polsce - uspokaja Maffei - ale wprowadzenie kursu płynnego zawsze stwarza ryzyko tak deprecjacji, jak i aprecjacji. To zresztą dotyczy nie tylko możliwych wahań kursu złotego, ale także powiązania złotego z innymi znaczącymi walutami. Dlatego trzeba pomyśleć o zabezpieczeniu się przed ryzykiem. Głównymi czynnikami decydującymi o powodzeniu transakcji zabezpieczających są przede wszystkim całkowita przejrzystość transakcji dla klienta w trakcie jej przygotowywania oraz pełna dyskrecja w trakcie realizacji, tzn. sprzedaży na rynku - mówi Jarosław Kochaniak. Każda informacja o przeprowadzanej transakcji może mieć nie tylko negatywny wpływ na uzyskaną cenę, ale również doprowadzić do konieczności całkowitego wycofania transakcji z rynku - dodaje. Kogo każe rynek Nie wystarczy dobrze znać własny rynek, trzeba orientować się w tendencjach rynkowych na świecie, które mogą mieć wpływ na działalność naszej firmy - twierdzą eksperci Chase. Widzieliśmy doskonale to podczas kryzysu rosyjskiego. Polska wówczas była krajem o stabilnej sytuacji finansowej, ale była jednocześnie tzw. wschodzącym rynkiem. Kiedy inwestorzy nie byli w stanie wycofać pieniędzy z Rosji, wycofywali je z innych wschodzących rynków tam, gdzie to było możliwe - a więc w Polsce, Czechach, na Węgrzech i w RPA. W efekcie jednym z krajów, którego waluta ucierpiała najbardziej, była Republika Południowej Afryki i rand, który z Rosją nie miał nic wspólnego. Biznesmeni w RPA początkowo nie byli w stanie zrozumieć tej sytuacji: jak to mówili - mamy niską inflację, dobre perspektywy, a waluta została tak zdewaluowana. - Często zdarza się, że najbardziej cierpią te rynki, które są w najlepszej kondycji. Inwestorzy mają tendencję do likwidowania pozycji tam, gdzie mogą najwięcej zarobić. W ten sposób pokrywają straty tam, gdzie sytuacja jest najgorsza. Danuta Walewska - Według "Risk Magazine", Chase zajmuje od 1994 roku pierwsze miejsce w organizowaniu transakcji zabezpieczających ryzyko zmian stóp procentowych, a od roku 1997 - w transakcjach zabezpieczających ryzyko walutowe. W Polsce i innych krajach regionu jest największym organizatorem i dealerem transakcji swapowych (wymiany) na rynku złotowym, w obrocie instrumentami pochodnymi dotyczącymi surowców i kursów walutowych.
Zabezpieczenie transakcji dokonywanych za granicą i narażających firmę na ryzyko jest takim samym posunięciem, jak ubezpieczenie samochodu i rodziny. zdarza się, że polska firma bierze kredyt w euro i za te pieniądze finansuje bieżącą działalność. Jeśli cykl produkcyjny, na którego sfinansowanie został zużyty ten kredyt, trwa np. trzy lata, na taki okres firma powinna się zabezpieczyć. Trzeba zrobić kalkulację: w jakim okresie czasu jesteśmy w stanie tak wykorzystać kredyt, żeby przyniósł dochód. Zabezpieczenie transakcji finansowych nie jest tak drogie, jakby to mogło się wydawać.Przedsiębiorca powinien zadać sobie pytanie, czy chce odczuwać wahania kursu własnej waluty. kiedy kurs złotego wahał się, doszło do deprecjacji waluty o 20 proc. Wraz z nią spadły dochody przedsiębiorstw. Z tej formy zabezpieczenia powinny korzystać firmy, które mają znaczną część dochodów w walutach zagranicznych albo zobowiązania zagraniczne. O skutkach braku zabezpieczenia od ryzyka finansowego przekonali się przedsiębiorcy w Azji dwa lata temu. kryzys finansowy w Azji pokazał, że nawet najstabilniejsze waluty zostały zdewaluowane, a koszty zagranicznego finansowania stały się ogromne. trzeba orientować się w tendencjach rynkowych na świecie, które mogą mieć wpływ na działalność firmy.Widzieliśmy to podczas kryzysu rosyjskiego. Kiedy inwestorzy nie byli w stanie wycofać pieniędzy z Rosji, wycofywali je z innych wschodzących rynków tam, gdzie to było możliwe - a więc w Polsce, Czechach.
ROZMOWA Michał Stępka, doktor nauk medycznych, ordynator I Oddziału Chorób Wewnętrznych Szpitala Kolejowego w Pruszkowie O powołaniu nikt nie mówi Nie wróżę sukcesu żadnym biurokratycznym, podejmowanym odgórnie decyzjom. Pacjenci sami powinni decydować o sposobie wydatkowania ich pieniędzy przeznaczonych na zdrowie i jego ochronę. FOT. PIOTR KOWALCZYK Rz: Jak głębokie musi być zobojętnienie pielęgniarki, która - wiedząc, że kilkadziesiąt metrów dalej, u wejścia do szpitala, zasłabł człowiek - nie udziela mu pomocy, a wzywa karetkę pogotowia z drugiego końca miasta? Tak stało się w Olsztynie, karetka przyjechała za późno, człowiek zmarł. Lekarze szpitala podobno o tym nie wiedzieli. MICHAł STĘPKA: Nie znam szczegółów tego wydarzenia i nie mam podstaw do wyrażania opinii. Jestem natomiast przekonany, że jest to wielki dramat rodziny pacjenta i dyżurującego wówczas personelu. Nieporównanie większy - rodziny. Nie chcę i nie mogę wartościować. Czy lekarze, pielęgniarki traktują jeszcze swoją profesję jako powołanie? W środowisku mało się o tym rozmawia. Owszem, jest to temat do dyskusji przed studiami, wśród studentów młodszych lat medycyny, ale później bardzo rzadko. Dlaczego? Ci lekarze, którzy traktują zawód jak powołanie, uważają, że podobnie jak uczucia wiara jest to sprawa zbyt osobista, by publicznie o niej mówić. Inni z kolei nie mówią, bo zdają sobie sprawę, że powołanie do czegoś zobowiązuje. Do bardziej życzliwego, delikatnego stosunku do drugiego człowieka, zwłaszcza cierpiącego. Studenci, a także młodzi lekarze mają w sobie dużo wrażliwości. Którą potem się zatraca, a pacjent staje się kolejnym "przypadkiem"? Może traci się tę wrażliwość z latami pracy, w pośpiechu, w zderzeniu z biurokracją. Ale jeżeli w zespole, od dyrektora i ordynatora do salowej, panuje ogólnie życzliwe nastawienie do pacjentów, jeżeli chorych się po prostu lubi, to taka atmosfera promieniuje na wszystkich i młody lekarz czy pielęgniarka przychodzący do pracy tej wrażliwości nie zatracą. Czy lekarze w ogóle dostrzegają ogromne odhumanizowanie medycyny, uprzedmiotowienie pacjenta. Nacisk położony jest na techniczne nowości, gdy pacjentowi czasami bardziej niż rewelacyjnego leku potrzeba dobrego słowa, zainteresowania. Rzeczywiście, często młodzi lekarze są zafascynowani nowościami technicznymi, ułatwiającymi diagnostykę i terapię. Nie można jednak zapominać, że istnieje druga strona medycyny, bez której nie można jej zrozumieć, a jest nią zwykły życzliwy stosunek człowieka do człowieka. Sławny psychiatra Antoni Kępiński mówił, że w medycynie najważniejszym lekiem jest sam lekarz, który oddziałuje na chorego całą swoją osobowością. Czy można być dobrym lekarzem bez powołania? Można, z tym, że ów lekarz, nawet świetny fachowiec, bardzo dużo traci, nie wykorzystuje szansy rozwoju. Widzi medycynę tylko w jednym wymiarze - przyrodniczo-technicznym, w wymiarze rzemiosła, techniki medycznej. Albo przepisów reformy? Myślę, że i lekarze, i pielęgniarki, i pacjenci liczyli na to, iż po wprowadzeniu reformy służby zdrowia wszyscy będą wreszcie zadowoleni. Lekarze i pielęgniarki z godziwych zarobków, a pacjenci, choć chorzy, będą szczęśliwi z powodu wysokiej jakości usług, możliwości wyboru najlepszego lekarza oraz nareszcie zdrowych, nie skorumpowanych relacji z personelem medycznym. Tymczasem zarobki poprawiły się tylko niektórym lekarzom, a w ocenie pacjentów opieka medyczna działa gorzej niż przed reformą. Obraz przeraźliwie smutny... Rzeczywiście, taki jest odbiór reformy przez większość pacjentów i znaczną część personelu medycznego. Nie wróżę zresztą sukcesu żadnym etatystycznym, podejmowanym odgórnie decyzjom. Pacjenci sami powinni decydować o sposobie wydatkowania ich pieniędzy przeznaczonych na zdrowie i jego ochronę. Rozwiązanie widzę w dobrowolnych prywatnych ubezpieczeniach. Na Pana oddziale podobno nikt łapówek nie daje ani nie bierze, ale są szpitale, w których pacjenci przekazują sobie z ust do ust, ile "kosztuje" operacja u poszczególnych lekarzy. Jak głęboko sięga ten rodzaj demoralizacji? W moim środowisku zawodowym, w dziedzinie chorób wewnętrznych, nie spotkałem się nigdy z przypadkami uzależnienia leczenia od łapówki. Być może należy odróżnić, jeżeli o to chodzi, medycynę niezabiegową od zabiegowej. Na jednym biegunie jest, jak słyszałam, pediatria, na drugim, przeciwnym - chirurgia. Dziedziny niezabiegowe to interna z jej licznymi podspecjalnościami, jak psychiatria i neurologia, natomiast zabiegowe to chirurgia, ortopedia, ginekologia. Kiedyś medycyna wewnętrzna i chirurgia to były dwie różne dziedziny. Lekarze wykształceni na uniwersytetach zepchnęli chirurgów do roli niższych pomocników. W średniowieczu chirurgią zajmowali się łaziebnicy i cyrulicy, traktując swoje zajęcia wyłącznie usługowo. Dopiero w czasach nowożytnych chirurgia połączyła się z medycyną. Dzisiaj jest to bardzo skomplikowana dziedzina, ale być może historyczne uwarunkowania mają jakiś wpływ na sposób jej uprawiania. Ale chyba trudno dzisiaj mówić o zróżnicowanej specjalistycznie wrażliwości. Tak jak nie mogą być usprawiedliwieniem łapówkarstwa niskie zarobki części lekarzy. Dlaczego zatem biorą? Niektórzy ludzie, którzy opanowali jakąś trudną sztukę, mają pokusę, by - jeśli pojawi się taka możliwość - wykorzystać tę umiejętność, niedostępną dla innych, dla korzyści finansowych. Myślę, że podobnie jest w każdym zawodzie: polityka, bankowca, prawnika. Poza tym korupcjogenny jest każdy system rozdzielczy, w którym odgórnie decyduje się o podziale wspólnych dóbr. Dlaczego nie ma korupcji w prywatnych gabinetach czy lecznicach? Sam prowadzę również prywatną praktykę i proszę wierzyć, że tu nikt niczego nie proponuje. Zdarza się natomiast, że pacjent ma kłopoty finansowe, nie ma czym zapłacić, ale dochodzimy do porozumienia. To jest nasz dwustronny układ. Trzeba również, moim zdaniem, odróżnić korupcję, która znaczy kupienie zwiększonej troski o chorego, od formy wyrażenia przez pacjenta wdzięczności, w momencie wypisania ze szpitala, za pomyślnie przeprowadzoną operację czy leczenie. Tego typu wdzięczność uważa Pan za dopuszczalną? Tak, nie można pacjentowi odmówić prawa do wyrażania wdzięczności, chociaż jej forma to osobne zagadnienie. Uważam za nieludzkie wyproszenie z gabinetu pacjenta, który przyszedł podziękować za leczenie. W jaki sposób pacjenci wyrażają Panu wdzięczność? Czasem, po zakończeniu hospitalizacji, pacjenci żegnają się, przychodzą z kwiatkiem, niekiedy przyślą list z podziękowaniem, czasem przyniosą własnoręcznie namalowany obraz, niekiedy słodycze albo alkohol. Forma wyrażenia wdzięczności w dużym stopniu zależy od kultury i osobowości pacjenta oraz jego rodziny. Czy wtedy, kiedy Pan studiował medycynę, wystarczająco zwracano uwagę na etyczną stronę zawodu? Zarówno w czasie studiów, jak i stażu miałem poczucie niedosytu w uwzględnianiu tych zagadnień w codziennej praktyce. Od początku studiów w akademii medycznej brakowało mi rozmów z asystentami, profesorami na temat etyki zawodowej. Zajęcia z deontologii prowadzone były przez semestr na ostatnim roku i były to dyskusje o kodeksach etycznych. Uważam, że zajęcia te powinny być zintegrowane z zajęciami przy łóżku pacjenta. Pamiętam moje pierwsze zajęcia z anatomii, ćwiczenia z osteologii, czyli nauki o kościach. W tej samej sali, w której się uczyliśmy, zorganizowano imieniny, bodajże z kwiatami i czekoladkami. Dla mnie, młodego człowieka, który świadomie wybrał ten kierunek studiów, który zwłoki człowieka traktował jak sacrum, było to szokiem. Teraz myślę, że jest w tym może swoisty sposób na wyrobienie w przyszłym lekarzu dystansu do choroby, do pacjenta, do jego ciała, gdyż skuteczna pomoc cierpiącemu wymaga obiektywizmu i często chłodnego spojrzenia. Emocje mogą przeszkadzać, ale wrażliwość jest niezbędna. Czy młodzi lekarze, których Pan przyjmuje teraz do pracy, są inni, czy tacy sami jak Pan dwadzieścia lat temu? Odnajduję w nich podobne cechy, podobną wrażliwość. Oprócz wiedzy młodzi lekarze poszukują wzorców osobowych, poszukują mistrza, którego, bywa, przez całe życie nie odnajdują. Na akademii też takich nie było? Może to wina organizacji studiów? Do odnalezienia mistrza potrzebny jest czas i skupienie, tymczasem studenci ciągle przemieszczają się ze szpitala do szpitala, z oddziału na oddział. Mało zostaje czasu na rzeczowy kontakt z asystentem, profesorem, rozmowę z doświadczonym lekarzem, na podpatrzenie go podczas pracy, podzielenie się refleksją czy wątpliwościami. Nauka medycyny, oprócz poznania patofizjologii i terapii chorób, polega na kopiowaniu wzorów, na naśladowaniu starszych, bardziej doświadczonych lekarzy. Czy przyszłym lekarzom mówi się, jak należy zachować się wobec śmierci człowieka, wobec rodziny umierającego? W okresie moich studiów nie mówiło się. Teraz mówi się więcej. Są nawet na ten temat odpowiednie rozdziały w podręcznikach. Jakie Pan przeżywa dylematy moralne w swojej pracy? Podstawowy dylemat to niemożność zapewnienia pacjentom zarówno badań, jak i sposobów leczenia, które są uznawane za optymalne, ale w większości wypadków trudno dostępne. Mamy teraz dostęp do wspaniałych leków, ale są one bardzo drogie. Dlatego często jestem też zmuszony do rezygnacji z przepisania sprawdzonego leku dobrej marki, bo pacjenta na taki nie stać, i do zastąpienia go preparatem objętym opłatą zryczałtowaną, choć wiem, że będzie to preparat mniej skuteczny. Rozmawiała Ewa K. Czaczkowska
Michał Stępka, doktor nauk medycznych, ordynator I Oddziału Chorób Wewnętrznych Szpitala Kolejowego w Pruszkowie: Pacjenci sami powinni decydować o sposobie wydatkowania ich pieniędzy przeznaczonych na zdrowie. Niektórzy ludzie, którzy opanowali jakąś trudną sztukę, mają pokusę, by wykorzystać tę umiejętność dla korzyści finansowych. Od początku studiów brakowało mi rozmów na temat etyki zawodowej. młodzi lekarze poszukują mistrza, którego, bywa, przez całe życie nie odnajdują.
ROZMOWA Ryszard Kapuściński, reporter i podróżnik, o sytuacji w Zairze i w innych państwach Afryki Laboratorium polityczne Czy wydarzenia rozgrywające się w Zairze rzeczywiście są takie ważne? Nagle Afryka jest znowu na pierwszych stronach gazet, wszyscy analizują sytuację... RYSZARD KAPUŚCIŃSKI: Niewątpliwie tak. Jest to ważne wydarzenie z kilku względów. Konflikt w Zairze jest dziś jednym z największych na naszej planecie. Ale jeśli chodzi o samą Afrykę, jest to wyraźne zakończenie epoki zimnej wojny. Okres zimnej wojny na tym kontynencie przebiegał bardzo dramatycznie. Dziś to, co sobie wówczas wyobrażano, wydaje się dziwne. Ale w okresie dekolonizacji, walki o niepodległość, nie znając dobrze Afryki, zakładano, że procesy tam zachodzące mogą stać się zalążkiem wielkiego konfliktu między mocarstwami, że może wybuchnąć tam trzecia wojna światowa. Pamiętam, że kiedy w 1960 roku po raz pierwszy jechałem do Konga (dziś Zairu), w ówczesnej prasie światowej pisano o wielkim niebezpieczeństwie, jakie może wiązać się z konfliktem w tym państwie. Panowała nerwowa atmosfera, do akcji włączyła się Organizacja Narodów Zjednoczonych. Obawiano się najgorszego. Afryka kojarzyła się z czymś niebezpiecznym i niepewnym. W sumie spowodowało to, że w ten wiszący w powietrzu konflikt włączyły się Stany Zjednoczone i Związek Radziecki, a nawet Chiny. I właśnie na tej fali niepokoju wyrósł Mobutu. Był on właściwie nikomu nie znanym człowiekiem, wcześniej był sierżantem armii kolonialnej (do 1960 roku Kongo było kolonią belgijską). Kiedy Patrice Lumumba (pierwszy premier) ogłosił niepodległość Konga i wystąpił z bardzo radykalnymi hasłami, kiedy dał się poznać jako człowiek bardzo zapalczywy, ambitny, który mówi, że pójdzie dalej - a na dodatek w Kongu pojawia się wielu Rosjan - Amerykanie zaczynają szukać swego człowieka. Mają powody. Nie wiedzą, jak dalej potoczą się losy Konga, państwa doskonale położonego strategicznie, dysponującego wieloma bogactwami naturalnymi, trzeciego pod względem obszaru kraju Afryki. Zachód boi się zdecydowanego na wszystko Lumumby. Politycy zachodni szukają kogoś, na kim można by się oprzeć. Najpierw pojawia się niejaki Adula, ale jest to tylko urzędnik, biurokrata, którego ta rola przerasta. W takiej sytuacji jak zwykle sięga się po armię. Jednym z liderów wojska jest Joseph Mobutu. Człowiek, jak już mówiłem, który z sierżanta awansował na generała. W armii kongijskiej nie było oficerów, wcześniej stanowiska te obsadzali Belgowie, ale oni po ogłoszeniu niepodległości opuścili ten kraj. Ludzie robili wtedy błyskawiczne kariery. Przykładem jednej z nich jest sukces Mobutu. W 1965 roku w wyniku zamachu stanu Mobutu przejmuje władzę w państwie i formalnie do dziś jest dyktatorem. Zachód zachowuje się wobec Afryki, wobec Zairu dwuznacznie. Z jednej strony chce mieć kontrolę nad tym, co się dzieje na tym kontynencie, z drugiej nie ma żadnej koncepcji, co robić z Afryką. I mamy przez prawie 30 lat do czynienia ze stanem trudnym do zdefiniowania. Właściwie martwym okresem, kiedy właściwie nic się dzieje. Jest zastój. Wszyscy na coś czekają. Czyli, że zmiany, jakie dziś obserwujemy w Afryce, są związane z zakończeniem zimnej wojny. Amerykanie po uregulowaniu swoich problemów z Rosją, po zakończeniu budowania nowych struktur bezpieczeństwa w Europie teraz dopiero zabierają się do porządkowania Afryki, do wypełniania tej czarnej dziury, jaką był ten kontynent w polityce globalnej... Proces zmian zaczął się wraz z końcem zimnej wojny, wraz z wycofaniem się z Afryki Rosjan, wraz ze zniknięciem z tego kontynentu wszystkich podziałów wynikłych z rywalizacji mocarstw. Zaczęły się pozytywne procesy, zaczęto odchodzić od jednopartyjnych systemów, wprowadzono nowe konstytucje, bardziej demokratyczne, rządy stały się otwarte na zmiany. Poza tym w Afryce doszła do władzy zupełnie nowa generacja polityków. Następują zmiany w elitach politycznych. Ludzie związani z okresem zimnej wojny ustępują pola młodszym, kształconym na uniwersytetach afrykańskich, rozumiejących lepiej swoje afrykańskie korzenie, w przeciwieństwie do poprzedników, którzy uczyli się w wyższych szkołach na Zachodzie, w Paryżu, Londynie, Rzymie. W tej chwili poza Mobutu nie ma właściwie polityka u władzy z tamtej epoki. Albo umarli, jak prezydent Wybrzeża Kości Słoniowej, albo się wycofali, jak Julius Nyerere z Tanzanii, czy zostali odsunięci od władzy, jak Siad Barre w Somalii. W tej sytuacji dziwolągiem nie z tej epoki jest Mobutu. Ale nadal jest u władzy... To tylko kwestia czasu. Wydarzenia w Zairze to nie tylko wyznaczenie pewnej cezury czasowej - końca zimnej wojny - to przykład innego zjawiska, jakie obserwujemy w świecie, nie tylko w Zairze, kryzysu państwa narodowego. W wielu państwach świata można dziś dostrzec, że tradycyjna koncepcja państwa centralnie rządzonego przechodzi bardzo silny kryzys. Nawet w Europie szereg państw się rozpadło: Czechosłowacja, Jugosławia, Związek Radziecki. Problemy tego typu mają Włochy, Belgia, Hiszpania. Ze szczególnym nasileniem ten kryzys przebiega jednak w Afryce, gdzie państwo zawsze było słabe, bo nie miało tradycji, bo trwało niespełna 30 - 40 lat. Rozpadła się Somalia, Liberia, bliski rozpadu jest Czad, słabymi państwami są Angola, Mozambik. Takich państw w Afryce jest więcej. Ten proces się nasila. Od dawna także i ten kryzys trawił Zair. Państwo to istniało sztucznie, bez komunikacji, bez łączności. Na tym wielkim obszarze w rzeczywistości istniały struktury federalne, oparte albo na silnej grupie etnicznej, albo terytorium. Teraz ten kryzys państwa postkolonialnego uwidocznił się tym bardziej. To chyba nie jest dobre dla całej Afryki, taki właśnie przykład... Tego na razie nie wiemy. Trzecim powodem, dla którego to, co dzieje się dziś w Zairze, jest ważne, to przejaw konfrontacji - która na tym kontynencie toczy się od 100 lat - między światem anglojęzycznym i frankojęzycznym. To jest stara rywalizacja. Ponad sto lat temu doszło do zbrojnego starcia francusko-angielskiego w Faszodzie. Francja musiała wtedy ustąpić. Ale obie strony przejawiały w swych poczynaniach chęć przeprowadzenia przez całą Afrykę korytarza swoich posiadłości. I tak Anglicy zawsze dążyli, aby oś ich kolonii biegła od Kairu do Kapsztadu, Francuzi zaś widzieli ją od Dakaru do Madagaskaru. Te ambicje obu państw, ich interesy zawsze się krzyżowały. Skończyło się to podziałem Afryki na słynnym kongresie w Berlinie, ale mimo wszystko ta konkurencja nigdy się nie skończyła. I paradoksalnie ścieranie się interesów trwa pod dziś dzień. Szczególnie dotyczy to Francji, gdzie rozbudowana biurokracja kolonialna jeszcze dziś ma swoje interesy w Afryce. Mit francuskiej Afryki był i jest nadal podtrzymywany przez władze w Paryżu. Do ponownego starcia doszło w Zairze. Tym razem jest to konfrontacja na linii Paryż - Waszyngton. Prasa francuska, co ciekawe, widzi jeszcze, że rzecz dotyczy nie tylko różnic w interesach, ale także walki na polu kulturowym i językowym. Dlatego, że przywódca powstańców Laurent-Desire Kabila jest związany silnymi więziami personalnymi z prezydentem Ugandy Yoveri Musevenim, jak i z wiceprezydentem Rwandy gen. Paulem Kagame. Mówi w kraju frankofońskim po angielsku i skończył amerykańską akademię wojskową. Do tego kręgu ludzi, preferujących język i kulturę anglosaską, należy Kabila. Oni się dobrze znają od dawna, zawsze współpracowali ze sobą. Dziś to, co się dzieje, jest ich tryumfem. Z tą różnicą, że miejsce Anglii, która jest zajęta swoimi wewnętrznymi problemami i w sprawy afrykańskie się nie angażuje, zajęły Stany Zjednoczone. Jest to fenomen, dlatego, że do tej pory obecność amerykańska nigdy nie była tak widoczna w Afryce jak teraz. Ameryka przez długi czas trzymała się z daleka od spraw afrykańskich. Dlaczego robi to teraz? Po wycofaniu się Rosjan, całkowitym braku zainteresowania ze strony Wielkiej Brytanii w Afryce wytworzyła się pustka. Amerykanie, którzy załatwili gdzie indziej swoje sprawy, wchodzą dziś do Afryki. Robią to na kilku szczeblach. Politycznie odpowiada za to Departament Stanu, ale bardzo aktywne są tzw. organizacje pozarządowe, których w Afryce jest mnóstwo. Są wreszcie różne odmiany ruchów religijnych, sekt chrześcijańskich, też niesłychanie prężnych. Sporo dobrego robi Korpus Pokoju, w którym pracuje ochotniczo wielu młodych Amerykanów. Razem daje to znaczącą obecność. Do tego dochodzi jeszcze zainteresowanie ekonomiczne. Amerykańskie firmy odkrywają Afrykę. Nie mówię o interesach naftowych, w Nigerii czy w Angoli, ale o ostatniej umowie zawartej między powstańcami Kabili a amerykańskim koncernem American Mineral Fields w Lubumbaszi. Jest ona warta miliard dolarów. To nie jest tylko symboliczne opowiedzenie się za Kabilą, ale uznanie go za gwaranta stabilizacji w Zairze. To jest coś nowego dla Afryki. Opuszczony, zadłużony kontynent stał się przedmiotem zainteresowania ze strony jedynego dziś mocarstwa, które jest gotowe zaangażować tam swoje środki, ludzi i ruszyć ten wyłączony z życia międzynarodowego kontynent. To wszystko oznacza, że wchodzimy w erę postpostkolonialną. Czy to oznacza, że wchodzimy pozytywnie ? Po pierwsze pozytywne jest to, że nie ma już zimnej wojny. Po drugie jest pewna szansa udzielenie wsparcia finansowego, którego Afryka potrzebuje i bez którego nie ma możliwości wyjścia z kryzysu. Jedynymi instytucjami, które choćby w części mogą te oczekiwania zaspokoić, są Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy, obie kontrolowane przez kapitał amerykański. To jest dziś ważne, bo młoda burżuazja afrykańska rozumie, że w jej interesie należy związanie się z tymi instytucjami. Wie też, że stare mocarstwa kolonialne - Francja, Wielka Brytania czy Belgia - nie mają pieniędzy, bo same mają problemy, i że z tej strony nie ma już czego oczekiwać. Młoda burżuazja wiąże swoją przyszłość z Bankiem Światowym i MFW, które symbolizują USA. Czy dobrze rozumiem, że nastąpiła zbieżność interesów a zarazem przesunięcie zainteresowania nowych elit afrykańskich w kierunku Ameryki? W zeszłym roku, kiedy jeździłem po Afryce Zachodniej, dawnych koloniach Francji, zauważyłem wielką zmianę. Dwadzieścia lat temu każdy urzędnik, student, uczeń mówił po francusku, to było naturalne. Teraz równie biegle mówią po angielsku. Pytałem, dlaczego się uczycie angielskiego. Odpowiadali bez zażenowania - dwadzieścia lat temu panami byli Francuzi, dziś panem jest Bank Światowy, a tam mówi się po angielsku. To jest przykład wielkiej zmiany, jaka dokonuje się wśród średniej klasy afrykańskiej. Ona orientuje się, że kapitał międzynarodowy jest w rękach amerykańskich i dobrze jest znać język, w którym mówią bankierzy. Jeszcze coś istotnego, gdy idzie o Zair i nie tylko. Wskutek braku łączności, komunikacji wytworzyła się regionalna czy federalna struktura władzy. Państwa afrykańskie, takie jak Zair, mogą i chcą korzystać w tej mierze z rozwiązań prawnych i praktyki amerykańskiej. Afrykańskim warunkom geograficznym, historycznym i komunikacyjnym doskonale odpowiadają luźne federalne struktury. Szczególnie w Zairze, gdzie jest ponad 200 grup etnicznych. Z tych względów myślę, że cały ten proces, który obserwujemy w Zairze, jest niesłychanie ważny dla całej Afryki. Istotną rolę - co chcę podkreślić - po raz pierwszy od wielu lat na kontynencie odgrywa prezydent RPA Nelson Mandela. Jego osoba budzi powszechny szacunek. Jest on największym obecnie przywódcą w Afryce. Kiedyś - wracając do przeszłości - takim uznaniem cieszył się cesarz Etiopii Hajle Selasje. Świadczy to także o roli, jaką zaczyna odgrywać Republika Południowej Afryki. Między USA i RPA są jednak różnice interesów? Zapewne tak, ale gdy chodzi o Zair, oba państwa mają taki sam interes: doprowadzanie do stabilizacji kontynentu, usunięcie pozostałości, gdziekolwiek one są, zimnej wojny. Wtedy dopiero będzie można korzystać z bogactw kontynentu, co leży zarówno w interesie ludzi biznesu z RPA, jak i z USA. Jednak są między nimi spory, chodzi o ostatni kontrakt. Kabila wypędził z prowincji Szaba (Katanga) znany koncern De Beers, a zaakceptował Amerykanów. W tej grze bierze udział wielu aktorów, są i będą konflikty. Jednak, co istotne, to fakt, że wielkie koncerny są zgodne, że Afrykę należy zagospodarować, ożywić jej gospodarkę, tchnąć w nią nowe życie. Włączyć ją do organizmu światowej ekonomii. Aby tak się stało, w Afryce musi być zapewniona stabilizacja. Pokojowa rola Mandeli akurat w tym momencie jest zgodna z interesem Waszyngtonu. Oba państwa mają taki sam cel: zamknąć zły rozdział w historii Afryki i otworzyć nowy, pomyślny. Jeśli dobrze pana rozumiem, trwa pewien proces, Zair jest w środku tych wydarzeń. Jaki będzie finał? Zair zawsze był na pierwszej stronie. O losy Lumumby martwił się cały świat. Potem były tu liczne rebelie i secesje. Zawsze się coś działo. Zair był i jest laboratorium politycznym. Rozgrywały się tu wydarzenia ważne dla całego kontynentu. Tak jest i teraz. Kończy się wielka epoka Mobutu, zaczyna się nowa Kabili. Jaka jest przyszłość tego kontynentu, nadal wlokącego się z tyłu za wszystkimi? Trudno odpowiedzieć. W Afryce są 52 państwa, ponad 800 mln ludzi, setki narodów i języków, żyją wyznawcy wielu religii. Różne są też poziomy życia, inne drogi rozwojowe. Jest to kontynent bardzo zróżnicowany. Na pewno nie będzie też jednej formuły rozwiązań. Z procesu, jaki obserwujemy, wynika, że będzie mniej konfliktów, więcej stabilizacji i demokracji. Nie zabraknie trudności ekonomicznych. Aby ożywić gospodarkę Afryce są potrzebne pieniądze. Tam ich nie ma. Jeśli coś drgnie w jednym miejscu, niech to będzie Zair czy inny kraj; pojawi się szansa, że za nimi pójdą inne państwa. Afryka stanie na nogi, kiedy dostanie pieniądze z zewnątrz. Jeśli mówimy o ekonomii, to konkurentem dla USA będą Chiny. Dlaczego Chiny? Zalewają rynek tanim towarem. Zeszyty, T-shirty, tenisówki, latarki kosztują grosze. Wypierają firmy zachodnioeuropejskie, których produkty są za drogie na kieszeń Afrykańczyka. W przyszłości może dojść do powtórzenia się sytuacji sprzed kolonizacji Afryki przez Europejczyków, kiedy Afryka była silnie związana z Azją. Obok chińskich produktów w Afryce można też spotkać malezyjskie, tajwańskie, tajlandzkie i z innych krajów. A jaka jest pozycja Afryki Północnej? Ten region swoją aktywność kieruje w dwie strony. Bardzo silnie państwa Afryki Północnej są zaangażowane w basenie Morza Śródziemnego, gdzie szukają swego miejsca w związkach ekonomicznych z Europą. Kontynuują jednocześnie swoje związki sprzed wieków: handlowe, a zwłaszcza religijne z czarną Afryką. Islam jest nadal bardzo obecny w wielu krajach Afryki, a nawet się umacnia. Firmy handlowe z Egiptu, Libii, Maroka można spotkać na całym kontynencie. Czy można powiedzieć, że coraz mniej do powiedzenia w Afryce ma Europa, że jest wypierana przez innych, że zajęta swoimi problemami wypadła z gry? Niewątpliwie Europa, szczególnie b. państwa kolonialne, jak Francja, Belgia czy Anglia, mają wewnętrzne problemy i nie angażują się, nie mając środków, Afryce. Wielkim przegranym, moim zdaniem, jest Francja, która próbowała budować mit francusko-parysko-afrykański; wiele złego zrobiła polityka b. prezydenta Francoisa Mitterranda. Dlaczego? Był to człowiek, który za wszelką cenę chciał stworzyć idylliczny obraz współpracy Paryża z b. koloniami francuskimi. Francja popierała najgorsze dyktatury, ludzi mających wiele złego na sumieniu. A jedyną polityką było wysłanie spadochroniarzy w celu ratowania zagrożonego dyktatora. Taka polityka musiała się skończyć tak, jak się kończy dziś w Zairze. Paryż nie ma koncepcji. Francja po śmierci dyktatora Burundi w 1994 roku zaczęła tracić wpływy w całym regionie Wielkich Jezior. Teraz, jeśli straci Zair - a wszystko na to wskazuje - utraci cały region. Politycy francuscy zdają sobie z tego sprawę i to jest bardzo trudno Francuzom zaakceptować. Oskarżają o wszystko co złe Amerykanów. W Zairze, popierając do końca Mobutu, stawiają się z góry na przegranej pozycji. To, co dziś obserwujemy, jest początkiem końca pewnej epoki w polityce afrykańskiej Paryża, po przegranej Mobutu nic już nie będzie takie jak przedtem. Wracając do generalnej tendencji, afrykańscy politycy, młoda generacja, podobnie jak biznesmeni, rozumieją, że minął czas starych kolonialnych powiązań, że odchodzi w przeszłość model współpracy, np. z Francją metropolią kolonialną, która w razie potrzeby ratowała dyktatora, albo przysyłając mu oddziały interwencyjne, albo pieniądze. Swoje miejsce w Afryce dostrzegły Stany Zjednoczone i ich polityka została zaakceptowana przez afrykańskie elity. Nastąpiła zatem zbieżność interesów. Co to oznacza dla przyszłości Afryki? Jest to pozytywne zjawisko. Amerykanie proponują bowiem demokratyczne rozwiązania, wolny rynek, swobodny przepływ kapitału. Zresztą jest to moda obowiązująca w całym świecie. Nikt nie przyzna się dziś, że jest przeciw demokracji. W Afryce wydarzenia w Zairze oznaczają rozstanie się z starym modelem. Na pewno będą jeszcze konflikty, walki wewnętrzne. Ale nowi politycy, Kabila czy Etienne Tshisekedi, są politykami nowej generacji, mający bardzo afrykańskie podejście, widzący potrzebę zmian. Są przeciwieństwem Mobutu, złego, brutalnego dyktatora, niereformowalnego. Przykładami przywódców godnych naśladowania w Afryce są dziś Mandela i Museveni. Są to ludzie reprezentujący interesy swoje kraju, o czystych rękach, mający wizję przyszłości. A oni obaj popierają zmiany w Zairze. Czy w czasie jednej ze swych afrykańskich wypraw spotkał pan Kabilę? Kto wie. Może w Kisangani w 1961 roku, może w Dar es Saalam, czy w Nairobii, Kigali, czy Kampali. Żartuję sobie, ale być może nasze drogi się skrzyżowały, natomiast osobiście nigdy z nim nie rozmawiałem. Rozmawiał Ryszard Malik
Konflikt w Zairze jest dziś jednym z największych na naszej planecie. Ale jeśli chodzi o samą Afrykę, jest to wyraźne zakończenie epoki zimnej wojny. w 1960 pisano o wielkim niebezpieczeństwie, jakie może wiązać się z konfliktem w tym państwie. do akcji włączyła się Organizacja Narodów Zjednoczonych. na tej fali niepokoju wyrósł Mobutu. Mobutu nadal jest u władzy...To tylko kwestia czasu. Wydarzenia w Zairze to nie tylko wyznaczenie pewnej cezury czasowej to przykład kryzysu państwa narodowego. Trzecim powodem, dla którego to, co dzieje się dziś w Zairze, jest ważne, to przejaw konfrontacji między światem anglojęzycznym i frankojęzycznym. To jest stara rywalizacja. Tym razem jest to konfrontacja na linii Paryż - Waszyngton. Amerykanie wchodzą dziś do Afryki. Robią to na kilku szczeblach. Politycznie odpowiada za to Departament Stanu, ale bardzo aktywne są tzw. organizacje pozarządowe. Do tego dochodzi zainteresowanie ekonomiczne. jest pewna szansa udzielenie wsparcia finansowego, którego Afryka potrzebuje. Jedynymi instytucjami, które mogą te oczekiwania zaspokoić, są Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy, obie kontrolowane przez kapitał amerykański. USA i Zair mają taki sam interes: doprowadzanie do stabilizacji kontynentu, usunięcie pozostałości zimnej wojny. Niewątpliwie b. państwa kolonialne mają wewnętrzne problemy i nie angażują się Afryce. Wielkim przegranym, moim zdaniem, jest Francja, która próbowała budować mit francusko-parysko-afrykański; wiele złego zrobiła polityka b. prezydenta Mitterranda. Francja popierała najgorsze dyktatury. Wracając do generalnej tendencji, afrykańscy politycy, młoda generacja rozumieją, że minął czas starych kolonialnych powiązań. Swoje miejsce w Afryce dostrzegły Stany i ich polityka została zaakceptowana przez afrykańskie elity. Nastąpiła zatem zbieżność interesów. W Afryce wydarzenia w Zairze oznaczają rozstanie się z starym modelem.
ROZMOWA Longin Komołowski, wicepremier oraz minister pracy i polityki społecznej Musimy dostrzegać oczekiwania FOT. PIOTR KOWALCZYK Pamięta Pan początki rozmów koalicyjnych, poprzedzających utworzenie rządu Jerzego Buzka? Zakładano wówczas, że będzie dwóch wicepremierów: Leszek Balcerowicz, szef resortu finansów, i minister pracy. Miało to zagwarantować równowagę ekonomicznych i społecznych priorytetów rządu... LONGIN KOMOłOWSKI: Tak, wtedy rzeczywiście myślano takimi kategoriami. Teraz jednak, po dwóch latach pracy w rządzie, sądzę, a nawet wiem, że przypisywanie funkcji wicepremiera nadzwyczajnych możliwości jest błędem. Prawdą jest, że wicepremier, minister finansów kieruje pracami Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów, a wicepremier, minister pracy - Komitetem Społecznym Rady Ministrów. Kierowanie KSRM da Panu możliwość wpływania na prace innych poza Ministerstwem Pracy "społecznych" resortów? Da możliwość większej koordynacji rozwiązań i decyzji wypracowywanych w tych resortach. Ministrowie kierujący resortami nie podlegają żadnemu wicepremierowi, ale bezpośrednio premierowi. Czy to znaczy, że powierzenie Panu funkcji wicepremiera do spraw społecznych ma znaczenie czysto symboliczne? Absolutnie nie. Taka decyzja premiera to podkreślenie priorytetów rządu. To sygnał, że problemy społeczne - zarówno te, które próbujemy rozwiązywać perspektywicznie, reformując np. system edukacji czy ochrony zdrowia, jak również te bieżące są przez rząd postrzegane jako ważne. Co to w praktyce oznacza? Często mówimy o problemach ekonomicznych. I dobrze, bo te dwie sfery - ekonomia i polityka społeczna - oddziałują na siebie, nakładają się na siebie. Często problemy społeczne, choćby bezrobocie, są m.in. efektem niekorzystnych rozwiązań ekonomicznych. To samo mówi drugi wicepremier rządu Jerzego Buzka... Ja mówię więcej - problemu bezrobocia nie rozwiąże się jedynie przez stwarzanie pracodawcom lepszych warunków do tworzenia miejsc pracy, choćby przez obniżanie podatków, aczkolwiek jest to szalenie istotne. Konieczne są jeszcze działania prowadzone m.in. przez system urzędów pracy - szkolenia bezrobotnych, programy specjalne wspierające ich zatrudnianie itd. Musimy dostrzec oczekiwania ludzi i odpowiadać na nie. Rząd chyba nie jest jednak w stanie zaspokoić wszystkich oczekiwań - górników, pielęgniarek, nauczycieli, rolników? Żaden rząd na świecie nie byłby w stanie spełnić wszystkich postulatów. Mówię o czymś innym. O takim patrzeniu na rzeczywistość, które pozwoli dostrzec, że rozwiązywanie problemów ekonomicznych czy makroekonomicznych nie wystarczy do uporządkowania spraw społecznych, bo tu potrzebne są inne, dodatkowe instrumenty działania. Na rozwiązanie problemów społecznych potrzeba pieniędzy... Toteż musimy być realistami. Nie wydamy na osłony dla zwalnianych pracowników choćby w służbie zdrowia więcej, niż mamy, niż możemy wydać. Trzeba jednak wiedzieć, że takie wydatki ponieść musimy, a nie myśleć, że problem rozwiąże się sam, jeśli tylko zadbamy o gospodarkę. Rozwój gospodarczy stwarza dobre podstawy do rozwiązania problemów społecznych, ale wiele zależy od klimatu społecznego, np. gotowości społeczeństwa do dialogu, do wzajemnej pomocy. Według ostatniego sondażu OBOP 61 procent Polaków uważa, że najważniejszym zadaniem rządu jest tworzenie nowych miejsc pracy. W resorcie pracy powstała kilka miesięcy temu "Narodowa strategia zatrudnienia". Czy to już jest oficjalny dokument rządowy? Trwają ostatnie prace w KERM i KSRM. Myślę, że w ciągu najbliższych dwóch, trzech tygodni rząd będzie mógł zająć się strategią. I co z tego wyniknie? Czy nie będzie to kolejny dokument zaakceptowany przez Radę Ministrów, który nie doczeka się przełożenia na rozwiązania prawne? Jerzy Buzek kilka tygodni temu wyraźnie zapowiedział, że poszerzanie rynku pracy będzie jednym z priorytetów w następnych miesiącach funkcjonowania tego rządu. Badania opinii publicznej potwierdzają, że bezrobocie, strach przed utratą pracy to najpoważniejsze problemy Polaków. Ci, którzy pracę mają i nie muszą się obawiać jej utraty, nie są w stanie wyobrazić sobie, co czuje człowiek, który wie, że może zostać zwolniony, a następnej pracy szybko nie znajdzie. Dlatego ta strategia porusza wiele kwestii - i promocję gospodarczych podstaw tworzenia nowych miejsc pracy, i rozwój edukacji, i pomoc ludziom w kształtowaniu ich kariery zawodowej. "Narodowa strategia zatrudnienia" zwraca szczególną uwagę na przygotowanie młodzieży do wejścia na rynek pracy. Co powinno się zmienić, by młody człowiek kończąc szkołę nie trafiał od razu w szeregi bezrobotnych? Już w tej chwili, m.in. przez program "Absolwent", Krajowy Urząd Pracy stara się pomagać młodym ludziom w poszukiwaniu zatrudnienia. Chodzi jednak o to, by mogli oni już w szkole nauczyć się, jak należy szukać pracy. Dwudziestolatek kończący edukację nie może myśleć o pracy jako o czymś, co mu się należy! A już zupełnie podstawowa sprawa to odejście od kształcenia w zawodach, które nie dają młodzieży żadnych perspektyw. Trzeba również wpoić ludziom nawyk podnoszenia swoich kwalifikacji. Powiedziałbym, że szkoła oraz instytucje kształcące dorosłych muszą oferować nie tylko poszerzanie wiedzy, ale i kompetencji - uczyć nowoczesnych technik komunikacji, obsługi komputera itd. To wszystko będzie kosztować. Tak, ale wydatki na edukację są niezbędne, jeśli chcemy być nowoczesnym społeczeństwem. Dane Krajowego Urzędu Pracy wyraźnie mówią, że ponad 70 procent bezrobotnych to osoby o bardzo niskim wykształceniu. Związek między edukacją a rynkiem pracy jest bardzo wyraźny. Tak samo, jak między sytuacją na rynku pracy a poziomem życia społeczeństwa. Dokładnie. Przecież jeśli mówimy o ubóstwie, o sferach biedy, o klientach pomocy społecznej, to najczęściej sprawy te dotyczą bezrobotnych, zwłaszcza tych od wielu lat nie mających pracy. Dlatego jeżeli rząd mówi, że tworzenie miejsc pracy będzie w tej chwili priorytetem, to nie jest to tylko zadanie ministra pracy. Musimy skoordynować działania wielu resortów - zarówno tych społecznych, jak i ekonomicznych. To jest pole współpracy. Wróćmy znów do początku rządu Jerzego Buzka. Mówiono wtedy, że będzie on prowadził jedną wspólną, a nie podzieloną między resorty politykę społeczną. Czy teraz będzie łatwiej realizować te zapowiedzi? Nie można powiedzieć, by rząd Jerzego Buzka nie prowadził całościowej polityki społecznej. Rozwiązania, nad którymi pracujemy - zmiany w systemie pomocy społecznej, pomocy dla niepełnosprawnych, rozwój rynku pracy, tworzenie możliwości powstania w ciągu najbliższych lat kilku milionów miejsc pracy, walka z ubóstwem - mają dać odpowiedź na jedno podstawowe pytanie: jak stworzyć warunki, które pozwolą na przeprowadzenie ludzi ubogich ze sfery zasiłków socjalnych i marginalizacji społecznej do sfery aktywności zawodowej. Może jakiś przykład? Byłem kiedyś w Ostródzie, gdzie KUP prowadzi programy specjalne dla bezrobotnych. Do tej pory jestem pod wrażeniem kobiet, które przez wiele - siedem, czasem dziesięć lat - nigdzie nie pracowały. Kobiet z popegeerowskich wsi, które kończyły właśnie udział w programie. W okolicach Ostródy stopa bezrobocia jest bardzo wysoka. Mimo to te panie były pewne, że po tych kursach dadzą sobie radę w życiu. Przedstawiały pomysły, gdzie będą szukać zatrudnienia, jak będą walczyć, by znaleźć miejsce pracy. Podczas spotkania z pracodawcami przedstawiały swoje kwalifikacje, możliwości. To był wynik szkolenia prowadzonego przez urząd pracy. Ale samo szkolenie nie wystarczy, by znaleźć pracę. Oczywiście nie. Jeżeli nie będzie miejsc pracy, to dowolna liczba szkoleń nie pomoże bezrobotnym. Co więcej, taka sytuacja, gdy szkoli się człowieka, jak znaleźć pracę, każe mu się podnosić kwalifikacje, a mimo to dla niego zatrudnienia po prostu nie ma, bo pracodawcy nie mają warunków do tworzenia miejsc pracy - jest bardzo niebezpieczna i demoralizująca. Wiedzą o tym choćby Niemcy, bo to poważny problem w ich wschodnich landach. Konieczna jest koordynacja - szkolenia muszą odpowiadać zmieniającej się sytuacji na rynku pracy. Skoro już jesteśmy przy szkoleniach prowadzonych przez urzędy pracy, porozmawiajmy o tym, co dzieje się w Sejmie w związku z przekazaniem ich samorządom. Jeśli parlament nie znowelizuje ustawy o zatrudnieniu i przeciwdziałaniu bezrobociu, pierwszego stycznia problemami rynku pracy zaczną się martwić samorządy powiatowe i wojewódzkie. Lobby samorządowe w Sejmie uważa, że tak właśnie powinno być. Że przez to, iż samorządy są blisko człowieka, znają lokalne warunki, łatwiej będzie walczyć z bezrobociem. To nieprawda? Przyznaję, że gdy dwa lata temu obejmowałem stanowisko ministra pracy, byłem w tej kwestii zupełnie neutralny. Oba rozwiązania - utrzymanie systemu urzędów pracy jako administracji rządowej lub oddanie urzędów samorządom - wydawały mi się równorzędne. Teraz, kiedy przyjrzałem się funkcjonowaniu urzędów pracy u nas i w innych krajach, wiem, że nie powinniśmy eksperymentować. Nigdzie na świecie nie rozdzielono krajowego rynku pracy na rynki lokalne, sterowane wyłącznie przez samorządy i władze lokalne. Do tego Pana zdaniem dojdzie, jeśli ustawa nie zostanie zmieniona? Tak. A doświadczenia cywilizowanych krajów wskazują, że rynek pracy to domena państwa, za którą rząd ponosi odpowiedzialność. Samorządy nie mają żadnych zadań w tej dziedzinie? Wręcz odwrotnie. Gdy w ubiegłym roku podpisywałem z ministrem Michałem Kuleszą, wówczas pełnomocnikiem rządu ds. spraw reform ustrojowych państwa, porozumienie, na które teraz powołują się posłowie występujący w obronie samorządów, mówiliśmy, że w 1999 roku będziemy szukali kompromisu, który pozwoli rozwiązać problem. Ale te poszukiwania nie były chyba zbyt intensywne... Zapewne z winy obu stron. Chcę jednak zapewnić, że w Ministerstwie Pracy nie ma ortodoksów. Byliśmy i jesteśmy gotowi oddać część zadań i pieniędzy samorządom. Na przykład? Samorządy mogłyby się zająć organizowaniem robót publicznych. Z moich kontaktów z samorządowcami wynika, że właśnie w takich robotach upatrują często szansę na walkę z bezrobociem. Niestety, nie jest to walka skuteczna. Roboty publiczne nie tworzą miejsc pracy, nie dają zatrudnienia, nie wyrywają ludzi ze stanu bycia bezrobotnymi. Są jednak istotne jako element polityki socjalnej. Dają możliwości zarobienia pieniędzy, osłabiają napięcie społeczne. Co oprócz robót publicznych mogłoby przejść w ręce samorządów? Na pewno jest to dofinansowanie zatrudnienia młodocianych, a jeśli w przyszłości to zadanie ulegnie przekształceniu, to pieniądze te będzie można przeznaczyć na edukację. Ponadto w ramach kontraktów KUP np. z marszałkami można realizować i inne zadania ze sfery aktywnej polityki rynku pracy. Wola współpracy z naszej strony jest bardzo duża. Jak się skończy spór dotyczący urzędów pracy? Tego nie wiem. Wiem jednak, że rząd nie może stracić możliwości skoncentrowanego oddziaływania na rynek pracy. Wiem też, że spór ten nie powinien przenosić się na płaszczyznę ideologiczną. Do niczego nie dojdziemy, jeżeli będziemy oskarżać ministra pracy o popełnienie zdrady stanu dlatego, że nie zgadza się na zburzenie systemu urzędów pracy. Może trzeba jeszcze trochę czasu na zbudowanie sensownego kompromisu... Rozmawiała Małgorzata Solecka
Longin Komołowski, wicepremier oraz minister pracy i polityki społecznej Kierowanie KSRM da Panu możliwość wpływania na prace innych poza Ministerstwem Pracy "społecznych" resortów? Da możliwość większej koordynacji rozwiązań i decyzji wypracowywanych w tych resortach. W resorcie pracy powstała "Narodowa strategia zatrudnienia". Czy to jest oficjalny dokument rządowy? Buzek wyraźnie zapowiedział, że poszerzanie rynku pracy będzie jednym z priorytetów. Co powinno się zmienić, by młody człowiek kończąc szkołę nie trafiał od razu w szeregi bezrobotnych? szkoła oraz instytucje kształcące dorosłych muszą oferować nie tylko poszerzanie wiedzy, ale i kompetencji. wydatki na edukację są niezbędne, jeśli chcemy być nowoczesnym społeczeństwem. jeżeli rząd mówi, że tworzenie miejsc pracy będzie w tej chwili priorytetem, to nie jest to tylko zadanie ministra pracy. Musimy skoordynować działania wielu resortów. Jeśli parlament nie znowelizuje ustawy o zatrudnieniu i przeciwdziałaniu bezrobociu, pierwszego stycznia problemami rynku pracy zaczną się martwić samorządy powiatowe i wojewódzkie. Nigdzie na świecie nie rozdzielono krajowego rynku pracy na rynki lokalne, sterowane wyłącznie przez samorządy i władze lokalne.
RYNEK PRACY Doświadczenia, nie tylko koszalińskie, pokazują, że metody przeciwdziałania bezrobociu na terenach popegeerowskich nie są skuteczne Dożywocie z bezrobociem ALEKSANDRA FANDREJEWSKA Rozmowy z byłymi pracownikami pegeerów bywają podobne. - Mogę wszystko robić - zapewnia bezrobotny. - Prowadzi pan samochód? - Nie. - Jaki ma pan wyuczony zawód? - Nie mam. - To co pan umie robić? - Wszystko - odpowiada niewzruszenie i jest tego pewien, w pegeerze był od wszystkiego, bo tak się pracowało: w polu, w oborze i dookoła obejścia. W niektórych gminach województwa koszalińskiego bez pracy jest oficjalnie co trzeci mieszkaniec. "Oficjalnie" dlatego, że specjaliści szacują, iż w wielu indywidualnych gospodarstwach rolnych istnieje utajone bezrobocie. Pracą na roli zajmuje się cała rodzina, choć nie jest to potrzebne. Dorosłe dzieci nie wyjeżdżają z domu, bo nie znajdują zatrudnienia. Chyba że za zachodnią granicą. W Niemczech pracują w gospodarstwach rolnych jako sezonowi robotnicy. Jedni jadą dzięki informacjom uzyskanym "pocztą pantoflową" - tych jest więcej. Inni korzystają z legalnego zatrudnienia, w którym pośredniczy Wojewódzki Urząd Pracy. Są wsie (szczególnie na południu i w środku Koszalińskiego), w których na kilkadziesiąt, kilkaset dorosłych mieszkańców stałą pracę ma kilkanaście osób. "Bezrobotni na wsi to ludzie o zawodach rolniczych (dojarz, traktorzysta), których charakteryzuje bardzo niski poziom wykształcenia i kwalifikacji zawodowych - około 80 procent bezrobotnych ma wykształcenie zawodowe lub podstawowe, nawet niepełne podstawowe. Charakteryzuje ich bardzo niski poziom aktywności zawodowej, brak chęci do zmiany kwalifikacji, niechęć do szkoleń i przekwalifikowania" - napisali koszalińscy eksperci. Przygotowali wnioski dotyczące bezrobocia na wsiach w województwie. Na początku kwietnia przy "koszalińskim okrągłym stole" po raz drugi spotkali się przedstawiciele administracji samorządowej, służb wojewody, pracodawcy, związkowcy oraz kilkudziesięciu ekspertów. Dyskutowali "w sprawie ograniczenia i łagodzenia skutków bezrobocia". - Oczekuję odpowiedzi na trzy pytania: w jakim kierunku iść, z kim współpracować oraz kogo uznać za mało angażującego się, a kto jest lokomotywą w przeciwdziałaniu bezrobociu - rozpoczął Jerzy Mokrzycki, wojewoda koszaliński. Zapisano 59 wniosków, przez pięć miesięcy (od listopada) formułowano je w grupach roboczych. Koszalińskie jest na jedenastym, dwunastym miejscu pod względem liczby bezrobotnych. Znacznie wyżej usytuowało się w rankingu stopy bezrobocia - na trzecim miejscu ze stopą bezrobocia ponad 24 procent. Zarejestrowanych jest około 54 tysięcy bezrobotnych. Pięćdziesiąt dwa tysiące ma etaty w różnych przedsiębiorstwach, a ponad 90 tysięcy mieszkańców pobiera emerytury i renty. Średnie zarobki są o około 18 procent niższe od przeciętnych w kraju. Kilkanaście tysięcy mieszkańców nadmorskich miejscowości "zarabia na turystach". Dochód, jaki uzyskują w czerwcu - sierpniu, musi im wystarczyć na cały rok. Co trzeci bezrobotny nie pracuje dłużej niż rok. - Cztery lata temu co drugi bezrobotny nie był zatrudniony przez ponad 12 miesięcy - tłumaczy Bronisław Janik, dyrektor Wojewódzkiego Urzędu Pracy. Rynek pracy w rejonach, w których przez czterdzieści, trzydzieści lat państwowe gospodarstwa rolne były jedynymi przedsiębiorstwami, jest podobny w całym kraju. Większość byłych pracowników ma niskie kwalifikacje, przyzwyczajona jest do pracy nakładczej. We wsiach nie ma rozwiniętych usług, zamiera handel i działalność gospodarcza. Część ziemi leży odłogiem. Niewielu byłych pracowników PGR dzierżawi gospodarstwa rolne. W Koszalińskiem jest ich dosłownie kilkoro. W Wojewódzkim Urzędzie Pracy wymieniają bezbłędnie z pamięci nazwiska i adresy dwóch rodzin. W województwie ponad 30 procent gruntów ornych to odłogi i ugory. Mieszkańcy wsi stanowią ponad 45 procent wszystkich bezrobotnych. Od czterech lat rejony Koszalińskiego zaliczane są do szczególnie zagrożonych wysokim bezrobociem strukturalnym. Doświadczenia, nie tylko koszalińskie, pokazują, że metody przeciwdziałania bezrobociu na terenach popegeerowskich nie są skuteczne. Pełnią bardziej funkcję socjalną, niż pomagają znaleźć stałe miejsce pracy: - Są niewystarczające - poprawia Anna Truszkowska z Ministerstwa Pracy i Polityki Socjalnej. Koszalińskie zaliczone jest do regionów zagrożonych szczególnie wysokim bezrobociem strukturalnym od czasu skonstruowania listy: - Wszędzie tam, gdzie była wysoka stopa bezrobocia, ale istniał przemysł, spadło ono wyraźnie - tłumaczy Anna Truszkowska. - Nie dzieje się tak w regionach, w których do początku lat dziewięćdziesiątych jedynymi przedsiębiorstwami były pegeery i spółdzielnie kółek rolniczych. Tam, tak jest w Koszalińskiem, bezrobocie zahamowano. W ciągu czterech lat liczba ludzi bez pracy zmalała o blisko 18 tysięcy. Mimo to województwo nadal znajduje się na czele rankingu stopy bezrobocia. Na rynku pracy operuje się pojęciem "stopa bezrobocia": stosunku osób zarejestrowanych w pośredniakach do wszystkich aktywnych zawodowo. Nie w pełni odzwierciedla to faktyczną liczbę bezrobotnych: - Potocznie mówimy, że najwięcej bezrobotnych jest w Koszalińskiem, Słupskiem, Suwalskiem i Wałbrzyskiem. Tam jest najwyższa stopa bezrobocia. Najwięcej jednak bezrobotnych jest gdzie indziej, na południu kraju, na przykład w Katowickiem - powiedział Marek Góra, ekspert współpracujący z Instytutem Spraw Publicznych, wicedyrektor biura pełnomocnika rządu do sprawy reformy zabezpieczenia społecznego. Wiceminister Maciej Manicki przyznał, że korzystanie z pojęcia "stopa bezrobocia" nie odpowiada rzeczywistej liczbie ludzi bez pracy. Odzwierciedla natomiast faktyczne problemy zatrudnieniowe: - Jeśli w Warszawie bez pracy jest około 5 procent mieszkańców, to jest ich prawie tyle samo co w Koszalińskiem. Ale za to jakże więcej mają możliwości znalezienia pracy, ilu w mieście istnieje pracodawców, a ilu na terenach po pegeerach? Nie można tych liczb i zjawisk ze sobą porównywać. Większość uczestników "koszalińskiego okrągłego stołu" utwierdzała Jerzego Mokrzyckiego w przekonaniu, że w województwie powinno się rozwijać rolnictwo, przetwórstwo rolno-spożywcze, turystyka i usługi. Innego zdania był tylko Waldemar Łukiewski, wójt Tychowa: - Przemysł, przemysł i jeszcze raz przemysł może postawić województwo na nogi. Tylko on może stworzyć szybko stałe miejsca pracy. Rolnictwo i turystyka nam tego nie zapewnią. Potrzebujemy specjalnego programu rządowego, takiego jak w latach 1950 - 1980. Ówczesny rozwój zawdzięczaliśmy jedynie odpowiedniej polityce państwa, któremu zależało na zagospodarowaniu ziem odzyskanych. Naszych problemów nie rozwiążemy środkami lokalnymi - motywował wójt, prawnik, niegdyś naczelnik gminy. Jego gmina wytypowana została (zabiegali o to) do specjalnego pilotażowego (w każdym województwie jedna "rolnicza gmina") programu przeciwdziałania bezrobociu na wsi, który działa pod auspicjami Ministerstwa Rolnictwa: - Rada Ministrów nie zdecydowała się, by programowi nadać rządową rangę - żałuje Waldemar Łukiewski. W gminie bez pracy jest co trzeci dorosły mieszkaniec. Waldemar Łukiewski jest nie tylko szefem gminnego samorządu, jest menedżerem na miarę potrzeb gminy. Dąży do stworzenia trzystu stałych miejsc pracy. Obecnie zatrudnienie znalazło już 230 osób. W Tychowie istnieje nowoczesna przetwórnia mleka, wytwórnia serów oraz zainwestowała firma przetwórstwa ryb. Trzecie nowe przedsiębiorstwo istnieje w miejscowości Doble - "Polfish" z niemieckim inwestorem. Wójt prowadzi bogatą korespondencję z różnymi pracodawcami. Zachęca do inwestowania. Gmina zapewnia odpowiednią infrastrukturę komunalną - w tym roku chcą zbudować nową oczyszczalnię ścieków i wspólnie z Telekomunikacją rozbudować linię telefoniczną. Skorzysta z tego trzystu nowych abonentów w gminie. Gotowa jest kanalizacja sanitarna, muszą jeszcze w całej gminie zainstalować gaz. Korzystają przede wszystkim ze wsparcia z wojewódzkiej Agencji Restrukturyzacji. W innych gminach (Borne Sulimowo, Białogard, Kołobrzeg, Świdwin, Szczecinek, Drawsko Pomorskie) rejonowe urzędy pracy stworzyły i realizują programy specjalne przeciwdziałania bezrobociu. Rada Gminy Świdwin postulowała na spotkaniu "okrągłego stołu" zrezygnowanie z wymagania od bezrobotnych, by pracowali co najmniej 365 dni w ciągu 18 miesięcy, zanim uzyskają zasiłek. W ubiegłym roku w Koszalińskiem zaproponowano około 24 tysięcy miejsc pracy. Dziesięć tysięcy propozycji dotyczyło zatrudnienia tymczasowego, interwencyjnego (wspomaganego z pieniędzy publicznych, z Funduszu Pracy). Przy pracach interwencyjnych zatrudniono 6700 osób, przy robotach publicznych pracowało 3370 osób. Ponad 450 bezrobotnym udzielono pożyczek z Funduszu Pracy, by mogli rozpocząć działalność gospodarczą. W Koszalińskiem przeszkolono 2800 bezrobotnych. Tej wiosny około dwóch tysięcy bezrobotnych z Koszalińskiego i sąsiedniego Słupskiego będzie sadziło lasy. - Jeśli nie ma inwestorów, nowych pracodawców, to organizujemy prace interwencyjne i roboty publiczne - tłumaczy Bronisław Janik. Zwykle po ich zakończeniu zaledwie kilka procent zatrudnionych uzyskuje stałe zatrudnienie, jednak te formy "wspierania bezrobotnych" są ważne też z innych powodów. W gminach powoli powstaje infrastruktura: - Potencjalnego pracodawcę interesuje przede wszystkim, czy jest oczyszczalnia ścieków, kanalizacja i jakie jest połączenie ze światem - twierdzi Waldemar Łukiewski. Przedsiębiorcy z lekkim uśmiechem słuchają o ulgach podatkowych, jakie mogą zaproponować samorządy gminne. Rozpatrują je przy lokalizacji inwestycji w dalekiej kolejności. Na kwietniowym spotkaniu w sprawie bezrobocia w Koszalinie zastanawiano się nad stworzeniem wokół miasta specjalnej strefy ekonomicznej, tak jak w Łodzi czy Wałbrzychu. Uważają, że zwolnienia i ulgi z podatku dochodowego, jakie rząd zaproponował dla specjalnych stref, są zachętą dla przedsiębiorców. Byli także zgodni co do tego, że słusznie koszaliński kurator Stanisław Polańczyk dba o rozwój szkół ogólnokształcących. - Coraz więcej młodzieży powinno się uczyć w liceach, jak najmniej w szkołach zawodowych. Ludzie po ogólniakach są bardziej podatni na przekwalifikowanie - potwierdzali mówcy. Narzekali na stopień zagmatwania przepisów. Postulowali poprawę "niezrozumiałego, nieczytelnego, nierzadko zbyt rygorystycznego" prawa. Proponowali, by całe województwo objąć siecią ośrodków informacji biznesowej, a w każdym urzędzie gminy zatrudnić specjalistę do spraw przedsiębiorczości, który początkującym przedsiębiorcom powie, gdzie i co mają załatwić, pomoże w sporządzeniu biznesplanów, wypełni wniosek do agend Unii Europejskiej. Radzili tworzyć instytucje poręczeń kredytowych, które pozwolą przedsiębiorcom i rolnikom zaciągać pożyczki na rozwój firm i gospodarstw rolnych. Wicewojewoda koszaliński Bolesław Kilian podpowiadał szefowi: - Za dużo kopania rowów i układania chodników. Inwestujmy. A niektóre zakłady adoptujmy... Na czym owa adopcja zakładów miałaby polegać, tego wicewojewoda nie wyjaśnił. Proponowano, by nie znikały rzemieślnicze profesje garncarzy i kowali artystycznych. - Tylko komu mieliby sprzedawać swoje wyroby? - zapytał ktoś scenicznym szeptem. Uznano, iż sojusznikami wojewody powinny być samorządy gospodarcze (Koszalińska Izba Przemysłowo-Handlowa, Koszalińska Izba Rolna, cechy rzemiosł różnych, związki kupców). One mogą zadbać o dostęp przedsiębiorców do doradztwa finansowego i podatkowego. Z nimi można tworzyć plany i programy szkoleń tak dla przedsiębiorców, jak i bezrobotnych, których firmy mogłyby zatrudnić. Mogłyby organizować cykliczne spotkania z przedstawicielami urzędów skarbowych, ZUS, Inspekcji Pracy. Wreszcie - razem z samorządami - można pokusić się o organizację lokalnych wystaw i targów, wydawanie katalogów, informatorów i folderów promujących miasta i produkty w nich wytwarzane. I choć w Koszalinie zastanawiano się nad lokalnymi rozwiązaniami, rozmówcy zwrócili uwagę, że 45-procentowa składka na ZUS powoduje zawyżanie kosztów pracy. Niektórzy chcieliby, aby zakład pracy nie musiał płacić wynagrodzenia pracownikom przez pierwszych 35 dni choroby. Za niski jest dodatek szkoleniowy dla bezrobotnych i stypendium dla absolwentów na stażu pracy. Bezrobotni niechętnie zmieniają miejsce zamieszkania i przyzwyczajenia. W ostatnich latach synonimem biedy jest robienie zakupów "na kredyt", wpisywanie długów do specjalnego sklepowego zeszytu. Sprzedawczyni w Tychowie na pytanie, czy kredytuje zakupy, odpowiedziała: - Oczywiście, każdy kiedyś musi kupić pół litra. Niewielkim zainteresowaniem (i to w całym kraju) cieszy się propozycja, by osoby bez pracy zamieszkałe w rejonach szczególnie zagrożonych wysokim bezrobociem szukały zatrudnienia poza domem. Mogą wtedy otrzymać zwrot kosztu mieszkania w nowym miejscu. Wiceminister Maciej Manicki zastanawia się, dlaczego organizacje pozarządowe nie wykorzystują możliwości zapisanej w ostatniej noweli ustawy o zatrudnieniu i przeciwdziałaniu bezrobociu: nie organizują robót publicznych!? Według Marka Góry tylko co trzeci, co czwarty bezrobotny szuka pracy. Jeden z wójtów w Koszalińskiem prosił, by nie ujawniać jego poglądów. Dla części bezrobotnych pozostawanie bez pracy jest stylem życia. Przyzwyczaili się, że otrzymają zasiłek z urzędu pracy, potem wesprze ich pomoc socjalna, potem przez jakiś czas popracują (legalnie lub nie) i znowu zasiłek. Opowiedział o tym, jak jednemu mieszkańcowi popegeerowskiej wsi, który wydzierżawił ziemię, ktoś podpalił zboże na polu. Ów dzierżawca skarżył się, że najprawdopodobniej zrobili to sąsiedzi. Andrzej Piłat, prezes Krajowego Urzędu Pracy, spuentował plenarną dyskusję w Koszalinie: - Pytał mnie kiedyś jeden dziennikarz: Panie Piłat, za ile lat chcecie zlikwidować bezrobocie? Nigdy, bo zlikwidować bezrobocie to znaczy zlikwidować ten ustrój - odpowiedziałem. współpraca Jolanta Stempowska - "Głos Pomorza"
W niektórych gminach województwa koszalińskiego bez pracy jest oficjalnie co trzeci mieszkaniec. "Oficjalnie" dlatego, że specjaliści szacują, iż w wielu indywidualnych gospodarstwach rolnych istnieje utajone bezrobocie. koszalińscy eksperci Przygotowali wnioski dotyczące bezrobocia na wsiach w województwie. Na początku kwietnia przy "koszalińskim okrągłym stole" po raz drugi spotkali się przedstawiciele administracji samorządowej, służb wojewody, pracodawcy, związkowcy oraz kilkudziesięciu ekspertów. Dyskutowali "w sprawie ograniczenia i łagodzenia skutków bezrobocia".Zapisano 59 wniosków, przez pięć miesięcy formułowano je w grupach roboczych.Koszalińskie jest na jedenastym, dwunastym miejscu pod względem liczby bezrobotnych. Znacznie wyżej usytuowało się w rankingu stopy bezrobocia - na trzecim miejscu ze stopą bezrobocia ponad 24 procent.Zarejestrowanych jest około 54 tysięcy bezrobotnych. Pięćdziesiąt dwa tysiące ma etaty w różnych przedsiębiorstwach, a ponad 90 tysięcy mieszkańców pobiera emerytury i renty. Średnie zarobki są o około 18 procent niższe od przeciętnych w kraju. Kilkanaście tysięcy mieszkańców nadmorskich miejscowości "zarabia na turystach". Dochód, jaki uzyskują w czerwcu - sierpniu, musi im wystarczyć na cały rok. Co trzeci bezrobotny nie pracuje dłużej niż rok. Rynek pracy w rejonach, w których przez czterdzieści, trzydzieści lat państwowe gospodarstwa rolne były jedynymi przedsiębiorstwami, jest podobny w całym kraju. Większość byłych pracowników ma niskie kwalifikacje, przyzwyczajona jest do pracy nakładczej. We wsiach nie ma rozwiniętych usług, zamiera handel i działalność gospodarcza. Doświadczenia, nie tylko koszalińskie, pokazują, że metody przeciwdziałania bezrobociu na terenach popegeerowskich nie są skuteczne. Pełnią bardziej funkcję socjalną, niż pomagają znaleźć stałe miejsce pracy.W ciągu czterech lat liczba ludzi bez pracy zmalała o blisko 18 tysięcy. Mimo to województwo nadal znajduje się na czele rankingu stopy bezrobocia. Większość uczestników "koszalińskiego okrągłego stołu" utwierdzała Jerzego Mokrzyckiego w przekonaniu, że w województwie powinno się rozwijać rolnictwo, przetwórstwo rolno-spożywcze, turystyka i usługi. Na kwietniowym spotkaniu w sprawie bezrobocia w Koszalinie zastanawiano się nad stworzeniem wokół miasta specjalnej strefy ekonomicznej. zwolnienia i ulgi z podatku dochodowego, jakie rząd zaproponował dla specjalnych stref, są zachętą dla przedsiębiorców. Niewielkim zainteresowaniem cieszy się propozycja, by osoby bez pracy zamieszkałe w rejonach szczególnie zagrożonych wysokim bezrobociem szukały zatrudnienia poza domem. Mogą wtedy otrzymać zwrot kosztu mieszkania w nowym miejscu. Według Marka Góry tylko co trzeci, co czwarty bezrobotny szuka pracy. Dla części bezrobotnych pozostawanie bez pracy jest stylem życia.
INFORMATYZACJA Jak zbudować system komputerowy Pośpiech szkodzi przetargom RYS. PAWEŁ GAŁKA RYSZARD NOWAK System informatyczny jest jak wodociąg - dopóki pracuje, dopóty nie budzi zainteresowania. Dopiero w momencie awarii skupia na sobie uwagę. Przykładem może być ZUS. Kilkanaście lat system informatyczny ZUS działał nieprzerwanie. Przez cały ten czas prawie nikt o nim nie słyszał, nim nie zabrano się za jego unowocześnienie przy okazji reformy ubezpieczeń społecznych. Zresztą w zakresie wypłat rent i emerytur oraz wniosków o przyznanie świadczeń działa nadal tzw. stary system. Całe szczęście, że tworzenie nowego zaczęto od obsługi składek. Ucieczka dostawcy Od kilku lat toczy się dyskusja na temat powodów niepowodzeń we wdrażaniu wielkich systemów informatycznych (system podatkowy, celny, ubezpieczeń społecznych, itd.). Różne są metody realizacji dużych przedsięwzięć informatycznych. Jedna z mniej szczęśliwych to rozpisanie przetargu ukierunkowanego na wybór dużej firmy informatycznej, która będzie w stanie przejąć całą odpowiedzialność za budowę systemu. Przykład: przetarg na kompleksowy system dla urzędów celnych. Umowa była majstersztykiem. Siemens Nixdorf wypchnął do podpisania tej umowy swoją spółkę CGK, systemu jak nie było, tak nie ma, a biedna, wystawiona do odstrzału CGK i tak nie zapłaciła przewidzianych umową kar. Wydaje się, że im większy system, tym mniejsza szansa na osiągnięcie sukcesu tą drogą. Najprawdopodobniej niewiele daje eskalacja żądań i gwarancji w wymaganiach przetargowych, gdy przedmiotem przetargu jest dostawa, czyli wykonanie i następnie oddanie systemu w całości do eksploatacji przez zamawiającego. Znany efekt "ucieczki dostawcy" zaowocuje nieuchronnie pozostawieniem użytkownika z problemami, gdy tylko koszty ich rozwiązywania okażą się zbyt wysokie. Bull, francuska firma informatyczna, znalazła sposób, by zostawić "wyeksploatowanego" klienta w trakcie realizowania kontraktu na informatyzację podatków w Polsce, a i ZUS zostanie zapewne pozostawiony samemu sobie, gdy przestanie być finansowo interesujący. Standardy polskie i zachodnie Jako antidotum na niebezpieczeństwa związane z wdrażaniem systemów informatycznych w nowych lub reformowanych instytucjach wymienia się często koncepcję zakupu i zaadaptowania gotowego i sprawdzonego systemu z zachodu. Zakłada się, że skoro w efekcie tego procesu powstanie organizacja zgodna z zachodnimi standardami, to któryś z istniejących zachodnich systemów będzie spełniał jej potrzeby. Ten pogląd usprawiedliwia odkładanie istotnych decyzji i powoduje, spontaniczną, pozbawioną jakiegokolwiek planu mikrokomputeryzację takiej instytucji. Polonizowanie i wdrażanie typowych systemów zarządzania produkcją w typowych przedsiębiorstwach trwa kilka lat, zwykle zdecydowanie dłużej niż zakłada się na początku, i kończy się pełnym sukcesem w zastanawiająco niskim procencie przypadków. Koszt jest zawsze bardzo wysoki. Koncepcje zinformatyzowania w ten sposób państwowych instytucji często rozważano i zwykle odrzucano. Powodem był najprawdopodobniej wzrost wiedzy na temat problemów z ich realizacją. Własnym sumptem Kilkakrotnie podejmowano próby stworzenia kompleksowego systemu dla powstającej lub reorganizującej się instytucji, powołując w jej ramach zespół informatyków. Drugi etap budowy systemu ewidencji podatków i podatników "Poltax" jest tego klasycznym przykładem. Kiedy po pięciu latach okazało się, że wynajęcie francuskiej firmy Bull nie rozwiązuje problemu informatyzacji systemu podatkowego w Polsce, zdecydowano się na rozbudowanie stworzonego w ramach Ministerstwa Finansów zespołu informatyków, który przejął całe zadanie. Kierujący wcześniej tym zespołem, jeszcze podczas współpracy z Francuzami, profesor Andrzej Jankowski jako jedną z przyczyn niepowodzenia "Poltaksu" podał w piśmie "Computerworld" fakt tworzenia systemu przez zespół dopiero powstający, i to w bardzo niesprzyjających warunkach (m.in. zmiany w działaniu samej instytucji, nieuregulowany status informatyków, zmiany priorytetów). Budowanie sprawnego zespołu informatyków zawsze trwa długie lata, a żeby stworzyć dobry system informatyczny, trzeba najpierw zrobić w danej dziedzinie system zły. Według płynących ostatnio od osób kierujących informatyzacją podatków -"Poltax" ma się coraz lepiej. Być może etap złego działania został już zakończony i za kilka lat system będzie pracował w wystarczającym zakresie. Komu jakie zadanie Drogą, która w naszych realiach okazywała się dotychczas dość skuteczna, jest oddanie dobrze zdefiniowanych informatycznych zadań do wykonywania przez wyspecjalizowane zewnętrzne firmy. Koncepcja ta ma następujące zalety: - Już w fazie analizy zadania umożliwia dostęp do specjalistycznej wiedzy i oparcie planów na realnie istniejących mocach wykonawczych. -Zaoszczędza czas potrzebny na stworzenie zespołów i ośrodków informatycznych. - Wyklucza zjawisko "ucieczki dostawcy" - w odróżnieniu od dostawcy systemu wykonawca usług jest wynagradzany za eksploatację systemu w danym okresie. - Wymusza skuteczne egzekwowanie powierzonych zadań przez wcześniejsze precyzyjne określenie składowych systemu, zakresu obowiązków i odpowiedzialności poszczególnych wykonawców. Zlecanie poszczególnych zadań budowy systemu zewnętrznym firmom jest natomiast szalenie nieatrakcyjne w początkowej fazie przedsięwzięcia - zbyt szybko ukazuje wszystkie koszty i rzeczywiste problemy. W dodatku, przez wielu informatyków zatrudnionych w informatyzowanej instytucji traktowany jest jako zamach na ich pozycję. Tymczasem ich pozycja umacnia się: do nich należy dokonanie szczegółowej analizy, które z zadań zlecić na zewnątrz, które realizować, korzystając z własnych zasobów, a także, jak te cząstkowe rozwiązania, eksploatowane na odległych komputerach, najprawdopodobniej w różnych technologiach, zintegrować w jeden "przezroczysty", osiągalny ze wszystkich stanowisk pracy system. Przykładem takiej ścieżki jest KRUS - Kasa Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego, która uznana została przez tygodnik "Teleinfo" za najlepiej zinformatyzowaną instytucję ubezpieczeniową w 1999 r. Charakterystyczne jest, że KRUS nie ma własnego ośrodka informatyki - obsługiwana jest przez grupę zewnętrznych firm. Ważne, że do tej pory nic nie było słychać o kłopotach z identyfikacją składek czy wypłatami rolniczych świadczeń. To znaczy, że systemy w KRUS działają. Nie tylko komputery Stałym elementem najbardziej fatalnych scenariuszy jest niedostrzeganie złożoności zadania informatycznego. Zwykle na początku widzi się jedynie wielką liczbę komputerów osobistych otoczonych najprzeróżniejszymi peryferiami i podłączonych do lokalnych lub regionalnych serwerów, a wszystko to zwieńczone wielkim serwerem centralnym. Prezes Janusz Paczocha, obejmując kilka lat temu stanowisko w Głównym Urzędzie Ceł, zapowiadał jako pierwszy krok w nowym etapie realizacji systemu informatycznego rozpisanie wzorcowego przetargu na mikrokomputery dla urzędów celnych. Przetarg się odbył i zapewne był wzorcowy, tylko w żaden sposób nie przybliżył uruchomienia systemu. Zakup sprzętu wraz z podstawowym oprogramowaniem i urządzeniami peryferyjnymi to przedsięwzięcie najprostsze, spektakularne i łatwo je przedstawić jako duży sukces, mimo iż potem często okazuje się, że duża część zakupów była chybiona. Poważny problem zaczyna się z chwilą przystąpienia do przejęcia danych z istniejących systemów. Przyjęta jest zwykle jedna z dwóch skrajnych koncepcji: -Desperacka - próba wykonania przy okazji budowy nowego systemu wszystkich "niekompletnych" ewidencji. Doprowadza to do rozproszenia wysiłków i skutecznie zatrzymuje budowanie właściwego systemu. - Kunktatorska - okrojenie "na razie" systemu. Tego rodzaju wyjście nazywane jest pragmatycznym i prowadzi do wytworzenia papierowo-mikrokomputerowej atrapy systemu, przy czym przeznaczone na realizację projektu fundusze topi się w "wyposażaniu technicznym biur i centrali". Pod presją czasu W dalszym ciągu na realizację czekają programy komputeryzacji systemów ewidencji pojazdów i kierowców, ewidencji gruntów, upraw i zwierząt, podatków i podatników ("Poltax"), rejestrów sądowych, systemów dla administracji celnej ("Osiac") i wiele innych. Prawie każda resortowa reforma czy reorganizacja zawiera w sobie konieczność stworzenia ogólnokrajowego systemu informatycznego. Perspektywa wejścia do Unii Europejskiej zjawisko to nasili. Kolejne poważne informatyczne przedsięwzięcia będą podejmowane pod presją czasu. W przygotowywanych w pośpiechu dokumentach przetargowych pojawią się chybione wymagania i nierealne terminy. Do wydania są duże, w większości unijne pieniądze. Żądania szybkich efektów łatwo zaowocują powielaniem ogólnie znanych scenariuszy. Dotychczas przynosiły one tylko niepowodzenia. Autor reprezentuje Agencję Informatyczną, partnera firmy Software AG w Polsce, dostawcy narzędzi do tworzenia systemów informatycznych o kluczowym znaczeniu
Prawie każda resortowa reforma czy reorganizacja zawiera w sobie konieczność stworzenia ogólnokrajowego systemu informatycznego. Perspektywa wejścia do Unii Europejskiej zjawisko to nasili. Kolejne informatyczne przedsięwzięcia będą podejmowane pod presją czasu. W przygotowywanych w pośpiechu dokumentach pojawią się chybione wymagania i nierealne terminy. Żądania szybkich efektów łatwo zaowocują powielaniem ogólnie znanych scenariuszy. Dotychczas przynosiły one tylko niepowodzenia.
ROZMOWA Profesor Karol Modzelewski, historyk Pariasi wolnej Polski Ja wyznaję inny system wartości niż profesor Balcerowicz zdający się nie dostrzegać innych systemów wartości niż jego własny, który chyba wydaje mu się czymś tak naturalnym jak powietrze. Według Leszka Balcerowicza różnice zdań wynikają z niewiedzy jego oponentów albo ich złej woli, a nie z istnienia różnych systemów wartości. FOT. JAKUB OSTAŁOWSKI Jak Pan, osoba obdarzona dużą wrażliwością społeczną, ocenia obecne rozwarstwienie polskiego społeczeństwa? Jakich kategorii użyłby Pan do określenia tego podziału? KAROL MODZELEWSKI: Przychodzi mi na myśl słowo pariasi. Mamy w Polsce sporą grupę pariasów. Bardzo duża część społeczeństwa, może nawet większość, odczuwa niedostatek. Nie chodzi mi jednak o materialne samopoczucie tych ludzi, ale o dramatyczny problem odcięcia części z nich od udziału we wspólnocie i w dobrodziejstwach cywilizacyjnych. Jakich dobrodziejstwach? Elementarnych. Grupa społeczna, o której mówię, jest odcięta od edukacji i możliwości ratowania zdrowia, a często nawet życia, przez służbę zdrowia. Naturalnie, że publiczną służbę zdrowia ciągle jeszcze mamy. Nie zreformowano jeszcze ani podatków, ani państwa w taki sposób, żebyśmy musieli się tej opieki wyzbyć. Ona tylko źle funkcjonuje, a po reformie chyba gorzej. Ważniejszy jest problem edukacji. Polska zapaść społeczna i materialna polega na obecności w wielu rejonach kraju trwałego bezrobocia i niezdolności do wyjścia z tej bardzo złej sytuacji również w następnych pokoleniach. Jest to zjawisko zróżnicowania bardziej terytorialnego niż zawodowego, chociaż jedno z drugim jest bardzo związane. Największa bieda dotyka bowiem chłopów, mieszkańców małych miast oraz tych rejonów, w których nastąpiła likwidacja państwowych przedsiębiorstw i pegeerów. W wielu gminach nie ma stanowisk pracy poza sferą budżetową. Czyli jest praca na poczcie, na kolei, w szkole, w ośrodku zdrowia i na posterunku policji, no i oczywiście w urzędzie gminy. Poza tym pracy nie ma. A ponieważ ludzie w Polsce, jak zresztą we wszystkich krajach pokomunistycznych, są biedni, to są przykuci do miejsca zamieszkania. Nie stać ich ani na kupno czy zamianę mieszkania, ani na wynajęcie go w mieście, ani nawet na dojazdy do tego miasta, w którym można znaleźć pracę. Panuje więc wśród tych ludzi stan kompletnej beznadziei. Dlaczego nie widzi Pan możliwości wyjścia z tego kręgu aż przez pokolenia? Młode pokolenia z tych środowisk nie mają żadnych szans na zmianę zastanej sytuacji. Młodzież ze wsi czy małych miasteczek w ogóle nie ubiega się o przyjęcie na studia. Nie dlatego, że zabrakło ambicji, tylko dlatego, że zabrakło, mówiąc brutalnie, pieniędzy na pekaes, żeby dojechać do liceum. Dzieci chłopskie na ogół nie dochodzą do matury. Jeżeli więc zatrzymują się na poziomie szkoły podstawowej albo zawodówki, to znaczy, że produkuje się z pokolenia na pokolenie pariasów. Takich, dla których wolna Polska jest macochą. To jest bardzo groźne, ponieważ ta wcale niemała część Polaków szybko zorientuje się, że zostali wyrzuceni poza nawias. To znaczy, że nie będą traktowali Polski jako swego państwa, nie będą mieli poczucia uczestnictwa we wspólnocie wolnych obywateli, a słowa o takiej wspólnocie będą dla nich abstrakcją lub zgoła szyderstwem. Użył Pan określenia "pariasi". To ludzie odarci z godności. Mówi Pan, że to niemała część społeczeństwa. Jaka? Może ponad 20 procent. Jeśli mówię pariasi, nie mam na myśli odarcia z godności, chociaż ci ludzie mogą się tak czuć. To jest odarcie z szans. Ich dzieci nie mają już tego, co było mocną stroną systemu komunistycznego i zapewniało mu pewien stopień przyzwolenia społecznego, zawsze, również w czasach stalinowskich, mianowicie możliwości społecznego awansu. Proszę spojrzeć na środowiska naukowe, na dzisiejszych profesorów. Wielu z nich jest chłopskiego pochodzenia. To samo dotyczy elit politycznych. Gdyby ci ludzie dzisiaj byli dziećmi, nie mieliby szans na zdobycie wykształcenia i pozostaliby w środowisku wiecznych wiejskich bezrobotnych, żyjących z jakiegoś nędznego, właściwie nie mającego ekonomicznie racji bytu, gospodarstwa wiejskiego. A przecież procent ludzi obdarzonych talentami w tych środowiskach wcale nie jest mniejszy niż w poprzednich pokoleniach. W którą stronę pójdą ich talenty? To jest dynamit. Uprzytomnią sobie, że ich ustawiono w sytuacji pariasów. I ich frustracje będą bardzo silnie wpływały na kształt polskiej sceny politycznej. Mamy z tym do czynienia już dziś, bo to jest oczywiście podłoże sukcesów Leppera oraz wybuchów agresji, która w wielkomiejskich kręgach opiniotwórczych budzi zdumienie pomieszane z niechęcią i aroganckim potępieniem. To jest także podłoże antysemityzmu. Nie uważam, by pojawienie się warstw upośledzonych przekreślało dorobek wolnej Polski, ale stawia go pod znakiem zapytania. Skala nierówności zagraża naszym wspólnym osiągnięciom. Gdzie, co zostało zgubione? Oczywiście pewne rzeczy były nie do uniknięcia. Kiedy się przechodzi od gospodarki socjalistycznej do gospodarki rynkowej, musi nastąpić zwiększenie zróżnicowania materialnego w społeczeństwie. U nas nastąpiło to w warunkach dość głębokiego spadku dochodu narodowego, a więc zapaść biednych była tym większa. A poza tym nastąpiło to zgodnie z pewną filozofią gospodarczą, którą się wiąże słusznie z nazwiskiem Leszka Balcerowicza, a w której dominuje ciągle neoliberalne myślenie o gospodarce i społeczeństwie. Wydaje się jednak, że polska gospodarka sporo zawdzięcza rygorom narzuconym przez premiera Balcerowicza. W 1990 roku trzeba było uciec z walącego się gmachu socjalistycznej gospodarki. To zostało dokonane, choć koszt społeczny był bardzo wysoki. Dziś jednak żaden kataklizm nie zmusza nas do kolejnej rewolucji gospodarczej. Mimo to kontynuowana jest polityka zwiększająca skalę nierówności. (Rozmowa została przeprowadzona przed wetem prezydenta w sprawie podatków). Uważam, że forsowana obecnie reforma podatkowa dramatycznie zaostrzy zjawisko społecznego upośledzenia. Reforma ta wymusi bowiem oszczędności budżetowe równoznaczne z odejściem od europejskiego modelu państwa solidarności społecznej, zwanego też państwem dobrobytu lub państwem opiekuńczym. Państwo takie uzyskuje z podatków znaczne sumy na edukację, ochronę zdrowia i opiekę społeczną. Wydatki publiczne na ten cel dają znacznie więcej uboższym grupom ludności niż zamożnym i przyczyniają się do wyrównania szans. Natomiast komercjalizacja pozbawia uboższe grupy dostępu do edukacji i ochrony zdrowia. To przekształca różnicę dochodów różnych grup społecznych w trwały podział na uprzywilejowanych i upośledzonych, czyli właśnie pariasów. Kusząca na pozór obniżka podatków, bardzo radykalna od 2002 roku, wymusi redukcję wydatków publicznych na szkolnictwo i lecznictwo, bo po prostu nie będzie na nie pieniędzy. Tymczasem wydatki te - przy obecnym modelu państwa i poziomie zobowiązań wobec obywatela - są niewystarczające i powinny być zwiększane. Reforma podatkowa została podjęta nie tyle z inicjatywy Unii Wolności, ile raczej Leszka Balcerowicza. A to jest człowiek idei. Jego celem, dla którego poświęca wszystko, jest budowa pewnego ładu ustrojowego, który jest ładem liberalnym. Ładem państwa minimum, opartym wyłącznie, czy niemal wyłącznie, na indywidualnej przedsiębiorczości. Kto sobie radzi, to dobrze, kto nie - trudno, niech sobie radzi lepiej. To jest hasło, które od blisko dziesięciu lat ma wytyczać rozwój polskiego społeczeństwa. Czy uważa Pan to hasło za błędne? To jest oczywiście hasło czysto propagandowe, ideologiczne porzekadło. Większość tych ludzi, do których jest adresowane, nie jest w stanie radzić sobie lepiej. Ale nie w tym rzecz. To taka filozofia, której realizacja musi pogłębić zjawisko wywołujące u mnie tak wielką obawę, również o stan cywilizacyjny kraju, bo bez budżetowego finansowania zapaść nauki polskiej będzie się pogłębiać. To, o czym mówię, wynika z pewnego systemu wartości i wiąże się z nim. Ja wyznaję inny system wartości niż profesor Balcerowicz zdający się nie dostrzegać innych systemów wartości niż jego własny, który chyba wydaje mu się czymś tak naturalnym jak powietrze. Według Leszka Balcerowicza różnice zdań wynikają z niewiedzy jego oponentów albo ich złej woli, a nie z istnienia różnych systemów wartości. Nie dopuszcza także myśli, że jego własne rozumowanie opiera się na jakiejś aksjologii, a więc na czymś, co nie poddaje się logicznej ani empirycznej kontroli. Czy i gdzie widzi Pan alternatywę wobec polityki premiera Balcerowicza? Na początku lat 90. alternatywna polityka gospodarcza była do pomyślenia, ale nie do przeprowadzenia, bo nie opowiadały się za nią znaczące siły polityczne. Sojusz Lewicy Demokratycznej był wtedy mało czynny, bo czuł, że jest na oślej ławce. Natomiast lewica solidarnościowa była w owym czasie bardzo słaba i zresztą nigdy nie urosła w siłę. Dziś paradoksalnie istotną rolę w obronie - bo to nie jest budowanie alternatywy pozytywnej, tylko obrona przed niekorzystną zmianą - odgrywa prawica. Nie cała, ale tacy politycy, jak Henryk Goryszewski, który bardzo wyraźnie zawsze mówił, w odróżnieniu od Balcerowicza, że podjęcie takich a takich rozwiązań to wybór polityczny, a nie tylko sprawa techniczna, że za tym kryje się wybór określonych wartości. Jak się okazuje nie tylko lewica bywa wrażliwa społecznie, podobnie jak nie tylko prawica bywa brutalnie liberalna. Ale jest to oczywiście problem polskiej lewicy, że nie zabiera głosu na przykład w takich sprawach, jak losy polskiej wsi po wejściu do Unii Europejskiej. Wprawdzie jestem przekonany, że nie wejdziemy tam ani za dwa, ani za trzy lata, bo tego się boją i społeczeństwa, i rządy krajów Unii, i tego się obawia znacznie więcej ludzi i polityków w Polsce, niż się do tego przyznaje. Ale w końcu w Unii będziemy, bo dla tego akurat alternatywy nie ma. To oznacza dramatyczny problem dla polskiego rolnictwa, a to jest ćwierć narodu. Temu, że Unia Wolności nie ma odpowiedzi na to, co z tym zrobić, ja się tak bardzo nie dziwię. Dlaczego nie? Unia skupia przecież inteligencję. Ale przecież ta partia jest szalenie nieporadna. Nie umie sobie poradzić nawet z problemem własnego przywództwa. W Unii Wolności jest znaczne niezadowolenie z przywództwa Leszka Balcerowicza i kompletny brak alternatywy. Ci w tej partii, którzy mają inny pomysł na państwo, siedzą raczej cicho. Elektorat Unii Wolności nie jest w stanie wyegzekwować od tej partii upominania się o losy inteligencji budżetowej. Oczekiwać zatem, że Unia obejmie swą wyobraźnią wieś polską i będzie miała pomysł, co z nią zrobić, to naprawdę za wiele. SLD? Nie mam uprzedzeń do SLD, ale nie widzę, żeby miał w tej dziedzinie jakieś pomysły. Czyli jest tak samo bezradny? O nie, jest skuteczny. Pod tym względem akurat bardzo góruje nad Unią Wolności, ponieważ dysponuje kadrą mającą praktykę, a także czymś, co jest w polityce bardzo cenne, mianowicie poczuciem wstydu, które w SLD wiąże się z przeszłością. Obawiam się tylko, że SLD to poczucie wstydu może stracić. Dlaczego to jest pozytywne? Bo ogranicza dokonywanie przez Sojusz jawnych nadużyć. Oni zawłaszczają państwo, ale jednak w mniejszym stopniu niż ci, którzy czują się moralnie bez zarzutu w odniesieniu do przeszłości. Strasznie przykro mi to powiedzieć, bo moi koledzy to są ci drudzy, a nie ci pierwsi. Pana zdaniem w polityce państwowej brakuje jednak lewicowego pierwiastka. Od czego trzeba byłoby zacząć, żeby zmniejszać problem biedy w Polsce? Bardzo trudno jest przy niskim poziomie aktywności społecznej i politycznej w Polsce o stworzenie prawdziwej lewicowej alternatywy, bo musiałaby się ona odwoływać się do aktywności ludzi upośledzonych materialnie i socjalnie, a to jest właśnie najbardziej bezradna i bierna część społeczeństwa. Za najważniejsze uważam przywrócenie systemu awansu społecznego. Ludzie tego awansu, którzy niedawno doświadczali tego, co się dzieje w ich macierzystym środowisku, byliby zdolni do stworzenia innej niż populistyczna alternatywy politycznej. Populistyczna już jest - mamy Leppera, ale mamy elementy populizmu także w Polskim Stronnictwie Ludowym. To jest dopiero problem - PSL też nie ma odpowiedzi na wyzwanie unijne. Stronnictwo pełni rolę puklerza, broniąc chłopów przed zmianą status quo, ale to status quo jest coraz gorsze. To na pewno nie jest problem, który da się szybko rozwiązać, ale przy odpowiednio prowadzonej polityce może być stopniowo łagodzony i rozładowywany. Jak? Szczerze powiem, że nie czuję się na tyle mądry, by na to odpowiedzieć. Nie lekceważyłbym tylko tego, że wyzwanie jest poważne i palące. Potrzeba też pieniędzy, ale przede wszystkim konceptu, co zrobić z ludźmi, którzy są zbędni w rolnictwie. Ale bez takich utopii, że mają być przedsiębiorczy. Może będą przedsiębiorczy, kiedy się pojawi dla nich możliwość. Jeżeli bez utopii, to jakie miałyby być konkretne punkty takiego konceptu? Jak zwrócić państwo do obywatela? To musi być roboczy program, a nie jakaś teoria. Moje nadzieje budzi obecny spór podatkowy. Nadzieje na uzdrowienie relacji w koalicji. Za grzech pierworodny tej koalicji wcale nie uważam tego, że jest ona złożona z wielu podmiotów. Taki był werdykt wyborczy. Grzech pierworodny polega na tym, że nie doszło do kompromisu, tylko do podziału łupów: gospodarka dla tych, kultura dla tych. Tymczasem w kluczowych sprawach, i to zarówno dotyczących modelu państwa, jak i modelu polityki gospodarczej, przetrwać mogłoby rozwiązanie kompromisowe. Tylko, że Leszek Balcerowicz akurat nie jest osobą kompromisu. To pozwoliło mu przeprowadzić pierwszy plan na początku lat 90. mimo wszystkich ówczesnych obiekcji. Natomiast dzisiaj ten brak kompromisowości jest raczej przeszkodą. Dziś potrzebny jest układ na wszystkich polach, uwzględniający oblicze polityczne i bazę społeczną obu członów koalicji. Jeżeli spór o podatki doprowadzi do kompromisu, będzie to lepsze dla koalicji i dla nas wszystkich. Bo w końcu mało mnie obchodzą koalicje i to, że wybory wygra SLD, bo je wygra. Mnie obchodzą skutki dla nas, społeczeństwa, a nie myślenie w kategoriach własnego ugrupowania. Ale to jest powszechny sposób myślenia. Niestety nie tylko w polityce polskiej. Ale trzeba znać miarę. Również kiedy się zawiera kompromisy i układy koalicyjne, trzeba pamiętać, jaki będzie ich skutek społeczny. A może ciężar pomocy warstwom uboższym powinny przejąć od państwa organizacje społeczne? Organizacje pozarządowe mogą lepiej od urzędników zagospodarować środki na pomoc społeczną, ale skądś muszą te środki brać. Żadna filantropia nie zastąpi tu budżetu państwa. Jeśli zaś chodzi o to, by materialny niedostatek nie powodował trwałego upośledzenia społecznego, najlepszym środkiem zaradczym jest dostępność awansu przez edukację, np. przez zapewnienie młodzieży wiejskiej bezpłatnego dojazdu do miast, w których są licea. To musiałoby kosztować, więc znów wracamy do poziomu wydatków publicznych i podatków. Oczekiwania, że obniżka podatków od najzamożniejszych spowoduje cud gospodarczy, są aktem wiary bez pokrycia w doświadczeniu. Nie wiemy, jak będzie w dalszej perspektywie. Wiadomo, że w 2002 roku, gdy podatki obniżą się skokowo, wydatki trzeba będzie ciąć. Niestety, łatwo przewidzieć które. Czy akceptuje więc Pan wybiegi SLD, by zablokować uchwalenie ustaw podatkowych? Od kruczków proceduralnych wolałbym zrozumiałą dla wszystkich, otwartą debatę. Upominałem się o nią w "Gazecie Wyborczej" z 27 września. Ale rozumiem polityków SLD. Wszystko wskazuje, że to oni będą układać budżet 2002 roku. Dlatego AWS wymogła na UW przeniesienie głównego etapu reformy poza obecną kadencję: niech to spadnie na głowy następców z innego obozu politycznego. Ale taktyka spalonej ziemi jest czymś, czego my, obywatele, nie możemy zaakceptować. Politycy biją się między sobą, ale na spalonej ziemi my musimy żyć. Z tych samych powodów obawiam się budżetowych skutków ustawy o reprywatyzacji i łatwych do przewidzenia roszczeń przesiedleńców niemieckich. To są miliony ludzi i ogromne mienie. Bardzo szanuję mojego przyjaciela Bronisława Geremka i lubię jego subtelne poczucie humoru, ale gdy mówi, że nie powstanie problem z przesiedleńcami niemieckimi, bo myśmy tego nie zapisali w naszej ustawie reprywatyzacyjnej, to wydaje mi się, że to poczucie humoru jest za daleko posunięte. Można powiedzieć, że my nie chcemy, żeby taki problem powstał, ale to, że nie chcemy i nie zapisaliśmy w ustawie, nie znaczy, że nie powstanie. Co należałoby zrobić? Natychmiast uwłaszczyć ludzi żyjących na terenach zachodniej i północnej Polski. Niestety uważam, że ustawa o reprywatyzacji przejdzie. Szkoda, bo została opracowana dość krótkowzrocznie. A jeżeli argumentem za ustawą ma być stwierdzenie, że naruszone zostało święte prawo własności, to zapytałbym teologów, czy są większe świętości niż własność, czyli złoty cielec. Być może jednak są jakieś inne wartości, dla których honorowanie prawa do niegdysiejszej własności można odsunąć na dalszy plan. Polska międzywojenna nie dała się rozdrapywać przez rozmaite roszczenia, na przykład pokrzywdzonych przez wywłaszczenia carskie po roku 1863. Teraz za sprawiedliwość historyczną muszą zapłacić wszyscy ci, którzy nie są spadkobiercami wywłaszczonych wówczas. Rozmawiała Anna Wielopolska
KAROL MODZELEWSKI: Mamy w Polsce sporą grupę pariasów. Bardzo duża część społeczeństwa jest odcięta od edukacji i możliwości ratowania zdrowia, a często nawet życia, przez służbę zdrowia. Polska zapaść polega na obecności w wielu rejonach kraju trwałego bezrobocia i niezdolności do wyjścia z tej sytuacji również w następnych pokoleniach. to jest podłoże sukcesów Leppera oraz wybuchów agresji. W 1990 roku trzeba było uciec z walącego się gmachu socjalistycznej gospodarki. Dziś jednak żaden kataklizm nie zmusza nas do kolejnej rewolucji gospodarczej. Mimo to kontynuowana jest polityka zwiększająca skalę nierówności. Ja wyznaję inny system wartości niż profesor Balcerowicz zdający się nie dostrzegać innych systemów wartości niż jego własny. Dziś paradoksalnie istotną rolę w obronie przed niekorzystną zmianą odgrywa prawica. to problem polskiej lewicy, że nie zabiera głosu na przykład w takich sprawach, jak losy polskiej wsi po wejściu do Unii Europejskiej. Za najważniejsze uważam przywrócenie systemu awansu społecznego. Ludzie tego awansu byliby zdolni do stworzenia innej niż populistyczna alternatywy politycznej. Potrzeba przede wszystkim konceptu, co zrobić z ludźmi, którzy są zbędni w rolnictwie. Moje nadzieje budzi obecny spór podatkowy. Nadzieje na uzdrowienie relacji w koalicji. Grzech pierworodny polega na tym, że nie doszło do kompromisu, tylko do podziału łupów. Tymczasem w kluczowych sprawach przetrwać mogłoby rozwiązanie kompromisowe. Żadna filantropia nie zastąpi budżetu państwa. Politycy biją się między sobą, ale na spalonej ziemi my musimy żyć. obawiam się budżetowych skutków ustawy o reprywatyzacji i roszczeń przesiedleńców niemieckich. Co należałoby zrobić? Natychmiast uwłaszczyć ludzi żyjących na terenach zachodniej i północnej Polski.
Handel Prowadzenie sklepów w sieci Gabriela miało zapewnić spore dochody, a może skończyć się koniecznością płacenia weksli Jeden bankrut czy kilkudziesięciu Po sieci Gabriel zostało już tylko logo na jej dawnych sklepach. Dziś prowadzą je nowi, nie związani z kaliską firmą właściciele. FOT. RAFAŁ GUZ ANITA BŁASZCZAK Kaliska spółka Gabriel, do niedawna prowadząca jedną z największych sieci sklepów kosmetycznych, czeka aż sąd rozpatrzy jej wniosek o upadłość. Gabriel Rokicki, założyciel, większościowy akcjonariusz i prezes firmy twierdzi, że główną przyczyną upadku było zbyt szybkie tempo rozwoju sieci i nieufność kredytodawców. Zbytnią ufność zarzuca sobie natomiast grupa byłych partnerów Gabriela, którzy nie dość, że na współpracy nie zarobili, to teraz boją się, że będą musieli jeszcze do niej dopłacić po kilkaset tysięcy złotych. Jeszcze wiosną 2000 r. Anna Nizińska sądziła, że osiągnęła zawodowy sukces - prowadziła nowoczesną i elegancką perfumerię należącą do sieci Gabriel. Kupiła na raty samochód i liczyła, że z dochodów szybko go spłaci; wkrótce miała zarabiać nawet po 7 tysięcy miesięcznie. Tak wynikało z symulacji przygotowanych na kursie w centrali sieci w Kaliszu, gdzie szkolono przyszłych franszyzobiorców Gabriela. Początkowo nie było mowy o żadnej opłacie licencyjnej za przystąpienie do systemu. - Przedstawiciele Gabriela stwierdzili, że choć nie mam pieniędzy, to jestem osobą wiarygodną i kompetentną i zależy im, abym prowadziła ten sklep - mówi Anna Nizińska. Przyznaje, że nie przejęła się wekslem in blanco, jaki musiała wystawić po zawarciu umowy franchisingowej. - Wyjaśniano mi wówczas, że weksel to zabezpieczenie towaru i wyposażenia sklepu - wspomina. Wkrótce okazało się, że jej sklep nie jest tak dochodowy, jak wykazywały symulacje. Pod koniec 2000 r. zawieszono umowę franchisingową i Anna Nizińska z menedżera sklepu stała się pracownikiem. W marcu tego roku sklep zamknięto, a bank za długi sieci zajął towar i wyposażenie perfumerii. Dzisiaj Anna Nizińska szuka pracy i boi się, czy zdoła spłacić raty za samochód. W dodatku grozi jej bankructwo - kaliski oddział Kredyt Banku w kwietniu przesłał jej wezwanie do zapłaty weksla na 300 tys. zł. W podobnej sytuacji jest dzisiaj kilkudziesięciu byłych partnerów kaliskiej spółki Gabriel. Większość z nich, choć rozwiązała umowy o współpracy z siecią, także dostała wezwania do spłaty weksli, które miały stanowić zabezpieczenie towarów, wyposażenia sklepu i opłaty licencyjnej. Sieć na kredyt Franchising, popularny od dawna na zachodzie, w Polsce rozwinął się w latach 90. Na początku, pojawiły się sprawdzone na zachodzie systemy franchisingu (np. McDonald's). W połowie lat 90. także krajowi przedsiębiorcy dostrzegli w nim szansę na szybszy rozwój. Taką szansą franchising miał być też dla kaliskiej, rodzinnej spółki Gabriel, która zaczęła od hurtowej dystrybucji kosmetyków, a w połowie lat 90. zdecydowała się na inwestycje w sklepy. Gabriel Rokicki, założyciel sieci i większościowy akcjonariusz spółki (z zawodu prawnik) niedługo po otwarciu pierwszych sklepów Gabriel w 1997 r., zapowiadał, że utworzy największą sieć polskich perfumerii i wprowadzi ją na giełdę. Kaliska spółka wyszukiwała odpowiednie lokalizacje, urządzała i wyposażała sklepy, które potem mieli prowadzić wyszkoleni partnerzy. W ciągu trzech lat Gabriel stał się jedną z największych (72 sklepy) sieci perfumerii w Polsce, co wymagało sporych inwestycji. Jak ocenia Rokicki, koszt urządzenia i wyposażenia jednego sklepu wynosił od 350 do 500 tys. zł. Ze sklepikarza menedżer Szybkie tempo rozwoju sieci sklepów umożliwiały kredyty i znajomość branży - zaopatrując dziesiątki prywatnych sklepików spółka łatwiej mogła wybrać przyszłych partnerów. Krzysztof Trawiński, który do połowy stycznia 2001 r. prowadził perfumerię Gabriela w jednym z warszawskim centrów handlowych, wspomina, że wcześniej kaliska firma była przez dłuższy czas dostawcą sklepu kosmetycznego jego żony. Sklepik prosperował, ale był niewielki i nie dawał szansy na większe zarobki. Wydawało się, że umożliwi to przystąpienie do sieci. Umowa franchisingowa przewidywała sięgającą 250 tys. wstępną opłatę licencyjną (za wprowadzenie do systemu), ale od razu należało zapłacić tylko 10 proc. tej kwoty. Resztę Gabriel rozkładał na 60 miesięcznych oprocentowanych rat. Dodatkowo, franszyzobiorca zobowiązywał się co miesiąc opłacać okresowe opłaty licencyjne 1,5 proc. obrotu brutto. W zamian Krzysztof Trawiński został latem 1999 r. menedżerem eleganckiej perfumerii w jednym z centrów handlowych w Warszawie. Sam zatrudniał i opłacał pracowników, ale ich liczbę określał Gabriel, który decydował też o wyglądzie i asortymencie perfumerii - większość towarów dostarczała kaliska centrala. Na centralę Trawiński miał też liczyć na początku działalności, gdy nowy sklep nie przynosił jeszcze zysków - wówczas menedżer, który przekazywał cały utarg na konto sieci, dostawał co miesiąc określoną kwotę na pensję swoją i pracowników. W sukces Gabriela uwierzyli franszyzobiorcy, banki, które kredytowały rozwój spółki, i inwestor finansowy - zarejestrowany w USA fundusz inwestycyjny Central Poland Fund, który miał ok. 30 proc. akcji spółki (ok. 60 proc. należało do Rokickiego). - To był system, który miał szansę funkcjonowania - dawał możliwość prowadzenia biznesu osobom, które nie miały pieniędzy na inwestycję w sklep sięgającą 300- 500 tys. zł. Uznaliśmy, że jeśli ktoś jest dobrym handlowcem, to powinno mu się udać. Nasza oferta nie była skierowana do przedsiębiorców z dużym kapitałem - na sklepie dużego biznesu zrobić nie można - ale do bardzo określonej grupy; właścicieli małych sklepików, dla których zarobki 3-5 tys. miesięcznie netto to już niezłe pieniądze - wyjaśnia Rokicki. Dziś, gdy firma Gabriel czeka na ogłoszenie upadłości, on rozwija inną rodzinną spółkę, Deco, zajmującą się hurtową dystrybucją kosmetyków i zaopatrywaniem salonów fryzjerskich. Działają także na zasadach franchisingu pod logo Gabriel. Jak wyjaśnia Rokicki, Deco jest kontynuacją operacji franchisingu, ale już bez zobowiązań i bez majątku Gabriela. Nie bierze też na siebie prowadzenia sieci. Przez perfumy do wacików Dariusz Sowiński, który przed rozwiązaniem umowy z Gabrielem prowadził dwa sklepy sieci w warszawskich centrach handlowych, wspomina, że w początkowej wersji systemu franchisingowego Gabriela, kiedy kaliska spółka dawała swym partnerom więcej swobody, jego perfumerie radziły sobie bardzo dobrze. Roman Wroński, który prowadził dwa sklepy Gabriela na Śląsku, na franchising zdecydował się jesienią 1999 r. Wcześniej działał, co prawda, pod logo sieci, ale był właścicielem sklepu i 20 proc. towarów mógł kupować samodzielnie. Pod koniec 1999 r. sprzedał sklep Gabrielowi i stał się jednym z kilkudziesięciu menedżerów sieci. - Szybko okazało się, że cały system nie funkcjonuje dobrze. Nagle mój sklep zaczął przynosić straty - wspomina Roman Wroński. Jak wynika z korespondencji z kaliską centralą, partnerzy Gabriela wielokrotnie narzekali na warunki współpracy; skarżyli się, że dostawy atrakcyjnych marek kosmetyków są coraz rzadsze i niepełne. W zamian sklepy dostawały zestawy drogich produktów mało w Polsce znanych zachodnich firm. Jak wspomina Anna Nizińska, z czasem gdy sieć miała coraz większe problemy z płaceniem za dostawy, perfumerie Gabriela zaczęły sprzedawać popularne kosmetyki, które taniej można było kupić w pobliskich hipermarketach. W dostawach trafiały się przeterminowane produkty, a zwrotów Gabriel nie przyjmował. Menedżerom polecono obniżyć pensje pracowników i zmniejszyć zatrudnienie do 3 osób, podczas gdy sklepy w centrach handlowych wciąż musiały pracować przez 7 dni w tygodniu. - Byliśmy naiwni i sądziliśmy, że wspólnymi siłami stworzymy sieć, która przeciwstawi się inwazji zachodnich firm. Tymczasem mieliśmy gorszy towar niż małe sklepiki z kosmetykami - oburza się Bogdan Rybarski, inny z byłych partnerów sieci. Jak wspomina Trawiński, w grudniu 1999 r. wartość towarów w jego sklepie sięgała 500 tys. zł, a po roku zmalała do 130-140 tys. zł. - Nie było co sprzedawać. Trudno robić obrót na wacikach za 1,5 zł - dodaje. Został szyld Nie ma takiego numeru - mówi głos w słuchawce, po wybraniu numeru Gabriela w Kaliszu. Firma nie działa - wyjaśnia Gabriel Rokicki, którego można teraz zastać pod kaliskim numerem firmy Deco (jej szefem jest Andrzej Rokicki). Przyznaje, że choć jeszcze w pierwszych miesiącach 2000 r. sieć Gabriel jakoś sobie radziła (mimo przekraczających 50 mln zł zobowiązań, w tym 39,2 mln zł krótkoterminowych), w IV kwartale miała już poważne problemy z płynnością. Nie płaciła za dostawy, zalegała z czynszami za sklepy. Zaczęto szukać silnego inwestora z branży. Rokicki twierdzi, że przejęciem firmy interesowała się jedna z dużych niemieckich sieci drogerii. Inwestycja nie doszła jednak do skutku. Zdaniem prezesa Rokickiego, jednemu z bankowych wierzycieli zabrakło wyobraźni - wystąpił o spłatę zobowiązań. Pod koniec kwietnia zagraniczny kontrahent wycofał się z negocjacji. 10 maja w Sądzie Okręgowym w Kaliszu spółka Gabriel złożyła wniosek o ogłoszenie upadłości. Rozprawa ma się odbyć 5 września. Dziś sieć perfumerii Gabriel już w zasadzie nie istnieje. Dlaczego przegrała? - Obroty rosły i wszystko było w porządku. Zabrakło tylko finansowania. Popełniony został bardzo istotny błąd - rozwój sieci był za szybki - uważa jej właściciel Rokicki. Dodaje, że wierzyciele zajęli "wszystko co się dało", także wyposażenie sklepów i towar; część z nich sprzedano dawnym franszyzobiorcom Gabriela. Inne trafiły do osób z zewnątrz. W jednym z warszawskich centrów handlowych kierowniczka perfumerii Gabriel zapewnia, że sklep nie ma już nic wspólnego ani z Gabrielem, ani z Deco. Administracja innego z centrów handlowych wyjaśnia, że umowę najmu perfumerii podpisała z nową firmą raczej nie związaną z Gabrielem. Może dziwić, że na dawnych perfumeriach nadal jest logo sieci. Prezes Rokicki wyjaśnia, że najpierw muszą zostać rozstrzygnięte kwestie związane z upadłością spółki. Pamiątka po franchisingu - Informuję, że zostałem oszukany przez firmę Gabriel - pisze Krzysztof Trawiński w skardze, którą złożył w Prokuraturze Okręgowej w Poznaniu. niedługo po tym, jak dostał z Kredyt Banku wezwanie do zapłaty prawie 196 tys. zł. (plus odsetki). Oszukanymi czuje się też kilkudziesięciu innych byłych partnerów kaliskiej spółki. Oni również dostali podobne wezwania do zapłaty weksli, które po podpisaniu umowy z Gabrielem wystawili jako zabezpieczenie zobowiązań wobec sieci (głównie opłaty licencyjnej). W niektórych przypadkach kwoty na wezwaniu sięgają prawie 400 tys. zł. Jak wynika z wezwania, bank realizuje w ten sposób weksel, który Gabriel przeniósł na jego rzecz. Według dokumentów, jakie udostępnił nam Gabriel, takie działanie było rezultatem umowy między kaliską spółką a Kredyt Bankiem; weksle stanowiły zabezpieczenie linii kredytowej (do wysokości 12 mln zł) otwartej dla Gabriela w KB przez rok, od połowy 1999 r. Kredyt uruchamiany był w transzach, których wielkość zależała od liczby zawartych umów franchisingowych. Kaliska spółka przelewała swe należności wynikające z opłaty licencyjnej na Kredyt Bank. W ten sposób Gabriel zaciągał kredyt, który potem miał być spłacany z przekazywanych przez biorców rat za wstępne opłaty licencyjne. Problem w tym, że cały system był przewidziany na 10 lat - na taki okres Gabriel podpisywał umowy franchisingowe. Podkreślano tam, że rozwiązanie umowy przed terminem nie zwalnia od spłaty rat wstępnej opłaty licencyjnej. Tymczasem większość partnerów współpracowała z Gabrielem znacznie krócej - rok, dwa. Na przełomie lat 2000/2001 zagrożona bankructwem spółka zawiesiła albo rozwiązała większość umów franchisingowych; w podpisanych wtedy porozumieniach obie strony deklarowały brak wzajemnych roszczeń i pretensji. Byli partnerzy przekazali z powrotem sklepy do Gabriela i sądzili, że ten etap mają już za sobą. Teraz są zaskoczeni i oburzeni wezwaniem do zapłaty wypełnionego weksla. Podczas gdy właściciele i szefowie Gabriela bez względu na popełnione błędy, niespłacone kredyty i bankructwo sieci mogą być spokojni o swój osobisty majątek, byli partnerzy sieci odpowiadają za weksel wszystkim co mają. - Przecież nie mam żadnych zobowiązań finansowych wobec Gabriela. Nigdy nie byłem żyrantem kredytu, który on zaciągnął - podkreśla Krzysztof Trawiński. Bogdan Rybarski zastanawia się, jak to się stało, że weksle grupy osób, których kondycji finansowej nikt nie sprawdzał, wystarczyły do zaciągnięcia tak dużego kredytu. - Wątpię, czy ktoś z nas dostałby w tej sytuacji kredyt. Gabrielowi się udało. Być może dlatego, że w radzie nadzorczej spółki był jeden z dyrektorów poznańskiego oddziału Kredyt Banku - zastanawia się Rybarski. Ani w poznańskim oddziale banku, ani w jego biurze prasowym nie udało się nam uzyskać wyjaśnień co do Gabriela i weksli jego byłych partnerów. Biuro prasowe wyjaśniło, że cała sprawa jest dokładnie analizowana z punktu formalnoprawnego. Kiedy analiza się zakończy - nie wiadomo. Kilkunastu byłych franszyzobiorców Gabriela, którzy wspólnie zamierzają walczyć o swoje interesy, liczy, że wygrają spór - prawnicy zwracają uwagę, że rozwiązując umowę franchisingową obie strony deklarowały brak roszczeń. - To nie jest taka prosta i jednoznaczna sprawa. Jest deklaracja wekslowa, w której stwierdza się, że weksle były ściśle związane z umową franchisingową. A ona praktycznie przestała funkcjonować - przyznaje Gabriel Rokicki. - My nie przekazaliśmy tych weksli bankowi poza wiedzą biorców - to wynikało z umowy, którą podpisali. Jeśli projekt się nie powiódł i bank próbuje teraz znaleźć pieniądze przy użyciu weksli, to jest to rzecz, którą można było przewidzieć w momencie podpisywania umowy. Przecież jak pani podpisuje weksel, to pani wie, czym to grozi - dodaje prezes Rokicki. - Nazwiska franszyzobiorców zostały zmienione. FRANCHISING System prowadzenia biznesu, w którym działająca już na rynku, zwykle uznana firma przekazuje odpłatnie innemu podmiotowi gospodarczemu prawa do utworzenia i prowadzenia przedsiębiorstwa według jej pomysłu, doświadczeń i na bazie jej procedur oraz organizacji. Wśród handlowców przyjęło się używanie określeń franszyzobiorca i franszyzodawca.
Kaliska spółka Gabriel czeka aż sąd rozpatrzy jej wniosek o upadłość. Gabriel Rokicki, założyciel, twierdzi, że główną przyczyną upadku było zbyt szybkie tempo rozwoju sieci i nieufność kredytodawców. Zbytnią ufność zarzuca sobie natomiast grupa byłych partnerów Gabriela, którzy nie dość, że na współpracy nie zarobili, to teraz boją się, że będą musieli jeszcze do niej dopłacić po kilkaset tysięcy złotych. Jeszcze wiosną 2000 r. Anna Nizińska sądziła, że osiągnęła zawodowy sukces - prowadziła nowoczesną i elegancką perfumerię należącą do sieci Gabriel. Kupiła na raty samochód i liczyła, że z dochodów szybko go spłaci; wkrótce miała zarabiać nawet po 7 tysięcy miesięcznie. Tak wynikało z symulacji przygotowanych na kursie w centrali sieci w Kaliszu. nie przejęła się wekslem in blanco, jaki musiała wystawić po zawarciu umowy franchisingowej. Wkrótce okazało się, że jej sklep nie jest tak dochodowy. Pod koniec 2000 r. zawieszono umowę franchisingową i Anna Nizińska z menedżera sklepu stała się pracownikiem. W marcu tego roku sklep zamknięto, a bank za długi sieci zajął towar i wyposażenie perfumerii. Dzisiaj szuka pracy i boi się, czy zdoła spłacić raty za samochód. W dodatku grozi jej bankructwo. W podobnej sytuacji jest dzisiaj kilkudziesięciu byłych partnerów kaliskiej spółki Gabriel. Większość z nich, choć rozwiązała umowy o współpracy z siecią, także dostała wezwania do spłaty weksli, które miały stanowić zabezpieczenie towarów, wyposażenia sklepu i opłaty licencyjnej. Franchising, popularny od dawna na zachodzie, w Polsce rozwinął się w latach 90. Na początku, pojawiły się sprawdzone na zachodzie systemy franchisingu (np. McDonald's). W połowie lat 90. także krajowi przedsiębiorcy dostrzegli w nim szansę na szybszy rozwój. Taką szansą franchising miał być też dla spółki Gabriel, która zaczęła od hurtowej dystrybucji kosmetyków, a w połowie lat 90. zdecydowała się na inwestycje w sklepy. Kaliska spółka wyszukiwała odpowiednie lokalizacje, urządzała i wyposażała sklepy, które potem mieli prowadzić wyszkoleni partnerzy. W ciągu trzech lat Gabriel stał się jedną z największych (72 sklepy) sieci perfumerii w Polsce, co wymagało sporych inwestycji. Jak ocenia Rokicki, koszt urządzenia i wyposażenia jednego sklepu wynosił od 350 do 500 tys. zł. Szybkie tempo rozwoju sieci sklepów umożliwiały kredyty i znajomość branży. W sukces Gabriela uwierzyli franszyzobiorcy, banki, które kredytowały rozwój spółki, i inwestor finansowy - zarejestrowany w USA fundusz inwestycyjny Central Poland Fund. Dziś, gdy firma Gabriel czeka na ogłoszenie upadłości, on rozwija inną rodzinną spółkę, Deco, zajmującą się hurtową dystrybucją kosmetyków i zaopatrywaniem salonów fryzjerskich. Jak wyjaśnia Rokicki, Deco jest kontynuacją operacji franchisingu, ale już bez zobowiązań i bez majątku Gabriela. Nie bierze też na siebie prowadzenia sieci.
ZJAZD PZPN Boniek, Listkiewicz, Kolator czy Dziurowicz ? Na dobry początek KRZYSZTOF GUZOWSKI Delegaci na zjazd Polskiego Związku Piłki Nożnej, który ma wybrać nowego prezesa, nigdy nie byli w tak komfortowej sytuacji, jak obecnie. Nie ma mowy o żadnych kandydatach przyniesionych w teczce. Jest ich czterech. Każdy jest inną osobowością. Programy działania są od dawna znane i wiadomo, czego się można spodziewać, gdy wygrają wybory. Marian Dziurowicz, zdaniem przeważającej większości obserwatorów, uosabia całe zło w polskiej piłce i dlatego powinien ustąpić. Dziurowicz jest instytucją w polskiej piłce. Praktycznie sam potrafił zbudować wielkość klubu, GKS Katowice, który przez kolejnych10 lat kwalifikował się do europejskich pucharów. Było to przed 1989 rokiem i potem też. Był wytrawnym graczem. Zawsze wiedział, co i z kim należy załatwiać. Jak trzeba było, to szedł do sekretarza partii, albo do księdza. Doskonale poruszał się po meandrach futbolu, z każdym potrafił dobrze żyć. Jest niekwestionowanym przywódcą. Jak huknie, wszyscy kryją się po kątach. Kiedy w roku 1991 objął funkcję wiceprezesa PZPN, rozpoczął swą grę. Ominęły go wszystkie zawieruchy, związane z dziwnymi często kontraktami, zawieranymi przez związek, choć jego podpis widniał na wielu dokumentach. Był tak silną osobowością, że majestatyczny prezes Kazimierz Górski nie miał cienia wątpliwości, kto powinien zostać jego następcą. Przypomnijmy, było to nie tak dawno temu, w 1995 roku. Cztery lata jego prezesury są obecnie oceniane bardzo krytycznie. Nie brak głosów, że Dziurowicz powinien odpowiadać głową za sprzedawane mecze, machlojki sędziowskie, czy kiepskie wyniki reprezentacji. Popełnił bez wątpienia kilka błędów, choćby z dyskwalifikacją sędziego Czyżniewskiego, czy zerwaniem umowy z firmą Puma, za którą PZPN zapłaci pół miliona marek odszkodowania. Błędem była też zgoda na wypłacanie reprezentantom premii za sukcesy w poszczególnych meczach. Na świecie praktyka jest inna - za przyjazdy na mecze reprezentacji zawodnicy otrzymują tzw. startowe, a wielkie pieniądze dostają dopiero za sukces końcowy, czyli awans do finałów mistrzostw kontynentu lub świata. Dziurowicz tak bardzo chciał dogodzić Januszowi Wójcikowi i jego wybrańcom, że wpadł we własne sidła, bo potem ciągle musiał się kłócić z trenerem i piłkarzami, którzy żądali więcej i więcej. Reprezentacja Polski nigdy dotąd nie miała tak komfortowych warunków, jak obecnie. Wszystkie brudy w polskiej piłce zaczęły się jednak w latach 70. (mógłby coś o tym powiedzieć Zbigniew Boniek), przechodziły bez większego echa w latach 80. (na ten temat mogliby się wypowiedzieć Michał Listkiewicz i Eugeniusz Kolator) i trwają do dziś. Winą Dziurowicza jest to, że nie potrafił, albo nie za bardzo się starał im zaradzić. Nie on pierwszy i, podejrzewam, nie ostatni. Dziurowicz ma co innego na sumieniu. Jego sposób sprawowania funkcji po prostu nie przystaje do dzisiejszych czasów. Prezes najważniejszego związku sportowego nie może być antymedialny. Nie może nie słuchać głosów, które podpowiadają mu: "Marian, nie tak". Nie może grzmieć, gdy inni się z nim nie zgadzają. PZPN nie może być twierdzą warowną, do której wstęp mają tylko sami swoi. Prezes nie może się też otaczać wyłącznie ludźmi, którzy bez szemrania spełniają każde jego polecenie, choć na boku mówią, że to bez sensu. To może było dobre w GKS Katowice, ale nie w PZPN pod koniec XX wieku. Wiadomo, że na takim podejściu Dziurowicza do rzeczywistości zaważyła wojna futbolowa. W jej trakcie czasem dostrzegał wrogów tam, gdzie nie powinien, a atmosfera wojny udzieliła się w codziennej pracy wszystkim ludziom, zatrudnionym w PZPN. Prezesem PZPN nie może być człowiek, którego nie akceptuje szeroko pojęta społeczność piłkarska. Dziurowiczowi nie udowodniono przekrętów, związek działał za jego kadencji może nie doskonale, ale poprawnie. Dziurowicza jednak mało kto akceptuje i to powinno być decydujące. Powinien odejść z klasą i nie kandydować, bo dał słowo. Albo jeszcze raz wygrać i zrezygnować na rzecz tych, którzy są akceptowani. Zbigniew Boniek, Eugeniusz Kolator i Michał Listkiewicz, jak wynika z przedwyborczych sondaży, są akceptowani. Wszyscy mają jedną zaletę - jeśli któryś z nich zostanie prezesem, skończy się atmosfera wojny. Popiera ich zdecydowana większość społeczeństwa na zasadzie "obojętnie kto, byle nie Dziurowicz". Boniek stwierdził na łamach "Rz", że gdyby wybory prezesa odbywały się na wzór wyborów prezydenckich lub parlamentarnych, wygrałby w cuglach. Pewnie ma rację. Jego nazwisko kojarzy się z ostatnimi sukcesami polskiej piłki. Ludzie darzą go szacunkiem za gole, które zdobywał, za to, że jest bogaty, że po zakończeniu kariery piłkarza potrafił rozpocząć drugie życie i osiągnąć sukces w biznesie. Czy zostanie prezesem? Wydaje się, że jest radykalny i może zbyt często uderzać pięścią w stół, choć on deklaruje, że tak się nie stanie. Powszechne przekonanie, nawet mylne, może okazać się decydujące. Z głosów czytelników wynika też, że prezes PZPN nie może kojarzyć się z piwem i powinien być świętszy od żony Cezara (Boniek deklaruje, że nie zrezygnuje z prezesowania firmie Go & Goal, robiącej interesy na rynku piłkarskim). Michał Listkiewicz przyjrzał się piłce nożnej ze wszystkich stron. Był dziennikarzem, sędzią krajowym i międzynarodowym, szefował działowi zagranicznemu PZPN, sprawował funkcję sekretarza generalnego związku, jest członkiem władz Europejskiej Unii Piłkarskiej. Tyle lat spędzonych przez niego na samym szczycie futbolowej hierarchii może u niektórych wywołać lepsze lub gorsze wspomnienia. Listkiewicz funkcjonował przecież w tej piłce, o której wszyscy mówią, że była brudna. Ma jednak świadomość, jak powinien wyglądać kontakt z mediami i jak ma pracować związek. Potrafi dogadać się prawie z każdym. Jeśli zostanie prezesem, związek na pewno miękko wyląduje. Boniek i Listkiewicz chcą na początek narysować grubą kreskę. Eugeniusz Kolator jest ich cieniem. Założenia jego programu są podobne. Wydaje się, że ma mniejsze szanse, ponieważ nie ma mocnego nazwiska i nie jest silną osobowością. Przez lata był kojarzony wyłącznie ze środowiskiem sędziowskim i choć zna działalność związku od podszewki, może mu to nie wystarczyć do zwycięstwa. Polska piłka nożna nie stanie się ani o jotę silniejsza po wyborze nowego prezesa. Podczas poniedziałkowego zjazdu będzie chodziło o poprawienie atmosfery wokół futbolu. Na dobry początek. Sąd nie zakazał Sąd Okręgowy w Warszawie odrzucił w czwartek wniosek UKFiT o wydanie zakazu przeprowadzenia wyborczego walnego zgromadzenia PZPN - poinformował rzecznik PZPN Tomasz Jagodziński. W imieniu prezesa Urzędu Kultury Fizycznej i Turystyki Jacka Dębskiego wniosek do sądu skierowała we wtorek prywatna kancelaria prawnicza reprezentująca ten resort w sporze z PZPN. Sąd Okręgowy uznał wniosek za bezpodstawny, podkreślił Jagodziński. Prezes UKFiT Jacek Dębski nie uznał decyzji sądu za porażkę w sporze z władzami PZPN. "To nawet dobrze, że zjazd się odbędzie, bo być może dojdzie na nim do zmian w polskiej piłce. W sądzie jest złożony wniosek o ustanowienie kuratora dla PZPN. Jeśli nowy prezes będzie gwarantował przeprowadzenie koniecznych reform, to bardzo poważnie rozważę możliwość wycofania tego wniosku", powiedział Jacek Dębski Polskiej Agencji Prasowej. m.c., pap Czy Dziurowicz wystartuje? Marian Dziurowicz jest jednym z kandydatów na stanowisko prezesa PZPN, ale oficjalnie jeszcze ani nie potwierdził, ani nie zaprzeczył, czy stanie w wyborcze szranki. Na piątek zaprosił do Warszawy przedstawicieli pierwszej i drugiej ligi, by omówić zasady pomocy finansowej Związku na rzecz klubów. Spotkanie nie było zbyt udane z powodu słabej frekwencji. PAP cytuje jednego z uczestników spotkania, Ryszarda Raczkowskiego, który przewiduje, że prezes Dziurowicz - po przeliczeniu potencjalnych głosów poparcia - nie zgłosi jednak swojej kandydatury. Dzięki temu będzie mógł z twarzą odejść z zajmowanego stanowiska. Z kolei telewizyjne "Wiadomości" podały, że Dziurowicz zdecydował się kandydować.
Delegaci na zjazd Polskiego Związku Piłki Nożnej, który ma wybrać nowego prezesa, nigdy nie byli w tak komfortowej sytuacji, jak obecnie. Nie ma mowy o żadnych kandydatach przyniesionych w teczce. Jest ich czterech. Marian Dziurowicz, zdaniem obserwatorów, uosabia zło w polskiej piłce i dlatego powinien ustąpić. Zbigniew Boniek, Eugeniusz Kolator i Michał Listkiewicz, jak wynika z sondaży, są akceptowani.
ROZMOWA Ben Affleck, aktor, scenarzysta: Ciągle się boję, że dobra passa nie potrwa długo Pięć minut w sklepie z zabawkami Rz: Kariera pana i pańskiego przyjaciela Matta Damona stała się już niemal hollywoodzkim mitem. Dwaj nieznani aktorzy dostają pewnego dnia Oscara za scenariusz i stają się wielkimi gwiazdami. Można chyba dostać zawrotu głowy? BEN AFFLECK: Mnie się wydaje, że spełniły się moje chłopięce marzenia. Kiedy byłem dzieckiem, w sklepach z zabawkami często były organizowane promocyjne konkursy. W nagrodę zwycięzca mógł wziąć wszystko, co w ciągu pięciu minut udało mu się zebrać z półek. Moja rodzina nie była bogata, więc zasypiając fantazjowałem sobie, że wygrywam taki konkurs. Dzisiaj czuję się właśnie tak, jakby wpuszczono mnie do sklepu z zabawkami i dano te pięć minut. Tylko pięć? Tak, bo miłość publiczności jest krucha. Ciągle boję się, że dobra passa nie potrwa długo. Czasem mam taką czarną wizję, że kończę 50 lat, wszyscy o mnie zapomnieli, a ja nie mam z czego utrzymać żony i dzieci. Mając takie wyobrażenia o sławie i powodzeniu w tym zawodzie, chciał pan mimo wszystko zostać aktorem? Tak, bardzo. I to wbrew rodzicom, którzy uważali moją decyzję niemal za rodzinny kataklizm. Ale byłem uparty. Nie ukrywam, spodobało mi się łatwe życie. Miałem jako dziecko swojego agenta, tego samego co Matt Damon, z którym przyjaźniliśmy się "od zawsze". Grałem w reklamówce "Burger Kinga", występowałem w telewizyjnych show. Ludzie zaczynali mnie rozpoznawać na ulicy, mówili: "Patrz, to ten dzieciak z telewizji". A poza tym zarabiałem znacznie więcej niż matka i ojciec razem wzięci. I co pan z tymi pieniędzmi robił? Mama, która pracowała w szkole, miała nadzieję, że odkładam je na "porządne" studia. Ale pieniądze nigdy mnie się nie trzymały. Wszystko przepuszczałem. Zapraszałem kolegów i całe dnie bawiliśmy się, jedliśmy i piliśmy w różnych restauracjach. Wyciągi z banku chowałem pod materac. A co to była za awantura, kiedy pewnego dnia moja matka, zmieniając mi pościel, znalazła te rachunki! Miałem wtedy 16 lat. Po skończeniu szkoły pojechaliśmy z przyjaciółmi do Los Angeles. I było to samo. Raz na wozie, raz pod wozem, ale częściej to drugie. Kiedy trochę zarobiłem, wynajęliśmy fantastyczny dom w Malibu, tuż obok plaży, a już za chwilę nie wiedzieliśmy, za co go utrzymać. Te pierwsze lata były podobno dla was - pana i Matta Damona - bardzo trudne. Szwędaliśmy po Hollywoodzie, jak tysiące innych aktorów, którzy czekają na swoją szansę. Zacząłem wpadać w kompleksy. Agent powtarzał mi, że jestem za gruby i mam otłuszczoną, dziecięcą twarz. Bałem się, że zawsze będę grał ogony, że nikt nie da mi głównej roli. Ale w Hollywood może zdarzyć się wszystko, potrzebny jest łut szczęścia. Nam szczęście przyniósł Kevin Smith. Dał mi rolę w "Pogoni za Amy", a potem pokazał nasz scenariusz "Buntownik z wyboru" Harveyowi Weinsteinowi z "Miramaxu". Był taki moment, gdy zaczęto podejrzewać, że nie napisaliście go sami, że naprawdę krył się za waszymi nazwiskami William Goldman. Te plotki doprowadzały mnie do szewskiej pasji. Do dzisiaj mam wszystkie notatki i kolejne wersje tekstu w komputerze. Poza tym była tam cząstka moich własnych przeżyć. Mój ojciec był aktorem. Gdyby nie pił, zaszedłby daleko. Ale tak czasem bywa w tym zawodzie - stres jest nie do wytrzymania. Ojciec musiał robić różne rzeczy, żeby nas utrzymać. Pracował jako barman i jako woźny w Harvardzie. Pamiętam, jak niektórzy studenci patrzyli na niego z góry, choć był naprawdę fajnym facetem. Coś z tamtej atmosfery znalazło się w "Buntowniku z wyboru". Ojciec był dumny, kiedy dostał pan Oscara? Bardzo. Ale na uroczystość nie chciał przyjechać. "Obejrzę w telewizji - powiedział. Wolałbym, żeby tam był, ale musiałem uszanować jego wolę. Po Oscarze gra pan główne role. Jak pan je wybiera? Różnie. Za "W pogoni za Amy" dostałem 250 tys. dolarów, więc fantastycznie było zagrać w "Armageddonie", gdzie zapłacono mi kilka milionów. Dla takiego chłopaka jak ja to zawrotna suma. Ale potem pomyślałem sobie: "Dość, za żadne pieniądze nie warto grać w byle czym". Kocham duże filmy i małe filmy, ale pod warunkiem, że są na poziomie. Czy doświadczenie scenarzysty sprawia, że inaczej pracuje pan nad swoimi rolami, napisanymi przez kogoś innego? Ludzie na ogół myślą, że będę zmieniał bohaterów, kształtował ich od nowa. Jest odwrotnie. Pisanie nauczyło mnie szacunku dla cudzego tekstu. Aktor dostając do ręki scenariusz, zaczyna się zastanawiać, jak dopasować rolę do siebie, do swojego temperamentu, charakteru. Zrozumiałem, że taka postawa wynika z lenistwa i chęci chodzenia na łatwiznę. Najpierw trzeba spróbować zrozumieć, o co chodziło scenarzyście, pójść za jego słowem, za jego myśleniem. Pewnie, trzeba temu poświęcić trochę czasu. Ale warto. Jak pan znosi popularność, jaka towarzyszy panu od kilku lat? Tęskniłem za tą popularnością od dziecka, więc teraz nie mogę narzekać. Najgorsza jest utrata prywatności. To, że spotykasz się z dziewczyną, a jutro wasze zdjęcie jest w każdym brukowcu. Dlatego, kiedy zaczęliśmy się widywać z Gwyneth Paltrow, obiecaliśmy sobie, że nigdy nie będziemy opowiadali o naszym związku prasie. No i nie udało się. Bo i tak wszędzie były nasze wspólne fotografie, a każdy niemal wywiad zaczynał się od pytań o tę miłość. Ciężko też znoszę, gdy nagle dziennikarze zaczynają o mnie pisać jako o symbolu seksu. Kompletna bzdura. Ale poza tym - miło być znanym. Miło, gdy ludzie widzą i doceniają twoją pracę. Wreszcie też nie muszę myśleć o tym, że jak pójdę zagrać do kasyna, to jutro nie starczy mi na bułkę. A ten zawrót głowy, o który pytałam na początku? Na to nie ma czasu. W ogóle na nic nie ma czasu. Przychodzi taki moment, że zaczyna się myśleć tylko o swojej karierze. Wszystko kręci się wokół filmów, ich promocji. Człowiek ciągle jest w podróży, a każdy film przynosi diametralną zmianę. Przez kilka miesięcy spotykasz się z jakimiś ludźmi, członkami jednej ekipy, zaprzyjaźniasz się z nimi. Potem zaczynasz nowy film i otaczają cię nowi ludzie. Istny kołowrotek! Jak długo można tak wytrzymać? Kiedy trwa dobra passa, aktor musi się jej poddać, chwytać różne okazje, żyć w ciągłej gotowości. To jest wyzwanie. A jak długo tak można - jeszcze nie wiem. Choć zdaję sobie sprawę, że kiedyś trzeba powiedzieć stop. Wszyscy aktorzy to robią. Nawet tak zajęci jak Sean Penn czy Mel Gibson. Bo w końcu chcą pobyć z rodziną, z dziećmi. Pan wszedł do kina razem z Mattem Damonem. Graliście razem w "Buntowniku z wyboru", potem w "Dogmie". Ale wasze filmowe drogi coraz bardziej się rozchodzą. Czy udaje się wam pielęgnować swoją przyjaźń? Znamy się od dziewiątego roku życia. Matt mieszkał dwie ulice ode mnie, mieliśmy te same marzenia i tego samego agenta. Potem razem wyruszyliśmy do Los Angeles, razem tam mieszkaliśmy i razem walczyliśmy. Dzisiaj, nie zaprzeczam, bardzo trudno jest nam utrzymać dawną intensywność kontaktów. Rzadziej widuję się z Mattem, tak jak rzadziej widuję się z moją matką i bratem. Ale staram się. Wkładam wiele wysiłku, żeby te więzi, te przyjaźnie utrzymać. Mam zresztą nadzieję, że znów uda nam się coś razem z Mattem napisać. Marzenia małego Bena spełniły się. A o czym marzy Ben trzydziestoletni - gwiazda Hollywoodu? O tym, żeby się z tego pięknego snu nie obudzić. Rozmawiała Barbara Hollender
Kariera pana i Matta Damona stała się hollywoodzkim mitem. Dwaj nieznani aktorzy dostają Oscara. Kiedy byłem dzieckiem, w sklepach z zabawkami były organizowane konkursy. W nagrodę zwycięzca mógł wziąć wszystko, co w ciągu pięciu minut udało mu się zebrać z półek. Dzisiaj czuję się tak, jakby wpuszczono mnie do sklepu z zabawkami i dano te pięć minut. boję się, że dobra passa nie potrwa długo. chciał pan zostać aktorem?Tak. I to wbrew rodzicom. Ale byłem uparty. pierwsze lata były trudne. Ale w Hollywood może zdarzyć się wszystko. Nam szczęście przyniósł Kevin Smith. Dał mi rolę w "Pogoni za Amy", a potem pokazał nasz scenariusz "Buntownik z wyboru" Harveyowi Weinsteinowi. Tęskniłem za popularnością od dziecka, więc teraz nie mogę narzekać. Najgorsza jest utrata prywatności.
UKRAINA W zniszczonej podczas osunięcia ziemi wiosce prezydent Leonid Kuczma już wygrał październikowe wybory Przedwyborczy kataklizm w Kostyńcach Po wiosennych ulewnych deszczach namokłe warstwy ziemi oddzieliły się od leżących poniżej pokładów gliny i zaczęły się zsuwać po zboczu. FOT. PIOTR KOŚCIŃSKI PIOTR KOŚCIŃSKI z Czerniowiec Tę straszną noc zapamiętają wszyscy. Ziemia huczała, domy trzeszczały, zawalały się ściany. W niewielkiej wiosce koło Czerniowiec osunął się grunt, niszcząc 120 gospodarstw. Prawdziwy koniec świata. A jednak Kostyńce na tej tragedii zyskały. Kostyńce. Czterdzieści kilometrów na zachód od miasta Czerniowce na Ukrainie, kilkanaście kilometrów od Prutu, ze trzydzieści - od dawnej przedwojennej granicy rumuńsko-polskiej niedaleko Śniatynia. Teren jest górzysty, wioska położona na stoku niewielkiego gliniastego wzgórza. To właśnie tu w nocy z 17 na 18 marca tego roku wydarzyła się największa w ostatnich latach tragedia w obwodzie czerniowieckim. Część zbocza osunęła się, niszcząc domy i drogi, pola i sady. Natychmiast zorganizowano pomoc, przyjechali żołnierze. Ewakuowano ludzi i dobytek. Na szczęście dla poszkodowanych rozmiary katastrofy nie były wielkie, a przed zbliżającymi się wyborami prezydenckimi - wyjątkowa rzecz nie tylko na Ukrainie - każdy z nich dostał od państwa spore odszkodowanie za zniszczone mienie. Ale zniszczeniom nie ma końca. Ziemia wciąż się osuwa, małe szczeliny się powiększają, zamieniają się w rozpadliny. Domy pękają dalej, a geolodzy ostrzegają: wciąż jest niebezpiecznie. W obwodzie czerniowieckim takich niebezpiecznych miejsc są setki. Ziemia wokół dudniła Niewielki budynek został zniszczony niemal całkowicie. W środku - ruina, potrzaskany dach oparł się na szczątkach ścian. Starsza kobieta o pomarszczonej twarzy czegoś szuka, przeciska się pomiędzy zwałami cegieł i drewnianymi belkami ze zniszczonego dachu. - To mój dom - odpowiada, wycierając rękawem łzy. - Jak to było? Ano, zaczęło trzeszczeć, łamać się, ziemia wokół dudniła, to uciekłam... Teraz mieszka u rodziny, ale gdy tylko może, wraca do swej wsi. Za zniszczony dom dostała 12 tys. hrywien (około 12 tysięcy złotych). Nie kupiła nowego, choć taka kwota powinna wystarczyć na niewielki dom. Ale trudno tak po prostu odejść, zostawić coś, co się przez tyle lat budowało, zamieszkać samej w nowym miejscu. Niedaleko, przy dziwacznie spękanej wiejskiej drodze, stoi inny budynek. Dwóch mężczyzn pracowicie odrywa deski i drewniane podpory dachu. Trzeci wyciąga z desek pordzewiałe gwoździe - może się jeszcze przydadzą. - Trzeba się stąd wynosić - mówi właścicielka zrujnowanego domu. - Bóg chyba nas pokarał za grzechy... A w Kostyńcach mieszkać nie chcę. Ziemia ciągle się rusza, szczeliny w murach domu i budynków gospodarskich coraz szersze. A i gaz jakiś spod ziemi się wydobywa, ludzie na gardło chorują, liście żółkną... Tu już się żyć nie da. Dostała 19 tysięcy hrywien odszkodowania. - I co ja za to porządnego kupię? Ceny poszły w górę - żali się. - Teraz co najmniej siedem tysięcy dolarów chcą za dom. Nawet dla tych, którzy nie ucierpieli, katastrofa oznaczała koniec bardzo trudnych, ale względnie spokojnych czasów. Zdradliwe rozpadliny - W Bukowinie (obwód czerniowiecki zajmuje jej północną część - przyp. red.) zarówno wypadki osunięć gruntu, jak i powodzie to rzeczy normalne - mówi Wacław Skibickyj, szef obwodowego Zarządu ds. Sytuacji Nadzwyczajnych. - Cztery lata temu ziemia "ruszyła" w Czerniowcach przy ulicy Odesskiej. W obwodzie jest półtora tysiąca takich zagrożonych miejsc. Najniebezpieczniejsze są rejony górskie, w tym storożyniecki. Właśnie tam leży wieś Kostyńce. Zastępca naczelnika, Walerij Koncewycz, wyjaśnia przyczynę osuwania się terenu. - Na twardej glinie leży warstwa ziemi. W tym roku poziom wód gruntowych z powodu ulewnych deszczów znacznie się podniósł. Namokła ziemia oddzieliła się od gliny. Pomógł silny wiatr... - mówi. - W Kostyńcach ziemia osuwała w promieniu ośmiuset metrów. Akcję ratunkową prowadziły dwa bataliony Ministerstwa Sytuacji Nadzwyczajnych. W trudnych warunkach - śnieg z deszczem, zniszczone drogi, zdradliwe rozpadliny - ratowały ludzi i ich dobytek. Nikt nie ucierpiał, ale straty były duże. - Geolodzy mają ocenić, czy niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Wtedy w Kostyńcach będzie można żyć normalnie - wyjaśnia naczelnik Skibickyj. Ale do samej wioski docierają sprzeczne wieści. - Mówią nam, że cała wioska ciągle będzie się przesuwać: najpierw będzie "jechać" naprzód, a potem trochę się cofać, i tak w kółko - mówi Leontyna Krusznicka, pracownica rady. We wsi nikt nie wie, czy specjaliści próbują coś zrobić na wypadek, gdyby historia miała się powtórzyć. Kiedy wycina się las na zboczu, jedni twierdzą, że to źle, bo korzenie utrzymywały ziemię, a teraz wierzchnia warstwa "zjedzie" w dół. Inni mówią, że dobrze, bo pod ciężarem drzew ziemia znów mogłaby zacząć się obsuwać. Dary podzieliły Kostyńce W Kostyńcach nic nie będzie już takie jak dawniej. Choć tragedia nie dotknęła wszystkich, to przecież wpłynęła na życie wioski. Mieszka tu ponad tysiąc osób, niemal sami Ukraińcy, choć w obwodzie żyje wielu Rumunów (przed wojną należał do Rumunii). Kiedyś był tu sprawnie działający (podobno) kołchoz, do którego należały wspaniałe, głównie czereśniowe sady. Teraz jest bankrutująca od czterech lat prywatna "agrofirma", która miesiącami nie płaci pensji swym pracownikom. Jest szkoła podstawowa i nawet malutka szkoła muzyczna - w tym roku skończyło ją sześciu uczniów. Jest też kilka sklepów. Ot, wioska położona na uboczu głównych dróg. Wioska się podzieliła na tych, których dotknęła "ziemna" katastrofa, i pozostałych. Poszkodowani dostali mnóstwo darów - żywność, odzież - i pieniądze. Jak na biedną ukraińską wieś - ogromne pieniądze! - Ludzie są zadowoleni - mówi naczelnik Skibickyj. - Żyjemy jak Cyganie, ale ludzie są zadowoleni - zgadza się Leontyna Krusznicka. Przed radą wiejską stoi tablica informacyjna z dziesiątkami poprzyklejanych karteczek - ofert sprzedaży domów w bliższych i dalszych wioskach. Kilkanaście osób postanowiło pozostać w Kostyńcach, ponad pięćdziesiąt zdecydowało się przenieść dalej, kilkanaście kupiło działki i się buduje. Inni czekają. Ceny domów w okolicy po nagłym wzroście podobno zaczęły spadać - nagły i niespodziewany boom się skończył. Poszkodowani liczą tymczasem na kolejne dary, kolejne ulgi. A i reszta wsi ma nadzieję, że i jej coś się trafi, tym bardziej że zagrożone są całe Kostyńce. 120 rodzinom obiecano, że jeśli ich dzieci właśnie teraz kończą szkołę, to jako pierwsze będą przyjmowane na studia. Reszta wsi chciałaby, żeby dotyczyło to wszystkich. Nauczycielka z miejscowej szkoły żali się pani Leontynie, że ze spisu uprzywilejowanych dzieci skreślono dziewczynę, która skończyła naukę w zeszłym roku, nie dostała się na studia i teraz znów chce próbować. - Też powinna być na liście! - mówi. - Ale szkołę skończyła rok temu - oponuje Leontyna Krusznicka. - Przecież będzie zdawać teraz... - tłumaczy nauczycielka. - Wszyscy chcieliby jakoś skorzystać na tej małej katastrofie. I nasza wieś, i sąsiednie wioski - wzdycha pani Krusznicka. - A jeśli ktoś ma jakieś pretensje, to do nas, do rady wiejskiej. Odszkodowania i wybory A do Kostyńców zawitała wielka polityka. Prezydent we wsi! Wacław Skibickyj podkreśla, że jest to chyba jedyna wieś, do której dwukrotnie przyjechał prezydent Leonid Kuczma, a także szefowie resortów, z samym ministrem do spraw sytuacji nadzwyczajnych Wasylem Durdyńcem. To zdarza się bardzo rzadko. W Kostyńcach same odszkodowania wyniosły ponad 2 miliony hrywien. Wypłacono je z kasy państwowej. Poszkodowani otrzymali również pomoc rzeczową za dobrych kilkadziesiąt tysięcy. Mieszkańcy wsi zatopionych podczas ubiegłorocznej powodzi na Zakarpaciu tyle nie dostali, po rozmaitych małych ziemnych katastrofach w obwodzie czerniowieckim w ogóle nie przyznaje się rekompensat. Tam zniszczonych zostało "tylko" kilka domów. Ale zbliżają się wybory prezydenckie i trzeba było chyba pokazać, że władza troszczy się o ludzi. Mieszkańcy wsi odwdzięczyli się Kuczmie i wysunęli jego kandydaturę na prezydenta Ukrainy. Przy wjeździe do wsi, nad wysypaną tłuczniem wiejską drogą powiewa transparent: "Kostyńce popierają prezydenta Leonida Kuczmę". Kuczma ma przed sobą ciężką kampanię, ale w Kostyńcach już wygrał październikowe wybory.
W wiosce koło Czerniowiec osunął się grunt, niszcząc 120 gospodarstw. W Kostyńcach nic nie będzie już takie jak dawniej. Wioska się podzieliła na tych, których dotknęła katastrofa, i pozostałych. Poszkodowani dostali mnóstwo darów i pieniądze. przyjechał prezydent Leonid Kuczma. odszkodowania wyniosły 2 miliony hrywien. zbliżają się wybory prezydenckie i trzeba było pokazać, że władza troszczy się o ludzi. Mieszkańcy wsi odwdzięczyli się Kuczmie.
Pracownicy Biblioteki Raczyńskich protestują przeciwko uwłaszczeniu Telekomunikacji na gruncie, który niegdyś hrabia darował narodowi polskiemu Spadkowa próba honoru Hrabia Edward Raczyński kupił w Poznaniu opodal rynku dużą działkę, przy której zbudował pałac. Pruskim urzędnikom tłumaczył, że pałac stawia na nową siedzibę rodową, w rzeczywistości urządził bibliotekę FOT. (C) MARIUSZ FORECKI/TAMTAM HARALD KITTEL Byłoby dla Poznania lepiej, gdyby 172 lata temu hrabia Edward Raczyński nie darowywał narodowi polskiemu ufundowanej przez siebie biblioteki wraz z obszerną działką. Hrabia nie mógł wiedzieć, że sprawa własności jego darowizny wywoła w mieście wielką kłótnię, podzieli urzędników, bibliotekarzy postawi na baczność i zmusi do walki o schedę po szlachetnym darczyńcy, a poznaniaków zachęci do organizowania demonstracji w obronie książnicy. Hrabia Edward Raczyński kupił w Poznaniu opodal rynku dużą działkę, przy której zbudował pałac. Pruskim urzędnikom tłumaczył, że pałac stawia na nową siedzibę rodową, w rzeczywistości urządził bibliotekę. Książnicę umyślił za swojego życia podarować narodowi. Zarząd powierzył fundacji, a nieruchomości dał na własność miastu. Już na początku książnica miała księgozbiór liczący 13 tysięcy woluminów. Wśród nich wiele specjalistycznych dzieł z niemal wszystkich dziedzin wiedzy. Pech fundacji hrabiego W pierwszej wojnie światowej żelazny kapitał, który miał bibliotekę zabezpieczyć na długie lata, przepadł. W tarapaty wpadła fundacja zarządzająca biblioteką. - Ostatnie posiedzenie zarządu odbyło się 30 maja 1924 roku. Był na nim prezydent Poznania Cyryl Ratajski. Na zebraniu ustalono, że kuratelę nad biblioteką przejmuje miasto. Grunt i gmach książnicy od tej chwili należały do miasta - mówi miejski urzędnik, który prosi o nieujawnianie nazwiska. Oryginalny protokół spotkania podaje: "Prezydent Ratajski oświadcza, że fundacja zadanie swoje spełniła, a ponieważ jej majątek został przez wojnę zniszczony, więc bibljotekę utrzymuje miasto. [...] Ponieważ niektórzy członkowie kuratorjum, jak p. Wojewoda i p. Marszałek Sejmiku Wojewódzkiego często się zmieniają, jest opieka miejska najtrwalszą, tem więcej, że grunt i budynek są własnością miasta". Drugiej wojny gmach nie przetrwał. Spłonął w lutym 1945 roku. Część najcenniejszych zbiorów uratowano. Biblioteka została odbudowana i oddana do użytku w 1956 roku. W 1950 roku ustawa orzekła, że nieruchomości należące do samorządów przejdą na własność państwa. Tak Biblioteka Raczyńskich w momencie otwarcia i działka, która do niej przylega, były znacjonalizowane. Choć kilka razy chciano gmach rozbudować, nigdy się to nie udało. W 1973 roku część parceli bibliotecznej na tyłach książnicy została oddzielona. Na niej i sąsiednich działkach zamierzano zbudować miejskie centrum telekomunikacji. Powstał projekt, zgodnie z którym biblioteka miała dostać część powierzchni. Nic nie zbudowano. W 1977 roku teren, który hrabia Raczyński zostawił bibliotece, dostało na centralę telefoniczną Przedsiębiorstwo Państwowe Poczta Polska, Telegraf i Telefon. Centrala nie powstała, a gdy przedsiębiorstwo podzielono na dwa: Pocztę i Telekomunikację Polską, ziemię wzięła ta druga. Od tamtej pory tysiącem metrów, podarowanych kiedyś przez hrabiego razem z biblioteką narodowi, zarządzała Telekomunikacja Polska. Tajne przekazanie Dwa lata temu wybuchła bomba: działka pod rozbudowę biblioteki ma prywatnego właściciela. Wojewoda Telekomunikację uwłaszczył jednym podpisem. - Nikt tu nie wiedział o przekazaniu bibliotecznego gruntu Telekomunikacji Polskiej. To była najściślejsza tajemnica, którą znało zaledwie kilka osób. Na pewno nie wiedziały o tym władze miasta ani dyrekcja biblioteki, sprawdziliśmy to - mówi proszący o anonimowość bibliotekarz. "W 1993 roku wojewoda poznański wydał decyzję o ustanowieniu Telekomunikacji Polskiej wieczystym użytkownikiem tego terenu", podało pismo Biblioteki Raczyńskich "Winieta" w lutym 1999 roku. Rok przed tą publikacją firma została wpisana do ksiąg wieczystych jako użytkownik. - Sześć lat sprawa była całkowicie tajna - mówi pracownica biblioteki. - Dowiedzieliśmy się o niej przypadkowo. Dyrektor biblioteki Wojciech Spaleniak opisał w "Winiecie" latem 1998 roku wizytę Joanny Wnuk-Nazarowej, ówczesnej minister kultury i sztuki w książnicy. "Skoncentrowaliśmy się głównie na kwestii przyszłej rozbudowy", pisze dyrektor Spaleniak. W tym samym czasie Telekomunikacja była właścicielem gruntu przeznaczonego przez hrabiego pod przyszłą rozbudowę. Plany dyrektora były mrzonkami. - Byłam wtedy członkiem zarządu miasta. Nie wiedzieliśmy o tym fakcie - mówi radna Katarzyna Kretkowska. Teraz władze Poznania muszą szanować decyzję wojewody. - Miasto nie było stroną i dowiedziało się o tym po fakcie - uważa wiceprezydent Maciej Frankiewicz. Ruszenie bibliotekarzy Pracownicy Biblioteki Raczyńskich nie zgadzają się z uwłaszczeniem Telekomunikacji na gruncie, który darował hrabia. - To miała być biblioteka. Dobro narodowe, polskie. I dlatego założyliśmy stowarzyszenie, które teraz walczy o dar hrabiego - mówi pracownica biblioteki. Pierwsze zebranie odbyło się 7 czerwca ubiegłego roku. Stowarzyszenie od razu skrytykowało porozumienie zarządu miasta z Telekomunikacją. - To był list intencyjny. Zresztą teraz już nieważny - mówi przewodniczący Komisji Kultury w Radzie Miasta profesor Jan Skuratowicz. Bibliotekarze nagłośnili sprawę przejęcia gruntu. Przygotowano dwa wielkie happeningi na placu Wolności przed biblioteką. Zaczęło się zbieranie podpisów i wysyłanie protestów. Związek Literatów Polskich w Poznaniu: "Ten akt nie jest pomyłką, lecz świadomym przekroczeniem prawa usankcjonowanego historią i tradycją naszego regionu. Nie powinno się realizować interesów spółki akcyjnej kosztem wspólnych interesów społeczności naszego miasta". - Postępowanie urzędników i prywatnej spółki jest naganne - mówi Przemysław Bystrzycki, wiceprezes stowarzyszenia. - To są już kwestie honorowe. Telekomunikacja chce coś stawiać na terenie, który został darowany na bibliotekę, a został nikczemnie odebrany bibliotece decyzjami peerelowskich urzędników, których postanowienia są dziś potwierdzane. Antenat zdradzony "Wydaje nam się, iż darowizna Edwarda Raczyńskiego nie może być złamana i do tego nie przez władze komunistyczne, ale przez przedstawicieli uczciwego samorządu! Jako osoby zainteresowane tym, co rodzina Raczyńskich zrobiła dla Wielkopolski i w ogóle dla Polski - jesteśmy córkami prezydenta RP na uchodźstwie, również Edwarda - sprzeciwiamy się z głębi serca temu projektowi", napisały w liście do prezydenta Poznania Wanda Dembińska, Wirydiana Rey i Katarzyna Raczyńska. Prapraprawnuczka dobroczyńcy poznaniaków Edwarda hr. Raczyńskiego - Cecylia Rey - jest oburzona postępowaniem władz Poznania. "Naszym pragnieniem jest, by wola naszego dziada została uszanowana", napisała do Towarzystwa Przyjaciół Biblioteki Raczyńskich. Podobnie oburzony jest Stanisław Rostworowski, starosta Koła Nałęczów. Przysłał do Poznania wyrazy poparcia. - Nikt tu naprawdę nie chce, żeby bibliotekę na siłę uszczęśliwiać. Tylu poznaniaków dzwoniło do nas z poparciem, że mamy obowiązek walczyć - mówi bibliotekarz. Zyskowny układ Władze Poznania utrzymują, iż miasto zyska na układzie z Telekomunikacją Polską. Za wpłacone 30 mln zł otrzyma na własność powierzchnię dla książek. - To jest najlepsze w tej chwili wyjście z sytuacji. Działka należy do Telekomunikacji, przeszła w jej ręce w zgodzie z prawem. A że kiedyś była darowana na rozbudowę biblioteki? Ależ tutaj w planowanej siedzibie Telekomunikacji będzie 6 tysięcy metrów dla biblioteki - mówi dyrektor Wojciech Spaleniak. - Dostaniemy magazyny biblioteczne, skarbiec biblioteczny, wszystko nowoczesne i z zachowaniem wszelkich rygorów. To będą pomieszczenia dla biblioteki. Prowadzimy rozmowy z Telekomunikacją, biorę w nich udział, bierze zarząd miasta. Wszyscy się zgadzają, że biblioteka musi się rozbudowywać i się rozbuduje. Tylko gmach będzie zbudowany nie przez nas ani nie przez miasto, ale przez TP SA. Wojciech Spaleniak mówi, że tak naprawdę to w snach widzi na tyłach biblioteki jej nowe skrzydło przeznaczone w całości na książki. Zbudowane przez bibliotekę dla niej samej. Ale zaraz się mityguje i mówi, że tak się nie da. - Jeśli się rozmowy wreszcie zakończą porozumieniem, będziemy mieli bibliotekę najpóźniej za trzy lata - planuje Spaleniak. - Są prowadzone rozmowy i w tej chwili to jedyne wyjście. Plany się skoryguje - mówi prof. Skuratowicz. - Nie ma innego sposobu na budowę pomieszczeń dla biblioteki. Rzecznik prasowy Telekomunikacji wciąż podkreśla, że jego firma wcale nie chce krzywdy biblioteki. - Nie wiem, czego ludzie się obawiają. Nie zgadzamy się ze stwierdzeniem, że Telekomunikacja chce rozbić bibliotekę - mówi Piotr Kostrzewski, rzecznik prasowy poznańskiej TP SA. - Biblioteka, która jako instytucja miejska nie może liczyć na duże pieniądze, mogłaby pod naszym mecenatem wykorzystywać najnowsze zdobycze techniki, tworząc choćby czytelnię internetową. Jest to dla niej jedyna dziś szansa na rozbudowę. Nie ustąpimy jednak ze swego tytułu do gruntu, gdyż mamy do niego pełne prawo. - Tylko tak wprowadzimy się do gotowego budynku. Sami nigdy nie znajdziemy pieniędzy, bo miasto ich nie ma - mówi Spaleniak. Prawo nie protestuje W sylwestra ubiegłego roku wygasła decyzja prezydenta o warunkach zabudowy terenu za biblioteką. Mimo to po pięciu dniach Telekomunikacja miała już nową decyzję, która przedłużyła wygasłe warunki do 30 maja 2002 roku. - Na takie decyzje o warunkach zabudowy czeka się miesiącami. Dlaczego Telekomunikacja dostała je od ręki? - pyta jeden z bibliotekarzy. Choć urzędnicy podkreślają, że prawo nie zostało złamane i wszystko jest w najlepszym porządku, Samorządowe Kolegium Odwoławcze wszczęło w sprawie tej decyzji postępowanie administracyjne. Ma ono ewentualnie stwierdzić nieważność decyzji prezydenta Poznania. Kolegium poprosiło magistrat o przesłanie akt sprawy z "wypisem z tekstu i wyrysem z planu zagospodarowania przestrzennego obowiązującego dla tego terenu". Nikt nie wie, co wyniknie z tej sprawy i jak się ona skończy. - Problem w tym, że centrum Poznania nie ma szczegółowego planu zagospodarowania terenu. Jest tylko ogólny - mówi prof. Jan Skuratowicz. Na tym planie biblioteka i działka na jej tyłach to zaledwie mały kwadracik. Przemysław Bystrzycki, wiceprezes stowarzyszenia, opisał historię biblioteki w piśmie do ministra sprawiedliwości. Wydział Skarg i Wniosków Ministerstwa Sprawiedliwości odesłał pismo do Prokuratury Okręgowej w Poznaniu. O bibliotekę walczy też działająca w niej "Solidarność". Jej przewodnicząca Gwidona Kempińska wniosła skargę do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Jej zdaniem warto sprawdzić, czy firma jest faktycznym spadkobiercą Przedsiębiorstwa Państwowego Poczta Polska, Telegraf i Telefon. Według niej nie. Wyroku jeszcze nie ma. Bezsilność bibliotekarzy - Nawet jeśli wywalczymy unieważnienie decyzji o warunkach zabudowy, to i tak nic się nie zmieni. Przecież Telekomunikacja postawi tu sobie, co będzie chciała. A gdy się na nas obrazi, to i bibliotekę gotowa wykurzyć już całkiem - mówią pracownicy książnicy. Bojownicy o książkę w większości nie chcą ujawniać nazwisk. - Zarząd miasta lubi Telekomunikację. My jej nie lubimy, dlatego miasto może nas znienawidzić. A wtedy wyrzucą nas z pracy, bo przecież biblioteka jest miejska - mówią. I ostrożnie walczą dalej. -
Byłoby dla Poznania lepiej, gdyby 172 lata temu hrabia Edward Raczyński nie darowywał narodowi polskiemu ufundowanej przez siebie biblioteki wraz z działką. Hrabia nie mógł wiedzieć, że sprawa własności jego darowizny wywoła wielką kłótnię.W 1977 roku teren, który hrabia Raczyński zostawił bibliotece, dostało na centralę telefoniczną Przedsiębiorstwo Państwowe Poczta Polska, Telegraf i Telefon. Dwa lata temu wybuchła bomba: działka pod rozbudowę biblioteki ma prywatnego właściciela. "W 1993 roku wojewoda poznański wydał decyzję o ustanowieniu Telekomunikacji Polskiej wieczystym użytkownikiem tego terenu". Pracownicy Biblioteki Raczyńskich nie zgadzają się z uwłaszczeniem Telekomunikacji na gruncie, który darował hrabia.- To miała być biblioteka. Dobro narodowe. I dlatego założyliśmy stowarzyszenie, które teraz walczy o dar hrabiego - mówi pracownica biblioteki. Władze Poznania utrzymują, iż miasto zyska na układzie z Telekomunikacją Polską. Za wpłacone 30 mln zł otrzyma na własność powierzchnię dla książek.- To jest najlepsze w tej chwili wyjście z sytuacji - mówi dyrektor Wojciech Spaleniak.
W Lutku pod Olsztynkiem samowole budowlane nie mogą zostać rozebrane, bo urzędnicy pomylili paragrafy Z letnikami jest problem Większość letnisk we wsi Lutek koło Olsztynka to samowole budowlane postawione na działkach rolnych przez mieszkańców Warszawy. FOT. PIOTR PŁACZKOWSKI Iwona Trusewicz Przez ostatnie kilkanaście lat przepis na daczę na Mazurach był prosty: kupić od chłopa kawałek pola. Postawić "coś" na betonowych słupkach, by nie dotykało ziemi. Zanim urzędy zaczną działać, pole zamieni się w ogród, a kontener w prawdziwy dom. Wtedy można wystąpić o legalizację samowoli. Takich miejsc na Warmii i Mazurach są setki. Lutek w gminie Olsztynek to wieś złożona z kilku gospodarstw i ponad setki dacz oblepiających maleńkie jezioro i okoliczne wzgórza. Część domów stoi nad samą wodą, zagrodzone posesje uniemożliwiają przechadzkę wokół jeziora. Gmina nie skanalizowała wsi, nie wie dokładnie, gdzie podziewają się ścieki. Część dacz nie ma szamb. Większość letnisk to samowole budowlane postawione na działkach rolnych bez pozwoleń przez mieszkańców Warszawy. Dawno powinny zostać rozebrane. Urzędy działają jednak wolno. A kiedy w końcu podejmą decyzję o rozbiórce, zaczyna się kontredans odwołań. I choć odwołanie nie wstrzymuje wykonania decyzji, urzędnicy czekają na ostateczną decyzję Naczelnego Sądu Administracyjnego. W latach 2000 i 2001 NSA rozpatrzył 19 skarg letników z Lutka na decyzję wojewody warmińsko-mazurskiego z 1998 r. o rozbiórce postawionych bez pozwoleń dacz. Sąd przyznał, że są one bez wątpienia samowolami budowlanymi. Następnie wydał wyrok korzystny dla... letników: osiemnaście skarg uznał za zasadne, bo decydując o rozbiórce, urzędnicy, tak gminni, jak i wojewody, powołali się na nieodpowiedni paragraf. Ogłoszenie na Ursynowie Historia zaczęła się w 1991 r. W lokalnej gazecie wychodzącej na warszawskim Ursynowie ukazało się ogłoszenie o sprzedaży atrakcyjnie położonych działek na Mazurach. Zebrało się ponad sześćdziesięciu chętnych. W październiku podpisali notarialną umowę kupna sprzedaży 11,2 ha ziemi położonej w Lutku na zalesionym wzgórzu górującym nad północnym końcem jeziora. - Kupując tę ziemię, nie miałam pojęcia o przepisach. Myślałam, że są to działki rekreacyjne, a okazało się, że to grunty rolne. Nie znałam też przepisów budowlanych, ale znajomi powiedzieli mi, że jak postawię kontener pięć na siedem metrów na filarach, to nie potrzebuję na to pozwolenia - opowiada Jolanta Jagodzińska. Podobnie postąpili pozostali kupujący. W rezultacie wzgórze upstrzone zostało budowlami nijak mającymi się do urody okolicy i architektonicznej tradycji Mazur, zgodnie z którą w Lutku budowano domy z cegły lub drewna z dwuspadowymi dachami krytymi dachówką. - Zdaję sobie sprawę, że postąpiłam wbrew prawu, ale tak jak sąsiedzi chciałam daczę zalegalizować, a gmina chciała w Lutku mieć wzorcową ekologiczną wieś, więc my założyliśmy stowarzyszenie, a gmina podpisała z nami porozumienie - dodaje Jolanta Jagodzińska. Wzorowa wieś Stowarzyszenie Prywatnych Właścicieli Działek "Lutek '93" miało, wspólnie z gminą Olsztynek, wybudować w Lutku sieć kanalizacyjną i oczyszczalnię. Był to warunek legalizacji samowoli. "Z uwagi na duży kompleks działek i niewielki obszar jeziora Luteckiego nawet kilkumiesięczne w ciągu roku użytkowanie działek bez uporządkowanego, kontrolowanego odprowadzania ścieków prowadzi do degradacji jeziora i powoduje pogorszenie warunków użytkowych i zdrowotnych. Stowarzyszenie »Lutek '93« nie może wykazać się konkretnymi dokonaniami - nie została opracowana dokumentacja techniczna oczyszczalni ścieków i w związku z tym nie ma możliwości poczynienia dalszych kroków w kierunku legalizacji domu letniskowego" - napisał wojewoda olsztyński w piśmie podtrzymującym decyzję ówczesnego olsztyńskiego Urzędu Rejonowego o rozbiórce luteckich dacz. - Podpisując porozumienie z gminą, mieliśmy partycypować w kosztach inwestycji. Najpierw mówiono o 10 procentach, ale władze Olsztynka same nie wiedziały, ile oczyszczalnia i zbiorcza kanalizacja będą kosztować. Zapewniały, że wystąpią o pieniądze z funduszy Unii Europejskiej. Potem okazało się, że chcą mieć oczyszczalnię dla całej wsi. Na taki udział nie było nas stać. W Lutku są solidne dacze postawione jakieś dwadzieścia lat temu, często nad samym jeziorem. I tamtych ludzi nikt nie zobowiązywał do udziału w inwestycji - tłumaczy Marian Parchowski, prezes stowarzyszenia "Lutek '93", na co dzień prezes Wolskiego Robotniczego Klubu Sportowego "Olimpia". Dacza prezesa ma wraz z obszernym tarasem 110 m kw, wokół zadbany ogród, oczko wodne. Jabłonki całe w dużych czerwonych jabłkach. Nie będzie oczyszczalni - Nie będziemy budować w Lutku oczyszczalni, bo gmina ma jeszcze wiele wsi z własnymi mieszkańcami bez sieci kanalizacyjnej - mówi burmistrz miasta i gminy Olsztynek Zbigniew Wasieczko. Sytuację w Lutku ocenia jako "nie najlepszą". - Z letnikami jest problem. Kiedy nasze służby chcą sprawdzić szamba, właścicieli nigdy nie ma. Nie przyjmują zawiadomień wysyłanych pocztą. Niektórzy deklarują chęć postawienia przydomowych oczyszczalni na dwie, trzy dacze, ale służby wojewody są przeciwne takiemu rozwiązaniu - wyjaśnia burmistrz. Wojciech Rokicki jest warszawskim geodetą. Jego zadbana działka leży pod lasem. Duży zielony teren, trawa przystrzyżona, drzewka, biały domek. Jego skargę na decyzję o rozbiórce, NSA także uznał za zasadną. - Stała oczyszczalnia musi mieć ciągły dopływ ścieków, a my spędzamy tu może dwa, trzy miesiące w roku. Działka leży 800 m od jeziora. Mamy szczelne szambo, regularnie opróżniane. Kiedy budowaliśmy domek, można było bez pozwolenia stawiać - o powierzchni do 35 m - opowiada właściciel. Zmieniło się to w 1994 r., z chwilą uchwalenia nowego prawa budowlanego. Nie znam przypadku Alina i Artur Piwowarscy, którzy domek postawili już po wejściu w życie nowej ustawy, od 1996 r. mają decyzję o rozbiórce. - Tutaj wiele jest takich domów. Ale trzeba wziąć pod uwagę, że miejscowi żyją dzięki letnikom. To dla nich otwarte są sklepy, działa bar, ludzie znajdują pracę przy drobnych remontach i pilnowaniu działek. Gmina też ściąga z nas podatki - opowiada Alina Piwowarska. "Bezspornym jest, że samowola budowlana została popełniona pod rządami planu zagospodarowania przestrzennego z 1992 r. To zaś oznacza, że ten plan, a nie później uchwalony (...) z 1995 r. winien być podstawą do oceny zgodności inwestycji skarżącej z ustaleniami planu" - zwrócił uwagę NSA, dodając, że urzędnicy nie wykazali także, iż brak oczyszczalni i szamb przy niektórych domach zagraża środowisku. - Wydajemy nowe decyzje o rozbiórce, uwzględniające uwagi NSA. Nie wydamy też żadnej decyzji o legalizacji samowoli w Lutku - zapewniają urzędnicy Powiatowego Inspektoratu Nadzoru Budowlanego w Olsztynie. Jak w praktyce przebiegać ma rozbiórka, tego nie wie nikt. Od powstania powiatów zarządza tym starosta. - To nie oznacza, że na działkę wjeżdża buldożer. Postaramy się o nałożenie grzywny w celu przymuszenia właścicieli do rozbiórki - tłumaczą urzędnicy. - Szkoda by było naszej pracy i tego miejsca - wzdycha Jolanta Jagodzińska. - Nie słyszałem nawet o jednym przypadku rozebrania nielegalnej daczy w tym województwie - powątpiewa w urzędnicze działania burmistrz Olsztynka.
Lutek w gminie Olsztynek to wieś złożona z kilku gospodarstw i ponad setki dacz oblepiających maleńkie jezioro i okoliczne wzgórza. Większość letnisk to samowole budowlane postawione na działkach rolnych bez pozwoleń przez mieszkańców Warszawy. Historia zaczęła się w 1991 r. W gazecie wychodzącej na warszawskim Ursynowie ukazało się ogłoszenie o sprzedaży działek na Mazurach. Zebrało się ponad sześćdziesięciu chętnych. podpisali notarialną umowę kupna sprzedaży 11,2 ha ziemi. wzgórze upstrzone zostało budowlami nijak mającymi się do urody okolicy i architektonicznej tradycji Mazur. - Zdaję sobie sprawę, że postąpiłam wbrew prawu, chciałam daczę zalegalizować, gmina chciała w Lutku mieć wzorcową ekologiczną wieś, więc założyliśmy stowarzyszenie, a gmina podpisała z nami porozumienie - Jolanta Jagodzińska. Stowarzyszenie "Lutek '93" miało, wspólnie z gminą Olsztynek, wybudować w Lutku sieć kanalizacyjną i oczyszczalnię. Był to warunek legalizacji samowoli. - mieliśmy partycypować w kosztach inwestycji. mówiono o 10 procentach, władze Olsztynka Zapewniały, że wystąpią o pieniądze z funduszy Unii Europejskiej. Potem okazało się, że chcą mieć oczyszczalnię dla całej wsi. Na taki udział nie było nas stać. - tłumaczy prezes stowarzyszenia "Lutek '93". burmistrz miasta i gminy Olsztynek Zbigniew Wasieczko Sytuację w Lutku ocenia jako "nie najlepszą". - Wydajemy nowe decyzje o rozbiórce, uwzględniające uwagi NSA. Nie wydamy żadnej decyzji o legalizacji samowoli - zapewniają urzędnicy Powiatowego Inspektoratu Nadzoru Budowlanego w Olsztynie.
EKONOMIA Eksport, inwestycje i popyt konsumpcyjny to najważniejsze mechanizmy napędowe wzrostu gospodarczego Zmiana lokomotywy DARIUSZ FILAR Powiększanie się masy wytwarzanych w gospodarce produktów i usług, które stanowi istotę wzrostu gospodarczego, może nabierać tempa pod wpływem różnych czynników. Jeśli na światowych rynkach pojawia się dodatkowe zapotrzebowanie dokładnie na to, co dana gospodarka ma do zaoferowania, to zaczyna ona przyspieszać. Jeśli przedsiębiorcy optymistycznie oceniać będą przyszłe możliwości zbytu i zdecydują się do nich przygotować poprzez modernizację i rozbudowę swoich firm, to wzrost gospodarczy czerpać będzie dodatkowe siły. Wreszcie jeśli ogół obywateli uzna, że nadszedł czas, by pozwolić sobie na nieco śmielszą konsumpcję, to dążenie do zaspokojenia ich oczekiwań także pozwoli na rozwinięcie skrzydeł producentom i usługodawcom. Dynamiczniejszy eksport, powiększanie nakładów inwestycyjnych i dodatkowy popyt konsumpcyjny to najważniejsze mechanizmy napędowe wzrostu gospodarczego. Czasami ciągną wzrost razem, w wyrównany i zgodny sposób, a czasami przetasowują się szybko na pozycji lidera. Momenty takich przetasowań, które oznaczają dokonywaną w marszu przebudowę mechanizmu napędowego gospodarki, bywają dla niej niełatwe. Wspaniały rok 1997 W 1997 roku gospodarka polska odnotowała wzrost PKB prawie o 7 procent. Zapracowały nań wszystkie trzy lokomotywy. Polski eksport, który przez większą część 1996 roku i pierwszą połowę 1997 roku osiągał wartość około 2 miliardów dolarów miesięcznie, od lipca 1997 roku zaczął zbliżać się do 2,5 miliarda dolarów. Nieco wcześniej, bo w kwietniu, z 300 - 400 milionów dolarów miesięcznie do około 500 milionów dolarów miesięcznie wzrosła nadwyżka osiągana w handlu przygranicznym. Niemieccy turyści i drobni kupcy z Ukrainy i Białorusi skutecznie uzupełniali to, co udawało się uzyskać oficjalnym polskim eksporterom. Dobre perspektywy zbytu zachęcały do inwestowania. W porównaniu z 1996 rokiem wzrost nakładów inwestycyjnych wyniósł w 1997 roku 21,7 procent. Jest to najwyższa roczna stopa przyrostu inwestycji osiągnięta w całym okresie transformacji gospodarczej. Możliwości wzrostu produkcji i rosnące inwestycje pozwalały na powiększanie zatrudnienia - między styczniem i grudniem 1997 roku bezrobocie obniżyło się z 12,6 do 10,3 procent. Wzrost zatrudnienia i towarzysząca mu poprawa płac realnych wywierały stymulujący wpływ na wskaźniki optymizmu konsumentów i zachęcały ich do zakupów. Spożycie indywidualne w kolejnych kwartałach utrzymywało wzrost w ujęciu rocznym zbliżony do 7 procent; wynik ten także należał do najlepszych w całym okresie transformacji. Trzy lokomotywy - eksport, inwestycje i krajowa konsumpcja - z pełną szybkością wprowadziły gospodarkę w 1998 rok. I przez pierwsze półrocze nie spowalniały biegu - jeszcze w lipcu eksport sięgnął prawie 3 miliardów dolarów, co stanowiło miesięczny rekord dziesięciolecia. Dokładnie w tym samym czasie padały też rekordy w handlu przygranicznym - nadwyżka z tego tytułu wynosiła już 600 - 800 milionów dolarów miesięcznie. Tempo wzrostu inwestycji pozostawało dwucyfrowe, a tempo wzrostu spożycia indywidualnego dorównywało, przynajmniej w pierwszym kwartale, wskaźnikowi z ostatniego kwartału roku poprzedniego. Sytuacja zaczęła się zmieniać zasadniczo od sierpniowego kryzysu w Rosji. Na domiar złego jego destrukcyjny wpływ początkowo nie był doceniany - gospodarka zawsze reaguje z pewnym opóźnieniem, więc wskaźniki drugiej połowy 1998 roku nie były jeszcze alarmujące. Po lipcowym rekordzie eksport przestał wzrastać, ale aż do końca roku utrzymywał się na poziomie zbliżonym do 2,5 miliarda dolarów miesięcznie. Tempo wzrostu indywidualnego spożycia krajowego nieco osłabło, ale wiązano to raczej z polityką "schładzania" popytu wewnętrznego. Przyrost inwestycji nadal dokonywał się w tempie dwucyfrowym i dopiero w czwartym kwartale sygnały "przygasającej dynamiki" stały się wyraźniejsze. Bezrobocie na koniec roku okazało się wyższe niż latem, ale nie był to wzrost szczególnie wysoki (z 9,6 do 10,4 procent). Szybka i bardzo wyraźna reakcja na rosyjski kryzys nastąpiła właściwie tylko w handlu przygranicznym - w stosunku do rekordowych nadwyżek z lata ich poziom już we wrześniu okazał się niższy o połowę (spadek do 400 milionów dolarów) i taki pozostał przez ostatnie miesiące roku. Dobre wyniki pierwszego półrocza i swoista siła bezwładu trzech rozpędzonych lokomotyw wzrostu w drugim półroczu sprawiły, że całoroczny wzrost PKB w 1998 roku osiągnął nie najgorszy wskaźnik 4,8 procent. Prawdziwe trudności miały się dopiero zacząć. Trudny początek 1999 roku Na początku 1999 roku widać już było wyraźnie, że ze wszystkich trzech kotłów zeszła para. Eksport stopniowo cofał się do poziomu z początku 1997 roku (około dwóch miliardów dolarów miesięcznie) i pozostawał na nim przez kolejne miesiące. Nadwyżka w handlu przygranicznym jeszcze raz przycięta została prawie o połowę; ustabilizowała się na poziomie dwustu kilkudziesięciu milionów dolarów miesięcznie. Tempo wzrostu inwestycji w ujęciu rocznym obniżyło się w pierwszym kwartale do zaledwie 6 procent, a tempo wzrostu spożycia indywidualnego w tym samym ujęciu i okresie spadło do 4,2 procent, co upodabniało ten wskaźnik do wyników notowanych w latach 1994 - 1995. Osłabienie możliwości eksportowych oraz niższa dynamika konsumpcji i inwestycji musiały pociągnąć za sobą wzrost bezrobocia. Już pod koniec pierwszego kwartału powróciło ono do poziomu powyżej 12 procent. Przekonanie, że wszystkie trzy lokomotywy ciągnąć będą gospodarkę jedynie na pół gwizdka, zaowocowało - i w kraju, i za granicą - dość pesymistycznymi prognozami. Bardzo poważne źródła zapowiadały, że całoroczny wzrost PKB wyniesie w Polsce w 1999 roku co najwyżej od 1,5 do 2,5 procent. W ostatnich dniach 1999 roku stało się pewne, że wzrost PKB sięgnie 3,8 - 3,9 procent. Co sprawiło, że pesymistyczne prognozy sprzed niespełna dwunastu miesięcy okazały się chybione? Nie napędzały wzrostu gospodarczego eksport i handel przygraniczny, bo w obu tych dziedzinach wyniki będą niższe od osiągniętych w 1998 roku. Nie można też tego wzrostu uzależnić od inwestycji, bo przyrastały w mizernym tempie. Zatem lokomotywą - liderem wzrostu gospodarczego musiał być w 1999 roku wewnętrzny popyt konsumpcyjny. Z różnych pozycji można krytykować decyzje o redukcji stóp procentowych podjęte przez Radę Polityki Pieniężnej w styczniu 1999 roku, ale nie sposób zaprzeczyć, że przyczyniły się do podwyższenia poziomu PKB. Obniżone w styczniu stopy procentowe już w maju przyniosły istotny przyrost nowych kredytów konsumpcyjnych (o miliard złotych; przez wiele poprzednich miesięcy średni przyrost kredytów wynosił około 600 milionów miesięcznie), a od lipca nastąpiło kolejne przyspieszenie (do około 1,2 - 1,4 miliarda złotych nowych kredytów miesięcznie). Te nowe kredyty spowodowały, iż z miesiąca na miesiąc podnosiło się tempo wzrostu konsumpcji krajowej. W trzecim kwartale zbliżyło się do wartości rejestrowanych na przełomie lat 1997/1998. Wzrostowi gospodarczemu, stymulowanemu głównie przez krajowy popyt konsumpcyjny, towarzyszą zwykle zagrożenia, z których najważniejsze to narastanie deficytu na rachunku obrotów bieżących. To zjawisko w połączeniu z niską skłonnością gospodarstw domowych do oszczędzania i nasileniem się inflacji z powodu problemów fiskalnych stworzyło klimat, w którym Rada Polityki Pieniężnej zdecydowała się na ruch w przeciwną stronę - w listopadzie podstawowe stopy procentowe zostały istotnie podwyższone, wskutek czego konsumpcyjna lokomotywa wzrostu już wkrótce poruszać się będzie z mniejszym impetem. Gospodarkę czeka kolejna zmiana napędu. Rysująca się szansa Prognoza wzrostu PKB, na której opiera się budżet państwa w 2000 roku, to 5,2 procent. W niezależnie sporządzanych prognozach różnych ośrodków badawczych najwięksi optymiści zapowiadają wzrost nawet na poziomie 6 procent. Biorąc pod uwagę to, że konsumpcja powinna już szykować się do lekkiego zmniejszenia dynamiki, a inwestycje - przynajmniej na razie - przyspieszają w bardzo umiarkowany sposób, większość prognoz zakłada, iż to eksport stanie się lokomotywą gospodarki. Za eksportem do Niemiec i pozostałych krajów Unii mogłoby bowiem podążyć prawdziwe przyspieszenie w inwestycjach (raczej w drugiej połowie 2000 roku), a później także nowa fala wzmożonego popytu konsumpcyjnego. Otwarte pozostaje pytanie, czy kilkanaście minionych, trudnych miesięcy pozwoliło polskim przedsiębiorstwom w takim stopniu poprawić własną konkurencyjność, by teraz w pełni mogły skorzystać z rysującej się szansy. Nie brak ku temu zachęcających sygnałów - eksport w październiku z poziomu około 2 miliardów dolarów miesięcznie podniósł się do 2,2 miliarda, produkcja przemysłowa w listopadzie wzrosła w stopniu wyższym, niż uzasadniałyby to wyłącznie potrzeby wewnętrzne. Ale mimo wszystko za wcześnie chyba jeszcze, by głosić ostateczne przezwyciężenie kłopotów ze wzrostem gospodarczym. Dopiero gdy miesięczny eksport dojdzie do poziomu około 2,5 miliarda dolarów i zdoła się na nim utrzymać, będzie można uznać, że gospodarkę ciągnie już nowa lokomotywa. Autor jest profesorem ekonomii w Uniwersytecie Gdańskim i głównym ekonomistą banku Pekao SA.
Powiększanie masy wytwarzanych produktów i usług stanowi istotę wzrostu gospodarczego. Jeśli na światowych rynkach pojawia się zapotrzebowanie dokładnie na to, co dana gospodarka ma do zaoferowania, to zaczyna ona przyspieszać. Jeśli przedsiębiorcy optymistycznie oceniać będą przyszłe możliwości zbytu to wzrost gospodarczy czerpać będzie dodatkowe siły. jeśli ogół obywateli uzna, że nadszedł czas na nieco śmielszą konsumpcję, to także pozwoli na rozwinięcie skrzydeł producentom i usługodawcom.
DEMOGRAFIA Rozwój umożliwia dziś świadome rodzicielstwo, a nie zwiększanie zasobów "siły żywej" i "siły roboczej" Przyrost szczęścia nie daje JANUSZ A. MAJCHEREK Przyrost naturalny w Polsce zanikł i staje się ujemny, lecz choć wiele osób i środowisk alarmuje o nadciągających niebezpieczeństwach z tym związanych, trudno się dowiedzieć, na czym konkretnie miałyby one polegać. Wyjaśnień takich nie udzieliła ani pełnomocnik rządu do spraw rodziny Maria Smereczyńska (zob. "Dlaczego Polakom powinno zależeć, by było więcej Polaków", "Rz" nr 258 z 4 listopada 1999 r.), ani profesor Piotr Eberhardt, który dramatycznie ostrzega w swoim artykule, że "jeśli liczba urodzeń nadal będzie spadać, grozi nam demograficzna katastrofa", nie precyzując wszakże, w jakich zjawiskach miałaby się ona wyrazić ("Mało nas", "Rz" nr 297 z 21 grudnia 1999 r.). Nie jest zatem również jasne, dlaczego i jak państwo polskie miałoby prowadzić politykę pronatalistyczną. Pozycja nie liczebnością mierzona Niegdyś takie wątpliwości zostałyby pewnie uznane za dziwaczne. Liczebność grupy decydowała bowiem o sile i pozycji tworzonej przez nią wspólnoty. Liczniejsze armie wygrywały na ogół wojny, a siła oręża decydowała o przewadze nad wrogami. Ten czynnik nie tylko jednak przestał mieć znaczenie, lecz utracił także pozytywne konotacje. Sugerowanie Polkom, że powinny zwiększyć swoją płodność, by zapewnić mięso armatnie przyszłej armii, byłoby co najmniej niestosowne, nasuwając skojarzenia z polityką ludnościową III Rzeszy. Poza tym skuteczność współczesnej armii nie opiera się na liczebności (czego liczne przykłady mamy od czasów wojny zimowej 1940 roku między Finlandią a Związkiem Radzieckim, aż do wojny sześciodniowej na Bliskim Wschodzie), ale na wyposażeniu technicznym i profesjonalizmie jego obsługi; dlatego w przyszłości Wojsko Polskie będzie zapewne mniejsze niż obecnie i w pełni zawodowe. Program podniesienia dzietności Polek byłby z punktu widzenia bezpieczeństwa Polski równie sensowny, jak pomysł stworzenia własnego arsenału nuklearnego. Niegdysiejsze sugestie obecnego lidera ZChN, że zasoby ludności mają wpływ na zdolność zachowania niepodległości kraju, rozmijają się z faktami przeszłymi i aktualnymi. Rozmiary i wielkość zaludnienia dawnej Polski (sześciokrotnie większe niż na przykład Szwajcarii czy Danii) nie zapobiegły utracie przez nią niepodległości ponad dwieście lat temu, a liczebność Polaków na początku XX wieku (sześciokrotnie większa niż Finów, ale mniejsza niż Ukraińców) nie decydowała o jej odzyskaniu po pierwszej wojnie światowej. Niepodległość obecnej Polski nie jest zaś mniej lub bardziej zagrożona niż prawie trzykrotnie mniej ludnych i od dawna notujących ujemny przyrost naturalny Węgier ani wielokrotnie mniejszych pod każdym względem Irlandii, Portugalii czy Holandii. Wielkość populacji nie decyduje też o żywotności i zasięgu tworzonej przez nią kultury. Nieliczni Grecy stworzyli w starożytności kulturę oddziałującą na cały basen Morza Śródziemnego po utracie przez nich niepodległości. Cywilizacja europejska przez stulecia pozostawała pod wpływem antycznych wzorów i standardów nie istniejącego państwa rzymskiego. Polacy na znacznych obszarach przejmowali w średniowieczu wpływy niemieckie. Dbałość o kulturę polską i jej żywotność nie ma nic wspólnego z podnoszeniem dzietności Polek. Komu potrzebne dożywocie Jeśli nie militarna, ekonomiczna i kulturalna pozycja Polski w świecie, to być może jej sytuacja wewnętrzna zależy od liczebności albo demograficznej struktury ludności. Często jako zagrożenie wymieniane bywa starzenie się społeczeństwa oraz idące za tym pogorszenie relacji między liczebnością grup w wieku produkcyjnym i poprodukcyjnym. Straszy się, że w przyszłości nie będzie kto miał utrzymywać coraz większej rzeszy emerytów. Wprowadzenie nowego systemu ubezpieczeń kładzie jednak kres repartycyjnej formule pozyskiwania i dystrybuowania środków na świadczenia, w przyszłości będą one pochodzić z zasobów indywidualnie zgromadzonych przez zainteresowanego. Starzenie się społeczeństwa polskiego wynika nie tylko ze zmniejszenia liczby urodzeń, ale także spadku umieralności oraz wzrostu długości życia, co jest wielkim sukcesem ostatnich lat. Poprawia się również stan zdrowotny Polaków. Żyją coraz dłużej, zachowując sprawność i produktywność. To polityka socjalna, nie demograficzna zwiększa długość ich przebywania na emeryturze, bo tzw. niegdyś rentę starczą można w Polsce uzyskać już wkrótce po czterdziestce (na przykład górnicy), około pięćdziesiątki staje się ona powszechna, a przed sześćdziesiątką zamienia się w regułę (średni wiek przechodzenia na emeryturę to 55 lat dla kobiet i 59 dla mężczyzn). Uelastycznienie wieku emerytalnego i rynku pracy tworzyłoby właściwsze remedium na pogarszające się proporcje między pracującymi a świadczeniobiorcami niż stymulowanie rozrodczości i przenoszenie na nowoczesne stosunki społeczne archaicznej instytucji dożywocia. Każdy powinien sam zadbać o swoją przyszłość, a namawianie młodych Polek do rodzenia dzieci, które by nas utrzymywały na starość, jest co najmniej dwuznaczne. Zwłaszcza że najpierw trzeba utrzymywać wielodzietne rodziny, na ogół niesamodzielne ekonomicznie. Polityka socjalna, nie demograficzna W kraju, w którym jest ponad dwa miliony bezrobotnych, straszenie widmem braku rąk do pracy może wywołać zdziwienie. Mimo to groźba taka jest realna, lecz nie z powodów demograficznych, a socjalnych. Z ekonomicznego punktu widzenia należałoby się raczej obawiać spadającej liczby stanowisk pracy dla dorastającej młodzieży; nowoczesna gospodarka ogranicza bowiem zapotrzebowanie na siłę roboczą. W niektórych wysoko rozwiniętych krajach nawet w okresie koniunktury utrzymuje się znaczne bezrobocie, przy równoczesnym braku chętnych do świadczenia wielu usług. W bogatych społeczeństwach trudno znaleźć wykonawców prostych lub uciążliwych prac za adekwatne wynagrodzenie. Zapotrzebowanie to zaspokajają imigranci zarobkowi z krajów biedniejszych. Taki proces już zachodzi w Polsce, gdzie pracę i zarobek znajdują setki tysięcy przybyszy zza wschodniej granicy, przy oficjalnym jej braku dla dwóch milionów rodzimych bezrobotnych. Jest to wynik polityki socjalnej, zwłaszcza kształtującej koszty pracy, poziom płacy minimalnej i dostępność zasiłków. Stany Zjednoczone, które należą do najbogatszych krajów świata, notują od lat szybki wzrost gospodarczy, wchłaniają rzesze imigrantów napływających z całego świata, a praktycznie nie znają bezrobocia i nie narzekają na przyrost naturalny. Tam polityka gospodarcza, podatkowa, socjalna, imigracyjna i kulturalna po prostu nie zamienia naturalnych procesów w absurd. U nas wysyła się coraz młodszych pracowników na wcześniejsze emerytury, żeby zwolnić miejsca pracy dla bezrobotnych, którzy jednak nie mogą ich znaleźć, zajmują je bowiem wcześniejsi emeryci, korzystający skwapliwie z prawa do dodatkowego zatrudnienia. Różne sposoby na szczęście Można by się zgodzić z ewentualnymi argumentami, że wychowywanie dzieci ma pozytywne znaczenie socjokulturowe, rozbudzanie i zaspokajanie uczuć rodzicielskich wpływa korzystnie na osobowość, a udane i pełne życie rodzinne stanowi źródło radości i satysfakcji. Trudno jednak dowieść, że wszystko to jest niezadowalające w przypadku posiadania dwójki dzieci, czyli w modelu rodziny nie zapewniającej prostej zastępowalności pokoleń. Niedawno premier Jerzy Buzek odwiedził pewną małopolską wieś, mającą najwyższy w Polsce przyrost naturalny. Pokazywani przy tej okazji w mediach jej mieszkańcy robili wrażenie pogodnych i szczęśliwych w otoczeniu swoich licznych pociech. Nietrudno się było jednak dowiedzieć, jaki jest wśród nich odsetek bezrobotnych i korzystających z zasiłków, a i poziom ich życia nie mógł ujść uwagi i wzbudzić zazdrości. Nie wszyscy muszą pragnąć takiego modelu życia. Przyrost naturalny a czynniki "nienaturalne" Naprawdę nie jest łatwo zrozumieć, dlaczego większa populacja i prokreacja jest lepsza niż mniejsza. Analizy porównawcze dostarczają licznych przykładów wskazujących na odwrotne prawidłowości. Kraje bogate są mniej ludne i mają mniejszą rozrodczość niż biedne, borykające się z przeludnieniem i wysokim przyrostem naturalnym. Dlaczego mamy się martwić, że Polska znalazła się wśród tych pierwszych? Problemem demograficznym dla populacji ludzkiej jest jej nadmierny, a nie niski przyrost. Czy zatem chodzi o to, że proporcjonalny w niej udział Polaków spada? Zmiana tego trendu wymagałaby osiągnięcia przez Polskę przyrostu naturalnego nie mniejszego niż światowy, co dopiero groziłoby katastrofą demograficzną. W środowiskach ultrakatolickich najgłośniej nawołuje się do prowadzenia polityki prorodzinnej, skrywając pod tą nazwą sprzyjanie wielodzietności. Czy należy to rozumieć jako dążenie do zapewnienia jak największej rzeszy współwyznawców, czyli katolików? Gdyby rzeczywiście takie względy wchodziły w grę, to demografowie nie mogą ich brać pod uwagę. Populacja ludzka przez setki tysięcy lat była względnie stabilna i znikoma w porównaniu z obecną, będącą rezultatem eksplozji demograficznej dwóch ostatnich stuleci. Wiązało się to z osiągnięciem takiego poziomu cywilizacyjnego, który pozwalał na opanowanie masowych epidemii i zapewnienie warunków umożliwiających przeżycie coraz większej liczby ludzi. Konsekwencją rozwoju jest jednak również przejście na taki etap cywilizacji, który umożliwia świadome rodzicielstwo, a nie wymaga zwiększania zasobów ani "siły żywej", ani "siły roboczej".
Przyrost naturalny w Polsce zanikł i staje się ujemny. Nie jest jasne, dlaczego i jak państwo polskie miałoby prowadzić politykę pronatalistyczną. Niegdyś Liczebność grupy decydowała o sile i pozycji wspólnoty. Ten czynnik utracił pozytywne konotacje. Problemem demograficznym jest nadmierny, a nie niski przyrost. Konsekwencją rozwoju jest przejście na etap cywilizacji, który umożliwia świadome rodzicielstwo, a nie wymaga zwiększania zasobów ani "siły żywej", ani "siły roboczej".
ROZMOWA Jan Litwiński, prezes Polskich Linii Lotniczych LOT Wystarczą trzy lata FOT. BARTŁOMIEJ ZBOROWSKI Rz: Od ubiegłego roku Polskie Linie Lotnicze LOT mają inwestora strategicznego - SAir Group, właściciela szwajcarskich linii lotniczych Swissair. Czy pozyskanie takiego partnera ograniczyło się tylko do dopływu gotówki dla firmy, czy też zmienia coś w zarządzaniu firmą? JAN LITWIŃSKI: W liczącej dziesięć osób radzie nadzorczej PLL LOT zasiada trzech przedstawicieli SAir Group. Jest to pośredni sposób wpływania na nasze decyzje. Wiele bieżących decyzji podejmujemy wspólnie, bo jest to nie tylko alians kapitałowy, ale i strategiczny, którego celem jest umocnienie naszej pozycji konkurencyjnej. Oznacza to konieczność koordynacji także m.in. działalności handlowej, planów rozwoju połączeń. Poza 37,6 proc. akcji, jakie posiada SAir Group, i kwotą ok. 150 mln USD, która dzięki temu wpłynęła na konto przedsiębiorstwa, LOT stał się od 1 stycznia tego roku członkiem aliansu Qualiflyer Group (QFG). Jedną z podstawowych jego zasad jest zachowanie odrębności każdego z członków. Wynika to ze specyfiki danego rynku i pozycji, jaką ma w swoim kraju każdy przewoźnik współtworzący QFG. Co to daje klientom LOT? Od sezonu zimowego 2000/2001 zostaną ujednolicone systemy rezerwacyjne LOT i pozostałych członków aliansu, także zasady odprawy pasażerów. W ciągu 24 godzin z wybranych miejsc Polski będzie można zarezerwować miejsce w samolocie na dowolny rejs w sieci QFG. W maju tego roku przyjęliśmy strukturę organizacyjną zbliżoną do struktury u naszych partnerów. Na dostosowanie się do wymogów i procedur obowiązujących w sojuszu mamy trzy lata. Na rynku wewnętrznym LOT, występujący pod nazwą Eurolot, jest nadal monopolistą, który dyktuje coraz wyższe ceny. Jak wytłumaczyć to, że bilet w jedną stronę na samolot LOT z Warszawy do Szczecina kosztuje 766 zł, a bilet na samolot Ryan Air z Brukseli do Dublina w obydwie strony kosztuje 190 zł? W Polsce wydano 200 licencji na wykonywanie lotniczych usług pasażerskich i każdy może rozpocząć taką działalność. Dlaczego więc nikt tego nie robi? Dwa lata temu Zbigniew Niemczycki uruchomił połączenia White Eagle do Słupska i do Bydgoszczy. Było o tym bardzo głośno, ale inicjatywa upadła. Blue Sky Carrier próbował latać m.in. do Szczecina, Wrocławia i też nic z tego nie wyszło. Z przewozów pasażerskich na liniach Katowice-Poznań wycofała się Turavia. Upadły loty Tasawi itd. 190 zł za bilet z Brukseli do Dublina jest ceną promocyjną, a cena 766 zł z Warszawy do Szczecina jest ceną według taryfy rocznej, najdroższej, ale dającą najwięcej przywilejów osobie, która bierze udział w programie LOT Voyager. Roczna, normalna taryfa na trasie Bruksela-Dublin wynosi, zgodnie z międzynarodowym systemem IATA, 448 USD, a najtaniej z Warszawy do Szczecina może pan polecieć za 160 zł w weekend. Czy LOT jest w szczególny sposób chroniony jako flagowy polski przewoźnik? Każda linia lotnicza chce, aby jej rynek należał w maksymalnym stopniu do niej, i nie widzę w tym nic nadzwyczajnego. LOT od 20 lat utrzymuje połączenie z Toronto, które jako czarter nie figuruje w żadnym rozkładzie lotów. Władze Kanady nie chcą nam pozwolić na regularną komunikację i tym samym na utworzenie sieci połączeń tranzytowych, na przykład z Toronto do Vancouver itd. Dodam, że aby w Polsce utworzyć linię lotniczą, 51 proc. jej udziałów musi być w rękach polskich. W USA musi to być ponad 70 proc. Nasz rynek lotniczy jest liberalizowany od dziesięciu lat. Do Polski przylatują samoloty pięciu przewoźników niemieckich, którzy nie potrzebują na to zgody rządowej. W umowie lotniczej między Polską a Niemcami zniesiono wszelkie ograniczenia w przewozach regionalnych samolotami poniżej 70 miejsc. Natomiast czym innym jest kontrola oferowania miejsc pomiędzy głównymi europejskimi portami przesiadkowym - hubami. Rząd polski nie dopuszcza, aby obcy przewoźnicy zwiększali liczbę rejsów, eliminując LOT. Jest to jedyny element kontroli państwa nad dostępem do naszego rynku. Przewoźnicy UE mieli 10 lat na dostosowanie się do zasad otwartej przestrzeni powietrznej. Proces deregulacji skończył się w 1997 r. W linie lotnicze krajów należących do UE wpompowano w tym czasie 14 mld USD subsydiów. British Airlines, Lufthansa, Air France czy Iberia otrzymały od swoich rządów dotacje na umocnienie pozycji rynkowej w momencie, kiedy wejdzie w życie tzw. trzeci pakiet deregulacyjny. My nie dostajemy nic. Nie wymagamy dziesięciu lat na dostosowanie. Dla nas mają to być tylko trzy lata. Jednym z efektów wejścia SAir Group do LOT jest likwidacja niektórych połączeń, na przykład Warszawa-Bangkok. Które połączenia ma Pan zamiar likwidować, a jakie będą otwierane? W ubiegłym roku na linii Warszawa-Bangkok ponieśliśmy 4,6 mln USD strat. W sezonie zimowym 2000/2001 przewidujemy całkowitą zmianę sieci połączeń LOT. Zwiększamy liczbę połączeń lotniczych i otwieramy nowe, bezpośrednie, m.in. z Warszawy do Stuttgartu, Bukaresztu, Tallina i Zagrzebia, a także z Gdańska i Poznania do Brukseli oraz ze Szczecina do Kopenhagi. Cały rozkład został przebudowana pod kątem utworzenia w Warszawie hubu. Co LOT wniósł do Qualiflyera i SAir Group? Posiadamy nowoczesną i systematycznie modernizowaną flotę. Mamy połowę udziału w pasażerskim ruchu lotniczym w dynamicznie rozwijającym się rynku polskim, a także rozwiniętą siatkę połączeń na wschód. W skład Qualiflyera nie wchodzi żaden duży przewoźnik amerykański. Tymczasem bez takich powiązań nawet najlepiej zorganizowany alians globalnie nie odgrywa większego znaczenia... Partnerem strategicznym Qualiflyera na liniach atlantyckich jest American Airlines, z którym Qualiflyer Group zwiększa ostatnio współpracę. Także dla LOT American Airlines jest od kilku lat partnerem strategicznym, z którym mamy porozumienie o wspólnej eksploatacji linii. Jestem członkiem zarządu Qualiflyera i nie widzę zagrożenia z tej strony. Co jakiś czas pojawiają się pogłoski, że Qualiflyer rozmawia o połączeniu z OneWorld lub Star Alliance. Jeśli trzeba byłoby połączyć się z innym sojuszem lotniczym, wówczas będziemy występowali jako grupa, a w takiej sytuacji łatwiej jest wynegocjować pewne warunki niż w pojedynkę. W każdej z linii lotniczych tworzących alians Qualiflyer SAir Group ma swoje udziały. Więzi pomiędzy liniami lotniczymi naszej grupy są inne niż pozostałych aliansów na świecie, gdzie nie ma przepływów kapitałowych. Czy wejście SAir Group do LOT miało wpływ na poprawę kondycji finansowej przedsiębiorstwa? Dzięki temu łatwiej nam, na przykład, spłacać kredyty zaciągnięte na powiększanie floty o kolejne nowe samoloty, które kupujemy od dziesięciu lat. LOT eksploatuje 31 maszyn, w tym pięć boeingów 767, które obsługują linie transatlantyckie, piętnaście średniodystansowych boeingów 737, osiem turbośmigłowych ATR-72 i trzy embraery ERJ-145, które obsługują najbardziej rentowne połączenia europejskie. W tym roku kupimy jedenaście nowych samolotów odrzutowych. Do 2003 r. chcemy mieć łącznie 50 samolotów. Dotychczas modernizacja floty kosztowała nas miliard dolarów, bez pomocy państwa (nawet pod postacią gwarancji). Sami zorganizowaliśmy finansowanie tych zakupów. Wymieniliśmy samoloty radzieckie na boeingi. Ostatnio kupujemy 48-miejscowe embraery, które wykorzystujemy do obsługi połączeń z niektórymi metropoliami europejskimi. W przyszłości zastąpimy je na tych trasach większymi samolotami, a embraery zostaną przeniesione na linie mniej uczęszczane. Firma przechodzi głęboki program restrukturyzacji. Wraz z ekspertami z SAir Group chcemy zwiększać wpływy, przy jednoczesnym zmniejszaniu kosztów, m.in. związanych z finansowaniem floty. Od dwóch lat LOT wykazuje zyski. Dzięki czemu możliwa jest dobra sytuacja finansowa firmy, która jest obciążona tak dużymi długami? Dzięki właściwemu zarządzaniu aktywami. Czy tylko? Sprzedaliśmy swoje udziały w firmie SITA, zajmującej się od 50 lat obsługą telekomunikacyjną wszystkich linii lotniczych na świecie. SITA skomercjalizowała się, przekształcając się w spółkę EQUANT, do której zostały przeniesione udziały wszystkich należących do niej linii. EQUANT weszła na giełdę. Boom teleinformatycznych spółek spowodował, że za sprzedanie połowy naszych udziałów, które w tej spółce sięgają zaledwie jednego procentu, zyskaliśmy aż 17 mln USD. Swissair zwiększył ostatnio udziały w Sabenie do 86 proc.. Kiedy nastąpi kolejny etap prywatyzacji LOT? Uważam, że już należałoby to zrobić. Tego typu decyzje są jednak podejmowane przez właściciela, czyli w naszym przypadku przez Ministerstwo Skarbu Państwa. Co ma oznaczać kolejny etap prywatyzacji firmy? Między innymi wejście na giełdę. Pojawiły się głosy, że może się to odwlec. Dlaczego? O to proszę zapytać ministrów skarbu i transportu. Zarząd LOT nie widzi ze swej strony powodu, aby hamować przekształcenia przedsiębiorstwa, które są dla niego korzystne. Od wielu lat zabiegałem o prywatyzację. Gdybyśmy sprywatyzowali firmę już w 1994 r., to na pewno przemiany zaszłyby znacznie dalej. Był to akurat okres najszybciej rosnącego popytu na podróże lotnicze. A tak, jesteśmy dopiero na początku tej drogi. Szczęściem dla firmy jest to, że w ogóle doszło do prywatyzacji. Brak przemian własnościowych mógłby zakończyć się zniknięciem LOT z rynku. Za faworyta do udziału w prywatyzacji PLL LOT był uznawany British Airways. Wygrał jednak SAir Group. Dlaczego? O wyborze inwestora strategicznego zdecydowała kwota inwestycji. Różnica między ofertami SAir Group i British Airways sięgała kilkudziesięciu milionów dolarów. Oferta Szwajcarów gwarantowała też szybki rozwój LOT i większe korzyści z udziału w QFG niż z udziału w OneWorld, który współtworzy British Airways. Już dziś, po dokapitalizowaniu przedsiębiorstwa, korzyści te są dla nas odczuwalne. Także te wynikające z udziału LOT w QFG. Chcę jednak podkreślić, że także dotychczasowe umowy z przewoźnikiem brytyjskim o wspólnej eksploatacji linii są dla nas korzystne. Rozmawiał Krzysztof Grzegrzółka
Rz: Od ubiegłego roku Polskie Linie Lotnicze LOT mają inwestora strategicznego - SAir Group. JAN LITWIŃSKI: Poza kwotą ok. 150 mln USD, która dzięki temu wpłynęła na konto przedsiębiorstwa, LOT stał się od 1 stycznia tego roku członkiem aliansu Qualiflyer Group (QFG). Na dostosowanie się do wymogów i procedur obowiązujących w sojuszu mamy trzy lata. LOT jest nadal monopolistą, który dyktuje coraz wyższe ceny. każdy może rozpocząć taką działalność. cena 766 zł z Warszawy do Szczecina jest ceną według taryfy najdroższej, ale dającą najwięcej przywilejów. najtaniej z Warszawy do Szczecina może pan polecieć za 160 zł. Czy LOT jest w szczególny sposób chroniony jako flagowy polski przewoźnik? Nasz rynek lotniczy jest liberalizowany. Natomiast czym innym jest kontrola oferowania miejsc pomiędzy głównymi europejskimi portami przesiadkowym - hubami. Które połączenia ma Pan zamiar likwidować, a jakie będą otwierane? Cały rozkład został przebudowana pod kątem utworzenia w Warszawie hubu. W skład Qualiflyera nie wchodzi żaden duży przewoźnik amerykański. Partnerem strategicznym Qualiflyera na liniach atlantyckich jest American Airlines. Qualiflyer rozmawia o połączeniu z OneWorld lub Star Alliance. Jeśli trzeba byłoby połączyć się z innym sojuszem lotniczym, wówczas będziemy występowali jako grupa. Czy wejście SAir Group do LOT miało wpływ na poprawę kondycji finansowej przedsiębiorstwa? łatwiej nam spłacać kredyty zaciągnięte na powiększanie floty. Dzięki czemu możliwa jest dobra sytuacja finansowa firmy? Sprzedaliśmy swoje udziały w firmie SITA. Boom teleinformatycznych spółek spowodował, że zyskaliśmy aż 17 mln USD. Kiedy nastąpi kolejny etap prywatyzacji LOT? Uważam, że już należałoby to zrobić. Tego typu decyzje są jednak podejmowane przez właściciela, czyli Ministerstwo Skarbu Państwa. Za faworyta do udziału w prywatyzacji PLL LOT był uznawany British Airways. O wyborze inwestora strategicznego zdecydowała kwota inwestycji. Oferta Szwajcarów gwarantowała też większe korzyści z udziału w QFG niż z udziału w OneWorld.
ROSJA Faworyt jest jeden - Putin. Nawet nie stara się przedstawić programu wyborczego. Doskonale za to wchodzi w rolę bohatera, będącego nadzieją wszystkich Rosjan. Wybory bez wyboru SŁAWOMIR POPOWSKI z Moskwy Czy Władimir Putin wygra już w pierwszej turze wyborów prezydenckich, czy dopiero w drugiej? Od tego - twierdzą niektórzy komentatorzy - zależy, jaka będzie przyszła Rosja. Według sondaży byłego funkcjonariusza KGB popiera ponad połowa Rosjan. Na dwa tygodnie przed wyborami kampania dopiero zaczyna się rozkręcać. Nie ma jednak tej gorączki co podczas kampanii prezydenckiej z 1996 r. ani nawet podczas ostatnich, grudniowych wyborów do Dumy Państwowej, przed którymi politycy najważniejszych ugrupowań wzajemnie obrzucali się błotem i prowadzili brudną wojnę "na teczki". Teraz może jeszcze były prokurator generalny Jurij Skuratow postara się o podniesienie temperatury kampanii wyborczej. Dziennikarze po cichu na to liczą. W końcu jedyną jego szansą na zdobycie choćby minimalnej liczby głosów jest ujawnienie kilku co bardziej soczystych skandali... Ale i tak nikt nie ma wątpliwości, że wygra Putin. Kto startuje? Ciekawe, że do niedawna otwarta była nawet kwestia, ilu ostatecznie kandydatów dopuszczonych zostanie do udziału w kremlowskim wyścigu. Wprawdzie Centralna Komisja Wyborcza oficjalnie zarejestrowała 11 pretendentów, ale pojawiło się podejrzenie, że listy wyborcze trzech z nich zostały sfałszowane. Zbieraniem podpisów dla nich zajmowała się jedna z firm prywatnych, która załatwiła sprawę prosto: zatrudniła studentów z jednej z moskiewskich szkół wyższych i - płacąc po 80 kopiejek od sztuki - sprokurowała około miliona podpisów. Przede wszystkim nie wiadomo było jednak, jak skończy się sprawa Władimira Żyrinowskiego. Komisja początkowo odrzuciła jego zgłoszenie, uznając, że do swojego zeznania majątkowego nie wpisał mieszkania syna, które zgodnie z obowiązującą ordynacją wyborczą powinien był ujawnić. Chodziło o nieduży lokal w Moskwie - pięćdziesiąt kilka metrów kwadratowych. I nie miało znaczenia, że w porównaniu z innymi pozycjami majątku ujawnionymi przez Żyrinowskiego to było nic. Komisja - przy jednym głosie sprzeciwu - opowiedziała się przeciwko umieszczeniu na liście wyborczej lidera Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji (LDPR). Ten odwołał się do Sądu Najwyższego i w pierwszej instancji sprawę przegrał, ale 6 marca, na 20 dni przed wyborami, Kolegium Kasacyjne SN uchyliło ten wyrok i kazało wpisać Żyrinowskiego na listę. - To najwspanialszy dzień w moim życiu - cieszył się lider LDPR, zdając sobie sprawę, że nieobecność w wyborach prezydenckich oznaczałaby w istocie porażkę jego partii, od samego początku opartej na kulcie "wodza". Sądowe zwycięstwo Żyrinowskiego będzie kosztowało rosyjskiego podatnika 20 milionów rubli, bo tyle już wydano na druk kart wyborczych bez jego nazwiska. Sprawa nie jest jeszcze zakończona. Centralna Komisja Wyborcza, której przewodniczący Aleksander Wieszniakow szczerze nie cierpi Władimira Wolfowicza, odwołała się do wyższej instancji - Prezydium Sądu Najwyższego - i jeżeli wyrok zostanie ponownie zmieniony, wówczas Komisji przyjdzie wykreślać nazwisko Żyrinowskiego. Ostatecznie więc, jeśli znów nie dojdzie do jakiejś zmiany, w wyborach wystartuje 12 kandydatów: p.o. prezydenta Władimir Putin, lider Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej Giennadij Ziuganow, szef "Jabłoka" Grigorij Jawliński, Władimir Żyrinowski oraz grupa kandydatów mających niewielkie szanse na zebranie znaczącej liczby głosów. Są to: bliżej nieznany czeczeński biznesmen Umar Dżabraiłow, pierwsza kobieta ubiegająca się o ten urząd, była minister w rządzie Jegora Gajdara, Ełła Panfiłowa, Aleksiej Podbierozkin, w przeszłości związany z komunistami, dziś lider ruchu "Duchowe Dziedzictwo", a także znany reżyser Stanisław Goworuchin, dwóch gubernatorów - "lewicowy" Aman Tulejew i "prawicowy" Konstantin Titow, oraz były kremlowski urzędnik Jewgienij Sawastianow. Dla nich udział w wyborach oznacza albo możliwość darmowej promocji w mediach (Dżabraiłow), albo pozwala przypomnieć publiczności o swojej obecności na scenie politycznej (Panfiłowa, Skuratow, Podbierozkin, Sawastianow i w jakimś stopniu Goworuchin). Wreszcie, jak w przypadku Tulejewa, konkurującego na lewym skrzydle z Ziuganowem, oraz Titowa, któremu nie udało się uzyskać zgodnego poparcia całej rosyjskiej prawicy - udział w wyborach umożliwia przyszłe sojusze polityczne. Jeśli oczywiście dojdzie do drugiej tury i wówczas można będzie wezwać swoje elektoraty do poparcia tego czy innego pretendenta. Liczy się tylko Putin W rzeczywistości jest tylko jeden faworyt - Władimir Władimirowicz Putin, a główne pytanie, które nurtuje moskiewskich polityków oraz wszystkie sztaby wyborcze, brzmi: czy wygra już w pierwszej rundzie, czy dopiero w drugiej? Od tego - twierdzą niektórzy komentatorzy - zależy, jaka będzie przyszła Rosja. Rosyjskie instytuty zajmujące się badaniem opinii publicznej podają różne wskaźniki poparcia dla Putina, ale wszystkie są powyżej 50 proc., co zapewnia mu zwycięstwo już 26 marca. Według przeprowadzonego na przełomie lutego i marca przez jeden z instytutów socjologicznych najbardziej optymistycznego sondażu, gdyby wówczas odbywały się wybory, Putin dostałby 60 proc. głosów, Ziuganow - 23, Jawliński 7,8, a każdy z pozostałych poniżej 2 proc. Badania te prowadzono, kiedy z wyścigu prezydenckiego wyłączony był Władimir Żyrinowski, ale i jego obecność w niczym nie zmieniłaby sytuacji. Co najwyżej wpłynęłaby na zmianę "brązowego medalisty". Trzeba przyznać, że sztab wyborczy Putina, którego głównym zadaniem jest doprowadzić swojego szefa do zwycięstwa już w pierwszej turze, bardzo umiejętnie prowadzi kampanię. Putin publicznie zrezygnował z debat i reklam telewizyjnych, stwierdzając przed kamerami, że byłoby czymś niewłaściwym, gdyby jako szanujący się urzędnik państwowy miał występować w przerwach między reklamą podpasek i snickersów. Postępując w ten sposób, Putin nie wykracza poza ramy wizerunku, który już udało się nakreślić w świadomości Rosjan. 25 proc. badanych widzi w nim przede wszystkim energicznego, zdecydowanego polityka, który walczy o interesy państwa, 16 proc. wierzy w to, że będzie dobrym gospodarzem, 13 proc. popiera go za patriotyzm, a 11 proc. zwraca uwagę na to, że jest inteligentem. Jedynie 7 proc. uważa, że może on być przyszłym dyktatorem. Program dla wszystkich Putin występuje w roli bohatera, będącego nadzieją wszystkich Rosjan. Być może między innymi dlatego dotąd nie ogłoszono jego szczegółowego programu wyborczego i ograniczono się do opublikowania "Listu otwartego do wyborców", który jest tylko namiastką politycznego planu Putina. W liście tym - pełnym bardzo ogólnikowych stwierdzeń, w rodzaju "Rosja - bogaty kraj biednych ludzi" - p.o. prezydenta deklarował się jako zwolennik silnego państwa, gwarantującego jednakowe reguły gry dla wszystkich uczestników życia politycznego i gospodarczego; umiejętnie dystansował się od znienawidzonych przez Rosjan oligarchów; podkreślał swoje przywiązanie do reguł demokracji; umiejętnie pominął problemy gospodarcze, stwierdzając, że tylko silne państwo może zagwarantować dalsze reformy, i tylko jednym zdaniem wspomniał o operacji w Czeczenii. To ostatnie nie było przypadkiem. Wojna w Czeczenii pozwoliła wypromować Putina jako murowanego kandydata na prezydenta, ale mało kto już w Rosji wierzy w jej szybkie zakończenie. W tej sytuacji p.o. prezydenta zaczął stopniowo dystansować się od odpowiedzialności za tę operację i przerzucać ją na wojskowych. Za to sam mógł się zająć sprawami bieżącymi - socjalnymi i gospodarczymi: obiecał podwyżkę emerytur, indeksację wynagrodzeń, podwyżkę płac dla sfery budżetowej oraz ożywienie stacji kosmicznej "Mir". Jak pisał poważny tygodnik "Itogi", to wystarczało, aby przeciętny rosyjski wyborca, i tak już oczarowany Putinem, uznał go za ojca narodu. I o to właśnie chodzi. Putin musi wygrać w pierwszej turze, bo tylko takie zwycięstwo daje mu silną legitymację, porównywalną z tą, z jakiej korzystał na początku lat 90. Borys Jelcyn. Jaka będzie potem jego polityka, okaże się po wyborach. Walka na zapleczu W rezultacie najostrzejsza walka wyborcza toczy się obecnie między pozostałymi pretendentami do kremlowskiego tronu. Szczytem marzeń komunisty Giennadija Ziuganowa jest doprowadzić do drugiej tury, ale jego atuty nie są mocne. Może liczyć na swój stały, mniej więcej 20-procentowy elektorat, lecz to nie wystarcza do sukcesu. Poza tym część lewicowych wyborców została "kupiona" hasłami Putina i Ziuganowowi nie pozostaje nic innego, niż dowodzić bez końca, że faworyzowany przez wszystkich kandydat symbolizuje ciąg dalszy rządów tej samej "kremlowskiej rodziny", która - jak twierdzi - doprowadziła kraj do ruiny. Aby przekonać bardziej centrowo nastawionych wyborców, Ziuganow stonował radykalnie komunistyczne hasła i jeśli pokazuje się w swoim gabinecie, to obowiązkowo z portretem Puszkina w tle, a nie wiszącego tam wcześniej Lenina. Bój toczy się również o trzecie miejsce. Do czasu rejestracji Żyrinowskiego największe szanse na jego zajęcie miał Grigorij Jawliński, który już po raz trzeci z tym samym programem ubiega się o prezydenturę. Teraz jednak jest duże prawdopodobieństwo, że przegra z Żyrinowskim, który wprawdzie znacznie później włączył się do walki przedwyborczej, ale za to jego widowiskowe spory z Centralną Komisją Wyborczą zapewniły mu pewną sympatię wśród wyborców, nie mówiąc już o dodatkowej, bezpłatnej reklamie w mediach. Pojawiły się nawet opinie, że cała historia z Żyrinowskim została wyreżyserowana przez kremlowskich analityków. Według tej koncepcji rozumowanie Kremla było następujące: skoro mimo wszystko może dojść do drugiej tury, to już teraz trzeba myśleć, co będzie potem. A co będzie? Wiadomo. W takim przypadku powtórzy się sytuacja z wyborów w 1996 r., kiedy Borys Jelcyn musiał - za odpowiednio wysoką cenę - skorzystać z pomocy właśnie tego "trzeciego", gen. Aleksandra Lebiedzia. I jeżeli teraz wszystko miałoby się powtórzyć, to lepiej zawczasu wybrać potencjalnego koalicjanta. Czy miałby nim być zawsze opozycyjny wobec Kremla Jawliński, czy też skandalizujący, ale zwykle lojalny Żyrinowski? Grupa "Niet" Właśnie przeciwko takiemu traktowaniu polityki i demokratycznych procedur występuje utworzona podczas poprzednich wyborów prezydenckich grupa "Niet", która postanowiła wznowić swoją działalność. W "Deklaracji 2000", opublikowanej na łamach tygodnika "Obszczaja Gazieta" i podpisanej m.in. przez Władimira Bukowskiego, jej autorzy wzywają do głosowania przeciwko wszystkim kandydatom. Ich zdaniem obecna kampania wyborcza jest parodią demokracji. Jeśli dla potrzeb poprzednich wyborów zdecydowano się przerwać wojnę w Czeczenii, to teraz odwrotnie, rozpoczęto nową. I jeśli prowokowanie zamachów bombowych i sukcesy wojenne mają pomóc w zwycięstwie wyborczym, to oznacza to, że Rosja zawsze będzie prowadziła wojnę i żyła w warunkach strachu, prowokacji oraz kolejnych "pożarów Reichstagu" - stwierdzono w "Deklaracji". "Przyjmując narzucone reguły gry w »wybory bez wyborów« wyborcy biorą na siebie odpowiedzialność za wszystko, co będzie wyczyniać wybrana z zamkniętymi oczami władza. Władza zaś nigdy nie nauczy się szanować swoich wyborców i trzeba ją do tego zmusić". Program grupy "Niet", szlachetny w swych intencjach, nie ma żadnych szans. Może liczyć na poparcie około 2 proc. wyborców, którzy gotowi są głosować przeciwko wszystkim. To niewielu, ale i tak więcej, niż mogą zebrać Skuratow, Goworuchin czy nawet Panfiłowa i Titow. Nie mówiąc już o Dżabraiłowie.
Czy Władimir Putin wygra już w pierwszej turze wyborów prezydenckich, czy dopiero w drugiej? Od tego zależy, jaka będzie przyszła Rosja. Według sondaży byłego funkcjonariusza KGB popiera ponad połowa Rosjan. w wyborach wystartuje 12 kandydatów. W rzeczywistości jest tylko jeden faworyt - Władimir Władimirowicz Putin. dotąd nie ogłoszono jego szczegółowego programu wyborczego i ograniczono się do opublikowania "Listu otwartego do wyborców". W liście p.o. prezydenta deklarował się jako zwolennik silnego państwa, gwarantującego jednakowe reguły gry dla wszystkich uczestników życia politycznego i gospodarczego.
Kandydatura Turcji i członkostwo Cypru w UE pozostają z sobą w ścisłym związku Czas odważyć się na niemożliwe TERESA STYLIŃSKA Stosunki między Grecją i Turcją składają się wyłącznie z problemów. Podzielony Cypr i zadawnione animozje żyjących na wyspie Greków i Turków; roszczenia do korzystania z wód, przestrzeni powietrznej i bogactw podmorskich Morza Egejskiego; problemy mniejszości narodowych i religijnych; poparcie Grecji dla separatystów kurdyjskich z Turcji i rywalizacja na Bałkanach... Ten niełatwy do rozwikłania splot to rezultat bolesnej historii, trudnej teraźniejszości i obawy przed tym, co przyniesie przyszłość. Czy można się dziwić, że Grekom i Turkom tak trudno dojść z sobą do ładu? Dodajmy do tego potężną dawkę uraz i dumy narodowej. W konflikcie grecko-tureckim względy psychologiczne grają bowiem rolę nie mniejszą niż spory merytoryczne. Nie jest to wyłącznie konflikt sprzecznych racji i interesów, ale w równej mierze zderzenie odmiennej tradycji, religii i widzenia historii. Urazy z obu stron Grecy noszą w sobie poczucie zagrożenia, jakie ma mały naród w stosunku do wielkiego sąsiada, ale jednocześnie patrzą na Turków nieco z góry, jak spadkobiercy starej kultury europejskiej na azjatyckich barbarzyńców. Fakt, że Grecja należy do Unii Europejskiej, a Turcja z wielkim wysiłkiem dopiero o to zabiega, jest też źródłem cichego zadowolenia, ale pomniejsza je niemiłe poczucie, że Turcy zawsze mogą liczyć na poparcie potężnej Ameryki. Dla Greków Turcy to otomańscy ciemiężcy. Wojna o wyzwolenie (1821 - 1830) zostawiła im pamięć okrucieństw - nie ma znaczenia, że popełniały je obie strony. Grecy cierpią też, bo nie zdołali zrewanżować się Turkom za stulecia upokorzeń. Turcy inaczej - cierpią na kompleks wielkiego narodu, który przez świat nie jest doceniany, choć ma za sobą wspaniałą przeszłość. Dlatego, choć kochają republikę, chętnie wspominają imperialne splendory. Wojna grecko-turecka z początku lat 20. to dla nich straszny czas, gdy świat spisał Turcję na straty. Co ją ocaliło? Talent wojskowy i polityczny Mustafy Kemala Atatürka. Turcy wielbią Atatürka, ponieważ uratował nie tylko państwo, ale i godność narodu. Poczuciu niedocenienia towarzyszy dumne odrzucenie wszelkiej krytyki i dobrych rad. Nikt nie będzie nam dyktował, co mamy robić - powtarzają Turcy. Źródeł swych problemów, takich jak kurdyjski, z upodobaniem doszukują się w międzynarodowym spisku przeciwko Turcji. To, że Unia Europejska trzymała Turcję na dystans, bolało Turków tym mocniej, że czują się Europejczykami, nie gorszymi od tych z Paryża czy Rzymu. Ale skoro Europa ich nie chciała, byli gotowi odwrócić się do niej plecami, nawet gdyby ich interesy miały na tym ucierpieć. Po wojnie grecko-tureckiej oba kraje, za zgodą mocarstw, dokonały wymiany ludności. Do Grecji przesiedlono półtora miliona Greków z zachodniej Turcji. Do Turcji - 600 tys. Turków z północnej Grecji. Mało kto chce dzisiaj pamiętać, że wymianę uzgodniły rządy, by obecność mniejszości nie powodowała dodatkowych zadrażnień. Zwykły Grek i zwykły Turek wolą rozwodzić się nad krzywdami, jakich doznali od wroga przesiedlani rodacy. Na krawędzi wojny Najważniejsze problemy współczesne to sprawa Cypru i kwestia podziału Morza Egejskiego. W ciągu ostatnich 25 lat z ich powodu Grecja i Turcja trzykrotnie znalazły się na krawędzi wojny: w 1974 roku, gdy po nieudanym zamachu stanu na Cyprze, dokonanym z inspiracji rządzących w Grecji pułkowników, Turcja wysłała na wyspę wojska i zajęła całą jej północ; w 1987 roku, w związku z poszukiwaniami ropy naftowej pod dnem Morza Egejskiego; wreszcie na początku 1996 roku, gdy emocje do żywego rozpaliła kwestia przynależności małej wysepki, po grecku zwanej Imia, a po turecku Kardak - 400 metrów kwadratowych bezludnej i do niczego nie przydatnej skały. Na domiar złego Grecy i Turcy spierają się nie tylko o meritum, ale także o to, jak powinni rozwiązywać spory. Turcja zawsze opowiadała się za rozmowami dwustronnymi. Grecja uważa, że sprawy należy oddać w ręce najbardziej kompetentnej instytucji, jaką jest Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze. Unia Europejska wybrała rozwiązanie salomonowe: jeżeli do roku 2004 Grecja i Turcja nie dojdą do porozumienia w spornych kwestiach, będą musiały zwrócić się do haskiego trybunału. Jeśli Turcja poważnie myśli o członkostwie w Unii, będzie musiała się temu podporządkować. W ostatnim czasie do listy bardzo poważnych problemów dołączyła sprawa Kurdów. Turcy od dawna oskarżali Greków o popieranie separatystów kurdyjskich. Grecy zaprzeczali, twierdząc, że nawet jeśli niektórzy politycy greccy angażują się w pomoc dla Kurdyjskiej Partii Robotniczej (PKK), to robią to na własną rękę, bez zgody państwa. Ale okoliczności ujęcia Abdullaha Ocalana dowodzą, że nie była to chyba stuprocentowa prawda, skoro przywódca PKK ukrywał się w greckiej ambasadzie. Gest solidarności Czy przy tak poważnych przeszkodach trwałe przezwyciężenie konfliktu grecko-tureckiego jest w ogóle możliwe? Wydaje się, wbrew pozorom, że tak. Sentymenty i żale to zupełnie co innego niż rzeczywistość i interesy. Co się bowiem dzieje? I w Grecji, i w Turcji słychać gorące apele o zgodę, współpracę i pojednanie. Nie wychodzą one bynajmniej z grona zawodowych polityków, którzy ostrymi i łagodnymi wypowiedziami szafują na przemian, zależnie od potrzeb. Położenia kresu sporom najgłośniej domagają się przedsiębiorcy, właściciele biur podróży, władze lokalne z rejonów nadgranicznych i strefy egejskiej - słowem wszyscy ci, którym konflikt przynosi wymierne straty. Dlatego gdy w Atenach i Ankarze padają cierpkie słowa, na niższych szczeblach nie brak kontaktów i inicjatyw, takich jak na przykład konferencja burmistrzów miast egejskich. Ludzie w regionie mało dbają o to, że Cypr jest podzielony, prawa do wód egejskich nie do końca jasne, a nad morzem nieustannie z hukiem przelatują myśliwce. Że coś się zmienia, świadczy także postępowanie Greków i Turków po trzęsieniach ziemi, jakie parę miesięcy temu dotknęły oba kraje. Po tragicznym w skutkach kataklizmie w Turcji Grecja pierwsza pospieszyła z pomocą, wysyłając żywność, lekarstwa i krew. Ten gest solidarności zaskoczeni Turcy przyjęli z wdzięcznością, a jeden z ministrów, który pozwolił sobie na stwierdzenie: "grecka krew jest nam niepotrzebna", został ostro napiętnowany. Już w parę tygodni później, gdy trzęsienie dotknęło Ateny, Turcy odwzajemnili się Grekom. Wzajemna pomoc w nieszczęściu znakomicie poprawiła atmosferę, to zaś ułatwiło sfinalizowanie rozmów, których tematem była współpraca w konkretnych dziedzinach, takich jak nauka, turystyka i ochrona środowiska. Krok w przyszłość W obu krajach dochodzi też do głosu nowa generacja polityków, którzy, jak się zdaje, o przyszłych więzach i interesach myślą więcej niż o zadrażnieniach z przeszłości. Wspomnienie walk Greków i Turków cypryjskich czy dawnych cierpień mniejszości narodowych nie boli ich tak bardzo jak ludzi starszego pokolenia. Do tego nowego nurtu zaliczają się obaj ministrowie spraw zagranicznych - grecki Jeorjos Papandreu i turecki Ismail Cem. Żaden z dawnych szefów dyplomacji Grecji i Turcji nie zdobył się na tak wiele pojednawczych gestów i deklaracji. A czy zdarzyło się kiedykolwiek, by przedstawiciel władz greckich uczestniczył w otwarciu roku akademickiego na uniwersytecie w Stambule? Tymczasem Jeorjos Papandreu przyjechał, wygłosił przemówienie i został owacyjnie przyjęty. Powiedział bowiem to, co pewnie myślało wielu jego słuchaczy: - Nadszedł czas, by odważyć się na niemożliwe i w naszych stosunkach otworzyć nowy rozdział. Dołączenie Turcji do grona kandydatów do Unii Europejskiej powinno być korzystne dla stosunków grecko-tureckich. Bez zgody Grecji, która w sprawach dotyczących Turcji nieraz korzystała z prawa weta, nic by przecież z tego nie było. Grecy z kolei nie byliby aż tak pojednawczy, gdyby ich oczekiwania nie zostały spełnione. Chodzi nie tylko o sposób rozstrzygnięcia sporów, ale także o sprawę Cypru, który zostanie przyjęty do Unii, nawet jeśli nadal będzie podzielony. Kandydatura Turcji i członkostwo Cypru pozostają z sobą w ścisłym związku. - Nareszcie zrozumiano, że nie ma Europy bez Turcji i Turcji bez Europy - tymi słowy turecki premier Bülent Ecevit skwitował decyzję uczestników szczytu Unii Europejskiej w Helsinkach, którzy zaproponowali Turcji kandydowanie. Ecevit w związku z tym udał się w sobotę do Helsinek na kończący szczyt lunch, choć pierwotnie zaproszenie odrzucił (Turcję zaproszono jako "kraj zainteresowany członkostwem", a nie jako kandydata). Od razu też obiecał, że będzie działał na rzecz zniesienia w Turcji kary śmierci. Prasa turecka jest niemal jednogłośna: decyzja Unii to wydarzenie historyczne. Pojawiły się jednak, choć odosobnione, głosy, że perspektywa członkostwa może dla Unii stanowić środek nacisku na Turcję. Zdecydowana większość Greków - 68 proc., jak wynika z sondażu przeprowadzonego naprędce wśród mieszkańców aglomeracji ateńskiej - akceptuje zbliżenie między Turcją a Unią. 74 proc. pozytywnie ocenia działania rządu greckiego w tej sprawie. Premier Kostas Simitis zwrócił uwagę, że w tej sytuacji Grecja będzie mogła zmniejszyć wydatki na obronę (obecnie 5 proc. GDP). T.T.S.
Stosunki między Grecją i Turcją składają się wyłącznie z problemów. Podzielony Cypr i zadawnione animozje żyjących na wyspie Greków i Turków... to rezultat bolesnej historii, trudnej teraźniejszości i obawy przed tym, co przyniesie przyszłość. Czy można się dziwić, że Grekom i Turkom tak trudno dojść z sobą do ładu? Grecy noszą w sobie poczucie zagrożenia, jakie ma mały naród w stosunku do wielkiego sąsiada, ale jednocześnie patrzą na Turków nieco z góry, jak spadkobiercy starej kultury europejskiej na azjatyckich barbarzyńców. Fakt, że Grecja należy do Unii Europejskiej, a Turcja z wielkim wysiłkiem dopiero o to zabiega. Dla Greków Turcy to otomańscy ciemiężcy. Grecy cierpią też, bo nie zdołali zrewanżować się Turkom za stulecia upokorzeń. Turcy inaczej - cierpią na kompleks wielkiego narodu, który przez świat nie jest doceniany, choć ma za sobą wspaniałą przeszłość. Najważniejsze problemy współczesne to sprawa Cypru i kwestia podziału Morza Egejskiego. W ciągu ostatnich 25 lat z ich powodu Grecja i Turcja trzykrotnie znalazły się na krawędzi wojny.Na domiar złego Grecy i Turcy spierają się nie tylko o meritum, ale także o to, jak powinni rozwiązywać spory. Turcja zawsze opowiadała się za rozmowami dwustronnymi. Grecja uważa, że sprawy należy oddać w ręce najbardziej kompetentnej instytucji, jaką jest Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze. W ostatnim czasie do listy bardzo poważnych problemów dołączyła sprawa Kurdów. Dołączenie Turcji do grona kandydatów do Unii Europejskiej powinno być korzystne dla stosunków grecko-tureckich. Kandydatura Turcji i członkostwo Cypru pozostają z sobą w ścisłym związku. Prasa turecka jest niemal jednogłośna: decyzja Unii to wydarzenie historyczne. Pojawiły się jednak, choć odosobnione, głosy, że perspektywa członkostwa może dla Unii stanowić środek nacisku na Turcję.
PRAGA Wielu posłów i senatorów ODS publicznie oświadczyło, że nie odda na Havla swego głosu. Jednak większość zwyczajnych Czechów chciałaby go ponownie widzieć na prezydenckim fotelu Havel na Hrad Kandydatów do prezydenckiego fotela jest trzech. Pierwszy z lewej to przywódca partii republikańskiej Miroslav Sladek. Pośrodku najpoważniejszy kandydat, dotychczasowy prezydent Vaclav Havel. Komuniści zgłosili Stanislava Fischera (z prawej) - astrofizyka. FOT. (C) AP BARBARA SIERSZUŁA z Pragi Kandydaci są trzej. Za najpoważniejszego uchodzi Vaclav Havel. Jeśli nie zawiodą posłowie z ODS, Vaclav Havel zostanie wybrany ponownie na ostatnią już swoją kadencję:1998-2003. Konstytucja RCz dopuszcza możliwość tylko dwukrotnego sprawowania urzędu prezydenckiego przez tę samą osobę. Komuniści zgłosili Stanislava Fischera - astrofizyka, przyznającego się do współpracy z tajną policją STB. Trzeci z kandydatów, przywódca partii republikańskiej, Miroslav Sladek, przebywa w areszcie śledczym z powodu utrudniania postępowania sądowego. Obwinionego o podniecanie nienawiści na tle narodowościowym i rasowym, czeka proces. Zestaw kandydatów zdaje się nie pozostawiać wątpliwości, kogo należy wybrać. Decyzja ostateczna należeć będzie do posłów i senatorów Zgromadzenia Narodowego. O tym, czy głosować będą tajnie czy jawnie, zdecydują w dniu wyborów. Nic dwa razy się nie zdarza... Zdarzyło się. W przypadku Vaclava Havla jest to już czwarta kandydatura, a jeśli zostanie wybrany - trzeci urząd prezydencki. Po raz pierwszy został prezydentem Czechosłowacji 29 grudnia 1989 roku. W czerwcu 1992, kiedy zbliżał się rozpad CSRF, jego ponowną kandydaturę odrzucili Słowacy. Stwierdziwszy, że nie może już wypełniać obowiązków wobec CSRF zgodnie ze swym sumieniem i przekonaniami, 20 lipca 1992 Vaclav Havel abdykował, stając się na pół roku osobą prywatną. Pierwszego stycznia 1993 Czechosłowacja rozdzieliła się na dwa suwerenne państwa: Republikę Czeską i Republikę Słowacką. Trzy tygodnie poźniej, 26 stycznia 1993, Vaclav Havel został wybrany na pierwszego prezydenta Republiki Czeskiej. Jego "czeska" kadencja właśnie dobiegła końca. Jaka była? Na pewno trudna. Chwilami dramatyczna, a przy końcu nawet tragiczna. Uprawnienia prezydenckie w samodzielnej Republice Czeskiej, w porównaniu z federalnymi, zostały przez czeską konstytucję znacznie ograniczone. Zadaniem Vaclava Havla stało się wypełnienie własną treścią nowych wyobrażeń o prezydencie. Jakie cele sobie wyznaczył i co z nich udało się zrealizować? Wielkim tematem prezydenta była i nadal pozostaje budowa społeczeństwa obywatelskiego, w którym rola partii politycznych byłaby zredukowana do niezbędnego minimum. Zadanie następne to: walka z czeskim prowincjonalizmem i próba wprowadzenia do polityki aspektów moralnych oraz poczucia globalnej odpowiedzialności za sprawy świata. Kolejny zamiar prezydencki łączył się z planami decentralizacji władzy, z utworzeniem samorządu terytorialnego i z dążeniem, aby prezydent pełnił rolę ponadpartyjnego gwaranta wewnętrznej stabilizacji politycznej. Cele zewnętrzne, za którymi Havel mocno się odpowiada, to włączenie się Czech w struktury europejskie, wejście do NATO i UE. Gdy w styczniu 1994 roku odbywało się w Pradze spotkania prezydenta USA Billa Clintona z prezydentami Grupy Wyszehradzkiej, dające początek współpracy w ramach "Partnerstwa dla pokoju", cele te były już wyraźnie sformułowane. Czeska dyplomacja sądziła wtedy, że najlepsza będzie droga w pojedynkę - prezydent nie protestował. Stwierdził, że Środkową Europę można równie dobrze integrować na poziomie prezydenckim, i zaprosił siedmiu prezydentów do Litomyśli, aby wspólnie zastanowić się na przyszłością regionu. Realizacja reform gospodarczych w Czechach od roku 1993 należała do trójpartyjnej prawicowej koalicji. Została ona zdominowana przez Obywatelską Partią Demokratyczną (ODS) Vaclava Klausa, która aż do wyborów w 1996 roku nadawała główny ton transformacji. Vaclav Havel, aczkolwiek często różnił się z premierem w poglądach na sposób przekształcania gospodarki, usunął mu się z drogi. W polityce zagranicznej też mu ustąpił, zgadzając się m.in. na "cichą śmierć" Wyszehradu. Ze swych krytycznych uwag prezydent jednak nie zrezygnował. W przemówieniu noworocznym 1 stycznia 1995 mówił np., że dla większości ludzi ważne są nie tylko reformy ekonomiczne, ale też klimat moralny, w jakim one przebiegają. Rok poźniej ton jego wypowiedzi stał się bardziej ostry: "Wszystkie nasze sukcesy polityczne i gospodarcze nie przydadzą się na nic, jeśli między ludźmi będzie panowało prawo dżungli." Pogłębiający się dystans pomiędzy prezydentem i premierem osiągnął swój finał po dymisji szefa rządu. W przemówieniu wygłoszonym przed posłami i senatorami 9 grudnia Vaclav Havel krytycznie ocenił stan państwa i okres rządów Vaclava Klausa, oświadczając: - Zgubiła nas pycha. Bilans zysków i strat Nie spełniły się marzenia o moralnej polityce. Pięć lat to, jak się okazało się, zbyt mało, aby Vaclav Havel zdołał przekształcić czeską rzeczywistość. Podczas gdy za granicą czytano i szczegółowo analizowano jego przemówienia, czescy prawicowi politycy traktowali go jak niegroźnego, filozofującego moralistę, a lewica ledwie go tolerowała. Dopiero niedawno Havel przyznał, że ilekroć go odwiedzał Vaclav Klaus, zawsze był przez premiera karcony i łajany. A po każdej udanej zagranicznej podróży dostawał w domu od czeskich polityków coś w rodzaju "kopniaka w kostkę", aby zbyt dużo sobie nie wyobrażał. Nie zawiodła go jednak publiczność. Od roku 1993 Havel należy do najpopularniejszych polityków w Czechach. Przez pięć lat jego popularność nie spadła nigdy poniżej 65 procent, a na przełomie roku 1996/97 w czasie choroby, a potem ponownego ożenku osiągnęła rekordowe 85 procent. Międzynarodowy moralny autorytet Havla jest jedną z przyczyn jego mocnej pozycji. Czesi wiedzą, że nazwisko prezydenta i jego przesłanie, liczne nagrody i zagraniczne odznaczenia zwiększają prestiż kraju, przynosząc wymierne efekty, jak zaproszenie do NATO. W Czechach Havel stał się bardziej wyrazisty po wyborach w czerwcu 1996, kiedy wpływy Vaclava Klausa i jego ODS zaczęły wyraźnie słabnąć. Gdy na skutek wyników głosowania powstało niebezpieczeństwo kryzysu politycznego z powodu zrównoważonych sił koalicji i opozycji, prezydent mógł odegrać swoją rolę ponadpartyjnego koordynatora. I odegrał. Inna sprawa, czy pomysł uczynienia z lidera opozycji socjaldemokratycznej Milosza Zemana marszałka Izby Poselskiej był najszczęśliwszy. Dzisiaj Havel sam przyznaje, że nie. Stworzony półtora roku temu układ polityczny okazał się niewydolny. Dziś Czechy stoją w obliczu przedterminowych wyborów parlamentarnych. Prezydencka idea decentralizacji władzy, czyli ustawa o samorządzie terytorialnym i nowym podziale administracyjnym ujrzała światło dzienne dopiero w drugiej połowie 1997, gdy pozycja Vaclava Klausa była już znacznie osłabiona. Przez kilka lat ODS konsekwentnie odrzucała samorządy. Wielu politologów analizujących przyczyny upadku rządu Klausa, abstrahując od afer finansowych ODS, uważa, że Havel ponosi część odpowiedzialności za obecną sytuację w kraju. Ostre słowa krytyki, które premier i jego rząd usłyszeli 9 grudnia, mogły być wypowiedziane przez prezydenta co najmniej dwa lata wcześniej. Dlaczego tak się nie stało? Z perspektywy pięciu lat jasno widać, że Vaclav Havel nie czuł się dobrze w układzie politycznym zdominowanym przez Klausa i często mu ustępował. Dopiero zmiany personalne (rezygnacja Josefa Zieleńca), przegrupowania na czeskiej prawicy i dymisja premiera spowodowały, że mimo nękającej go choroby prezydent znowu zaczął być sobą. Zdrowie i sprawy prywatne Kampanię przedwyborczą Vaclav Havel całkowicie zignorował. Po burzliwych wydarzeniach z przełomu listopada i grudnia (upadek rządu), po poważnym zapalenie płuc (rok temu przeszedł operację usunięcia części płuca z małym złośliwym nowotworem) i sławnym wystąpieniu w Rudolfinum, czekał już tylko na mianowanie nowego premiera. Cztery dni po wręczeniu Josefovi Toszovskiemu aktu nominacji prezydent wraz z małżonką, lekarzem, pielęgniarką, ochroną osobistą i czterema psami odleciał na urlop zdrowotny do rezydencji króla Hiszpanii na Wyspach Kanaryjskich. Tymczasem w kraju jego krytyczne przemówienie z 9 grudnia, mianowanie bezpartyjnego premiera, a potem półpolitycznego rządu wywołało wśród dużej części posłów i senatorów ODS falę silnej niechęci. Wielu z nich publicznie oświadczyło, że nie odda na Havla swego głosu 20 stycznia br. Aby zostać wybrany w pierwszej turze, potrzebuje 101 z 200 głosów poselskich, i 41 z 81 senatorskich. W Senacie problemu nie będzie, w Izbie Poselskiej może być trudniej. Tu Vaclav Havel może liczyć jedynie na głosy posłów z nowo powstałej Unii Wolności, która oddzieliła się od ODS Vaclava Klausa. Stan zdrowia kandydata na prezydenta deputowanych nie interesuje. Do raportu konsylium lekarskiego, przedstawionego w obu izbach, zajrzało 26 posłów i 4 senatorów. Ich spekulacjom, kto będzie za Havlem, a kto przeciwko, nie sekundują zwyczajni Czesi. Większość z nich (59 procent) chciałaby go ponownie widzieć na Hradzie. Według 57 procent druga prezydentura Havla pomoże utrzymać spokój w kraju, a 71 procent sądzi, że wzmocni on pozycję Czech poza granicami. Zaufanie, jakim Vaclav Havel cieszy się wśród w swoich rodaków, ma tylko częściowy związek z jego dysydencką przeszłością. Socjologowie twierdzą, że Czechów najbardziej interesuje zdrowie prezydenta i jego sprawy prywatne. Spadek popularności do 65 procent wywołały rodzinne spory majątkowe ze szwagierką i nie zbyt fortunne wypowiedzi Dagmar Havlovej. Porównania z pierwszą żoną prezydenta, Olgą, nie są dla obecnej małżonki korzystne. Co Vaclav Havel myśli o drugiej kadencji prezydenckiej? Przede wszystkim chciałby, aby była ona lepsza, aby przyniosła Czechom członkostwo w NATO i w Unii Europejskiej. Jego zdrowie wymaga, aby to była prezydentura spokojniejsza. Tymczasem w kraju czeka go sytuacja chyba trudniejsza od tej przed 5 laty. Czeska prawica jest rozproszona i skłócona. Opinia publiczna skłania się ku lewicy, a sondaże mówią, że przedwczesne czerwcowe wybory wygrają socjaldemokraci. Jeśli Milosz Zeman zostanie premierem, dla prezydenta Vaclava Havla będzie to następny "twardy" partner.
Wielu posłów i senatorów ODS publicznie oświadczyło, że nie odda na Havla swego głosu. Jednak większość zwyczajnych Czechów chciałaby go ponownie widzieć na prezydenckim fotelu Kandydaci są trzej. Za najpoważniejszego uchodzi Vaclav Havel. Jeśli nie zawiodą posłowie z ODS, Vaclav Havel zostanie wybrany ponownie na ostatnią już swoją kadencję:1998-2003. Konstytucja RCz dopuszcza możliwość tylko dwukrotnego sprawowania urzędu prezydenckiego przez tę samą osobę. Komuniści zgłosili Stanislava Fischera - astrofizyka, przyznającego się do współpracy z tajną policją STB. Trzeci z kandydatów, przywódca partii republikańskiej, Miroslav Sladek, przebywa w areszcie śledczym z powodu utrudniania postępowania sądowego. Obwinionego o podniecanie nienawiści na tle narodowościowym i rasowym, czeka proces. Zestaw kandydatów zdaje się nie pozostawiać wątpliwości, kogo należy wybrać. Decyzja ostateczna należeć będzie do posłów i senatorów Zgromadzenia Narodowego. O tym, czy głosować będą tajnie czy jawnie, zdecydują w dniu wyborów.26 stycznia 1993, Vaclav Havel został wybrany na pierwszego prezydenta Republiki Czeskiej. Jego kadencja właśnie dobiegła końca. Jaka była?Na pewno trudna. Chwilami dramatyczna, a przy końcu nawet tragiczna.ielkim tematem prezydenta była i nadal pozostaje budowa społeczeństwa obywatelskiego, w którym rola partii politycznych byłaby zredukowana do niezbędnego minimum. Zadanie następne to: walka z czeskim prowincjonalizmem i próba wprowadzenia do polityki aspektów moralnych oraz poczucia globalnej odpowiedzialności za sprawy świata. Kolejny zamiar prezydencki łączył się z planami decentralizacji władzy, z utworzeniem samorządu terytorialnego i z dążeniem, aby prezydent pełnił rolę ponadpartyjnego gwaranta wewnętrznej stabilizacji politycznej. Cele zewnętrzne, za którymi Havel mocno się odpowiada, to włączenie się Czech w struktury europejskie, wejście do NATO i UE. Co Vaclav Havel myśli o drugiej kadencji prezydenckiej? Przede wszystkim chciałby, aby była ona lepsza, aby przyniosła Czechom członkostwo w NATO i w Unii Europejskiej. Jego zdrowie wymaga, aby to była prezydentura spokojniejsza. Tymczasem w kraju czeka go sytuacja chyba trudniejsza od tej przed 5 laty.
ANALIZA Telewizja publiczna po wyborach Apetyt Sojuszu na prezydencką TVP Robert Kwiatkowski osobiście angażował się w tworzenie jak najlepszego wizerunku Aleksandra Kwaśniewskiego, na przykład wstrzymując emisję kompromitujących kaset z Charkowa. Mało kto oczekuje jednak, że będzie on nadstawiał karku także za potknięcia SLD. FOT. ANDRZEJ WIKTOR LUIZA ZALEWSKA Już wkrótce nie tylko AWS będzie się domagała głowy prezesa telewizji publicznej. Coraz większy apetyt na TVP ma teraz SLD, a to dlatego, że po wyborze prezydenta przyszedł czas na kampanię parlamentarną, w której największa stacja - co dowiodła ostatnia kampania - może mieć bardzo dużo do powiedzenia. A prezes wywodzący się z obozu prezydenckiego to nie to samo, co cieszący się poparciem Sojuszu. Jeszcze do niedawna SLD dość gorliwie bronił, wywodzącego się z obozu prezydenta, prezesa TVP Roberta Kwiatkowskiego. Czasami nawet zbyt gorliwie, co wiosną tego roku wytykano rzeczniczce SLD Danucie Waniek. Po skandalu w łódzkim ośrodku TVP, który promował zabójcę ks. Jerzego Popiełuszki oraz antyklerykalny tygodnik, tak komentowała ona sytuację: - Przewodniczący SLD Leszek Miller wyraził ubolewanie z powodu tego incydentu, a szef TVP Robert Kwiatkowski podjął stosowne decyzje personalne, czyli ze strony SLD nastąpiła właściwa reakcja. Dziś trudno mówić o takiej jedności, bo SLD z coraz większym dystansem przygląda się temu, co dzieje się w telewizji. Nie pomogła obecność prezesa TVP na kongresie założycielskim SLD ani na pierwszym kongresie tej partii. Niedawno podczas posiedzenia Sejmowej Komisji Kultury i Środków przekazu, kiedy prezes TVP wygarnął posłom, co myśli o sensie transmitowania obrad Sejmu, wiceprzewodniczący komisji Andrzej Urbańczyk (SLD) łapał się za głowę. I to on zwrócił Kwiatkowskiemu uwagę na niestosowność ostrych sformułowań. Niedługo później, gdy podczas posiedzenia komisji sposób przeprowadzenia reformy TVP zmieszano z błotem, żaden z posłów SLD nie stanął w jej obronie. Czas na zmiany Wygląda na to, że scenariusz SLD w sprawie telewizji publicznej jest następujący: do wyborów prezydenckich TVP władają ludzie Kwaśniewskiego, by mógł on pozostać w Pałacu Prezydenckim na drugą kadencję, co leży przecież także w interesie Sojuszu. Ale potem powinien nadejść czas na zmiany - TVP potrzebna będzie partii, by z jak najlepszym wynikiem mogła ona wygrać wybory parlamentarne, i po to, by później właściwie informować o poczynaniach nowego rządu. - Jeśli sprawy w kraju będą szły w złym kierunku, do kogo będzie należało mówienie, że idą w dobrym? Do telewizji - mówią osoby związane z obecnymi władzami TVP. Na pierwszy rzut oka niezadowolenie SLD z dzisiejszych władz TVP może wydawać się śmieszne - za czasów prezydenckiego prezesa Leszek Miller nie miał powodów, by słać skargi do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Czyniła to prawica, skarżąc się na eksponowanie lidera lewicy. Mimo to Miller mówi dziś "Rzeczpospolitej": - Jako widz dobrze oceniam pracę obecnych władz TVP, bo według badań telewizja cieszy się zaufaniem ponad 70 proc. Polaków. Ale jako polityk mam czasem pretensje, że w TVP widać przechył w prawą stronę. Potwierdzają to sondaże opinii publicznej. - Nas po prostu w telewizji jest za mało - dodają zwolennicy zmian. - Czy w programach TVP widać naszych ekspertów, czy z należytą uwagą eksponuje się nasz program, czy wreszcie nasi ludzie zajmują tam jakiekolwiek stanowiska i mają cokolwiek do powiedzenia? Nie. Wszystkim rządzi Pałac. SLD nie ma stuprocentowego zaufania do prezesa cieszącego się poparciem prezydenta i trudno się temu dziwić. Robert Kwiatkowski osobiście angażował się w tworzenie jak najlepszego wizerunku Aleksandra Kwaśniewskiego, na przykład wstrzymując emisję kompromitujących kaset z Charkowa. Mało kto oczekuje jednak, że będzie on nadstawiał karku także za potknięcia SLD. - I kiedy będzie dochodziło do konfrontacji między nowym, lewicowym rządem a prezydentem, który na przykład ten rząd zacznie krytykować, to nie ma wątpliwości, po której stronie opowie się prezes - dodają komentatorzy. Pytany, czy potrzebne są zmiany we władzach stacji, Leszek Miller odpowiada: - Wobec tego, że TVP jest zbyt prawicowa, byłoby lepiej, gdyby telewizja publiczna była bardziej przyjazna lewicy. Lider SLD zastrzega przy tym, że jego "opinia jest w tej sprawie zbędna, bo władze TVP powoływane są w sposób od polityków niezależny". Rzeczywiście, choć już dziś pojawia się wiele nazwisk przyszłych prezesów (od szefa Canal Plus Lwa Rywina, sekretarza Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Włodzimierza Czarzastego po wiceprezesa TVP Jarosława Pachowskiego związanego z SLD), by zmienić skład zarządu TVP lewica będzie musiała włożyć sporo wysiłku. Prezesa odwołać może tylko rada nadzorcza (wybrano ją kilka miesięcy temu na czteroletnią kadencję i nie można jej odwołać przed tym terminem), a w niej trudno dziś znaleźć osoby związane wprost z SLD. Nawet trzej członkowie rady kojarzeni z lewą stroną to przede wszystkim ludzie Kwaśniewskiego. Wystarczy przypomnieć, że dwóch kilka lat temu rekomendował do rady poprzedniej kadencji nie kto inny jak Robert Kwiatkowski, wówczas "prezydencki" członek KRRiTV. Wniosek o odwołanie prezesa musiałoby poprzeć siedmiu na dziewięciu członków RN. Wojna na dwóch frontach Co będzie, jeśli prezydent - który ponoć też nie zawsze zadowolony jest ze swojego prezesa - mimo wszystko nie odda władzy nad największą telewizją albo przynajmniej nie podzieli się nią z SLD bardziej sprawiedliwie? - To może oznaczać wojnę. Taką samą jaką toczomy dziś z awuesowskim ministrem skarbu. A ponieważ już teraz trwa ona zbyt długo, skutki przeciągania tego sporu z nowym ministrem z nowego rządu będą dla TVP jeszcze poważniejsze - przewidują osoby związane z obecnymi władzami stacji. Minister skarbu pełni obowiązki właściciela TVP i jako walne zgromadzenie akcjonariuszy tej spółki jest jej najwyższą władzą. Dotychczas blokował on większość planów telewizji, która w czasach gwałtownego rozwoju platform cyfrowych i wejścia do Polski zachodnich koncernów medialnych zmuszona była zająć defensywne pozycje. Między innymi z powodu sprzeciwu ministra nie utworzyła kanału informacyjnego, choć jej potencjał pozwalałby uruchomić go z dnia na dzień. Wojna toczyć się będzie mogła również na innym froncie, mianowicie w Sejmie. W obecnej kadencji Sejmu władze TVP, w których nie ma żadnego reprezentanta prawicy, nie mogły liczyć na jakiekolwiek wsparcie parlamentarnej większości. Mimo wielu monitów w sprawie spadku wpływów z abonamentu radiowo-telewizyjnego posłowie nie kiwnęli palcem, by wprowadzić przepisy umożliwiające bardziej skuteczny jego pobór. A zmniejsza się on z miesiąca na miesiąc, co w połączeniu z zapaścią na rynku reklamowym nie wróży sytuacji finansowej TVP najlepiej. Mimo to trudno liczyć, by posłowie lewicy mający apetyt na telewizję, która nie będzie od nich w pełni zależna, będą chcieli pomóc w przyszłej kadencji Sejmu. A jeśli tak, to mogą blokować także wiele innych pomysłów TVP. Na przykład plan pozbycia się "niepotrzebnego balastu" w postaci części majątku spółki, w tym na przykład ośrodków terenowych. Jedna z koncepcji polega na tym, by je - na wzór regionalnych rozgłośni radiowych - usamodzielnić, oddając przy tym część władzy nad nimi w ręce samorządów. Ale by było to możliwe, potrzebna jest zgoda Sejmu, bo takie zmiany będą możliwe dopiero po znowelizowaniu ustawy. Poszukiwanie poparcia Prawdopodobnie dlatego dzisiejsze władze TVP szukają poparcia u Unii Wolności, która firmując obecny układ w mediach publicznych, nie miała do tej pory z tego większego pożytku, oraz w środowiskach, które UW sprzyjają. Tak można interpretować zwolnienie z pracy Andrzeja Kwiatkowskiego, jednego z telewizyjnych dyrektorów, o którego losach przesądziła krytyka ze strony przewodniczącego KRRiTV Juliusza Brauna. Teraz władze TVP próbują zdobyć przychylność Unii, godząc się na oddanie jej kilku istotnych stanowisk, np. wicedyrektora Telewizyjnej Agencji Informacyjnej, którym po wyborach zostać ma Jarosław Szczepański. Pozostaje pytanie, czy wsparcie UW w jakikolwiek sposób pomoże odeprzeć atak SLD na prezydencką TVP? Prawica, która nie ma żadnego wpływu na publiczne media, bez żadnych emocji przygląda się walce o fotel prezesa. - W telewizji jest tak źle, że nawet jeśli będzie gorzej, to w ogólnym rozrachunku nie będzie to miało większego znaczenia - uważa Tomasz Wełnicki (AWS). - To wewnątrzpartyjne rozgrywki postkomunistów, które mogłyby przynieść korzyść tylko wówczas, gdyby się wszyscy nawzajem wykończyli.
scenariusz SLD w sprawie telewizji publicznej: do wyborów prezydenckich TVP władają ludzie Kwaśniewskiego, by mógł on pozostać w Pałacu Prezydenckim na drugą kadencję. Ale potem powinien nadejść czas na zmiany - TVP potrzebna będzie partii, by mogła ona wygrać wybory parlamentarne. SLD nie ma zaufania do prezesa cieszącego się poparciem prezydenta. by zmienić skład zarządu TVP lewica będzie musiała włożyć sporo wysiłku.
SPÓR O TELEWIZJĘ Skarb państwa nie może być bezradnym właścicielem Duże emocje budzi spór między ministrem skarbu a władzami telewizji publicznej. Generalnie przewijają się trzy zasadnicze zagadnienia charakterystyczne dla tego sporu: 1. Czy zarząd TVP mógł odmówić wykonania uchwały walnego zgromadzenia akcjonariuszy? 2. Czy zarząd mógł i powinien reprezentować TVP w postępowaniu z powództwa rady nadzorczej o unieważnienie uchwały i czy mógł uznać powództwo? 3. Czy minister skarbu państwa jako reprezentant skarbu państwa (jedynego akcjonariusza) w walnym zgromadzeniu może powołać nowe władze TVP? Zastrzegamy, że naszą wiedzę o sporze czerpiemy wyłącznie z artykułów prasowych i wypowiedzi w TVP. Nie znamy również statutu TVP. Dlatego rozważania nasze mają częściowo charakter teoretyczny. Bezspornie podstawą funkcjonowania telewizji publicznej jest ustawa z 29 grudnia 1992 r. o radiofonii i telewizji. Ponadto zgodnie z jej art. 26 ust. 4 do działalności Telewizji Polskiej Spółki Akcyjnej stosuje się przepisy kodeksu handlowego. Według ustawy zarząd spółki nie jest związany poleceniami i zakazami ustanowionymi przez walne zgromadzenie, jeżeli dotyczą one treści programu. A contrario - zarząd jest związany wszystkimi innymi poleceniami walnego zgromadzenia akcjonariuszy (ministra skarbu państwa) nie dotyczącymi treści programu. Także stosownie do przepisu art. 371 k.h. zarząd jest związany uchwałami walnego zgromadzenia akcjonariuszy. Członek władz spółki akcyjnej powinien wykonywać swoje obowiązki ze starannością sumiennego kupca (art. 474 § 2 k.h.). Naszym zdaniem jednym z przykładów naruszenia tej staranności jest odmowa wykonania uchwały zgromadzenia akcjonariuszy. Jeżeli zarząd lub członek zarządu uważa, że uchwała narusza przepisy prawa lub postanowienia statutu, może zaskarżyć tę uchwałę w trybie art. 413 i nast. k.h. Niedopuszczalna natomiast jest sytuacja, w której zarząd nie zaskarżył uchwały, lecz odmawia jej wykonania. Jest to działanie nie tylko naruszające staranność sumiennego kupca, ale także jest sprzeczne z prawem. Z artykułów prasowych wynika jedynie, że minister skarbu ustanowił pełnomocnika do reprezentowania Telewizji Polskiej SA w sprawie o unieważnienie uchwały z powództwa rady nadzorczej. Przypomnijmy zatem, iż w sporach dotyczących unieważnienia uchwał walnego zgromadzenia akcjonariuszy pozwaną spółkę z mocy ustawy reprezentuje zarząd, chyba że uchwałą walnego zgromadzenia akcjonariuszy, zaprotokołowaną przez notariusza, ustanowiony został osobny pełnomocnik (art. 416 i 412 § 1 k.h.). Jeżeli zatem pełnomocnik został ustanowiony zgodnie z wyżej przytoczonymi przepisami, zarząd nie był legitymowany do reprezentowania TVP SA. Mało prawdopodobne (chociaż niewykluczone), aby zarząd nie wiedział o powołaniu pełnomocnika. Nie można zatem wykluczyć, że zarząd, uznając powództwo, działał świadomie w złej wierze. Oczywiście uznanie powództwa jest dopuszczalne. Stosownie do przepisu art. 47917 k.p.c. sąd mógł wydać w związku z uznaniem powództwa wyrok na posiedzeniu niejawnym. Naszą wątpliwość budzi jednak działanie zarządu TVP SA, nawet jeżeli zarząd nie wiedział o ustanowieniu pełnomocnika. Według przytoczonego już przepisu art. 474 § 2 k.h. na zarząd spółki akcyjnej nakłada się obowiązek działania ze szczególną starannością. Niewyobrażalne jest, aby tak doświadczeni i wykształceni ludzie jak członkowie zarządu TVP SA, uznając powództwo o unieważnienie uchwały, nie przypuszczali, że działają wbrew woli jedynego akcjonariusza reprezentowanego przez ministra skarbu państwa. Staranność sumiennego kupca wymagała w takiej sytuacji, przed złożeniem oświadczenia o uznaniu powództwa, zawiadomienia o podjętej decyzji ministra skarbu państwa. W naszym odczuciu brak takiego zawiadomienia uzasadnia przypuszczenie, że zarząd świadomie i celowo działał wbrew woli jedynego akcjonariusza. Trafnie wywodzi Trybunał Konstytucyjny w uzasadnieniu uchwały z 13 grudnia 1995 r., iż przepisy ustawy o radiofonii i telewizji są przepisami szczególnymi (lex specialis) wobec kodeksu handlowego (lex generalis). W konsekwencji przepisy kodeksu handlowego mają zastosowanie tylko wtedy, gdy przepisy ustawy nie stanowią inaczej w danej sprawie. Członków zarządu Telewizji Polskiej SA powołuje i odwołuje rada nadzorcza, a członków rady nadzorczej powołuje Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji (art. 27 ust. 2 i 28 ust. 1 ustawy). Sam przepis art. 26 ust. 4 ustawy stanowi, że "do spółek wymienionych w ust. 2 i 3 (tzn. Telewizji Polskiej SA i spółek tworzących radiofonię regionalną - przyp. aut.) stosuje się, z zastrzeżeniem art. 27-30 ustawy, przepisy kodeksu handlowego...". Przepis art. 27 ust. 2 i 28 ust. 1 ustawy wyłącza zatem zastosowanie art. 366 § 3 i 379 § 1 kodeksu handlowego, w myśl których zarząd i radę nadzorczą wybiera walne zgromadzenie akcjonariuszy. Stosownie do art. 27 ust. 2 ustawy zarząd powołuje i odwołuje wyłącznie rada nadzorcza, a radę nadzorczą powołuje KRRiTV. Celowo ustawodawca w art. 27 ust. 2 mówi o "powoływaniu i odwoływaniu", a w art. 28 ust. 1 tylko o "powoływaniu". Porównanie tych przepisów wskazuje na wykluczenie możliwości odwołania członka rady nadzorczej przed upływem kadencji rady (tak też: tezy I i II wyżej powołanej uchwały Trybunału Konstytucyjnego). Rada nadzorcza jest nieodwołalna. Można się spierać co do zasadności takiego uregulowania, wynika ono jednak z powyższej analizy i z orzeczenia TK. W uzasadnieniu uchwały TK wywodzi: "Trybunał Konstytucyjny uważa, że art. 28 ust. 1 ustawy o radiofonii i telewizji należy traktować jako przepis normujący w całości kwestie powoływania i odwoływania rad nadzorczych w publicznych spółkach radiofonii. Wynika z niego bowiem zarówno wskazanie podmiotów właściwych do powoływania członków tych rad, jak i wykluczenie dopuszczalności ich odwołania przed upływem kadencji. Jest to więc unormowanie wykluczające stosowanie rozwiązań przewidzianych w kodeksie handlowym. Artykuł 26 ust. 4 ustawy o radiofonii i telewizji ma w tym zakresie charakter kategoryczny - postanowienia kodeksu handlowego są stosowane »z zastrzeżeniem« unormowań przyjętych m.in. w art. 28 ust. 1 (także art. 27 ust. 2 - przyp. aut.) ustawy o radiofonii i telewizji, unormowaniom tym przysługuje zatem bezwzględne pierwszeństwo". Walne zgromadzenie akcjonariuszy nie ma więc uprawnień do powoływania i odwoływania członków zarządu i rady nadzorczej TVP SA, z wyjątkiem powołania jednego członka rady nadzorczej (art. 28 ust. 1 ustawy). Pogląd ten podziela także doktryna (S. Piątek, "Ustawa o radiofonii i telewizji - komentarz", Wydawnictwa Komunikacji i Łączności, Warszawa, 1993 r.). Naszym zdaniem art. 5 ust. 1 pkt 2 ustawy z 8 sierpnia 1996 r. o urzędzie ministra skarbu państwa nie daje ministrowi uprawnienia do odwoływania i powoływania członków władz TVP SA. Przepis ten stanowi bowiem: "Minister skarbu państwa, z zastrzeżeniem odrębnych przepisów oraz postanowień statutów wydanych na podstawie tych przepisów, powołuje i odwołuje organy państwowych osób prawnych". Tymi odrębnymi przepisami są właśnie między innymi art. 27 i 28 ustawy o radiofonii i telewizji, wykluczające możliwość powoływania i odwoływania władz TVP SA przez ministra skarbu państwa. Wywodzimy jednak wyżej, że naszym zdaniem zarząd TVP SA naruszył prawo, co powinno skutkować jego odwołaniem. Z wnioskiem o odwołanie zarządu powinien się zwrócić minister skarbu państwa do rady nadzorczej. Zdajemy sobie jednak sprawę, że nikt dobrowolnie nie odda pozycji zajmowanej w tych władzach. Dlatego jedynym chyba wyjściem jest zmiana ustawy, ponieważ - jak pokazała praktyka - skarb państwa jest bezradnym "właścicielem" Telewizji Polskiej. Dr Elwira Marszałkowska-Krześ Instytut Prawa Cywilnego Wydziału Prawa Uniwersytetu Wrocławskiego Adwokat Sławomir Krześ Obydwoje z Kancelarii Prawa Gospodarczego ELO we Wrocławiu
Bezspornie podstawą funkcjonowania telewizji publicznej jest ustawa z 29 grudnia 1992 r. o radiofonii i telewizji. Ponadto zgodnie z jej art. 26 ust. 4 do działalności Telewizji Polskiej Spółki Akcyjnej stosuje się przepisy kodeksu handlowego.Jeżeli zarząd lub członek zarządu uważa, że uchwała narusza przepisy prawa lub postanowienia statutu, może zaskarżyć tę uchwałę w trybie art. 413 i nast. k.h. Niedopuszczalna natomiast jest sytuacja, w której zarząd nie zaskarżył uchwały, lecz odmawia jej wykonania.Z wnioskiem o odwołanie zarządu powinien się zwrócić minister skarbu państwa do rady nadzorczej. Zdajemy sobie jednak sprawę, że nikt dobrowolnie nie odda pozycji zajmowanej w tych władzach.
ROZMOWA Grzegorz Jarzyna, reżyser, dyrektor naczelny Teatru Rozmaitości: Myślenie, że im ktoś starszy, tym genialniejszy, uważam za niesprawiedliwe. Leszczuk przychodzi podglądać FOT. PIOTR KOWALCZYK Nie został pan księdzem, nie pisze pan rozpraw filozoficznych, choć poza reżyserią studiował pan również teologię i filozofię. Jako formę wypowiedzi wybrał pan teatr. Dlaczego? GRZEGORZ JARZYNA: Rzeczywiście księdzem nie zostałem... Teatr jest dla mnie miejscem, w którym spotykają się wszystkie dziedziny myśli ludzkiej. To taki cudowny tygiel. Chodzi tylko o to, by znaleźć dobrego kucharza, który by dobrze wyważył składniki, dobrze przyrządził potrawę. Jak kucharz mogę zamówić dwa pęczki rzodkiewki, kapustę pekińską, wiele innych smakowitych składników. Czym są te składniki? Jakie to pytania, jakie tematy, z którymi przyszedł pan do teatru? Mówię o narzędziach. Głównym jest aktor. Mogę zapraszać do współpracy scenografów. Odpowiadam za teatralne menu. Równie dobrze mógł pan zostać "kucharzem" w filmie. Film nie jest tak plastyczną dziedziną sztuki. Nie jest sztuką przestrzeni. Nie przynależy do świata widowisk w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. W czasie spektaklu teatralnego mam żywy kontakt z widzem. Bardzo lubię ugotować i spożywać przygotowane przez siebie danie razem z nim. Widz może się rozkoszować albo krytykować. Największe znaczenie w teatrze ma wspólne spożywanie. Chętniej pan mówi o kuchni niż o teologii i filozofii. Studia teologiczne przerwałem. Filozofia to solidna podstawa wiedzy o świecie. Pytania i tematy rodzą się w trakcie mojej pracy w teatrze. Będą kiełkować. Często uciekam w myślach do filozofów i ich rozwiązań. Przede wszystkim interesują mnie struktury pojmowania świata, systemy. To, jak filozofowie łączyli estetykę z etyką. Jaki był historiozoficzny rozwój myśli. Jak odwraca się i weryfikuje wcześniejsze pojęcia. Słowem: cały ten sąd nad światem, który zaczął Kartezjusz uznając za jedyny fundament świata ludzką myśl, a kończąc na Husserlu, który podważył wszystko. Widzę ogromne podobieństwo między filozofią a teatrem. Pytanie "dlaczego", które dało początek filozofii, zrodziło także teatr. Zarówno w filozofii, jak i w teatrze, znajduję wolność stawiania pytań. Nie ma norm, można zrobić wszystko, jeśli tylko znajdę odpowiedni zespół. Normą jestem ja sam. Nasze możliwość w teatrze są nieograniczone. Chyba pan przesadził. Ogranicza pana w teatrze choćby czas. Kiedyś pisano dramaty, które działy się ciągu jednej doby. Teraz możemy dokonywać operacji na czasie. W rozwiązaniu tego problemy pomógł nam film. Mówi pan o starych konwencjach. Czy istnieje, pana zdaniem, młoda fala w polskim teatrze? Tak zwane pokolenie młodego polskiego teatru istnieje dla mnie tylko w czasie lektury gazet. Dowiaduję się o nim z mediów. To taki fakt medialny. Nie ma takiego pokolenia? Nawet się nad tym nie zastanawiam. To niech się pan zastanowi. Jeżeli mówić o młodej fali, jest taka fala, ale nie na zasadzie wspólnoty estetycznej. Młodych twórców łączy podejście do teatru, bardzo szczere. Oglądając przedstawienia moich kolegów, nie zawsze są to rówieśnicy, czuję, że poważnie traktują pracę. Nawet jeżeli niektóre przedstawienia nie podobają mi się, wiem, że nie są letnie, nie pozostawiają mnie obojętnym. Młodzi inaczej traktują teatr. To tuba propagandowa ich wrażliwości. Przez to, być może, tworzy się pojęcie młodej fali. Jednym z młodofalowych spektakli jest pański "Bzik tropikalny" według Witkacego w Teatrze Rozmaitości. W klasycznej już formie, treści i kostiumach, wyraził pan emocje młodego pokolenia, jego rytm, puls, pęd, szaleństwo i trans. Tropiki stały się synonimem gorączki młodości. Dopiero po premierze, może nawet nie widownia, a bardziej krytyka, uświadomiła mi, jak Witkacy zmienił się w moich rękach. Jak dużo ma cech młodego pokolenia. Przed premierą nie myślałem o tym. Spektakl nie był w moim zamiarze manifestem młodego teatru. Chciałem tylko sprawdzić, jak dramat Witkacego rezonuje z moją wrażliwością. W "Niezidentyfikowanych szczątkach ludzkich i prawdziwej naturze miłości" w Teatrze Dramatycznym pokazał pan na scenie narkotyki, dewiacje seksualne, zbrodnie. Nie obawia się pan, że spektakl, który podąża tropem teatru Artauda i, być może, miał oczyścić widownię ze zła, dla mniej świadomej publiczności stał się jego nośnikiem? Jeden z widzów na premierze zwymiotował. Artaud jest wciąż moim mistrzem. Jego śladem ruszyłem do Bali i Meksyku. W tym przedstawieniu jest też coś z oczyszczenia, o którym mówił Arystoteles... Nie interesuje mnie działalność edukacyjna. Ale zależało mi, żeby widz zwymiotował rzeczywistością, o której pan wspomniał. Żeby miał dość. Spektakl jest skierowany raczej do młodej publiczności. Narrację prowadziłem na tyle atrakcyjnie, by zrozumiała, że można wejść w życiu na bardzo niebezpieczną ścieżkę i mogą wyniknąć z tego smutne konsekwencje. Jadąc polskimi drogami można zauważyć znaki z krzyżem. Mają zwrócić uwagę na miejsca szczególnie niebezpiecznych wypadków. To fantastyczny pomysł. Taki znak mówi nam - jedziesz szybko bardzo atrakcyjną drogą, szybko jedziesz, jest świetnie, ale uważaj: tu zginęli ludzie. Co dały panu podróże do Bali i Meksyku? Tyle co studia w krakowskiej szkole teatralnej. Więcej niż obejrzenie stu polskich spektakli. Cenię sobie przede wszystkim uczestnictwo w tańcu legon opisanym przez Artauda. Przeżyłem autentyczne wzruszenie estetyczne. Pojąłem naturę teatru. Nie chodzi już nawet o powstawanie spektaklu, ale o wiele poważniejszy proces, który odbywa się w aktorze. Od tego, jak zostanie wykonany taniec, od precyzji, zależy, czy się powiedzie czy też nie. Zobaczyłem, jak daleko może pójść twórczy wysiłek. Używając słów Artauda, jak teatr może stać się święty. Jestem też pod silnym wpływem opery pekińskiej. Mogłem przekonać się o tym, co mówił Jerzy Grotowski, jak duża może być wolność wyobraźni aktora, jak można kojarzyć fakty poza tekstem. To, co było odkryciem europejskiego teatru, od dawna funkcjonowało w operze pekińskiej. Właśnie poszerzanie horyzontów wyobraźni w teatrze uważam za największą zasługę Grotowskiego. Zygmunt Molik, aktor Grotowskiego, mówił, że wiąże się z tym niebezpieczeństwo dla ludzkiej psychiki. Nie boi się pan przekroczyć granicy, za którą rozpoczyna się szaleństwo? Dobieram aktorów świadomych gry, którą podejmujemy. To ludzie z pewną odpornością. Dochodzenia do premiery zawsze jest procesem bolesnym. Nie jest to tylko przyjemność. Są cudowne momenty i niemiłe. Jest kłótnia i fascynująca przyjaźń. Taka jest natura każdej pracy. Powiedział pan, że teatr jest jedyną z dziedzin polskiego życia, która nie poddała się po 1989 r. gruntownej reformie. Uważa pan, że środowisku teatralnemu nic się już nie należy od społeczeństwa, bo skończył się czas odcinania kuponów od przeszłości i walki o wolność. To jest spostrzeżenie młodego człowieka, może subiektywne, może egoistyczne. W minionym okresie teatr walczył o swobody duchowe, polityczne i ekonomiczne. Te cele zostały wywalczone. A ludzie teatru jakby o tym zapomnieli. W nowym systemie chcą czerpać profity wynikające z przeszłości, którą chcieli zmienić. Te profity się kończą. Z rozwiązaniem zagadnień historycznych wiąże się też koniec pewnej estetyki. Starzy twórcy wiedzą już, że w teatrze nie wolno im politykować, bo to drażni widzów, nikt na to nie przyjdzie. Przestali politykować, ale nie zmienili środków estetycznych. W skorupach starych form próbują przekazywać nowe myśli. Zarzucił pan starszym twórcom, że tworzą teatr oparty na oszustwie. Dla wielu aktorów i reżyserów w Warszawie, ale i w Krakowie, głównym celem jest oszukanie widza. Widz tym bardziej ceni aktora, im bardziej został przez niego oszukany. Nie może się wyzwolić z poczucia teatralności. Nie osiąga pełnej iluzji. Młody teatr nie może powstać bez osobistego zaangażowania reżysera i aktora. To jest koszt, który musimy ponieść, żeby osiągnąć prawdę na scenie. To też iluzja, ale innego rodzaju. To teatr bardzo osobisty. Bez kłamstw. Jako pierwszy bodaj szef artystyczny teatru dramatycznego w Polsce zaproponował pan reformę systemu zatrudnienia aktorów i pracy w teatrze. Jak do tego doszło? Bogdan Słoński, dyrektor naczelny Rozmaitości zaproponował mi kierownictwo artystyczne tej sceny. Sprawił mi wielką przyjemność i satysfakcję, ale podziękowałem. Nie mogłem przyjąć propozycji, bo jako reżyser zawsze wchodzę na wojenną ścieżkę z kierownictwem teatru. Nie zgadzamy się w kwestiach obsady i wyboru współpracowników. Dyrektor Słoński zaproponował wtedy reformę Rozmaitości. To słowo zapadło mi w pamięć i nie dawało spokoju. Po kolejnym spotkaniu doszliśmy do wniosku, że zależy nam, by między szefem teatru a reżyserami toczył się dialog. Pierwszym uzgodnieniem, do jakiego doszliśmy, było to, że w teatrze musi zacząć działać rynek. Aktorzy nie mogą dostawać pieniędzy za wysługę lat, lecz za efekty artystyczne. Myślenie, że im ktoś jest starszy, tym genialniejszy, uważam za niesprawiedliwe. Aktor jest przekonany o swojej genialności, bo zarabia najwięcej pieniędzy w zespole. Naszym zdaniem, pensja może być stała, żeby nie pozbawiać ludzi stałego źródła dochodów. Ale o wysokościach zarobków powinna decydować całoroczna ocena pracy. To powinno podwyższyć poziom artystyczny. Druga zmiana polega na tym, że nie będziemy kolekcjonować aktorów. Ktoś może się obrazić, ale nasze zespoły teatralne działają obecnie na zasadzie klubów piłkarskich. Mogę mieć aktorską gwiazdę, gdy zaproponuję jej odpowiednio wysoką gażę. Efekt jest taki, że kiedy przychodzi do teatru reżyser, dyrektor narzuca mu swoją obsadę. Gwiazdy odgrywają w niej najważniejszą rolę, bo na gwiazdy przyjdą ludzie. Reżyser może być słabym człowiekiem i zgadza się. Aktor swoją twarzą zapewni mu przecież darmową reklamę i sukces frekwencyjny. Nawet gdyby nie osiągnął artystycznego. Stad pomysł, by reżyser w Rozmaitościach miał prawo dobrać sobie współpracowników spoza teatru? Tak, bo zespół Rozmaitości będą tworzyć nie tylko osoby znajdujące się na liście naszych etatów, lecz także grające na naszej scenie. Nawet zaproszeni do jednego spektaklu. Dla aktorów zatrudnionych na etatach stworzyliśmy gwarancję bezpieczeństwa. Muszą stanowić przynajmniej połowę obsady pracującej przy spektaklu. Zaproszeni reżyserzy mogą popełnić błędy obsadowe. Będę zapraszał tylko tych reżyserów, którym ufam. Mam nadzieje, że zaproszeni przezeń współpracownicy nie zawiodą tego zaufania i pomogą kształtować szeroką i otwartą formułę Rozmaitości. Jakich reżyserów chce pan zaprosić? Młodych. Ich nazwisk nie mogę jeszcze podać, bo nie podpisałem kontraktów. Swoje przedstawienia podpisuje pan pseudonimami. Czy to bardziej kreacja artystyczna, czy może dziecinny odruch? Bardziej interesuje mnie ten drugi aspekt. Myślę, że twórcy teatru w ogóle są w swoich myślach dość dziecinni i naiwni. Prostoduszni. Ta szczerość, a czasami i głupota ludzi, którzy pracują w teatrze, jest gwarancją uczciwości i sukcesu. Pseudonim ma w sobie bardzo dużo z teatru. Mogę nim sprowokować aktorów, tak się wobec nich wykreować, żeby przeniosło się to na pracę sceniczną. Czy rozpoczyna pan pracę z gotowym już pseudonimem, czy wymyśla go w trakcie prób? Wymyślam je w przypadkowych sytuacjach. Przychodzą jak kaprys. Czy pseudonimy są przyporządkowane do pewnych konwencji? Tak. Kiedy przygotowywałem w telewizji adaptację "Historii" Gombrowicza, tak jak w przypadku "Iwony, księżniczki Burgunda" był to Horst Leszczuk. Stylistyki spektaklu były różne, ale czułem, że do rozwiązania jest ten sam problem - wnikania w zakazane sprawy. Leszczuk zawsze przychodzi podglądać. To nazwisko zaczerpnięte z Gombrowicza. Tak się nazywał trener tenisa w powieści "Opętani". Gombrowicz zmienił nazwisko, gdy do redakcji drukującej kolejne odcinki przyszedł list, że trener o tym samym nazwisku istnieje w rzeczywistości. Dopiero potem wyszło na jaw, że taką informację spreparowali dowcipni koledzy pisarza. Kim był d'Albertis? To słynny podróżnik włoski znany z wypraw na Papuę-Nową Gwineę. Ciemny typ. Nie miał się czym chwalić. Zainteresował mnie smutny koniec jego kariery. To dla mnie życiowa postać. Najnowszą pańską premierą będą "Śluby panieńskie". Skąd taki wybór? Z Polaków, których wystawiałem, Fredro jest twórcą najbardziej świadomym teatru. Znalazłem partnera, który bywał w teatrze. "Śluby" są bardzo teatralnym tekstem. W najgorszym znaczeniu tego słowa. Pokazują, jak można teatralnie zrobić teatr. Jak bardzo można się w teatrze oszukiwać. Jak wszystko można zagrać. Proszę zauważyć, że wokół Fredry krążą satelity tej źle pojmowanej teatralności, która już dawno powinna znaleźć się w lamusie. Fredro był genialnym dramaturgiem. To taki sami mózgowiec jak Gombrowicz. Ale niezauważenie przez niektórych reżyserów, że jego komedie powstały 150 lat temu, uważam za ignorancję. Kto podpisze najnowszą premierę? Sylwia Torsch. Młoda, niedoświadczona reżyserka. Bardziej odważna ode mnie. Nie ograniczona konwencjami. Latem wybiera się pan z "Iwoną, księżniczką Burgunda" do Awinionu. Będzie to pierwsza od lat wizyta polskiego teatru na tym prestiżowym festiwalu. Zaproszenie mam, ale nie wiem, czy pojedziemy. Organizatorzy chcą, żebyśmy zrezygnowali z grania spektaklu na scenie obrotowej. Na to nie mogę się zgodzić. Zobaczymy, co z tego wyniknie. rozmawiał Jacek Cieślak Grzegorz Jarzyna, ur. 1968. Ukończył wydział filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego i reżyserii krakowskiej PWST. Spektaklem dyplomowym byli "Lunatycy" według Brocha. Debiutował "Bzikiem tropikalnym" według Witkacego w warszawskim Teatrze Rozmaitości. W Starym Teatrze w Krakowie wyreżyserował "Iwonę, księżniczkę Burgunda" Gombrowicza, w warszawskim Teatrze Dramatycznym "Niezidentyfikowane szczątki ludzkie i prawdziwa natura miłości" Brada Frasera. W telewizyjnym Teatrze "Dwójki" zrealizował "Historię" Gombrowicza. Jest laureatem Nagrody im. Konrada Swinarskiego. Najnowszy spektakl Grzegorza Jarzyny "Doktor Faustus" według Tomasza Manna przygotowany przez Teatr Polski we Wrocławiu we współpracy z berlińskim Hebbel Theater (premiera w czerwcu) zostanie pokazany w dniach 21-23 września na Berliner Fest Wochen'99.
Grzegorz Jarzyna, reżyser, dyrektor naczelny Teatru Rozmaitości: Teatr jest miejscem, w którym spotykają się wszystkie dziedziny myśli ludzkiej. interesują mnie struktury pojmowania świata, systemy, jak filozofowie łączyli estetykę z etyką. pokolenie młodego polskiego teatru To taka fala, ale nie na zasadzie wspólnoty estetycznej. Jednym z młodofalowych spektakli jest "Bzik tropikalny" według Witkacego. W "Niezidentyfikowanych szczątkach ludzkich i prawdziwej naturze miłości" pokazał narkotyki, dewiacje, zbrodnie.podąża tropem teatru Artauda. Jestem pod silnym wpływem opery pekińskiej. poszerzanie horyzontów wyobraźni w teatrze uważam za największą zasługę Grotowskiego.Dobieram aktorów świadomych gry. nie mogą dostawać pieniędzy za wysługę lat, lecz za efekty artystyczne.
ROZMOWA Emir Chattab, dowódca islamskich bojowników walczących w Czeczenii przeciwko wojskom rosyjskim Wyzwolimy całą Rosję Emir Chattab MIROSŁAW KULEBA Chattab, czy wierzysz, że doczekasz upadku rosyjskiego imperium? EMIR CHATTAB - Insz Allah! (Jak Bóg pozwoli!) W to właśnie wierzę! I nad tym pracuję. Rosyjska polityka jest bardzo brudna. Rosjanie nie potrafią żyć w pokoju. Nie potrafią nawet prowadzić wojny w cywilizowany sposób. Cały świat, Ameryka, walcząc, prowadzi rokowania, troszczy się o ludność cywilną. Rosja - absolutnie nie. Cały świat boi się Rosji, ale Kaukaz pierwszy weźmie na niej odwet i ją pokona. Dokonają tego Czeczeni. To jedyny naród, który jest gotów walczyć do końca. Oddałeś kilka lat życia, walcząc razem z Czeczenami przeciwko Rosji. A jednak po wojnie w Czeczenii krążyła opinia, że emir Chattab i jego islamscy bojownicy powinni opuścić republikę. Czy dekret prezydenta Asłana Maschadowa o samorozwiązaniu wszystkich jednostek wojskowych z okresu wojny z Rosją dotyczył także twojego oddziału oraz baz szkoleniowych w Serżeńjurcie i innych miejscowościach Czeczenii? Gdybym otrzymał taki rozkaz od zwierzchnika sił zbrojnych, czyli prezydenta Maschadowa, wykonałbym go. Jestem oficerem sił zbrojnych Czeczeńskiej Republiki Iczkeria. Owszem, pojawiły się głosy, że nie ma już dla mnie miejsca w Czeczenii. Teraz jednak miejsce chyba się znalazło - są to okopy na pierwszej linii frontu. W swoich bazach wyszkoliłem siedem tysięcy ludzi. Dzisiaj nawet nie wiem, gdzie oni są... Zresztą, Rosja to ogromny kraj. Znajdę sobie w nim miejsce, jeśli stanę się zbędny w Czeczenii. Czy tego miejsca szukałeś dla siebie w Dagestanie? Twoja żona jest Awarką, pochodzi z wioski Karamachi, której nazwa stała się głośna w ostatnim czasie. Jaki był cel twojej akcji w Dagestanie, podjętej wspólnie z Szamilem Basajewem? Wszyscy wiedzieli, że będzie wojna z Rosją. Jeszcze przed wydarzeniami w Botlichu w Dagestanie rosyjskie samoloty bez przerwy atakowały cele w Czeczenii, zwłaszcza w rejonach naurskim i szołkowskim. Rosjanie rozbili tam czeczeński posterunek celny, posterunki graniczne. Po prostu nas sprawdzali. Świat myśli, że to my wkroczyliśmy z wojną do Dagestanu, ale w rzeczywistości wykorzystaliśmy wcześniej wszystkie pokojowe metody, aby uniknąć konfliktu. Dagestan miał swoje problemy wewnętrzne i powinien je rozwiązywać sam, bez pomocy armii rosyjskiej. Rada Ulemów (duchownych islamskich) Czeczenii i Dagestanu prosiła, wydawała wiele oświadczeń i ostrzegała - bezskutecznie. Armia rosyjska wkroczyła, okrążyła wioski, zaczęła je bombardować z samolotów i śmigłowców. Dopiero wtedy przyszliśmy, okrążyliśmy wojska rosyjskie. Zniszczyliśmy bardzo dużo pojazdów pancernych, dużo śmigłowców, zginęli tam rosyjscy generałowie. Jaki był przebieg walk w Dagestanie? Wcześnie rano 6 sierpnia weszliśmy do Ansalty w rejonie botlichskim. Naszym celem było wsparcie dagestańskiego powstania, które wybuchło w rejonie cumadińskim i było okrutnie pacyfikowane przez Rosjan. Pospieszyliśmy więc z pomocą. Niektórzy ludzie uciekając, zostawiali otwarte domy i mówili: "chłopcy, tu jest jedzenie, bierzcie". Byli też tacy, którzy się na nas oburzali. W Ansalcie zajęliśmy pozycje, a wszyscy mieszkańcy odeszli. Okopaliśmy się dookoła kilku wiosek. Na trzeci dzień, 8 sierpnia, Rosjanie zaczęli nas bombardować. W tym czasie dopiero podciągali wojska i ludzie mogli jeszcze wywieźć cały dobytek, ale Rosjanie im nie pozwolili. Wojska rosyjskie wspierało dagestańskie pospolite ruszenie, które jednak nie brało udziału w walkach. W czasie całej akcji poległo 36 naszych ludzi. Zniszczyliśmy siedem śmigłowców. Głośno było o zaminowaniu meczetu przez mudżahedinów... Nie minowaliśmy żadnego meczetu. Tego nie zrobi żaden muzułmanin. Było natomiast wiadomo, że żołnierze rosyjscy z premedytacją załatwiali się w meczetach... W wyniku waszego rajdu w Dagestanie doszło do rosyjskiego ataku na Czeczenię. Po tym wszystkim, co się stało w Dagestanie, Rosja była przerażona. I wtedy nastąpiło kilka wydarzeń, które do końca nie są dla mnie jasne. Nie wiem, kto dokonał tych wszystkich zamachów bombowych. Zapewne Rosja sama sprowokowała niektóre starcia czy zamachy. Miała ku temu wiele powodów. Znowu bowiem zamierza podbić Czeczenię i chce, żeby cały świat ją popierał. My z tymi zamachami nie mamy absolutnie nic wspólnego. Nigdy tak nie walczymy. Nie walczymy z kobietami i dziećmi. W czasie poprzedniej wojny z Rosją głośny był twój atak na rosyjską kolumnę transportową pod miejscowością Jarysz-Mardy. Czy dzisiaj chcesz prowadzić wojnę w ten sam sposób? Jeszcze większą kolumnę rozbiła moja grupa pod Serżeńjurtem, tyle że Rosjanie to przemilczeli. Zniszczyliśmy tam 47 pojazdów ze stu. Kolumna rozciągnęła się na pięć kilometrów. Naszych ludzi było siedemdziesięciu. Zasadzkę przygotowaliśmy przy pomocy mieszkańców wioski. Bez nich byłoby to niemożliwe, gdyż cała droga pozostawała pod kontrolą Rosjan, a niedaleko, pod Ca-Wiedeno, stacjonował rosyjski 506. Pułk, składający się z kilku tysięcy ludzi. Przez cały tydzień nocami przechodziliśmy w bród przez rzekę i na plecach przenosiliśmy z gór pociski czołgowe oraz artyleryjskie. Zakopywaliśmy je wzdłuż drogi, omijając zasadzki Rosjan, którzy mieli tam ukryte posterunki. Zakładaliśmy zapalniki, ciągnęliśmy przewody. W tym samym czasie ostrzeliwaliśmy 506. Pułk z moździerzy. Pewnego dnia pocisk moździerzowy trafił w śmigłowiec, którym właśnie odlatywał z inspekcji rosyjski generał. Maszyna była już na wysokości kilku metrów, kiedy granat trafił ją w ogon. Śmigłowiec eksplodował w powietrzu razem z generałem. Tuż przed akcją w rosyjskiej prasie pojawiły się informacje, że na skutek ostrzału bojowników nie można zabrać ciał żołnierzy 506. Pułku i rozkładają one w upale. Na pomoc ruszyła z Bienoj kolumna pancerna pułku osetyjskiego. Słyszałem, że po walce emir Chattab osobiście zabijał osetyjskich jeńców nożem. Tam nie było żołnierzy i nie było jeńców. Tam byli tylko najemnicy, których nie bierze się do niewoli... W miejscowości Jarysz-Mardy miałem 43 ludzi. Zniszczyliśmy 32 pojazdy, w tym 3 czołgi, 11 transporterów opancerzonych i bojowych wozów piechoty. Zasadzka przebiegła dokładnie tak, jak sobie zaplanowaliśmy. Ledwo rankiem skończyliśmy minowanie, trochę odpoczęliśmy i zaczęliśmy południową modlitwę, kiedy od strony Groznego pojawiła się kolumna. Obsadziliśmy obie strony drogi biegnącej po wąskiej półce w wąwozie rzeki. Teren był zaminowany, a każdy przewód elektryczny podłączony do dwóch fugasów. Ten, kto detonował ładunek, zawsze widział całą drogę. Zniszczyliśmy Rosjan w ciągu dziesięciu minut. Wszystko to można zobaczyć na kasecie wideo, którą wtedy nakręciliśmy. Jest na każdym bazarze w Czeczenii. Trofeów i jeńców nie braliśmy, bo ogień rosyjski był zbyt silny. Kiedy się wycofaliśmy, przyleciały ich śmigłowce, ale było już po wszystkim. Moja grupa straciła trzech ludzi. Szamil Basajew powiedział niedawno, że znów spaliłeś rosyjski czołg. Podobno bardzo ci przeszkadzał na froncie. Bardzo dobrze strzelam. Zwłaszcza z broni przeciwpancernej i przeciwlotniczej. Byłem dowódcą artylerii w Afganistanie. Potrafię wykorzystać artylerię, znaleźć dla niej najlepsze pozycje. Szamil jest dzisiaj dowódcą frontu, ja jestem u niego dowódcą polowym. Opracowuję plany i programy, jak walczyć na froncie, gdzie rozmieścić środki ogniowe, jak prowadzić operacje. Walczyłeś przeciwko armii rosyjskiej w Afganistanie i Tadżykistanie, teraz bijesz się w Czeczenii. Dlaczego postawiłeś sobie za cel zniszczenie Rosji? Dzisiaj muzułmanie powinni wyzwolić przede wszystkim własne terytorium. Trzeba się jeszcze wiele nauczyć. Dzisiaj nie ma dla nas żadnej różnicy, gdzie walczyć - czy w Afganistanie, czy w Czeczenii, czy w Afryce, czy w Arabii Saudyjskiej. Nie musi to być nawet Jerozolima, chociaż są tam święte dla nas miejsca i każdy muzułmanin chce o nie walczyć. My bronimy tylko swojej wiary i ziemi, naszych kobiet, naszej ojczyzny. Póki kafer (niewierny) znajduje się na ziemi muzułmańskiej, musimy walczyć o wyzwolenie tego terenu do końca, póki Allah pozwoli. Świat nam mówi o demokracji. Mówi się o nas, że nienawidzimy demokracji. To nieprawda - nie ma żadnej demokracji, to tylko fantazja. Gdzie jest ta demokracja, pokaż mi, gdzie? W Rosji czy w Ameryce? Kto pozwolił na zabicie pół miliona ludzi w Bośni, 200 tysięcy w Tadżykistanie, dwóch milionów w Afganistanie? Teraz morduje się ludzi w Czeczenii i demokratyczny świat znowu milczy... Chcę coś przekazać twojemu narodowi. Dzisiaj Rosja ma bardzo wielkie problemy z władzą i armią, problemy ekonomiczne. Wszystkie narody, które chcą się wyzwolić od Rosji, powinny współpracować: czy to muzułmanie, czy chrześcijanie. Od tego despoty, który siedzi na Kremlu, trzeba się uwolnić. Ostrzegam: niech Rosjanie wiedzą - my się już nie zatrzymamy. Będziemy walczyć, dopóki nie wyzwolimy całej Rosji. Rozmawiał w Groznym Mirosław Kuleba
czy wierzysz, że doczekasz upadku rosyjskiego imperium? EMIR CHATTAB W to wierzę I nad tym pracuję. Kaukaz pierwszy weźmie na niej odwet i ją pokona. Dokonają tego Czeczeni. Dlaczego postawiłeś sobie za cel zniszczenie Rosji? muzułmanie powinni wyzwolić własne terytorium. nie ma dla nas różnicy, gdzie walczyć. bronimy swojej wiary i ziemi. narody, które chcą się wyzwolić od Rosji, powinny współpracować: czy to muzułmanie, czy chrześcijanie.
WOJNA KIBICÓW Policja zidentyfikowała siedmiu walczących Czy kibice obalą struktury państwa Po drobiazgowym przeanalizowaniu taśm z nagraną przez dwie policyjne kamery bitwą między kibicami w katowickim Spodku policji udało się zidentyfikować siedmiu młodych ludzi. Prokuratura postawi im konkretne zarzuty. Taśmy przesłano do komend rejonowych w kraju. Trwa ustalanie dalszych nazwisk. Policja, nie angażując się w walki w Spodku, wybrała mniejsze zło, tłumaczył katowicki komendant Jan Michna. Wypierając z trybun kibiców, można było doprowadzić do tragedii. Podczas regularnej bitwy, do jakiej doszło, przypomnijmy, w katowickim Spodku 17 stycznia podczas IV Halowego Turnieju PIłkarskiego, poturbowanych zostało około stu osób. Część opatrywano na miejscu, na płycie boiska, a ponad pięćdziesięciu kibiców odwieziono na pogotowie i do dyżurującego szpitala. W szpitalach pozostawiono sześciu kibiców z obrażeniami głowy i klatki piersiowej. Policja usiłuje obecnie ustalić prowodyrów bitwy i najbardziej aktywnych w walkach. Po żmudnym analizowaniu kolejnych klatek z taśm nagranych prze policję do tej pory udało się zidentyfikować siedmiu walczących osobników. Na piątkowej konferencji prasowej pokazano dziennikarzom fragmenty filmów. Nie pokazują one wprawdzie całości walk, lecz widać, że filmujący prowadzili kamery za bardziej aktywnymi kibicami. Filmowano na przykład kibica w czarnej kurtce, wyjątkowo zawzięcie atakującego kawałkiem drewna. Innego, który rzuca wyrwanym właśnie oparciem krzesła. W kadrach często powtarzają się młodzi ludzie wymierzający ciosy klamrami pasków od spodni. Często próbowali zasłonić część twarzy szalikami, lecz opadały im w ferworze walki, dlatego ich rozpoznanie nie sprawia trudności. Wśród walczących widać też kibiców wyraźnie przerażonych tym, co dzieje się wokół. Na pytanie "Rz", czy trudno będzie ustalić, kto broni się, a kto atakuje, prokurator wojewódzki Piotr Gojny powiedział, że w tego typu zbiorowych i anonimowych ze swej natury zdarzeniach zadaniem prokuratury jest właśnie ustalenie konkretnej winy i konkretnej osoby. "Wszystko to trzeba przełożyć na materiał procesowy, a ostatecznie oceni go sąd". Prokuratura powołała biegłego z laboratorium kryminalistyki, który wykonuje kopie taśm, robi powiększenia uczestników walk dla łatwiejszego ich identyfikowania. Prokurator przewiduje, że sprawcom, którzy zostaną zidentyfikowani, postawione zostaną zarzuty z art. 140 paragraf 1 p. 5, który mówi o przestępstwie spowodowanym w sposób umyślny, sprowadzającym powszechne niebezpieczeństwo dla zdrowia i życia. "To, co stało się w Spodku, wyczerpuje znamiona takiego czynu", powiedział prokurator. Czyn taki zagrożony jest stosunkowo wysoką karą - od dwóch do dziesięciu lat. Zastosowany może być także art. 155 kodeksu karnego o udziale w bójce lub pobiciu doprowadzającym do bezpośredniego zagrożenia życia (kara do trzech lat, a jeśli następstwem są ciężkie obrażenia - do ośmiu lat). Ponieważ kibice wyrywali krzesła, barierki i tłukli szyby, zastosowany także będzie art. 220 k.k. traktujący o przestępstwach przeciwko mieniu. Na pytania dziennikarzy, dlaczego policja nie wkroczyła bardziej zdecydowanie do walki, komendant Jan Michna odparł, że wybrała mniejsza zło. Gdyby policjanci starali się wyprzeć kibiców z walczących sektorów, istniała realna groźba, że doszłoby do tragedii, dowodził. Walki toczyły się m.in. w najwyższych sektorach, kibice spadaliby z wysokości 30 metrów, jaka dzieliła ich od płyty. W czasie walk wielu z nich usiłowało schodzić tą drogą. Policja zabezpieczała Spodek na zewnątrz, bo takie było jej zadanie. Do Spodka miała wejść na wyraźną prośbę organizatora, co też się stało. Dziennikarze nie uzyskali natomiast zdecydowanej odpowiedzi na pytanie, czy za sprowadzenie powszechnego niebezpieczeństwa odpowiadać także będą organizatorzy imprezy i firma ochroniarska. Prokurator nie wykluczył jednak takiej możliwości. Wydarzenia te dowodzą, że kibice wydali wojnę państwu, dlatego państwo powinno na to odpowiedzieć stanowczo i zdecydowanie, twierdził Marek Kempski, wojewoda katowicki. Wydarzenia w Spodku traktuje bardzo poważnie, a do rozwiązania problemu zamierza podejść "modelowo". Chodzi o szersze potraktowanie problemu, nie tylko jako zwykłego aktu przemocy, ale poważnego zjawiska socjologicznego. Winę za ten stan ponoszą, zdaniem Kempskiego, także rodzice dzieci pozostawianych bez opieki. Sposobów unikania wojen między kibicami i przemocy na stadionach uczyć się będziemy w Anglii, gdzie w najbliższym czasie wybiera się wojewoda wraz ze specjalistami. W tej dziedzinie "państwo jest w defensywie - powiedział Marek Kempski - powinniśmy wydać zdecydowaną wojnę przestępczości. Może się zdarzyć, że nie grupy społeczne, a kibice obalą struktury państwa". Problem jest tym bardziej istotny, że w tym roku w katowickim Spodku odbywać się będzie światowa liga siatkówki, chodzi więc o to, aby w świat nie poszedł obraz taki, jak po turnieju piłkarskim. Barbara Cieszewska Dialog z kibicami Jak walczyć z przestępczością Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za bezpieczeństwo, nie tylko policja - powiedział Janusz Tomaszewski, minister spraw wewnętrznych i administracji, na II Ogólnokrajowej Konferencji Bezpieczeństwa Publicznego, jaka odbyła się w piątek w podwarszawskim Wołominie. Komendant główny policji zapowiedział na niej utworzenie specjalnego zespołu do dialogu z kibicami. Zapytany, jak się czuje w miejscu kojarzonym przede wszystkim z przestępczością zorganizowaną, wicepremier Tomaszewski powiedział, że czasy rządów gangów na tym terenie należą już do przeszłości. Potwierdził to podinspektor Kazimierz Winiecki, szef miejscowej policji. Jak dowiedzieliśmy się od niego, w rejonie Wołomina notuje się największy spadek przestępczości i największy wzrost wykrywalności w województwie stołecznym. Zdaniem Winieckiego efekty te są skutkiem przede wszystkim współpracy z lokalną społecznością. - To dzięki informacjom od ludzi możemy być tam, gdzie naprawdę jesteśmy potrzebni - mówi wołomiński komendant. Jak uważa profesor Lech Falandysz, lepszy kontakt ze społeczeństwem mogą zapewnić policji dzielnicowi. - Muszą to być ludzie miejscowi, doskonale znający teren i jego mieszkańców - uważa Falandysz. Jego zdaniem powinno się ich odciążyć od czasochłonnej pracy papierkowej. Wołomińscy dzielnicowi mają ściśle sprecyzowany rozkład dnia: sześć godzin w terenie - między ludźmi, dwie godziny za biurkiem. Minister Tomaszewski zaznaczył, że tylko współpraca z obywatelami może zagwarantować bezpieczeństwo. Namawiał, by ludzie, którzy widzą, że ktoś łamie prawo, powiadamiali o tym policję. Wicepremier zapowiedział zmiany kadrowe w policji. Jak dowiedzieliśmy się od nadinspektora Marka Papały, komendanta głównego, rozpocznie je nowy system naboru i szkolenia. Poseł Jan Maria Rokita (AWS), ustosunkowując się do planowanych zmian administracyjnych, powiedział, iż policja powinna być w znacznej mierze podporządkowana wojewodom. Sytuacja, w której policja sama wyznacza sobie zadania, realizuje je i sama się z nich rozlicza, jest zła - mówił. Zdaniem Rokity powinien zostać utworzony nowy pion, który zająłby się sprawami lokalnymi. Zapytany o ostatnie burdy w Słupsku i Katowicach, komendant główny policji zapowiedział utworzenie zespołu do dialogu z kibicami. W połowie lutego ma się odbyć pierwsze spotkanie funkcjonariuszy z liderami szalikowców. Chcemy w ten sposób wprowadzić w życie starą zasadę: poznam cię, to polubię - powiedział Papała. wik
Po drobiazgowym przeanalizowaniu taśm z nagraną przez dwie policyjne kamery bitwą między kibicami w katowickim Spodku policji udało się zidentyfikować siedmiu młodych ludzi.Trwa ustalanie dalszych nazwisk. Prokurator przewiduje, że sprawcom, którzy zostaną zidentyfikowani, postawione zostaną zarzuty z art. 140 paragraf 1 p. 5. Zastosowany może być także art. 155 kodeksu karnego.
ROZMOWA Profesor Edmund Mokrzycki, socjolog Oczu zamydlić się już nie da FOT. JAKUB OSTŁOWSKI Czy politycy SLD są sprawniejsi niż ci z AWS? Są lepszymi politykami? EDMUND MOKRZYCKI: W SLD politycy są bardziej profesjonalni, w tym sensie są lepsi. Ludzie z AWS są wyraźnie przesiąknięci elementem amatorskim i "piętnem" działalności opozycyjnej, która z natury rzeczy przyciąga inny typ ludzi. Inny, czyli jaki? O bardzo emocjonalnym charakterze. Albo bardzo pryncypialnych, albo mających słomiany zapał. Czasami takich, którzy nie potrafią oddzielić własnej emocjonalnej oceny i osobistego interesu od interesu ogólnego, państwowego. Czyli mających nadmierną skłonność do bezkrytycznego utożsamiania własnego interesu z interesem publicznym. Każdy człowiek ma taką skłonność. Ale profesjonalny polityk nie pokazuje, że nie potrafi odróżnić interesu publicznego od własnego. A polityczny dyletant, amator tego nie potrafi. Czy rzeczywiście obóz rządzący jest ekipą ludzi walczących o pryncypia? Bo gdy się obserwuje odbiór polityki, to głównym zarzutem jest właśnie ten, że politycy nie trzymają się zasad. To jest inna sprawa. Jest to środowisko ogromnie zróżnicowane. I oprócz pryncypialistów w rodzaju Aleksandra Halla są w nim pozorni pryncypialiści, w przypadku których interes grupowy, zawodowy widoczny jest jak na dłoni. Polska staje się wtedy tylko kluczem do ochrony własnego interesu. Nie mam złudzeń co do charakteru tego ugrupowania. Pryncypialiści są tam różni. Każda formacja polityczna uczy się sposobów zachowań od swoich poprzedników i w swoim własnym gronie. U nas dopiero rozpoczyna się proces profesjonalizacji polityki, profesjonalizacji aparatu administracyjnego. A właściwie pozostaje ona zaledwie w sferze postulatów. To znaczy, że przez 10 lat ci, którzy byli wcześniej w opozycji, niczego się nie nauczyli? Dlaczego mieliby niczego się nie nauczyć. Nie zmienia to jednak tego, że zachowała się różnica w stylu uprawiania polityki pomiędzy tymi dwoma, stojącymi na przeciwnych biegunach politycznych, obozami. A poza tym, w AWS więzi ze związkami zawodowymi są znacznie silniejsze niż w SLD. Sojusz przecież traktuje je instrumentalnie jako formację wspierającą, kontynuując tradycję partii sprzymierzonych. Natomiast AWS wywodzi się ze szkoły związków zawodowych. I obudowana jest mniejszymi, par excellence, politycznymi formacjami. Jakie to ma konsekwencje dla stylu i charakteru uprawiania polityki? Chyba dosyć oczywiste. Oczywiste byłoby to, że troszczy się o los zwykłych ludzi? Siła polityczna, która jest zbudowana na związkach zawodowych, nie może wychodzić poza zasadnicze zręby polityki gospodarczej i społecznej tych związków. I AWS nie wychodzi. Mimo że na przykład konserwatywna część Akcji bardzo by tego chciała. Ale jest blokowana przez swój zasadniczy człon i musi siedzieć w miarę spokojnie, cicho. Wtedy, kiedy AWS narzuca choćby politykę przemysłową wyrastającą z analizy interesów związków zawodowych. Ludzie zarzucają obozowi rządzącemu przede wszystkim to, że nie broni interesów zwykłych ludzi. To, że zarzucają, nie znaczy, że słusznie. Bo tak krawiec kraje, jak mu materii staje. Myślę, że AWS wychodzi ze skóry, żeby zaspokajać potrzeby części środowisk pracowniczych. Tych - i to mój zasadniczy zarzut pod adresem AWS - które są w stanie odwołać się do siły i są w stanie zagrozić politycznemu establishmentowi. W odniesieniu do tych części środowisk pracowniczych AWS robi naprawdę bardzo, bardzo dużo. Znacznie więcej niż robić powinna. Panie profesorze, czy z tego wynika, że polityka jest po prostu grą pozorów? Zależy, jaka i gdzie robiona. Politykę zawsze uprawia się w określonych warunkach i środowisku społecznym. Polityka, jaka jest robiona u nas, jest grą polityczną przed widownią, którą jest społeczeństwo. Niestety, społeczeństwo nie bierze w niej udziału i w tym sensie nasza demokracja jest niepełna. W dojrzałych demokracjach jest tak, że ludzie tak naprawdę interesują się polityką tylko wtedy, kiedy idą do wyborów. Może na tym właśnie polega dojrzałość? To nie jest tak. Ludzie interesują się polityką wtedy, kiedy idą do wyborów, natomiast uprawiają ją na co dzień. Poprzez silną sieć stosunków międzyludzkich, które powodują, że jeśli na przykład ich przedstawiciel w gminie, starostwie itd. zafunduje sobie uposażenie absurdalnie wysokie, to wtedy natychmiast wylatuje. Robi się niesamowity szum wokół tego. A dlaczego u nas takich mechanizmów nie ma? Kultura polityczna nie rodzi się na kamieniu. Byliśmy przecież pod zaborami, byliśmy w komunizmie. To nauczyło nas ademokratycznych zachowań. Społeczeństwo nie musi interesować się polityką czytając książki bądź gazety. Natomiast reaguje na różne sytuacje polityczne, a najżywiej na politykę lokalną, która się dzieje wokół. U nas ta sieć na dole jest niewydolna, dlatego tak trudno ludzi zmobilizować i tak bardzo nie pojmują oni rzeczywistości politycznej. Tak łatwo nimi manipulować... Nie jest wcale tak łatwo, bo AWS ma ogromne trudności ze sprzedawaniem czegokolwiek, sądząc po sondażach. Po takim czasie trudno utrzymać poparcie. Nie jesteśmy narodem głupców. U nas ludzie ciągle oczekują, że zmiana ekipy przyniesie wreszcie to dobre rządzenie i stanie się cud - zacznie być w kraju dobrze. Dla każdej nowej ekipy poparcie w sondażach jest bardzo wysokie. Każda zaczyna od ogromnego kredytu zaufania, który potem stopniowo traci. To może rację ma były prezydent Lech Wałęsa, który przekonuje, że "zmęczony materiał" trzeba wymienić na nowy, że wtedy będzie lepiej? Czy to jest uzasadnione socjologicznie? Żeby wymienić obecną ekipę na ekipę Wałęsy? Byłemu prezydentowi chodziło zapewne o manewr, który był wykonywany skutecznie przez SLD. Jakiś czas temu odpowiednie zmiany kadrowe w AWS i w ogóle w ekipie rządzącej na pewno dałyby skutek bardzo pożądany z punktu widzenia interesów obecnej koalicji. Pytanie tylko, czy w tej chwili można by taki manewr wykonać, i z jakim skutkiem. A skąd wątpliwości? Może sprawy zaszły już zbyt daleko. Poparcie dla AWS tak bardzo spadło, że pojawia się wątpliwość, czy w świadomości społecznej byłby to wiarygodny zwrot, który może coś jeszcze zmienić, czy jest to raczej mydlenie oczu opinii publicznej. Druga wątpliwość jest związana z sytuacją wewnątrz AWS i koalicji. Czy tam nie doszło do rozprzężenia tak znacznego, że wyłonienie nowej ekipy, która byłaby w stanie podjąć skutecznie rządzenie krajem, jest już być może niemożliwe. I czym to się zakończy? Scenariusze są różne. Jeden z nich to trwanie w dotychczasowym układzie i czynienie drobnych kroków, które mają coś zmienić, ale niewiele zmienią. Zakończeniem w tym przypadku będą nowe, terminowe wybory, z przewidywanym ogromnym sukcesem SLD. Inna możliwość to rozbicie samej AWS, nie tylko faktyczne, jak jest teraz, ale formalne. To jednak jest już rozmowa dla polityka, nie dla socjologa. Ponownie więc pytanie dla socjologa. Jaki będzie odbiór społeczny braku zmian? Bo premii za to chyba nie będzie. Obóz rządzący będzie oceniany coraz gorzej. Jest to równia pochyła. Ale może tak musi być, ponieważ odbiór AWS jest na tyle krytyczny, że społeczeństwo raczej nie uwierzy w autentyczność zmiany, potraktuje ją jako manewr pozorowany, który ma tylko dobrze wyglądać, a w gruncie rzeczy niczego nie zmienia. I intuicyjnie przewiduję, że tak będzie, bo AWS nie ma w sobie siły, żeby przeprowadzić radykalną zmianę wewnątrz ugrupowania i w konsekwencji dokonać odpowiednich zmian w rządzie. Na razie nic nie wskazuje, aby taka siła istniała. Jest to również konsekwencja struktury władzy w samej Akcji. Czy można jednak coś zrobić, aby w odbiorze społecznym taka zmiana była wiarygodna? Jaką socjotechniką się posłużyć? Nie ma czegoś takiego, nie można społeczeństwu oczu zamydlić do tego stopnia. Trzeba by było rzeczywiście dokonać radykalnych, zasadniczych zmian, w rezultacie których przyszłaby zupełnie nowa ekipa, z ludźmi bardzo wiarygodnymi w odbiorze społecznym. Jakieś prawdopodobieństwo tego, że tak się stanie, istnieje. Ludzie bardzo potrzebują zmiany i są gotowi uwierzyć niemal we wszystko. Ale na pewno nie są gotowi uwierzyć "głębokim" zmianom w rządzie, jakie przeprowadzane były dotychczas. Bo były to zmiany mniejsze niż kosmetyczne. To było zlekceważenie opinii społecznej. Mogło być odebrane, i pewnie było, jako arogancja ze strony rządu. Cały czas mówimy o AWS. A co z drugim członem obozu rządzącego, czyli z Unią Wolności? Jak wynika z sondaży, wyborcy nie odeszli od Unii. Unia Wolności jest tylko partnerem w tym widowisku, które się przed nami toczy. Jest partnerem jakby przymusowym. W społecznym odbiorze gra - nieładna, a czasami nawet żenująca - rozgrywa się na boisku AWS, a nie Unii. UW zachowuje się przyzwoicie, bo nie dystansuje się demonstracyjnie od swojego partnera, a to robi dobre wrażenie. Zachowuje się lojalnie, a równocześnie w tych wszystkich rozgrywkach niczego nie można jej zarzucić. Nawet nie widać wewnętrznych różnic w Unii Wolności. Czyli UW jest partią bardziej profesjonalną, posiadającą znajomość socjotechniki? Ależ oczywiście, tak. A dlaczego właściwie premierowi Buzkowi nic się nie udaje, w sensie społecznego odbioru? Premier Buzek na początku miał znakomite notowania. Było bardzo dużo osób, które nie miały zdania, ale tych, które miały negatywną opinię, było rzeczywiście bardzo niewiele. I co się stało? Stało się, po pierwsze, to, że reformy zostały przeprowadzone w nie najlepszym stylu, a niektóre, jak reforma służby zdrowia, w fatalnym. I to było widoczne "w telewizorach". A potem zaczął się cały ciąg wydarzeń, kiedy rząd powinien zacząć rządzić. Pokazać, że rządzi. Że ma zdanie, że jest rządem silnym, bo miał przecież ku temu warunki. Jednak w miarę jak narastała potrzeba, żeby rząd był silny i rządził - rząd pokazywał, że jest słaby i coraz słabszy. A za to konsekwencje ponosi premier. Premier ma takie cechy osobowości, które tłumaczą, dlaczego Jerzy Buzek jest słabym premierem. To znaczy? Jest człowiekiem konsensusu, negocjacji, uzgadniania, a nie forsowania swojej linii. Pojawia się pytanie, czy premier Buzek ma jakąś linię dla swojego rządu. Czy jest to raczej zygzak będący wypadkową tego, co zdarzy się wokół, a zwłaszcza co zdarzy się na szczytach AWS. Przy takim społecznym wizerunku ani rząd, ani premier nie mogą mieć dobrych notowań. Gdy polityk jest odbierany jako agresywny i twardy, to też się chyba ludziom nie podoba? To zależy, jak jest agresywny. Na przykład w Rosji Putin ludziom bardzo się podoba. A u nas jest bardzo dobrze ugruntowany mit Piłsudskiego jako polityka, który dobrze rządził Polską, zapomina się przy tym o jego ciągotach autorytarnych. Nieprawdą jest, że silny polityk byłby w Polsce źle przyjęty, gdyby był skuteczny. W różnych sondażach i wypowiedziach, a nawet w prasie, wyczuwa się tęsknotę za mocnym państwem i silną władzą. Dającą poczucie bezpieczeństwa? Tak, ale dającą również przekonanie, że rząd wie, czego chce i potrafi to realizować. Ugodowy polityk - niedobrze, i arogancki - też niedobrze. Jaki ma być? Dobry. A taki może być mocny albo miękki. Pod warunkiem że ten miękki będzie skuteczny, a ten mocny nie będzie zbyt zbliżał się do modelu dyktatorskiego, że pozostanie w granicach władzy przyzwolonej przez społeczeństwo. Panie profesorze, czy rządzący - rząd, premier, ugrupowania koalicyjne - powinni brać pod uwagę sondaże opinii publicznej? A może takie śledzenie notowań do niczego nie prowadzi? Oczywiście, warto je śledzić. To jest informacja. Ale politycy powinni podchodzić do sondaży z odpowiednim dystansem. Jak do informacji o tym, co ludzie mówią w odpowiedzi na zadane pytania. Z tego zbyt daleko idących wniosków wyciągać nie można, choć nie można ich lekceważyć. Ale polityk, który kieruje się wyłącznie informacjami z sondaży, nie jest politykiem. Bo polityk powinien mieć program dla społeczeństwa, a nie starać się tylko o to, by zostać wybranym w następnych wyborach. A ludzie widzą, kiedy postępuje się w tak koniunkturalny sposób. Jeśli natomiast politycy w ogóle nie biorą pod uwagę notowań opinii publicznej, to ich zachowanie może być z kolei traktowane jako aroganckie. Raczej jako szaleństwo polityczne. Rozmawiała Małgorzata Subotić
W SLD politycy są bardziej profesjonalni. Ludzie z AWS są przesiąknięci elementem amatorskim i "piętnem" działalności opozycyjnej, która przyciąga ludzi O emocjonalnym charakterze. Czasami takich, którzy nie potrafią oddzielić własnej emocjonalnej oceny i osobistego interesu od interesu państwowego. w AWS więzi ze związkami zawodowymi są silniejsze niż w SLD. Siła polityczna, która jest zbudowana na związkach zawodowych, nie może wychodzić poza zasadnicze zręby polityki gospodarczej i społecznej tych związków. Politykę zawsze uprawia się w określonych warunkach i środowisku społecznym. Polityka, jaka jest robiona u nas, jest grą polityczną przed widownią, którą jest społeczeństwo. Niestety, społeczeństwo nie bierze w niej udziału i w tym sensie nasza demokracja jest niepełna. Obóz rządzący będzie oceniany coraz gorzej. AWS nie ma w sobie siły, żeby przeprowadzić radykalną zmianę wewnątrz ugrupowania. Premier Buzek na początku miał znakomite notowania. I co się stało? reformy zostały przeprowadzone w nie najlepszym stylu. A potem zaczął się ciąg wydarzeń, kiedy rząd powinien zacząć rządzić. Jednak w miarę jak narastała potrzeba, żeby rząd był silny i rządził - rząd pokazywał, że jest słaby. A za to konsekwencje ponosi premier. Buzek jest słabym premierem. Jest człowiekiem konsensusu, a nie forsowania swojej linii.
Szczyt w Helsinkach nie oddalił terminu roku 2003 Czerwony dywan dla Polski RYS. JÓZEF KACZMARCZYK KLAUS BACHMANN Sądząc po komentarzach prasowych i wypowiedzi niektórych polityków, szczyt UE w Helsinkach oddalił polskie członkostwo w UE, odrzucił polskie postulaty, a spodziewany termin wejścia Polski do UE (i nie tylko Polski) w roku 2003 jest poważnie zagrożony. Czy UE przyznała rację tym polskim eurosceptykom, którzy twierdzą, że lepiej do niej przystąpić później, kiedy będzie bardziej otwarta, jej rozszerzenie mniej kosztowne, a poziom gospodarczy Polski bardziej zbliżony do unijnego? Zdecydowanie nie. Można się spierać o sens swoistego ping-ponga, który polskie rządy uprawiały w ostatnich latach z krajami UE na temat terminu polskiego członkostwa. Ale jedno jest pewne: Szczyt w Helsinkach nie tylko nie oddalił terminu roku 2003, ale rozłożył nawet czerwony dywan dla Polski i innych, równie zaawansowanych, kandydatów. Wypowiedź Prodiego nie ma znaczenia Argumentacja, że jest inaczej, opiera się na wypowiedzi przewodniczącego Komisji Europejskiej Romana Prodiego, przed szczytem, że Polska może zostać przyjęta do Unii dopiero w 2004 roku. Wypowiedź ta nie ma żadnego znaczenia formalnego, ponieważ Komisja ani nie decyduje o przyjęciu nowych członków, ani o terminie, w którym to następuje. Decydują parlamenty krajów członkowskich i Parlament Europejski, które muszą ratyfikować traktaty akcesyjne. Kiedy to zrobią, nikt nie jest dziś w stanie przewidzieć, ponieważ zależy to od nastrojów i wewnętrznej sytuacji w każdym kraju członkowskim i od tego, czy przystąpienie każdego kandydata będzie ratyfikowane oddzielnie, czy kraje będą przyjęte do UE grupowo. Z pewnością potrwa to jednak parę miesięcy. Jeżeli więc Polska podpisze traktat akcesyjny zgodnie z wnioskami szczytu helsińskiego pod koniec 2002 i zostanie on ratyfikowany latem 2003 roku, to formalnie może zostać członkiem w styczniu 2004 roku. Nawet ratyfikacja traktatu akcesyjnego 31 grudnia 2002 roku nie musi oznaczać, że Polska będzie w pełni korzystać z unijnych funduszy od 1 stycznia 2003 roku. Między innymi dlatego polscy negocjatorzy wystąpili o zmniejszenie składki do budżetu UE - aby Polska nie została przez taki poślizg w pierwszym okresie płatnikiem. Termin 2003 jest więc nadal realny - pod warunkiem że Polska sama tego nie przeciągnie ze względu na spodziewany rezultat referendum. Polska konstytucja wymaga w takiej sprawie albo większości 2/3 głosów w Sejmie i Senacie, albo referendum. Referendum może przesunąć termin ostatecznej ratyfikacji polskiego członkostwa w UE bardziej niż głosowanie w parlamentach "piętnastki", w których wystarczy zwykła większość. Możliwa data przyjęcia bez zmian Jeżeli chodzi o możliwą datę przyjęcia Polski, to w Helsinkach niewiele się zmieniło. Od dawna było wiadomo, że np. Francja uważa zakończenie reformy instytucjonalnej UE za warunek rozpoczęcia jej rozszerzenia. Od dawna też było wiadomo, że "piętnastka" i Komisja Europejska nie podpiszą traktatu akcesyjnego tylko na podstawie deklaracji kandydatów o dotrzymaniu prawa europejskiego, lecz dopiero po faktycznym przyjęciu przez nich tego prawa. Innymi słowy: nie wystarczy podpisać, że Polska będzie strzegła swojej wschodniej granicy. Musi na tej granicy stać odpowiednia liczba odpowiednio wyposażonych strażników. Nie jest to jakaś szykana, tylko gwarancja spójności Wspólnego Rynku, której Polska już jako członek też będzie się domagała, kiedy będzie decydować np. o przyjęciu Rumunii. Obecna faza w historii UE jest wyjątkowo dramatyczna i skomplikowana, nigdy Unia nie przyjmowała tylu nowych członków, którzy tak drastycznie różnią się poziomem ekonomicznym. Negocjacje mogłyby trwać krócej niż do końca roku 2002 tylko gdyby Polska znacznie szybciej przyjęła i stosowała unijne prawo. To, co zostało tak niechętne przyjęte przez opinię publiczną, nie jest więc nowe. Nowe jest natomiast to, co zostało przeoczone. Konferencja Międzyrządowa Kraje "piętnastki" przybyły na ten szczyt z bardzo różnymi koncepcjami, które można uznać za pomysły na głęboką lub płytką reformę UE. Wersja płytka ogranicza się do załatwienia tych problemów, które w traktacie amsterdamskim nie zostały rozwiązane, ale są uważane za konieczne przy rozszerzeniu UE: zmiana zasad głosowania w Radzie Ministrów, zwiększenie liczby komisarzy, nowy podział mandatów w Parlamencie Europejskim i rozszerzenie obszarów, w których decyzje w Radzie mogą zapaść kwalifikowaną większością (bez możliwości stosowania weta). Niektóre kraje członkowskie, Komisja Europejska, Parlament Europejski i niektóre siły polityczne oraz wybitne osobistości proponowały jednak dalej idącą reformę w kwestiach: - podziału traktatu UE na część konstytucyjną (która wymaga ratyfikacji) i część wykonawczą (którą mogłaby zmienić sama Rada z udziałem Parlamentu Europejskiego); - elastyczności (czy ściślejsza integracja grupy krajów, jak w Unii Walutowej, wymaga zgody pozostałych, czy nie), - osobowości prawnej UE (której dotychczas nie ma), - ustalenia katalogu kompetencji UE i krajów członkowskich, - decentralizacji decyzji. Głęboką reformę oczywiście łatwiej przeprowadzić w wąskim, liczącym piętnastu członków gronie, niż już po jego rozszerzeniu. Niektórzy zastanawiali się nad tym, czy nowi członkowie - od niedawna dopiero suwerenni, silnie przywiązani do swoich świeżo odzyskanych państw narodowych - nie będą blokowali dalszej reformy. Z punktu widzenia kandydatów spór o agendę Konferencji Międzyrządowej, która od lutego ma ustalić nowe reguły, sprowadzał się do pytania: czy przed rozszerzeniem będą ustalone tylko reguły potrzebne do dalszej reformy UE, czy też od razu zostaną podjęte decyzje dotyczące całej reformy. Szło więc o to, czy Polska będzie mogła decydować o tej reformie, czy też w 2003 roku stanie przed gotowym tworem, który może tylko ją przyjąć lub odrzucić. Z punktu widzenia "piętnastki" sprawa sprowadzała się do tego, czy można zaufać kandydatom. Gdyby kraje "piętnastki" podzieliły obawy niektórych polityków, że rozszerzenie grozi osłabieniem Unii, to mogły zreformować całą Unię we wszystkich możliwych obszarach i postawić nowych członków przed faktami dokonanymi. Wtedy Konferencja Międzyrządowa trwałaby zapewne bardzo długo, a jej ratyfikacja wymagałaby przeprowadzenia referendów w niektórych krajach (np. w Danii i Austrii). Taki scenariusz odsunąłby rozszerzenie w daleką przyszłość i skomplikowałby negocjacje. Stało się jednak inaczej. Unia ma zaufanie do kandydatów W Helsinkach "piętnastka" powiedziała kandydatom z Europy środkowowschodniej jasno i jednoznacznie: mamy do was zaufanie, że nie będziecie jako członkowie hamować dalszego rozwoju UE. Jesteście takimi samymi Europejczykami jak my i dlatego macie z nami jak najszybciej współdecydować o przyszłości UE. Rozszerzenie i ratyfikacja traktatów akcesyjnych mogą się rozpocząć szybciej niż przy głębokiej reformie UE. To jeszcze nie koniec dobrych wieści. Za kalkulacją krajów opowiadających się za skromną i szybką reformą kryje się przypuszczenie, że po rozszerzeniu znajdą one wśród nowych członków sojuszników w niektórych istotnych sprawach. Ich pozycja w spornych sprawach reformy UE będzie po rozszerzeniu silniejsza niż dziś. Za taką skromną i szybką reformą były przede wszystkim Hiszpania, Francja i Niemcy. Widać, że kraje "piętnastki" już robiły własne symulacje, by określić, z którym z nowych członków będą miały wspólne interesy. Klęska, która jest sukcesem Na pierwszy rzut oka niewiele polskich postulatów zostało uwzględnionych przez UE. Wiele wydawało się zgłoszonych nieco na wyrost. Ostatecznie UE powiedziała kwaśne "nie", dołączając do tego jednak słodkie "ale". Polska nie będzie stałym obserwatorem przy Konferencji Międzyrządowej, ale będą z nią prowadzone konsultacje przed posiedzeniami Rady, podczas gdy ekonomicznie bardziej zintegrowani członkowie "Europejskiej Przestrzeni Gospodarczej" (Norwegia, Islandia i Liechtenstein) będą jedynie informowani. Europejscy członkowie NATO nie będący w UE (Polska, Czechy i Węgry) nie będą mieli prawa głosu w nowo powstałych komitetach politycznych i wojskowych, koordynujących europejską politykę bezpieczeństwa i obrony. Ale jeśli będą uczestniczyć w akcji zbrojnej UE, to będą mogli decydować o jej przebiegu na takich samych prawach jak członkowie UE. "Piętnastka" nie oświadczyła w Helsinkach, że przyjmie Polskę na początku roku 2003. Powiedziała jedynie, że od końca 2002 roku instytucje unijne będą gotowe do rozszerzenia. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby nie wykluczyła równoległej ratyfikacji reformy instytucji i traktatów akcesyjnych. Gdyby się okazało, że Polska rzeczywiście tak szybko i sprawnie negocjuje, iż w końcu roku 2001 nie będzie już miała o czym mówić z negocjatorami UE, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby Rada UE zmieniła zdanie i poleciła Komisji podpisanie pierwszego traktatu akcesyjnego. Ale to wymaga ze strony Polski znacznie większego wysiłku niż dotychczas.
Sądząc po komentarzach prasowych szczyt UE w Helsinkach oddalił polskie członkostwo w UE a spodziewany termin wejścia Polski do UE w roku 2003 jest poważnie zagrożony.Czy UE przyznała rację tym polskim eurosceptykom, którzy twierdzą, że lepiej do niej przystąpić później? Zdecydowanie nie. Szczyt w Helsinkach nie tylko nie oddalił terminu roku 2003, ale rozłożył nawet czerwony dywan dla Polski i innych, równie zaawansowanych, kandydatów.